piątek, 30 kwietnia 2010

Tam, gdzie wyzej juz nie mozna wjechac.

Wyjechaliśmy wieczorem nie tracąc ani godziny po przyjściu do domu. Cały sprzęt turystyczny już mieliśmy przygotowany w ciągu tygodnia i pozostało nam tylko zapakować auto, wykąpać się i w drogę. Od nas z domu do Denver jest równo 1000 mil i po 15 godzinach jazdy marzę o spaniu.
Z Denver jedziemy na zachód autostrada numer 70. Zmierzamy do Kalifornii i oczywiście nie pominiemy pogranicza Utah i Arizony aby pobuszować po skalach i kanionach. Znowu świeci słonce jest ciepło i nie ma oblepiającej wilgoci jak w Chicago bo jesteśmy w górach i tutaj tak łatwo nie dochodzi powietrze znad Amazonki. Samo Denver nie zasługuje na opis bo oprócz kilku wieżowców i otaczającej go biedy nie ma nic ciekawego. Takie miejsce można zobaczyć wszędzie na świecie. No może jedno słówko, miasto to jest stolica przemytu narkotyków w USA. Droga kreta, dookoła lasy porastające wysokie góry. Jak to w naszym zwyczaju nie chcemy przegapić atrakcji po drodze do celu i zamierzamy zjechać na drogę 103 w kierunku południowym. Już wiem gdzie jedziemy i jestem trochę podekscytowana. Wypatruje zjazdu 240 aby nie przegapić „Najwyższej Drogi w USA”, na szczyt Mt. Evans o wysokości 4347 metrow prowadzi droga i zapewne domyślacie się, ze dosłownie na sam jego wierzcholek.
Radośnie oznajmiam, ze teraz jest nasz zjazd. Trochę się rozruszałam bo wreszcie coś innego oprócz najnudniejszego odcinka drogi jakim może być przemieszczanie się godzinami ciągnącymi się w nieskończoność po drodze prawie bez zakrętów i ciekawych widoków. Przez Illinois płasko, przez Iowa tez. Nebraska jak zamarznięta tafla jeziora i w dodatku śmierdzi obornikiem, Kolorado do stolicy tez beznamiętne. Góry zaczynają się dopiero po wyjeździe z Denver. Teraz wiem, ze coś się dzieje, ze wreszcie wakacje. Wąska droga dwukierunkowa pnie się do góry i wije jak ryżowy makaron na talerzu w chińskiej knajpie.
W połowie jest małe malownicze jeziorko z parkingiem dla tych co chcą się zrelaksować i zaaklimatyzować. My chętni wrażeń nie pozostaliśmy tam zbyt długo, kilka zdjęć krajobrazu i testowanego przez fabrykę i zakamuflowanego auta i dalej w drogę.
Mając na uwadze jeszcze tysiące mil przed nami nawet sama chce już jechać nie myśląc o tym by przyzwyczaić się do radykalnej zmiany powietrza na "beztlenowe". Uszy zatkały mi się po raz trzeci w ciągu 10 minut. To już nie zabawa ale poważna wspinaczka. Dojechaliśmy na szczyt i wreszcie mogłam nacieszyć się otaczającą nas panorama gór. W czasie jazdy oczywiście nie mogłam bo p. chyba chciał zedrzeć opony zanim powrócimy do domu, jechał jak .... przemilczę. 
Nie do wiary ale było widać tak daleko jak z Rysów z tym, ze ten masyw górski zajmuje teren prawie polowy polski. Zieleń drzew na oddalonych górach jest nienaturalnie zielona a widoczność nieograniczona. Powietrze tutaj czyste i przejrzyste jak diament pierwszej klasy. Podziwiam widoki i rozkoszuje się dzika przyroda na odległych szczytach, zachwycam się na głos stojąc jeszcze przy aucie. Chodzmy mowie i spoglądam na „trupa”. Moja połowica czyli tak zwana silna płeć wygląda jakby zemdlał już pół godziny temu. Blady jak kilogram bielonej pszennej maki, stoi jak slup i oddycha jak karp na chwile przed zarżnięciem. Tu nie ma czym oddychać, wystękał jak skazaniec na madejowym łożu, nie ma tlenu. Parę metrów dalej jest najwyższy punkt tego szczytu wiec po chwili już tam jesteśmy.
Zimno tu jakoś, wieje wiatr, który cudem orzeźwił mojego zemdlonego kierowce. Tak zasuwał aby dotrzeć na szczyt a gdy już tu jest to nie może dłużej zostać bo się udusi i to w pierwszym dniu naszych wakacji. Gdyby to był ostatni to co innego, ale nie chce mieć zepsutego urlopu. Postanowiłam go ratować i zaproponowałam odwrót tym bardziej, ze ze mną tez zaczęło coś się dziać dziwnego. 
Jakaś niemoc i lekkie zawirowania głowy. Oho, za chwile ja padnę jak długa na głazy rozbijając sobie głowę. Chwyciliśmy się pod pachy i oddychając głęboko poszlismy w strone naszego pojazdu. Powrotna droga już nie była taka szybka gdyż reakcje p. były żółwiowe w porównaniu z jego normalnymi. 
Gdy dojechaliśmy do autostrady to wykonaliśmy natychmiastowy przystanek w poszukiwaniu kofeiny. Duza kawa i 15 minut w cieniu parasola przywrocily nam zdrowie na tyle by kontynuowac podroz do miejsca, ktore znajduje sie 85 metrow ponizej poziomu morza.

sobota, 24 kwietnia 2010

XYZ odcinek Z

Z - jak zagadka
Koła zabuksowały na piaszczystej drodze prowadzącej do rezerwatu. Wreszcie na szlaku. Rzeczywiście trafić nie nie było łatwo nawet z otrzymanymi wskazówkami dojazdu. Pomni ostrzeżenia o rezerwacie i możliwym nieuprzejmym powitaniu przez tubylców, przezornie nie wysiadamy z auta. To chyba najbiedniejsze miejsce na świecie. Wzdłuż drogi domostwa chyba niezamieszkałe, jeżeli nawet ktos tam był to nikogo nie bylo widać. Przygnębiające wrażenie, jakby zaraz po kataklizmie. Cos podobnego widziałam w Georgii i Południowej Karolinie ale tam zawsze ktoś się kręcił wokół domów albo domopodobnych szalasow. Okolica jest ładna ale pierwszy plan psuje mi zupełnie nastrój. Nie mogę się pozbyć ze swoich myśli slow ochroniarzy, ze to nieprzyjazny teren. Musze przyznać, ze mieli racje odradzając nam ta trasę. Zabudowania się skończyły tak samo raptownie jak się ukazały. Koniec zamieszkałego terenu a przed nami tylko otwarta przestrzeń. Teraz zauważyłam niebo pokryte granatowymi chmurami. Bedzie lalo i to bardzo. Powinnam być bardziej rozsadna przy takim partnerze i zwracac uwage na to co mowia inni. Nie koniecznie wierzyc ale brac pod uwage, slepota zakochanej w moim p. może doprowadzic nas do zguby. Warto czasami posłuchać dobrej rady. Tylko nie wiadomo której bo dobrymi radami piekło jest brukowane. No nie jest tak źle aby nie mogło być gorzej skwitował p. i zatrzymał samochód. Dookoła jak okiem sięgnąć równina, daleko na horyzoncie góry a nad nimi chmury. Tak można pokrótce opisać co widziałam wokół nas. Przed nami natomiast zagadka, w lewo czy w prawo. Nasz GPS już dawno bladzi po białej przestrzeni bez skrawka drogi, na mapie tez nic nie widzimy podobnego. Droga jakaś jest ale na pewno nie ma tego rozwidlenia. Nie wiemy gdzie jesteśmy i chyba rezerwaty indiańskie nie są brane pod uwagę przy kreśleniu map USA. Musimy się zdecydować, nie wiadomo tylko jak dokonać wyboru? Zaczęłam "entliczek pętliczek..." ale to bez sensu bo ślepy traf będzie tak samo dobry jak przemyślana decyzja. Obie drogi, tak na oko, są tak samo wyjeżdżone i wybór bardziej uczęszczanej nie wchodzi w rachubę. Kompas i mapa może pomoc gdy jest skrzyżowanie "T" ale tutaj, każda z nich może skręcać w niepożądanym kierunku i zaprowadzić nas z powrotem do miasta. Przyjęłam chyba najlepsza postawę niewtrącania się bo nie mogłam niestety pomoc kierowcy. Każda z nich będzie dobra jak zaprowadzi do celu i każda będzie zła jak po dwóch godzinach jazdy skończy się w stepie. p. wypalił papierosa w tempie ekspresowym, Marlboro 100' palił się jak lont przy lasce dynamitu na dobrym starym westernie. Zrobiło się ciemno i pierwsze krople deszczu wyrwały nas z otępienia. Wybraliśmy prawa, ta przy której stal żółty znak. Polna droga powolutku zmieniała się w polna ścieżkę pełną dziur i kolein. Teraz zaczęło lać jak czasami na wiosnę gdy niebiosa zmywają strugani cały pozostawiony przez nas brud w czasie zimy. Uwielbiam deszcz i jego monotonne uderzenia w dach domu lub namiotu. Czuje się wtedy taka bezpieczna, może to niedorzeczne ale gdy tam na wyciągniecie reki wszystko jest mokre a ja jestem sucha i jest mi ciepło to właśnie takie mam odczucie, bezpieczeństwo. Pomimo, ze w samochodzie to uczucie bezpieczeństwa minęło tak szybko jak banka mydlana. Ulewa była tak silna, ze równie dobrze mogliśmy wyłączyć wycieraczki bo i tak nic nie było widać choć pracowały na najwyższych obrotach. Wysuszona gleba prerii nie wchłaniała wody i z początku malutkie kałuże zaczęły tworzyć na razie płytkie jeziorka. Jeżeli nie przestanie padać to nie będziemy widzieć drogi i zostaniemy tutaj na dłużej niż planowaliśmy. Już nie było horyzontu tylko ściana wody z lewej, z prawej, z tylu i z przodu. Gliniaste podłoże jeszcze nie rozmiękło i da się jechać ale nie będzie to trwało długo. Na rozmoczonej glinie nie mamy szans i ugrzęźniemy w jakieś koleinie (teraz już wiem skąd się wzięły). Zapięłam pasy, przeżegnałam się i zaczęłam obserwować kiedy rozleci się auto. Nie musieliśmy dyskutować co robić, każde z nas wyrzuciło z siebie nadmiar niecenzuralnych slow i silnik wkręcił się na maksymalne obroty. Jechaliśmy dużo szybciej niż nakazywał zdrowy rozsadek, zastanawiałam czy w takiej sytuacji istnieje zdrowy rozsadek. To była walka o przetrwanie a nie podroż. Cokolwiek było nieumocowane wewnątrz to zmieniło swe poprzednie miejsce. Ja trzymałam okulary i papierosy a dodatkowo sama siebie w fotelu. Jak to możliwe, ze jeszcze mamy kola i ciągle jedziemy. Woda zalewała drogę, miejscami mogliśmy się domyślać, ze po niej jedziemy. Nie wiem czy modliłam się o koniec deszczu czy o lepsza drogę, jedno jest pewne, ze zobaczyliśmy w oddali autostradę. p. uwziąwszy się aby zniszczyć nasze autko fruwał ponad dziurami rozbryzgując wodę szerokimi wachlarzami po obydwu stronach auta. Jeszcze chwile i zamienimy się w łódź wyścigową albo zalejemy silnik i zamienimy się w Titanica. Autostrada coraz bliżej i zaczyna kiełkować nadzieja, która szybko zaczęła więdnąć bo nasza droga zmieniła kierunek i biegnie teraz wzdłuż asfaltowego schronienia. Nie ma jak wjechać na autostradę bo nie ma wjazdu a na takim pustkowiu zdarzają się one rzadko. Teraz wyobraziłam sobie tragiczna wyprawę polarna, która nie osiąga celu oddalonego o 500 metrów. Pada tak, ze "autostrada stoi", nikt nie jedzie bo nic nie widać. Jak paradoksalnie i komicznie to musiało wyglądać z odległości. Na idealnie gładkiej powierzchni nikt się nie porusza a tuz obok szaleńcy, samobójcy podskakują na prerii przekraczając wszelkie granice tak zwanej normalności. Jak w końcu wjechaliśmy na asfalt to byłam tak zmaltretowana psychicznie, ze nie mogłam się cieszyć. Po godzinie przestało padać, słońce przedarło się przez granat na niebie i zatriumfowało cudowna podwójną tęczą.

Telewizja (t)uczy

Dluga i sroga zima usilnie trzymala mnie w domowych pieleszach. Gdy za oknem pietnascie stopni ponizej zera to nie bylo ludzkiej sily abym nosa z domu wysunela. Znajdowalam miliony wykretow aby nie wychodzic niepotrzebnie. Lubie zime w gorach jak jest bialo dookola, wtedy niech to będzie nawet zima stulecia. Miasto z brudnym i mokrym sniegiem jakos mnie przytlacza i powoduje apatie cielesna. Nic mi się nie chce robic jak widze koszmar szarosci. Znalazlam sposob na chwilowe zapomnienie o terazniejszosci. Zawsze lubilam kino i filmy byly dla mnie wielkim przezyciem. Ostatniej zimy napadly mnie horrory. Rozkochalam się w wampirach, upiorach i straszydlach jak zombie. Moim ukochanym gatunkiem zawsze byly romanse i wyciskacze lez, skad raptem taka zmiana u mnie nie jestem w stanie tego sobie wytlumaczyc.
 Ktoregos dnia nasz dom przeszedl w 21 wiek. Zniknely wszystkie plyty CD i DVD. Olbrzymi kombajn na 400 plyt spotkal się ze smietnikiem zaraz obok srebrnych krazkow z filmami i muzyka. p. przyjechal ze sklepu z kolejnym komputerem pod pacha i oswiadczyl, ze teraz nasze życie będzie o wiele latwiejsze. Nie okazalam jakos zbytniej radosci z kolejnego komputera, ktoremu moglam nadac kolejny numer siedem. Tak siedem!!! Wik ma dwa, p. trzy a ja ciagle mam tylko laptopa, przynajmniej teraz ta niesprawiedliwosc się zniweluje. Pudelko bylo bardzo male i to mnie uradowalo, ze przynajmniej ten będzie niewidoczny. Po podlaczeniu wszystkich według mnie zbednych kabelkow do telewizora na ekranie pojawilo się logo firmy Apple i komputer wzbudzil we mnie entuzjazm. Po dwoch dniach usilnych zmagan z przegrywaniem programow, filmow i czegoś tam jeszcze wokół telewizora zrobilo się dużo miejsca i estetycznie. Siedze komfortowo na kanapie, obok siebie mam klawiature i mysz a 50 calowe okno na swiat kusi i objecuje dlugie przed nim wysiadywanie.  Moglam siedziec jak staruszka i mieć telewizje i internet nie zmieniajac pozycji. Tak wlasnie zaczelo się moje szalenstwo filmowe. Gdy braklo filmow na kablowce rzucilam się w wir buszowania po cyber przestrzeni w poszukiwaniu silnych wrazen. Krzyki mordowanych donosnie i przerazajaco rozchodzily się po calym mieszkaniu. Ja wilam się i podskakiwalam przy niektorych obrzydliwych scenach. Apetyt rosnie w miare jedzenia i wyszukiwalam naprawdę wymyslne filmy. Uodpornilam się na wiele scen ale pamietam, ze na filmie Martyrs nie wytrzymalam  nerwowo i wyszlam do kuchni aby przeczekac sceny wyrywania rak na zywca. Obejrzalam wszystko horrorowe co wyprodukowala Ameryka, Japonia, Francja i Anglia w przeciagu ostatniego dziesieciolecia. Nikt z mojej rodziny nie towarzyszl mi przy ogladaniu filmow tego gatunku, oni wola inne, za to spogladali na mnie z obawa. Ja poddalam się po maratonie filmowym „Pila”, choc zabrzmi to jak samooskarzenie ale obejrzalam ciurkiem szesc filmow tej serii. Przyznam, ze chyba nie jestem normalna bo normalnie bym tego nie zrobila. Dwanascie godzin nieludzkich obrazow przemocy i okrocienstwa wykonczyly mnie zupelnie. Mam dość horrorow na dluzsza chwile. Skad taka chec na ogladanie okropienstw w tak pogodnym czlowieku jak ja nie mam pojecia. Nie potrzebuje psychiatry, wrocilam do normy. Zrobilo się cieplej na dworze i coraz czesciej wypatrywalam ukochanej wiosny. Juz bym chciala wyskoczyc na kemping w czasie weekendu ale jeszcze za zimno. Przy okazji porzadkow w szafie natknelam się na kostium kapielowy, niestety ten sam z zeszlego roku. Przymierzam a tu okazuje się, ze to nie ta sama osoba. Tu przybylo i tam tez, o kurcze, „telewizja tuczy”.     

piątek, 23 kwietnia 2010

XYZ odcinek Y

  Y - jak rozwidlajaca sie droga
Przy samych drzwiach usłyszałam ogłuszający huk. Rzuciłam krótkie spojrzenie w kierunku właścicielki latających spodków, to spadający kamień z jej serca narobił tyle hałasu. Teraz pośród sterty walających się papierów na biurku wydawała mi się lżejsza o zgubiony przed sekunda ciężar i ciągle oszołomiona nasza wreszcie zakończona wizyta. „13 posterunek” to nudna bajka w porównaniu z tym posterunkiem. Mundurowi wysłuchali nas uprzejmie i po chwili się zaczęło. A po co tam jedziecie, nie warto ta droga, tamta będzie lepsza i łatwiejsza a przede wszystkim szybsza. „Skoro podążacie do autostrady to ta droga jest najlepszym wyjściem” usłyszałam, ale ja tez już zaczęłam się denerwować bo nie po to tutaj przyjechaliśmy aby prawie u celu ulegać namowom. Wyglądało jakby chcieli się nas pozbyć. Policjanci nie mieli map i nie mogli nam pomoc. Skierowali nas do straży rezerwatu mówiąc, ze oni mają wszystko co nas zadowoli. W budynku obok przywitali nas znudzeni kolejni mundurowi. Khaki koszule jakieś naszywki i brązowe spodnie. Kolejne tłumaczenie gdzie, po co i dlaczego zaczęło mnie irytować. Gdybyśmy sami poszukali tej przeklętej drogi to pewnie byśmy ja w końcu znaleźli. Teraz już za późno, stoję i rozglądam się dookoła po biurze ochroniarzy. Chyba nie możemy narzekać na nadmiar urzędów w Polsce. Tutaj na 100 mieszkańców 89 pracuje w administracji. Może oni tez by się nas pozbyli ale p. dopiero się zawziął. Wyjął swój topograficzny atlas i wskazuje drogę, którą chcemy pojechać. Gadali i gadali aż nogi mnie zabolały. Nie mieli szans na pozbycie się natrętów. Widziałam p. jak wpija się pazurami w szyje wyższego i opowiadając, ze to właśnie nikt inny jak on najlepiej wie jak dojechać do naszego celu. Z uśmiechem i lekkim udawanym nieporadnie zakłopotaniem patrzył prosto w oczy grubszego, widziałam jak bezpardonowo karmi się jego dusza i wypija z niego krew jak zawodowy wampir. Ten wyższy oficer przyniósł wreszcie mapę i na pierwszy rzut oka widać była ze nasza to bazgroły przedszkolaka. Wojskowa mapa była tak dokładna, ze nieomal dostrzegłam na niej nasze auto. “Odradzam ta trasę” powiedział niższy i grubszy, jego siwe wąsy poruszały się jakby szybciej niż jego usta. Pewnie dlatego, ze były bardzo okazale i nienagannie ułożone. W rezerwacie nie jest bezpiecznie lepiej się nie zatrzymywać. Usłyszeliśmy, ze to nieprzyjazna okolica gdy obydwaj doszli do wniosku, ze nie są w stanie nas zniechęcić do podróżowania ta droga. Aha, dobrowolnie pakujemy się w paskudna sytuacje, mój przyklejony uśmiech nie był już tak radosny. Dlaczego nie wierzyć tubylcom, nikt lepiej jak funkcjonariusze ochrony rezerwatu nie zna plusów i minusów tej okolicy. Wiele razy słyszałam w innych miejscach, ze są kłopoty z Indianami. Powinniśmy wziąć to pod uwagę i może posłuchać dobrej rady. Było za późno na rozmyślania. Zauważyłam lekki niepokój w oczach  wasiastego i wyczytałam obawę, ze jak nam się „coś” przydarzy to zakłóci ono jego już zaplanowany wieczór. Bardzo dokładnie i wolno wytłumaczyli gdzie mamy skręcić bo drogowskazu nie ma i numeru drogi również. Poradzili abyśmy czym prędzej się zbierali bo robi się późno i pogoda nie jest za dobra. Upal jak na patelni, lekkie chmurki na niebie i jest dopiero po południu, żadnej grozy nie przeczuwałam. Zanotowali kto i gdzie che jechać, aż ciarki przeszły mi po plecach. To tak jakby już szykowali nam nagrobki.

sobota, 17 kwietnia 2010

XYZ odcinek X

X - jak skrzyżowanie (crossing)
Gdzie może być ta ulica? Krążymy po miasteczku już dziesięć minut i nie możemy znaleźć dojazdowki do rezerwatu. To chyba pierwszy raz w historii naszych wypraw. Na mapie jest numer drogi ale rzeczywistość lubi platać figle. Pytamy zablakanego przechodnia o drogę i dostajemy wskazówki jak dojechać. Tam gdzie dojechaliśmy okazuje się, ze to nie ta droga która chcemy jechać. Wracamy do centrum(?). Szukamy tym razem urzędu miasta w nadziei, ze oni powinni mieć dokładne mapy terenu. Nikt nie wie gdzie jest droga o takim numerze, chyba nie wyparowała. Urzędniczka zrobiła oczy jak latające spodki z dawno nieistniejącej już galaktyki gdy usłyszała o szczegółowej mapie okolicy. Spoglądała dookoła jakby szukała pomocy pośród regałów i stolika z komputerem. Dokładna mapa terenu może istnieje ale nie dla turystów i w dodatku z dziwnym akcentem. Tyle nasłuchała się o terrorystach, ze jest pewna iż widzi dwojga z nich. Wymijająco pyta skąd jesteśmy i już wiem, ze za chwile znów p. odpali bombę atomowa. To jego staly i wyprobowany numer. Z Polski, odpowiada, przyjechaliśmy z Chicago i chcemy dojechać do rezerwatu indiańskiego... Oczy słuchaczki staja się podnosić ku niebiosom i zachodzą ledwie dostrzegalna mglą. Tyle informacji w ciągu minuty miesza jej zmysły i czuje jak świat wali się pod jej nogami. Stoję obok i obserwuje cala sytuacje bardzo uważnie, chce poznać ten kraj od podszewki i udaje mi się to. Pewna jestem, ze nazwa Poland nic jej nie mówiła i pominęła to jak źle wypowiedziane przekleństwo, Chicago natomiast przełknęła bez zmrużenia oka. Znała to słowo, słyszała jego brzmienie w zakamarkach swej duszy ale za cholerę nie mogla skojarzyć tej nazwy. Chicago, Chicago było w filmie... no tak on uciekał przed policja i udało mu się jakoś uciec i nic  innego nie mogla już sobie przypomnieć. Przecież tyle filmów w życiu widziała. Wysłuchała nas jednak w spokoju i dala nam mapę. Na pierwszy rzut oka widać było, ze nasza jest dokładniejsza. p. smyrał jej kobieca słabość swoimi uśmiechami i wzrokiem nastolatka. Już chciałam wybuchnąć ale popatrzylam sobie jak facet potrafi robić z siebie idiotę i pójdzie na całość gdy mu na „czymś” zależy. Pozwoliłam mu brnac dalej ta wyświechtaną dróżka. On ja oczarował, magia slow i gestów przynosiła skutek. Ćma leciała wprost do światła świecy. Do jasnej cholery czy ja tez byłam taka głupia? Jeżeli tak to ja miałam siedemnaście lat a nie czterdzieści. Każda z nas łapie się jednak na przemyślne sztuczki samców bez względu na wiek. Bałam się odpowiedzieć sobie na zadane pytanie ale jednak czułam, ze tak. Mimowolnie wzdrygnęłam się na myśl o tym i znów skoncentrowałam się na osobie dzierżącej nie lada fuchę w tej dziurze. Biedna kobieta przyniosła stertę papierów i próbowała nam pomoc. Mapy pokazywane przez nią to istna porażka p., dobrze mu tak, pomyślałam. Po chwili przyszło opamiętanie, jesteśmy w środku totalnego zadupia (przepraszam za nazwę ale nic lepszego mi nie przychodzi do głowy gdy w promieniu 150 kilometrów nie ma nawet miasta tylko preria i nic więcej) wiec musimy jechać w ustalonym kierunku bo inaczej skończymy tutaj bez paliwa i możliwości noclegu. Tutaj nie ma nic oprócz suchych traw, indiańskiego rezerwatu do którego nie ma wjazdu i policji. Policji! Mam pomysł oni powinni nam pomoc. Zwróćcie uwagę na słowo „powinni” a nie „muszą” pomoc. Juz pogubiłam się w żałosnych komplementach skierowanych jak tsunami w kierunku urzędnika państwowego i nie wiedziałam w jakim momencie przerwałam ten stek bzdur. Moje słowa wydały mi się czymś zupełnie nieznanym. Syk jadowitej zmiji mógł uchodzić za kołysankę śpiewana przez matkę dwumiesięcznego dziecka. Zapytaj o policje!!!! Chyba szepnęłam, tak mi się wydawalo, po sekundzie gdy p. odwrócił się do mnie na piecie i ujrzałam jego maślane i złe oczy, zrozumiałam, ze to moja ostatnia chwila życia. Uśmiechnął się w podzięce i zauważyłam, ze teraz jego nos prawie dotykał nosa urzędniczki. Teraz on syczał jak wygłodniała dwumetrowa kobra, wbil się swoim wzrokiem zza okularów w ofiarę i wiedziałam, ze to już koniec, wygraliśmy. Pani z latającymi spodkami zapytana gdzie jest posterunek policji bez zastanowienia, (widać, ze chociaż to wie), powiedziała: za rogiem. Oczywiście, ze za rogiem, sami byśmy do tego doszli po zastanowieniu. To miasteczko ma tylko jedno skrzyzowanie i cztery rogi a za którymś musi być policja. 

czwartek, 15 kwietnia 2010

Diabelska Wieza cz 3 i ostatnia

Prawie wszyscy podążający do Yellowstone ze wschodu zbaczają 30 mil od autostrady I-90 zaraz za granica z Poludniowa Dakota. My uciekliśmy z autostrady aby przenocować na polu namiotowym nad jeziorem. Są takie miejsca do których rzadko zagląda turysta. To nas nie dotyczy. Im dalej od utartych szlaków tym lepiej. Okazuje się, ze takie podejście do zwiedzania Ameryki to jak odnalezienie legendarnego Eldorado. Są perełki widokowe oddalone od autostrad i niewielu chce tam dojechać.
Tym razem trafiliśmy na skarb o nazwie Keyhole State Park. Podoba mi się organizacja pól namiotowych w Parkach Stanowych. Na terenie bedacym wlasnoscia stanu, pole namiotowe jest oddane w posiadanie turystów, wszystko polega na zaufaniu i uczciwości. Takie pole namiotowe daje ci miejsce na namiot, ognisko, cudowny widok, toaletę z papierem, czasami prysznic i śmiesznie mała opłatę. Wystarczy osiem kilometrów szutrowej drogi w bok autostrady aby oddalić się o dwieście od ludzi. Przy wjeździe do Parku Narodowego jest stojak z dokładną mapa parku i proste urządzenie do opłat. Pozwól czytelniku, ze wyjaśnię co i jak. Zawsze tam znajdziesz brązową kopertę w, która trzeba (powinieneś) włożyć czek lub gotówkę. Oplata od dziesięciu do pietnastu  dolarów. Gdy już zakleisz kopertę z oplata to wrzucasz ja do pojemnika i teraz jesteś pełnoprawnym użytkownikiem całego terenu Parku na jedna dobe. Proste i skuteczne. Oplata jest tak niska, ze z przyjemnością płacisz. Rolka papieru toaletowego kosztuje dolara. Na trzy osoby dziesiec dolarów to darmo. Na polu namiotowym jesteśmy sami. Ogromne jezioro, duże pole namiotowe i tylko my. Tak może wyglądać szkic dla pisarza, który chce opisać raj. Już chyba nie muszę szczegółowo opisywać co tam wyrabialiśmy. Wszystko co chcieliśmy. Adam i Ewa to szczeniaki przy nas. Kolacja z Ewa, kąpiel z Adamem a ognisko z aniołami. Niech zgrzeszę jak kłamie. Jakie mogą być granice gdy ich nie ma? Pragnę tam wrócić już dzisiaj. Woda czysta i przejrzysta, pływamy jakby to było pierwszy raz w życiu. Raz ja nurkuje aby uciec, raz p. wykonuje osiem obrotow i jednego zawijasa pod woda. Dzicz. Szalejemy, w końcu nie ma granic wolności i nie ma granic szaleństwa. Wszystko się miesza i czuje się szczęśliwa. Kolacja z ogniska to nasz nałóg. Już wiem, ze nie wrócę do domu, zostanę tutaj do końca życia. Nasze mokre ciała wysychają szybko bo jest ciepło, wilgotność powietrza prawie zero. Zachodzi słońce i teraz zaczyna się życie dorosłych. Gwiazd jest jakby sto razy więcej niż zwykle, świeca z podwójna intensywnością swego zimnego światła. Księżyc daje tajemnicze półcienie abyśmy nie zagubili się zupełnie. Dobrze, ze chociaż on zadbał o to. Zwariowaliśmy tej nocy do szpiku kości. Ognisko dopalało się z wolna i otaczająca ciemność położyła nas spać. Rano stwierdziłam kategorycznie, ze wymagam tego codziennie od dziś.
Z daleka widać najsłynniejszą skale w USA. To Devils Tower w stanie Wyoming. Napisano o niej tomy mądrych ksiąg, jest w każdym przewodniku. Wiedza o  niej wszyscy jest popularna pośród turystów jak dla wszystkich papier toaletowy. Warto zaliczyć jeszcze jedno dziwactwo natury stojące po środku prerii tak nie wiadomo po co. I tak jest chyba traktowana. To dziwactwo jest z każdego punktu widzenia dziwactwem. W osobliwy sposób skala ta skrystalizowała jak plaster miodu i wypiętrzyła się ponad otaczający ja lad. Musze przyznać, ze widok jej nie rzucił mnie na kolana. 
To właśnie tutaj kręcono film „Bliskie spotkanie trzeciego stopnia”.
 Widzieliśmy ja z daleka. Płasko dookoła i raptem na horyzoncie piętrzy się zarys mglisty i niezrozumiały. Preria jak stół i po środku skala. Zatrzymujemy się 20 mil od celu podroży na kempingu KOA. Prawie wszystkie miejsca zajęte ale jest jedno dla nas. Na uboczu, tak jak lubi p., ja tez wole być obserwatorem niż być obserwowana. Nigdy wcześniej nad tym się nie zastanawiałam ale wpływ p. utwierdził mnie, ze lepiej mieć wszystko na oku i być przygotowana na niespodzianki w obcym miejscu. Kiedyś się śmiałam z niego ale pewien indiański rezerwat potwierdził słuszność jego teorii. KOA to bardzo cywilizowane miejsce, dobrze zorganizowany kemping z pralnia, basenem i sklepem. Jeżeli mamy wybór to zatrzymujemy się właśnie na kempingach tej sieci.
Mamy najprostszy namiot na świecie, rozkłada się jak parasolka. Namiot sam się rozkłada, same nadmuchują się materace i wokół sama magia. Przy namiocie jest oczywiście ławka ze stołem i z tego miejsca obserwuje oddalona o kilka mil Diabelska Skale. Pisze "oczywiście" ponieważ każde wydzielone miejsce na namiot ma ławkę ze stołem oraz przygotowane palenisko na ognisko. To standard na kempingach i polach namiotowych. Tak zorganizowane miejsca ułatwiają życie w podroży. Dzisiaj już nie ruszamy się z miejsca, trochę odpoczynku nam nie zaszkodzi.
Gdy tylko zaczęłam się rozkoszować lenistwem przyszedł p. i zaproponował krotki wypad na polowanie z kamera. Zastanawiam się czemu ten człowiek nie posiedzi przez godzinkę ze mną. Zawsze „coś i gdzieś” jest wazniejsze i przewaznie wypatrzy cien drzewa albo polny kwiat i ciągnie mnie ze sobą aby ta chwila pozostala w mej pamieci. Łażenie pośród pokrzyw i ostów nie jest moim ukochanym sposobem na spędzanie wolnych chwil na łonie natury, dla p. to istny raj. Znalazł malownicza rzeczkę, która jednym brzegiem dotykała kempingu a drugim podmywała czerwona skale. Przy popołudniowym słońcu wydawała się jeszcze czerwieńsza, prawie ognista. Idę za przewodnikiem ale nie mam przyjemności z tego spaceru, co chwile jakiś badyl kluje mnie w nogę, osty, urocze owszem kluja jakby się na mnie uwzięły. Dystans pomiędzy nami się zwiększa i zastanawiam się czy p. ma skore jak skorupa żółwia. Każe mi się uśmiechać do zdjęć wśród nieznanych mi ale za to kolczastych krzewów i robi zdjęcia. Ciągle marudzi, ze mój uśmiech jest nienaturalny i pstryka kolejne dwadzieścia zdjęć. Jak ja mam być naturalna w tak nienaturalnych warunkach? 
Dalej nie idę, oświadczyłam kategorycznie, będę podrapana, pokluta i pogryziona nie idę i już. No dobrze, usłyszałam, wracamy i znów muszę się przedzierać przez chaszcze. Z miłego krótkiego spaceru stworzyła się droga przez mękę, jakie licho mnie podkosiło aby tam leźć. Chyba postradałam zmysły aby dobrowolnie pakować się w takie miejsca. Masz racje, usłyszałam, to miejsce z daleka wyglądało, dużo lepiej.
Po powrocie do naszej ławeczki obok namiotu obejrzeliśmy zdjęcia na podglądzie i ani jedno ze mną nie nadawało się do pokazania nawet zupełnie obcej osobie. Nastawienie psychiczne jednak odzwierciedla się na twarzy, widziałam to dokładnie. Ujęcia natury były o wiele lepsze.
Wiele osób robi parę zdjęć z parkingu i dalej w trasę. Warto choć na chwile przyjrzeć się bliżej tej osobliwej skale. Nie pamiętam czemu zatrzymalismy się na poboczu w drodze powrotnej.
Może ostatnie spojrzenie i zdjęcie z odległości a może coś innego. Wtedy zakochaliśmy się w pieskach preriowych.
A było w czym się zakochać. Na szlakach turystycznych dzikie zwierzęta czasami przestają być nieufne. Uparcie karmione przez turystów staja się niewolnikami łakoci i podchodzą na bardzo bliska odległość. Tak było i tutaj jak widać na zdjęciu.

środa, 14 kwietnia 2010

Diabelska Wieza cz 2

Niestety Ataner byla pierwsza, powiedziala „musze na sekunde was opuscic” i skierowala się w strone wyjscia. Tak w barach czy pubach wskazuja kierunek toalety a nie wyjscia awaryjnego.
Pomiedzy jej wyjsciem a przyjsciem minela sekunda a może nawet mniej. Jej twarz wyrazala mieszane uczucia. Co takiego zdazylo się w toalecie?. Odpowiedz jest bardzo prosta, po otwarciu drzwi do pomieszczenia gdzie nawet Pan Bog chodzi piechota Ataner zobaczyla miejsce totalnego upodlenia. Nie wiem jak wygladala damska toaleta ale z opisu wynikalo, ze bardzo podobnie do meskiej. Pomieszczenie nawet duze ale w nim totalna pustka bez scian dzialowych. Tam gdzie zwykle powinna byc kabina a w niej sedes byla cementowa podloga i otwor do zalatwiania potrzeb filjologicznych na stojaco. Zaraz obok byla następna. Gdyby dwie osoby chcialy się wysiusiac w tym samym czasie to robily by to w towarzystwie drugiej osoby i nawet mogly by pogadac albo ponazekac na swoich mezow lub pertnerow albo na zatwardzenie. 
Weszla i wyszla. Tak jak na skrzyzowaniu „stop and go”. Meskiej czesci wyprawy poszlo chyba latwiej, troche szokujaco ale coz tam. Dostalo mi sie za to, ze jestem facetem i w zyciu zawsze mam lepiej niz ona, kobieta. Chciala nam jeszcze duzo opowiedziec o ciezkim losie kobiety na tym okrutnym swiecie ale zagrala muzyka.
   Przy stoliku obok siedziala para, która razem miala 129 lat. On postawny bez talii a ona opalona na braz. Nie taki z solarium ale braz z motocykla, opalona naturalnie co widac na pierwszy rzut oka. Kobieta miala dużo lat ale wygladala na 33. Zgrabna i obwieszona turkusami w srebrze. Może Ataner opisze swoja srebrna brosze z 50 turkusami zakupiona w Arizonie na indianskim straganie a zagubiona w nieokreslonej sytucji. Ja pomine to wydarzenie milczeniem. Nie zakup ale proces gubienia, daje wam zak, ze cos takiego bylo w szkatulce ze skarbami. 

Wczesniej wspomniana kobieta na sobie miala, tu wymienie prawie wszystko z bizuterii (pomine garderbe), oprócz kciukow wszystkie palce byly przyozdobione pierscionkami i pierscieniami. Pierscionki wystepowaly po dwa na palcu a pierscienie byly olbrzymie i ledwo miescily się na jednym. Może to zabrzmi kontrowersyjnie ale turkusy są sliczne i nigdy ich za dużo. Przeguby szescdziesiatletniej nastolatki zdobily przepiekne i drogie bransolety, kazda z nich okolo 300 dolarow, pomine super kolczyki i olsniewajacy naszyjnik. To ja jestem walniety na punkcie bizuterii indian Navajo, Zuni i Hopi. Kazda ma swoj niepowtarzalny charakter i latwo ja rozpoznac.
Navajo i Zuni to turkusy w srebrze mozna je mieszac do woli bo styl jest podobny a Hopi to czyste srebro z wyrytymi znakami i postaciami w czarnym kolorze. Stara nastolatka doprowadzila Ataner do rozpaczy, jej dzinsy utrzymywal w talii srebrny pas, kute srebro z duzymi, obrzydliwie pieknymi turkusami, klamra natomiast wienczyla obiekt pozadania.
Duza, misternie zlobiona w srebrze, olbrzymi turkus w srodku z czarnymi zylkami i jak powinno być, dookola mniejsze kamienie. Cala bizuteria wazyla więcej niż sucha ale dobrze zakonserwowana wlascicielka tych arcydziel. Tak na oko szacujac jakby to wszytko kupila w sklepie to wartosc tej bizuterii przekraczala 3000 dolarow, bezposrednio od Indian jakieś 2000. To nie cena zrobila na nas wrazenie ale jakosc i autentycznosc wyrobu. Wiem jak trudno jest znalezc takie cacka na przydroznych indianskich straganach. Bardzo rzadko widywalismy tak drogie pierscienie czy bransolety. Skonczylismy jesc nasze posilki ale nie chcialo nam się kontynuowac podrozy.
    Zespol skladal się z perkusisty i dwoch gitarzystow. Jeden z nich spiewal. Grali prawdziwego rocka, takiego klasycznego. Klasyka rocka amerykanskiego rozni się bardzo od klasyki rocka europejskiego. Amerykanska jest w 299% amerykanska i nie ma nalecialosci z Europy. Ameryka kocha sama siebie, jest czystym szowinizmem i zadufaniem w swoich ulomnosciach. Gdy weszlismy do restauracji lub jak kto woli knajpy, zespol się przygotowywal. Brudne spodnie i przepocone podkoszulki wskazywaly na to, ze przyszli tutaj prosto z pracy. Kilka akordow i krotkie strojenie instrumentow a zaraz potem muzyka. Nie jakas tam muzyka. Oni grali jakby przed soba mieli tysiace uczestnikow koncertu, oni grali jakby wystepowali w Woodstock. Profesjonalizm i zaangazowanie. Grali glosno, bardzo glosno ale nie tak aby ukryc niedostatek swego kunsztu. Nie bylo falszu czy skrotow, nie moglo być bo grali klasyke. Razem z zespolem spiewali wszyscy w knajpie, o pomylkach więc nie bylo mowy. Klasyke znaja wszyscy, slowo w slowo. Są kawalki swiete, Janis Joplin jest spiewana na stojaco bez względu czy to Chicago czy Zadupie. Muzyke Hendrixa czy Eagles noworodki przyswajaja z mlekiem matki. Chociaz dawno nasze jedzenie się skonczylo to nikomu nie bylo spieszno do wedrowki. 
Z checia sluchalismy znanych kawalkow i choc nieudolnie ale podspiewalismy pod nosem.
Impreza się rozkrecala, to już nie był zespol i widownia, teraz wszyscy byli zespolem i widownia, bez wyjatku wszyscy spiewali. Nawet barmanka potrafila sluchjac zwierzen pijanego klienta nucic pod nosem „Oh Lord, won't you buy me a Mercedes Benz?” i nie musiala wstawac bo pracowala na stojaco. To byla typowa rock knajpa. O naszych Country Music imprezach innym razem. Teraz Ataner opowie o Diabelskiej Wiezy.
  p.

sobota, 10 kwietnia 2010

Zielona - Magnolie dla Ciebie

 Witam Cie droga przyjaciolko. Gdy spojrzalam na zdjecie zamieszczone w swoim ostatnim poscie to nieodparcie na usta cisnely mi sie slowa  "jestem bardziej zielona niz Zielona". Juz przez duzszy czas ne mam od ciebie wiadomosci i chcialabym znow cie powitac na wiecznie zywej niwie blogow. 
 Obiecalam ci kwiaty magnolii jak tylko rozkwitna w okolicach Chicago. Po zamieszczeniu kolejnego postu na moim blogu wybralam sie natychmiast na wycieczke w poszukiwaniu tajemniczych kwiatow. 
 Wykradlam nowy aparat p. i pomknelam w zupelnie niezamierzonym kierunku. Udalo sie i popatrz, ze dla ciebie zakwitly magnolie. Urzekaja mnie swoja odwaga i zbuntowaniem przeciw ustalonym standardom, rozkwitaja zanim liscie pojawja sie na lodygach drzew. Wiem, ze za chwile Ty zakwitniesz swoim subtelnym piorem i nie bede juz musiala czekac na twoj kolejny post.
Pozdrawiam i czekam.

Ataner

Diabelska Wieza cz1

Jeszcze 100 mil i już kemping pocieszam moich pasażerów i uczestników wypadu do Diabelskiej Wieży. Rozległy to kraj i wszędzie tu daleko, do sklepu nie dojdziesz bo za daleko, jeżeli już to nie przyniesiesz zakupów do domu bo za daleko. Każdy wyjazd z okolic Chicago wiąże się z pokonaniem 1000 mil aby gdzieś dojechać. Pisze gdzieś mając na uwadze znane atrakcje tego kraju. W naszym przypadku do celu mamy 1050 mil najkrótszą droga. Tak wynika z atlasu samochodowego ale my przejedziemy dużo więcej, zboczymy z wygodnej autostrady aby przedrzeć się wiejskimi drogami do mało uczęszczanych miejsc. Nie ma się czym chwalić odwiedzając jakaś wioskę w Montanie gdzie jest jeden sklep i w najlepszym przypadku stacja benzynowa. Jedno jest pewne będzie tam knajpa. Zastanawiam się skąd tamtejsi kucharze wiedza co ja lubię. Pokrótce opisze pewne miejsce znajdujące się właśnie gdzieś. Takich miejsc jest dużo i znaleźć je można wszędzie. To szczególne miejsce to Belle Fourche w Południowej Dakocie, nie dam sobie głowy uciąć, ze to tam. Jak wspomniałem wcześniej nie chodzi mi o dokładne miejsce na mapie ale o zdarzenie.  Chciało nam się jeść od dłuższego czasu, nic po drodze nie znaleźliśmy i nastała faza milczenia bo, każde zdanie było związane z jedzeniem a nasze wizje pod tytułem co bym zjadł pogarszały sytuacje i burczenie w brzuchu stawało się coraz bardziej słyszalne. To tak jak z ziewaniem wieczorem, jedno ziewnie, drugie ziewnie i epidemia snu ogarnia zmęczonych w aucie. Pewnie każdy kierowca to zna i wie, ze w samochodzie jest zakaz ziewania po godzinie 18:00. Czasami Ataner powie "może byśmy coś zjedli jak nadarzy się okazja". Choć mamy prowiant ze sobą to takie słowa znaczą „nie mam ochoty na  przygotowywanie żarcia, chce do restauracji”, jakie to proste, nieprawdaż?
   Droga wąska i szybko jechać się nie da, zresztą nie ma potrzeby bo szansa, ze znajdziemy cywilizacje nadającą się do zaakceptowania jest znikoma jak wygrana w totka, według mnie nic nie znajdziemy i czeka nas prawdziwa wakacyjna obiadokolacja. Tak się składa, ze Ataner ma szczęście do wydawania pieniędzy a nie do ich wygrywania. Na moje nieszczęście przeważnie po jej słowach zawsze stanie się cud likwidujący nawis inflacyjny. I tym razem miała szczęście. Po niespełna 30 minutach wyjeżdżamy zza zakrętu i po prawej stronie jest mała restauracja mieszcząca się w drewnianej budzie. Kolor miała sprzed dziesięcioleci ale ściany proste i nawet były drzwi.  Na parkingu kilka aut i 15 motocykli. Zapomniałem napisać, ze jesteśmy latem w wakacje i cale motocyklowe towarzystwo zjeżdża w tym czasie do Sturgis. Wszyscy nie mogą się pomieścić w tak maleńkim mieście więc wielu z nich zatrzymuje się w okolicznych miastach i wsiach. Bawią się tam i niedojeżdżająca do celu. Na wieść o normalnym jedzeniu Wik jakby zaczął mieć kontakt z rzeczywistością i koniecznie chce do kibelka. Wiem co jest grane, siła złego na jednego. Nie mogę się dziwić bo po 6 godzinach jazdy ja tez mam wszystkiego dość i z chęcią odpocznę. Ataner często mnie zmienia za kierownica ale gdy siedzę obok niej to nie mogę się odprężyć bo denerwuje się, ze coś się wydarzy gdy zamknę oczy. Guzik nie relaks na miejscu pasażera. To chyba zboczenie albo nadwrażliwość. Parkuje auto i wchodzimy do środka.
   Jest wtorek około osiemnastej a w środku piątkowa impreza, do gry przygotowuje się zespól, piwo leje się strumieniami a przy barze tłum. Teraz rozumie czemu Alicja była tak zdumiona po wpadnięciu do dziupli po drzewem, wiem jak zdziwione miała oczy i głupi wyraz twarzy. Wiem bo sam tak wyglądałem. Były dwa wolne stoliki bo większość nie przyszła jeść a raczej pic i coś przekąsić. Ataner wybiera ten aby wszystko widzieć. Szybkie zlustrowanie całości i poprawienie się w krześle oznaczało akceptacje. O dziwo dość szybko zauważyła nas kelnerka i w tanecznych plasach podeszła do nas ze szklankami wody z lodem i kartami menu. Po zwyczajowym powitaniu oddaliła się pozwalając nam zapoznać się z jadłospisem. Piec minut studiowania wymyślnych nazw potraw godnych światowej klasy restauracji nic nam nie mówiły wiec musieliśmy poczekać na żywą ich interpretacje. Przy zamawianiu zawsze mam mętlik w głowie bo choć w karcie jest np schabowy z ziemniakami i kapusta to można go zamówić z marmolada i czosnkiem. Dewiza klient nasz pan przedłuża zamawianie posiłków. Już prawie byliśmy zdecydowani, nie moglem jednak uwierzyć kelnerce, ze ryba jest świeża szczególnie tutaj po środku prerii oddalonej o kolejne tysiąc mil od brzegu morza i wyperswadowałem potencjalnym ofiarom zatrucia pokarmowego aby nie zamawiać łososia atlantyckiego w sosie pomarańczowym. W końcu udało się zestawić optymalne danie dla każdego z nas. Ataner zdecydowała się na stek z kością, frytki i sałatkę z kapusty, Wik oczywiście nie miał problemów z wyborem; hamburger z frytkami ja natomiast chyba zamówiłem ogon szczura albo coś innego, nie pomne teraz. Jedzenie już tuz, tuz. Mały czteroosobowy stolik został dokumentnie zastawiony zamówionymi potrawami. Usłyszałem cichutki jęk wydobywający się z ust Ataner i smakowite mlaśnięcie Wika przed, którym wylądował wiklinowy kosz wyłożony pergaminem. Właśnie tam sadowiła się monstrualnie wielka buła jak bochen wiejskiego chleba z ociekającym tłuszczem kotletem. Ataner lubi czasami zjeść zabawić się i wypić. To co przed nią stanęło powinno jej wystarczyć na cztery całonocne imprezy. Na polokraglym półmisku leżało pól wolu doskonale usmażonego. Polany był szarym sosem, frytki tworzyły pasmo Tatr. Obok stała ledwo dostrzegalna malusieńka miseczka z sałatką, wyglądała komicznie. Ataner wpatrywała się z niedowierzaniem, ze to wszystko dla niej. Spojrzała na mnie potem na swoja porcje, jeszcze raz na mnie i na półmisek zajmujący polowe stołu, nieomal parsknęła śmiechem. Wiadomo było, ze tego nie zje ale musiała to powiedzieć kilka razy z rzędu jakby tłumacząc się, ona wazy tylko dwa razy więcej niż zamówione danie. Jedzenie było pyszne. Zajadaliśmy się podanymi daniami i przysięgam, ze smakowały nam jak frykasy w Las Vegas. Ataner jest najmniejsza w naszej trzyosobowej rodzinie ale zawsze w restauracji to przed nią stawiane są największe porcje. Wiedziałem, ze przed snem nie ominie nas pokaźna porcja brandy by przyśpieszyć trawienie i nie mieć koszmarów. Jak zwykle w połowie konsumowania przyszła kelnerka zapytać czy wszystko smakuje, Ataner potakująco skinęła głowa bo w ustach miała kolejna porcje mięsa ja skorzystawszy z okazji i poprosiłem o niewyskokowy napój. Kelnerka przeprosiła nas mówiąc, ze wszystkie napoje zamawiać trzeba w barze. Co kraj to obyczaj niech i tak będzie. Idę zatem i rozpycham się ale nie jest łatwo. Próbuję jeszcze raz, tym razem wyciągniętą ręką uzbrojona w dolary. Macham waluta i proszę o trzy coca-cole ale wydaje mi się, ze barmanka (pijana jak to barmanka) nie rozumie bezalkoholowych nazw, piwo, drinki, owszem serwuje jak najęta i gada jak najęta. Trochę się wkurzyłem i rozdarłem paszcze na cały głos „trzy coca-cole proszę”, usłyszała o dziwo tak jak cala reszta za barem. No nie wyglądam jak zbir, tak jak cala reszta przy barze i z zaciekawieniem patrzy na mnie 40 już nieźle pijanych oczu, chętnych do zmiany mojej fizjonomii. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową w stronę rodzinki siedzącej w oczekiwaniu na picie. Barmanka wzięła wszystko co miałem w dłoni i w zamian dala mi trzy szklaneczki coca-coli o pojemności 200 ml każda. Przyniosłem picie do stolika ale nie nikt mi nie podziękował za naparstki z napojem chłodzącym. Drugi raz nie pójdę powiedziałem stanowczo. Ataner zabiła mnie wzrokiem a Wik przezornie wypił duszkiem resztę wody z lodem.

     p.

Uwaga góra wciąga - epilog.

Namiot stoi, spanie przygotowane a ja siedzę przez cały czas jak trup. To już nie migrena, o na pewno nie. Bez obcesowo mogę użyć powiedzenia, ze łeb mnie nap….ala. Łykałam prochy przeciwbólowe garściami ale bez skutku. Obręcze na głowie zaciskały się mocniej bez przerwy, teraz wiem co przeżywały wiedzmy za czasów inkwizycji zanim spalono je na stosie. Siedziałam i nie pamiętam o czym rozmawialiśmy i czy w ogóle nadawałam się do rozmowy. Noc spędziłam na wchodzeniu i wychodzeniu z namiotu. Polegiwałam w namiocie do momentu gdy wszystkie upiorne odgłosy lasu stawały się nieznośne. Słyszałam jakieś hałasy dużego zwierza obok namiotu albo mi się tak wydawało. Gdy ucichały wychodziłam na zewnątrz.
Trochę się dziwiłam, ze coś do nas podchodzi bo w namiocie nigdy nie trzymamy jedzenia aby nie kusić dzikich mieszkańców lasu. Tak postępują prawdziwi turyści w mało zaludnionych terenach. Nie mam na myśli mrówek, choć i one są ohydne, ale niedźwiedzie. Sa one bardzo niebezpieczne i jak wyniuchają kawałek kanapki w namiocie to bezpardonowo rozrywają namiot w poszukiwaniu jedzenia. Nieszczęście gotowe gdy oprócz kanapki w namiocie dodatkowo są ludzie. Cale nasze zapasy przed snem chowamy do samochodu, nawet śmieci w workach foliowych wkładamy do bagażnika. Jakoś nie pomyślałam, ze chociaż nie słyszę dziwnego szurania to stwor nie zniknął. Jeżeli nawet był w pobliżu to uciekał na mój widok bo pewnie wyglądałam tak jak się czułam. Z wykonywaniem czynności wcale się nie spieszyłam, czau miałam nadmiar. Wolno piłam wodę, którą popijałam coca-cola i zagryzałam tabletkami przeciwbólowymi. Robiłam to długo i precyzyjnie tak aby czymś się zająć i zapomnieć o dolegliwości. Promienie słońca zakończyły najdłuższą noc na świecie, przynajmniej dla mnie.
Przygotowałam kawę i po chwili p. wysunął się z namiotu. Druga filiżanka porannej dawki kofeiny trochę mnie rozruszała ale nie złagodziła ustawicznego, tępego bólu głowy. Inni tez już wstali i przedziwnie się zachowywali. Skakali jakby wokół swoich stołów i mówili podekscytowanymi glosami. Wyostrzyłam jednak słuch na ile mogłam i okazało się, ze coś im zżarło zapasy i strasznie narozrabiało. Spoglądali w moja stronę ukradkiem i gestykulowali jakby wskazując na mnie. I co niby ja zjadłam wasze jedzenie, pomyślałam sobie, przecież mam w żołądku chyba dwadzieścia jeszcze niestrawionych tabletek a na sama myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze. To właśnie oni pierwsi zobaczyli nieproszonego gościa. Zupełnie niedaleko za moimi plecami pasł się bizon, duży bardzo dorodny samiec. Dzieliła nas jedynie barierka byle jakiego i nieszczelnego ogrodzenia. Od tego dnia potrójnie sprawdzam czy cale jedzenie jest dokładnie schowane. Wcale nie chciałam sobie wyobrażać mojego spotkania w nocy z bizonem ale p. wcale mi tego nie zaoszczędził. Usłyszałam po raz setny, ze na dzikim zachodzie są sprawdzone zasady i odstępować od nich nie warto. Oto przykład, tu wskazał na naszych sąsiadów, bezmózgowców i kompletnych idiotów. Było również dwieście określeń na zupełną bezmyślność ludzi, nie pomne wszystkich ale niektóre były bardzo trafne, to pamiętam. Na zakończenie usłyszałam, ze powinniśmy dziękować za bizona bo mógł to być np. niedźwiedź. Podziękowałam wszystkim duchom, które maja nas w swej opiece i postanowiłam zacząć się pakować do odjazdu. Minęło 15 minut od momentu opuszczenia pola namiotowego i raptem znów byłam sobą. Bol ustąpił jakby wyleciał przez otwarte okno pozostając za nami.
Mogłam już myśleć i wtedy przypomniałam sobie o podobnym miejscu w Wisconsin Dells. Tam tez jest takie miejsce gdzie wszystko jest na opak, nazywa się Wonder Spot. Jest to krotki odcinek zbocza gdzie przyciąganie ziemskie nie jest skierowane do środka Ziemi lecz gdzieś indziej i idziesz w takiej pozycji, ze powinnaś się przewrócić. Bardziej obrazowo, jak schodzisz, to w taki sposób, ze jesteś nienaturalnie przechylona do przodu. Czy to anomalia grawitacyjna czy inna nie wiem i nie będę teraz wydziwiała bo usłyszę, ze blondynka a zgrywa się na Einsteina. W Wisconsin Dells jest to tak mocne i widoczne, ze tracisz zmysły po kilku minutach i trzeba uciekać by nie zwariować doszczętnie. W Polsce jest tez takie cudo, w Karpaczu, wszyscy o tym tam wiedza i warto to obejrzeć. Paranoja w biały dzień i to bez narkotyków, totalny odlot za darmo.

piątek, 2 kwietnia 2010

Uwaga góra wciąga cz 1

Co maja wspólnego Karpacz, Fruita i Wisconsin Dells zaraz opowiem. Każdy z nas pamięta jakieś cudowne widoki lub zdarzenia, które  wryły mu się w pamięć do końca życia. Przygoda na Mazurach, spacer plaza nad morzem albo widok z wysokich gór.  Nie wiemy jak wysoka jest góra pod którą stoimy lub jak wielkie jest morze jeżeli nie widać jego końca schowanego za horyzont. Wiemy jednak, ze maja swój początek i koniec. Nawet gdy spoglądamy w niebo to widzimy gwiazdy lub ich światło bo może dawno już nie istnieją, to wszystko jakoś da się poukładać w głowie.
Jak zwykle nasze auto jest wypchane różnościami koniecznie potrzebnymi aby przeżyć dwa tygodnie wakacji. Nie będę wymieniała co mamy w bagażniku i w środku pojazdu ale ograniczę się do tego, ze jak co roku zabieram za dużo rzeczy osobistych. Na początku gdy wybierałam się z p. na wakacje moje torby stanowiły 60% całego naszego wyposażenia razem z namiotem, materacami, lodówką itd. Nie zapomnę jak p. wysypał moje ciuchy na kanapę i posegregował bezczelnie co przydatne a co nie. Byłam oburzona, zdesperowana i wściekła. Jak mogę nie wziąć tej ukochanej apaszki na wakacje, przecież jest zupełnie inna niż te osiem pozostałych. Ta w kropki będzie mi pasowała do tej... Lodowaty wzrok p. zamroził mój język, byłam załamana. Tęsknym wzrokiem pożegnałam apaszkę i wiele innych niezbędnych rzeczy. Z trzech toreb zrobiła się jedna i do tego luźna. No dobrze będę chodziła nago, sam tego chciałeś. Gdy auto jest już zapakowane i widzę, ze miejsca dość dużo, dokonuje dramatycznych akcji zapominania czegoś ważnego i wracam się albo po kolejny kapelusz albo chociaż po bluzkę w kolorze seledynowym. Kapelusz na pewno się przyda bo nie mogę sobie twarzy opalać, bluzka natomiast podkreśli moja opaleniznę. Musze coś zawsze przemycić abym lepiej się czuła. Teraz wiem, ze zupełnie niepotrzebnie. P. zwykle macha ręką i nic już nie mówi, i tak wygrał ten pojedynek. Pocieszam się, ze to jednak remis.
Błądzimy gdzieś w Utah pomiędzy niedostępnymi górami, trasa wiedzie pośród malowniczych kanionów. Jesteśmy ciągle pod wrażeniem oglądanego dzisiaj Canyonlands National Park i najwyższy czas na zasłużony odpoczynek. Na mapie znalazłam pole kempingowe niedaleko miasta Fruita w Reef National Park, ponad godzinę jazdy kreta ale asfaltowa droga numer 24.
Oka nie mogę nacieszyć widokami, jestem pasażerem a później pilotem, czasami gdy p. nie wie w którą drogę skręcić dostaje opieprz za to, ze nie mam pojęcia gdzie się znajdujemy, zaczynam wtedy przewracać stronice atlasu danego stanu i jakoś dziwnie temperatura w samochodzie się podnosi choć klimatyzacja działa bez zarzutu.
Taka sytuacja kończy się tak, ze p. zdecydowanym ruchem wyjmuje atlas z moich rozdygotanych rak i po sekundzie wszystko wie, a nie trzeba było tak od samego początku? Wytracona z podziwiania widoków i sprowadzona na ziemie od razu zauważyłam, ze ''coś nie tak" z samochodem. Silnik wyje jakbyśmy jechali pod stroma gore. Jak wspomniałam wcześniej auto załadowane na maksa i nie dziwota, ze silnik ciężko pracuje jak się wspinamy ale teraz, teraz zjeżdżamy w dol a w dole jest mostek i płynie rzeczka. Spojrzałam na p. i napotkałam jego pytający wzrok. "Ta góra wciąga" usłyszałam cichy zdziwiony głos. Wciąga, no kurcze naprawdę wciąga. Zatrzymaliśmy się jakieś 100 metrów przed rzeczka, skrzynia biegów na "luz" i czekamy. Po chwili auto jedzie do tylu pod gore. Zatrzymaliśmy się i dokonaliśmy amatorskich pomiarów. Wylałam wodę na asfalt, stróżka płynęła pod gore a nie w dol do rzeki. Próba z piłką tenisowa ubawiła nas, bo odbijała się i wędrowała wbrew logice, pchnięta w dol powracała.
Czary, pomyślałam. Najlepszym dowodem, ze postradaliśmy zmysły był następujący przykład. Zawróciliśmy auto, teraz przód był skierowany pod gore, silnik wyłączony, kluczyk w stacyjce przekręcony tak by nie blokować kierownicy. Siedzimy w środku ja obsługuje kamerę aby wszystko było na filmie. Przed sobą mamy jakieś 500 metrów pod gore, auto zaczyna się ruszać. Z początku wolno się toczy, po chwili już jedziemy z prędkością 20 mil na godzinę, szybciej i szybciej, na szczycie mieliśmy 40 mil na godzinę czyli ponad 60 km/h. Teraz próba w dol, w połowie trasy z "górki" wyłączamy silnik i skrzynia biegów na luz, auto zwalnia, staje i rusza w przeciwnym kierunku. Powtórzyliśmy wszystko jeszcze raz aby upewnić się, ze z nami jest OK. Chyba nie bo zaczęła mnie bolec głowa i ból nasilał się z minuty na minute. Już miałam tego dość i poprosiłam o koniec eksperymentów. Wszystko wiemy i mamy nagrane. Chciałam odetchnąć ale jak się okazało nie zmrużyłam oka tej nocy. Okolica była ładna, soczysta zieleń iglastych drzew przeplatana brzozami, widok ten spowodował, ze na chwile zapomniałam o bólu głowy i cieszyłam się, ze będziemy spać w takim ładnym lesie. Miejsce na namiot znaleźliśmy jakieś dwa kilometry od dziwnej góry. Oprócz nas były jeszcze dwie rodziny, które już zadomowione na całego pałaszowały kolacje.