piątek, 28 maja 2010

Ach, jak tu pięknie!

"Strasznie fajne", to jest zupełnie idiotyczny zestaw slow. Patrząc na to zdjęcie coś podobnego przyszło mi na myśl ale przyznaje, ze ja tego nie wymyśliłam. Zapożyczyłam to „coś” z polskiej telewizji od popularnej pani spędzającej więcej czasu na siłowni niż z podręcznikiem poprawnej polszczyzny. No cóż, jak jej wolno na cały świat (ja „to” oglądam za pośrednictwem satelity na drugiej półkuli ziemskiej) takie głupoty wypowiadać to może i mnie wolno? Nie! Nie! Nie!
Tym razem znajdujemy się w zagłębiu „ochów” i „achów”. Jeden „ach” oddalony jest od innego „och” o 100 mil. Już to wyjaśniam bo lekko zagalopowałam się w slowodziwaczeniu. Dzisiaj skoncentruje się na Kanionie Bryce w Stanie Utah. Ciągnie mnie na dziki zachód jak alkoholika na głodzie do butelki na wystawie sklepu monopolowego. Gdy już tam jestem to czuje się jak zupełnie inna osoba. Wyłazi ze mnie drzemiąca siła i skrywana podświadomie chęć przezywania wielkich emocji. Przed nami kolejna atrakcja tego kraju na skale narodowa. Ludzi tutaj jak w czasie poświątecznej wyprzedaży w centrum handlowym. Aparaty klikają wokół nas jak z reklamy Canona.
- Ach, jak tu pięknie! - wyrywa mi się z ust. Mój wzrok nie może zatrzymać się w jednym miejscu, chce ogarnąć wszystko naraz.
- Zachowujesz się jak bodyguard. Nie stresuj się, mamy czas. - ale jak to zrobić gdy przed oczami masz miliony zamków a wyobraźnia potęguje to wrażenie.
Czasami wydaje mi się, ze kilka z nich to jeden tylko bardziej skomplikowany, za moment widzę coś innego. Podobne wrażenie sprawia obserwowanie chmur płynących po niebie gdy leżysz na wznak na lace gorącej, latem pachnącej.
Moje dioptrie oszalały, zaczęły ze mną pogrywać bo nie mogłam wyostrzyć obrazu. Odwróciłam wzrok i spojrzałam na p., jego widzę normalnie. Być może dlatego, ze znam go przez tyle lat i nie muszę mu się dokładnie przyglądać.
- Rob zdjęcia! - stanowczo lub bardziej rozkazująco rzekłam. Jest tyle form i kolorów, ze zapomnę za chwile co widziałam.
Tak jak po wyjściu z kina, po dobrym filmie masz zupełną pustkę w głowie, po godzinie zaczynasz pamiętać i pamiętasz całość od początku do końca jakbyś sama pisała scenariusz. Z mojego filmu może dwie klatki nadają się do wykadrowania, tak szybko ruszałam kamera, ze nic nie widać. Byłam tak rozemocjonowana, ze „ach jak tu pięknie” powtórzyłam jeszcze kilka razy. Teraz gdy pisze ten tekst, oglądam zdjęcia i wzdycham sobie – ach jak tam było pięknie.

czwartek, 27 maja 2010

Jedziesz - pij z umiarem.

Panowie na lewo, Panie na prawo. Tak powinno być bo gdyby było odwrotnie to Panie musiały by przechodzić przez drogę. Czysta dyskryminacja. Sytuacja jest zrozumiała, tłumaczyć nie trzeba. Czasami potrzeby fizjologiczne dają znać o sobie w najmniej sprzyjających okolicznościach.
Jedziemy jakąś droga w Południowej Karolinie, uparcie dążymy w kierunku wybrzeża Atlantyku aby dojechać do Myrtle Beach. Jest ciepło i wilgotno jak to zwykle latem i błogosławię pana Carriera, który wymyślił lodówkę. Eskimosi nie doceniają tego ale w tym klimacie jest ona “koniecznie niezbędna”. Obawiam się dotknąć szyby aby się nie oparzyć. Przynajmniej mam takie odczucie. Dookoła nas wielkie rozlewiska rzek porośnięte gęstą roślinnością. Na otaczających nas bagnach rośnie pewnie tyle gatunków roślin co w niejednym ogrodzie hobbysty. Zwierzyny, szczególnie tej niemile widzianej w pobliżu człowieka, wydaje się być aż nadmiar. Co chwile na jezdni mijamy rozjechanego wcześniej pancernika i inne nieznane mi zwierzęta. Na szczęście nie spotkałam tu, jak na Florydzie, rozjechanego aligatora i nie marze o takim widoku bo zaraz uzmysławiam sobie, ze coś takiego czyha na mnie za każdym krzakiem. W pobliże rzek, które mijamy, nie podjeżdżamy choć widoczne są zjazdy, którymi amatorzy wędkowania narażają swoje życie dla zaspokojenia pasji. Ciągle słyszę, ze trzeba dużo pic i jeszcze więcej jak są upały. Moje nerki są chyba dwa razy wydajniejsze niż innych bo usiłuję pic na sile albo jak kto woli z rozsądku. Najbardziej mi smakuje, jeżeli woda z butelki może mieć jakikolwiek smak, taka z bąbelkami. Mądrzy w radio mawiają, ze woda gazowana jest niedobra dla organizmu i taka zwykła natomiast to samo zdrowie. Brr, na sama myśl o zwykłej wodzie i to jeszcze w nadmiarze żaby mi się lęgną w żołądku. Nie można przecież robić wszystkiego co zdrowe bez odrobiny niezdrowego. Tak żyć się nie da. Pije zatem dużo wody, której nie wypacam bo w aucie zimno i chciałabym wyjść na słonce. To co widzę na zewnątrz to wielka ułuda jak Hollywood albo wygrana w totka. Wiem, ze jak wyjdę z samochodu to natychmiast wskoczę do niego z powrotem. Już mi jakoś cieplej i kolejny łyk wody, tej gazowanej oczywiście. Droga wąska na dwa chude auta a asfalt po bokach kończy się raptownym uskokiem do bagna, nie ma pobocza. Bardziej zrozumiale pisząc to wygląda tak jak nasyp kolejowy przez jezioro. Jedziemy takim właśnie nasypem a dookoła woda i bagna. Wszędzie woda, za szyba woda w butelce woda i w organizmie woda. Nogi odsuwam od nawiewu bo już mam je zamarznięte do tego stopnia, ze chce mi się  si....  
- Ha, tez sobie wymyśliłaś. Tu nie ma gdzie a taka droga będzie jeszcze przez przynajmniej pól godziny. - On chyba kpi, jakie pół godziny. Nie wiedziałam czy to żart czy tym razem nie. 
- Oddychaj spokojnie i relaksuj się, pomyśl o czymś przyjemnym. - Nic bardziej abstrakcyjnego nawet Salvatore Dali nie wymyślił. „Oddychaj spokojnie” gdy nie mogłam wcale oddychać, każdy wdech powodował lekkie ruchy brzucha skąd dochodziły palące bóle, „pomyśl o czymś przyjemnym”, owszem najprzyjemniejszym widokiem był widok łazienki. Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia tym bardziej, ze jechaliśmy własnym autem a nie z wypożyczalni i nie mogłam zmoczyć siedzenia. Nie dało się skrócić moich męczarni jadąc za kilkoma pojazdami. O wyprzedzaniu nie było mowy bo linia ciągła po horyzont, który jest gdzieś daleko. Wreszcie jest miasto w polu widzenia i już wiem, ze następne trzy minuty będą kryzysowe, pocieszam się tym, ze zawsze na granicach miasta są stacje benzynowe a w każdej z nich, nawet najmniejszej, jest łazienka. Stacja jest, moje nerwy napięte do granic wytrzymałości tak samo jak mięśnie, duża i kolorowa z rozbudowanym sklepem z tysiącem różności. Ostatkiem sil otwieram drzwi i widzę mnóstwo regałów z artykułami samochodowymi, spożywczymi, trochę drogerii jest również jakieś szybkie żarcie ale nie widzę znaku kobiety w spódniczce. Mój kolejny krok grozi przymusowym myciem podłogi i zęby już mocniej nie mogą się zacisnąć na języku bo go odgryzę. Rozpacz zaślepiła mnie zupełnie, patrze i niewiele widzę, szukam w desperacji jakiegoś innego znaku informacyjnego. Pomysłowi właściciele restauracji dają upust swojej twórczej fantazji przy wymyślaniu rożnych napisów na oznakowanie łazienki. Postanowiłam zaryzykować i zapytać o drogę w ustronne miejsce, ryzykując, ze zamiast pytania wydam z siebie okrzyk bólu i jednocześnie zażenowania. Odwracam się w stronę wyjścia gdzie za kontuarem jest chyba trzech kasjerów już mam zamiar uratować swój język otwierając usta by zapytać i widzę znak tak wielki, ze ślepy by zauważył, tylko czemu umieścili go dokładnie za mną!

czwartek, 20 maja 2010

Małe i cieszą – cz 2

Malutkie ptaki wiły się jak w ukropie pijąc nektar z poidełka. Napatrzeć się nie mogłam na malutkie zwinne helikoptery z napędem atomowym. Kolibry mogły zatrzymać się w miejscu ze swojej prawie maksymalnej prędkości. Potrafiły latać do tylu, na boki oraz w gore i w dol.
- Rob zdjęcia! - powtarzałam, co chwilkę chociaż widziałam, ze do bezkrwawego polowania p. dołączył ochoczo. Nie mogłam oczu oderwać od tych rajskich ptaków, skąd one się tu wzięły nie byłam pewna i nie chciałam o tym rozmyślać akurat teraz.
- Z nad Amazonki. - usłyszałam, po chwili zdałam sobie sprawę, ze obok mnie jest geniusz czytający w myślach, telepatia jednak istnieje. Hmm? Powinnam być ostrożniejsza. Gdy po posiłku oglądaliśmy zdjęcia i mój film to prawda wyszła na jaw. Gadałam jak najęta do kolibrów i zasypywałam p. pytaniami jak na teleturnieju, przyznaje, ze trzeba być geniuszem aby zrozumieć co paplałam i po co. Czytanie w myślach nie było potrzebne aby rzucić jedna trafna odpowiedz. Gdy przychodzi wiosna to samce dwa tygodnie wcześniej przed ich przyszłymi partnerkami rozpoczynają wędrówkę na północ Ameryki. Najbardziej lubią kolor czerwony i dlatego wszystkie poidełka są w tym kolorze. 
Oczywiście nie pogardza nektarem z innych kwiatów ale najpierw sprawdza czy nie da się przekąsić z czerwonego. Aby utrzymać się nieruchomo w powietrzu ich skrzydła poruszają się tak szybko, ze są niewidoczne dla oka ludzkiego. 
Male grubasy (przed migracja najadają się na zapas i tyją nawet dwukrotnie, niektóre nigdzie nie odlatują bo są za grube i nie mogą latać) latają nisko nad ziemia i są wytrwałymi podróżnikami. Niektóre gatunki dolatują poprzez Oregon nawet na Alaskę. Az trudno uwierzyć, ze inne przez Zatokę Meksykańską urządzają podróż non stop na Florydę i dalej na północ. Latają z zawrotna jak na takie maleństwa szybkością nawet do 80km/godz.
 Pamiętam mój pierwszy pobyt w Santa Fe, prześliczne stare miasto zatrzymało nas trochę dłużej niż zamierzaliśmy. To miasto to miejsce gdzie chciałabym spędzić resztę mojego życia ze skromnym milionem dolarów na moim osobistym koncie, mogłam tylko pomarzyć i cieszyć się chwila. Spacerowaliśmy wtedy po zakamarkach miasta gubiąc się pomiędzy niezliczonymi krużgankami pachnącymi suszona papryka. Dawno temu gdy nie było jeszcze klimatyzacji mądrzy ludzie używali naturalnego ochładzania. Nie wiem czy będę w stanie opisać jak to wygląda i jak to działa, ale się postaram. Zacznę od obcesowego „otóż”. Otóż na zewnątrz domu rozpylano mgle wodna aby chroniła dom przed zabójczymi promieniami słońca i koszmarnie cudownym upałem. Przyznam, ze daje to niesamowity efekt w tych prawie pustynnych warunkach. Nie dość, ze jest ułudnie chłodniej to jeszcze wilgoć daje życie roślinom. W miejscach gdzie działa naturalna klimatyzacja rośliny kwitną na okrągło. Tam właśnie zobaczyłam pierwszego w życiu kolibra. Przyleciał (jak zwykle koliber) siedem razy do jednego kwiatka i starał się wypić z niego nektar. Cale zdarzenie trwało krócej niż nasze możliwości upamiętnienia tego w kadrze zdjęcia. Odleciał tak szybko jak się pojawił. Na kolejne  spotkanie przyszło mi czekać trzy lata z okładem jednorocznym, doczekałam się w takiej niespodziewanej sytuacji i dość surowym klimacie. 
 Wszystkie kolibry są czarne a niesamowite odbłyski to załamanie światła jak w tęczy. Ich pióra przedziwnej konstrukcji są ciągle wilgotne, ponoć muszą być i stad ten wielobarwny efekt. Przedziwne to stworzenia ich serce bije z prędkością nawet do 1250 uderzeń na minute.
- Szkoda, ze Twoje tak szybko dla mnie nie bije – p. starał się być romantyczny. Biło, biło ale się zmęczyło. Nawet bez tysiąca uderzeń na minute moje serce nadaje się do wymiany. Po tylu latach z nim nie tylko ten organ jest zużyty, niech wspomnę tylko o nerwach, tego jeszcze nie przeszczepiają ale gdyby to ja jestem pierwsza w kolejce i zamawiam dwa egzemplarze o wytrzymałości lin marynarskich.

piątek, 14 maja 2010

Małe i cieszą – cz 1

Mamy juz dosc Kolorado, za chwile zaczyną się prawdziwe wakacje. Chcemy dojechać do Utah poprzez góry i przełęcze. Opuściliśmy znane miejsca jak McDonald, Pizza Hut czy Starbucks ale co przed nami nikt nie wie. Nawet p. ma nijaka minę gdy zapytałam go czy tam przejedziemy. "Droga jakaś jest", odpowiedział z chwilowym namysłem, ledwo uchwytna nutka zwątpienia. Nie dziwie się, ze zastanawia się co dalej choć po sobie tego nie pokazuje. Patrze na kartkę w atlasie samochodowym z napisem "Colorado" i ledwo dostrzegam miejsce do którego chcemy dojechać. Jak jest chociaż najcieńsza nitka drogi w atlasie samochodowym całych Stanów to jesteśmy w stanie ta droga przejechać. Gdy p. posługuje się szczegółowym atlasem danego stanu to już nie wiadomo co może się wydarzyć. Uspokoiłam się bo ten ostatni leży sobie spokojnie przy innych mapach w schowku za oparciem siedzenia pasażera. Wcześniej jest park stanowy i tam na pewno ludzie jeżdżą, dalej to już nie jestem tego pewna, ze zobaczymy żywą dusze. Naszym hasłem przewodnim jest "Ahoj przygodo" wiec jedziemy w nieznane. Gdy wyruszamy z parkingu przed domem to tak rozpoczynamy nasza wędrówkę zanim kola zaczną się toczyć. Gdy jesteśmy w sytuacji określanej jako "niejasna" to wtedy dodajemy sobie otuchy tym "ahoj" i pełni optymizmu jedziemy na spotkanie przygody. 
 W strugach deszczu przemierzamy ostatnie przyczółki cywilizacji. Z autostrady 70 zjeżdżamy na drogę 65, około 50 mil przed granica ze stanem Utah. Powoli wypogadza się choć chmury na niebie nie zapowiadają szybkiego rozpogodzenia. Nie mamy wpływu na pogodę, (prawdziwi Indianie ciagle potrafią). Zupełnie obce tereny przed nami i nie wiadomo czy znajdziemy przez następne dwa dni inne żywe stworze niż muchy. W tych miejscach trudno spotkać jakieś zwierze, nie mam pojęcia dlaczego ale nie obawiam się stąpać boso po lesie. Wpadliśmy na pomysł aby trochę zwolnic tempo pomimo tego, ze jesteśmy na początku podróży, może byśmy zboczyli z obranej trasy i spędzili resztę dnia  na polu namiotowym w Vega State Park. Byłam zmęczona jazda w deszczu, choć droga wspaniała to jednak kilka godzin za kierownica w tych warunkach dały znać o sobie znużeniem i marzyłam o spokojnym popołudniu i o długim śnie. Po odpowiednim odpoczynku będę w stanie lepiej odbierać uroki otaczającej nas przyrody. W koncu p. zmienil mnie za kierownica, troche za pozno jak na moj gust. 
 Sam dojazd do głównego wjazdu do parku prowadził przez rzadko zamieszkałą okolice. Domy były skromne na tyle, ze nie stanowiły obiektu pożądania. Pola uprawne tez niewielkich rozmiarów wydawały się być przemocą wyrwane przyrodzie. Dookoła lasy i góry nie ułatwiające życia rolnikom. To raczej raj dla myśliwych. Jeszcze dwa ostre zakręty i już widzę z daleka budkę strażnika przy wjeździe do parku. O jak dobrze, ze już prawie na miejscu, nie trzeba się już nigdzie śpieszyć. Przeciągnęłam się w fotelu gdy p. jako kierowca załatwiał opłatę za pole namiotowe. Niebieski kolor i białe obłoki to chyba najpopularniejszy opis nieba w ciągu dnia. Może kiczowaty ale już od dziecka taki zestaw kolorów  kojarzy się nam z niebem. Maluchy już w szkole podstawowej używają tych farb do malowania nieba. Wyciągnęłam ręce za siebie, ponad głowę i starałam się rozprostować moj zmaltretowany kręgosłup. Poczułam jak moje kręgi przemieszczają się z powrotem na swoje naturale miejsce i raptem coś czarnego przeleciało przed sama szyba samochodu. O kurcze przegięłam z ta odnowa biologiczna, przecież nie jestem kręglarzem, chyba za mocno i aż mi w oczach pociemniało. Zamrugałam nerwowo gdy czarna błyskawica przeleciała jeszcze raz. Mrugam i rozglądam się dookoła. Czarna błyskawica przeleciała jeszcze raz tylko w zupełnie przeciwnym kierunku. Zacisnelam oczy i obawialam sie otworzyc je ponownie. Otworzyłam drzwi i chciałam wysiąść by się dotlenić bo może mi powietrza brakuje i mam halucynacje. Wysiadłam i jeszcze nie stanęłam obydwoma nogami na ziemi aż tu raptem przed moja twarzą jakieś pól metra zmaterializowało się raz widziane przeze mnie zwierze. Zawisł w powietrzu i daje słowo, uśmiechnął się do mnie koliber. Po chwili przelecial jak pocisk karabinowy drugi i trzeci. Klapnęłam z powrotem na fotel. - Widziałeś! - krzyknęłam - Kolibry, jest ich tysiąc - nie czekając na odpowiedz chwyciłam kamerę i rozglądam się w poszukiwaniu kolibrów. Gdy wyszłam z auta na całego spostrzegłam jak kolibry latając jak w ukropie chowają się za stróżówkę. Już nauczyłam się jednocześnie chodzić i nagrywać film. Dostaje wtedy rozbieżnego zeza i rozdwojenia jaźni z nerwowym dreptaniem jak Japonka w japonkach na koturnie. Lewym okiem patrze przed siebie, prawym na ekran kamery i wtedy brakuje mi trzeciego oka na samym czubku nosa abym mogla patrzeć pod nogi, dlatego stawiam małe kroki aby nie nadziać się na coś niebezpiecznego. Nie przepadam za filmowaniem ale ktoś to musi robić, p. pstryka a ja kręcę. Idę w stronę gdzie znikają kolibry nie bacząc na otoczenie, p. chce odjechać akurat w tym samym momencie gdy ja przechodzę jak lunatyk przed maska samochodu, chyba mnie nie rozjedzie przy świadkach, przemknęło mi po głowie i oczom moim ukazał się kawalątek raju.

czwartek, 6 maja 2010

Klawiatura

Nie ma kawałów o blondynkach, wiem o tym bo sama nią jestem. Zaśmiewający się do rozpuku słuchacze nie zdają sobie sprawy z tego, ze blondynki są inne. To co dla jednych jest śmieszne to dla posiadaczek jasnych włosów jest czymś zupełnie normalnym, śmiech to zdrowie i bez nas byłoby smutniej. Mam kilka torebek, jedne są modne bardziej a inne mniej. Każda z nich ma jednak ukryta wadę, lubią się zapełniać. Nie twierdze, ze znam zawartość swojej torebki na pamięć, wręcz przeciwnie bardzo luźno orientuje się co w niej posiadam. Zeszłego lata kupiłam sobie ta wymarzona od dawna, sportowa na biwakowe wypady. Wreszcie będę miała wszystko poukładane jak należy. W tej kieszonce będzie telefon, w tamtej szminka, nie w tamtej większej będzie szminka z błyszczkiem a w tamtej poprzedniej puder. Klucze od domu i auta w tej ukrytej a cala reszta w środku. Dumna byłam ze swej samoorganizacji do momentu jak p. spytał mnie czy mam zapalniczkę. Oczywiście, ze nie mam, pomyślałam i tymi samymi słowami poinformowałam pytającego. Nie mam żadnej zapalniczki a powinnam przecież mieć.
- Poszukaj proszę, na pewno masz - usłyszałam. Nie mam, wiem, ze nie mam ale dla świętego spokoju zaczynam szukać. Poniosłam druzgocącą klęskę gdy na stole wylądowało piec zapalniczek, wszystkie z przeróżnych zakamarków, dokładnie poukrywane aby ich nie zgubić. Każda przeprowadzka do nowej torby kończy się tak samo, po pewnym czasie tracę kontrole nad tym co nosze codziennie.
Donośnym dzwonkiem mój telefon oznajmiał, ze właśnie teraz ktoś ma ochotę zepsuć mi przedpołudnie. Wcześnie rano zostałam przemocą wyciągnięta najpierw z łózka a później z domu. W sobotę o tej porze? Czy ludzie nie mogą sobie pospać dłużej, spędzić weekend z rodzina tylko do mnie wydzwaniać? To, ze ja jestem na nogach prawie od świtu wcale nie usprawiedliwia innych.
Rano jestem w stanie obiecać wszystko abym mogla jeszcze chociaż piec minut rozkoszować się snem.  Zwykle jestem w stanie przedłużyć moje poranne wstawanie o około 45 minut.
- Chcesz jeszcze jedna kawę?- usłyszałam jakby znajomy głos dochodzący z daleka, to pewnie p. ale nie dam reki sobie odciąć gdyż jeszcze śnię. Jak to "jeszcze jedna"?, nie pamiętam abym pila kawę. Odruchowo mowie - tak - i znów śpię.
- Bo tamta, pierwsza ja wypiłem - słyszę świdrujący i lekko podniesiony głos. Swoja droga czemu p. jest taki rześki, no tak, on jest po swojej pierwszej filiżance kawy, po mojej i po kolejnej swojej. Po trzech kawach to powinien być obudzony a ja nawet jednej nie wypiłam, czy nie mam prawa być śpiąca?
- Tak – powtarzam chociaż nie wiem dlaczego i pewnie bez sensu. „Tak” to  najkrótsza forma pojednania i czyni cuda.  Codziennie jest tak samo i wiem, ze to działa uspokajająco na mojego dręczyciela. Mam dodatkowe 5 minut aż p. wróci. Bardziej czuje niż słyszę jak się zbliża moja kolejna kawa.
- Proszę wypij i jedziemy do Home Depot.
- Nie - chyba bardziej stęknęłam niż krzyknęłam, choć miałam zamiar wrzeszczeć wniebogłosy. Przecież jest sobota i nie muszę wstawać. Chce cały dzień przeleżeć i nic nie robić. Home Depot to sklep ze śrubami, obcęgami i wiertlami. Straszne tak wyobrazić sobie śruby zaraz o poranku. Te przedmioty są  brzydkie i bardzo brzydko brzmią. Kto wymyśla takie słowa i ile mu płacą za takie dziwactwa językowe. Nie ma porównania z normalnymi słowami jak plaza i zachód słońca, te brzmią o wiele sympatyczniej. Wielokrotnie (nie)uczestniczyłam w męskich rozmowach o takich przedmiotach ale gubiłam watek bardzo szybko i już nie starałam się go odnaleźć. 
- No mieliśmy jechać po kwiatki - jak słyszę "no" bez przecinka po nim i na samym początku, wypowiedziane jednym ciurkiem to wiem, ze pora wstawać. Robie to wolno i z rozrzewnieniem zegnam łózko. Ten odrażający sklep ma dużą cześć dla ogrodników a wiosna wydzielają dodatkowo olbrzymi teren z miliardem kwiatów, krzewów i drzew. Po kwiatki z mila chęcią ale moje nogi jeszcze nie mogą unieść ciężkiego jak ołów ciała. Potrzebuje jeszcze pól godziny i drugiej kawy.
- Zrobiłam ci kawę, kochanie. - Odnajduje p. przy komputerze. 

- Za chwilkę będę gotowa - staram się aby było przyjemnie, słyszę "dzięki" i wpadam do łazienki. Nienawidzę procesu wstawania przy, którym czuje się rozczarowana "całym światem'', łazienka natomiast to jakby czyściec przed wkroczeniem w kolejny dzień życia. Świateł tu tyle, ze aż mrużę oczy, lustro straszy moim własnym odbiciem, włosy łatwiej by zgolić niż uczesać i jeszcze choć trochę upodobnić się do kobiety. Kobieta ma przekichane. Wprawa czyni mistrza, ręce bez mojego udziału wykonują codzienny rytuał i po kilku chwilach jestem gotowa.
- Możemy jechać. - Oznajmiam z radością w glosie i aż nogi mi się uginają gdy spoglądam na łóżko. Gdybym tak mogla wskoczyć pod pierzynkę chociaż na sekundę, nawet w ciuchach.
- Już??!! Chwilkę, zaraz będę gotowy - i po co mu te trzy kawy i wczesne wstawanie jak ja jestem i tak pierwsza i gotowa do wyjścia. Gdy p. usiądzie przy komputerze to tylko głód może go od niego odciągnąć, czas wtedy nie gra roli a kontakt ze światem ma jak stuletni sklerotyk. Nawet kawy nie dopił. Wśród kwiatów tracę głowę i chce je mieć wszystkie.
- Mamo kup mi klawiaturę. - usłyszałam jak już dokopałam się do telefonu. Teraz kolej na tego kwiatka, któremu nie podobała się zima w naszym domu i jeszcze jeden albo dwa wiszące kosze na zewnątrz, później sześćdziesiąt małych kwiatków do ziemi i zapewne jeszcze jakiś krzak i ... Mówiłam, ze tracę głowę ale przychodzi w końcu moment opamiętania.
- Najmij się do ogrodnika - słyszę i czuje jak p. wylewa kubeł zimnej wody na moja rozochocona głowę - gdzie my to wszystko zmieścimy? - racja, wokół nas przestrzeń można liczyć w metrach a nie hektarach i mieszkanie nie przypomina nawet najmniejszego zamku Henryka Szalonego.  Auto cale w kwiatach i ledwo się mieścimy.
- Musimy jeszcze kupić klawiaturę, Wik dzwonił, ze stara nie działa - jaka stara, mój laptop jest stary a Wik ma cały nowy sprzęt poskładany z najlepszych części zamówionych przez internet. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu jego komputer jest ciągle odmładzany aby był „na czasie”, ja używam normalnie a Wik zużywa nienormalnie klepiąc w literki z szybkością karabinu maszynowego i dlatego wszystko się szybciej psuje. Jak to możliwe aby tak szybko wszystko robić na „kompie”. P. z radością przyjął ta wiadomość i zapiszczał kolami startując w stronę komputerowego sklepu. Tez mogę tu przychodzić jak już muszę, idziemy razem aby się nie zgubić bo to kolejny gigant z regalami po horyzont. Byłam przygotowana na dłuższy pobyt bo nie mogliśmy opuścić ani jednej alejki z kolorowymi pudelkami i częściami.
- Co to jest? - pytam gdy stwierdziłam, ze p. usnął porównując opisy na dwóch pudelkach - karta graficzna - odpowiedział wcale nie przerywając sobie - aha - odpowiedziałam ze zrozumieniem, przynajmniej wiem ze karta graficzna ma coś wspólnego z komputerami.
- Będę przy laptopach - wydawało mi się, ze usłyszałam swój głos ale nie byłam pewna czy usłyszał go p. gdy przemieszczał się w stronę innych niezrozumiałych dla mnie przedmiotów. Jestem przekonana, ze laptopa wymyśliła kobieta. Zawsze i szczególnie podobał mi się tamten różowy ale jest drogi i dlatego mój jest niebieski. Jeżeli mam mieć do czynienia z technika to niech to będzie w miarę estetycznie.
- Którego wybierasz? - usłyszałam głos p., wskazałam bezpardonowo palcem różowego i wewnętrznie westchnęłam.
- Kupie Ci go, kiedyś - świnia, ja chce go mieć już teraz i w tej chwili a nie kiedyś, świnia ale za to kochany. Gdzie są klawiatury? Nie możemy ich znaleźć i jak zwykle nie ma kogo o nie zapytać. Upal już ugotował kwiaty w samochodzie i nerwowo rozglądamy się dookoła aby nie przegapić celu naszej wizyty i nie robić kolejnej rundy po sklepie. Wreszcie są. Oczom własnym nie wierze bo widzę ich sto na długości 10 albo 15 metrów i to w dodatku na dwóch poziomach. Dla mnie wszystkie są takie same, tylko ceny maja rożne. Poco komu tyle klawiatur?
- Najtańsza nie, bo się rozleci w ciągu dwóch dni, najdroższa tez odpada bo cena kosmiczna - p. bladzi pośród kolejnych egzemplarzy 

- Ta będzie OK - stwierdził. Skąd on wie, ze ta a nie tamta będzie taka jaka Wik potrzebuje. Nie chce nawet wiedzieć i powracam myślami do więdnących kwiatów. Za nami kilka osób w kolejce do kasy. Teraz nasza kolej. Po przeskanowaniu na ekraniku wyskoczyła cena za, którą mogłabym kupić opakowanie dobrego kremu przeciwzmarszczkowego i coś jeszcze. Co za rozrzutność!
- Portfel mam w samochodzie - rozbrajająco stwierdził p., jak dziecko, gdy zabawki w myśli to o wszystkim zapomina. Wszystko na mojej głowie, sięgam w głąb mojej torby, zawsze musi być gdzieś na dnie a nie pod ręką. Wreszcie wymacałam znany kształt i energicznie wyciągam portfel. Czy ja nie mogę mieć normalnego życia. Razem z nim, z torebki wyskoczył ponad nasze głowy, tak aby każdy mógł go zauważyć i robiąc w powietrzu dwa salta, TAMPON!!!. Wylądował przed dwudziestoletnim kasjerem na klawiaturze idealnie pomiędzy rzędami literek. Upadł i leży, jak wyrzut sumienia, jak zemsta na blondynce. P. zarechotał na głos, kasjer stanął na baczność, wyprężył się jak struna. Wpatrując się w nietypowa formę zapłaty otworzył usta tak szeroko, ze gdyby miał sztuczna szczeka to na pewno wypadła by mu obok mojego tamponu w różowym opakowaniu. Ja myślałam, ze za chwile padnę na zawal serca. Z nie lada wysiłkiem dosięgnęłam swojej własności prawie kładąc się na ladzie. Jak lwica w chwili ataku byłam zdecydowana, nieomylna i szybka. W jednej dłoni zniknął napis Tampax, w drugiej pojawiła się karta kredytowa tuz przed oczami zszokowanego młodzieńca. Takich magicznych sztuczek mógłby się uczyć ode mnie sam mistrz David Copperfield. Cały weekend upłynął na sadzeniu kwiatów i rozmowach o moim brawurowym wystąpieniu. Teraz już mam stosowne etui na tampony.

sobota, 1 maja 2010

Tam, gdzie niżej już nie można zjechać.

Miasteczko Baker w Kalifornii to punkt startowy dla tych, którzy z Las Vegas podążają w znane miejsce aby przekonać się na własnej skórze, ze słońce potrafi być bezlitosne. Około drugiej po południu opuściliśmy hotel w stolicy kasyn i nocnego życia aby upal nie dawał się we znaki tak boleśnie. Wielkiej różnicy temperatury nie będzie pomiędzy południem i popołudniem ale słońce już nie będzie tak prażyło. Termometr, który widać na zdjęciu jest ponoć największy w Stanach i wskazuje 42ºC (108°F), to dla nas nic szczególnego.
W sklepie obok kupiliśmy lodowato zimna wodę i omawiając  szczegóły dzisiejszej trasy wypiliśmy ja zanim zdążyła się ocieplić. Można powiedzieć, ze upały to nasza specjalność ale nie bez obawy ruszyliśmy w stronę jednego z najcieplejszych miejsc na świecie. Droga wąska i rzadko spotykamy na niej auta, w porównaniu z Las Vegas to istna pustynia.

Nic dziwnego w końcu jesteśmy na Pustyni Mojave. Wydaje mi się, ze temperatura rośnie jak podążamy w kierunku Doliny Śmierci. Ochładzanie pracuje juz od samego początku naszej eskapady aby maksymalnie schłodzić auto w środku. Pomimo tego czuje się jakby było włączone ogrzewanie. Przykładam dłoń do wylotu nawiewu i czuje chłodne powietrze ale termometr w aucie wskazuje 30ºC. Takie ekstremalne warunki sprzyjają do testowania prototypów aut, mijają nas zamaskowane pojazdy oraz kilka nowych Mercedesów, każdy inny. To chyba poligon doświadczalny dla przemysłu samochodowego. Sięgam po napój chłodzący do naszej lodówki i wyjmuje coś czego bym nie podała nawet śmiertelnemu wrogowi. Lodówka pracuje ale "nie wyrabia się". To nasze kolejne auto i w nim również mamy przyciemnione szyby aby słonce nie nagrzewało środka.
Teraz nawet to nie pomaga, z desperacja wetknęłam na półkę pod tylna szyba poduszkę blokując wpadające promienie słońca. Zatrzymaliśmy się na chwilkę aby sprawdzić jak naprawdę jest na zewnątrz i okazało się, ze jest ciepło, 51°C (123°F).
Jak widać to raj dla p. ale mnie aż włosy dęba stanęły po minutowym pobycie w tym upale. Nie jest to moje najlepsze zdjęcie ale nie mogę się powstrzymać przed jego zamieszczeniem. Może Photoshop czyni cuda ale wole być naturalna i pokazać jak było na prawdę. Nic nie poradzę, ze suchy wiatr „lekko” potargał moje starannie ułożone włosy.
Takiej fryzury nigdy wcześniej nie miałam i trudno będzie ja powtórzyć. To przecież miejsce gdzie zanotowano druga rekordowa temperaturę na kuli ziemskiej i wszystko tutaj zdarzyć się może. Numer jeden to: 57.8°C (136°F) w Libii, (1922-09-13), a numer dwa to: 56.7°C (134°F) Death Valley, USA, (1913-07-10). Nie mogłam się przestawić na upalna pogode po nocnym maratonie w kasynach i drinkach do woli. Zaledwie parę godzin snu nie przywróciły sprawności memu umęczonemu ciału a sześć stopni poniżej rekordu świata nie stanowiły dla mnie pociechy. Gdy dojechaliśmy do najniżej położonego miejsca na kontynencie postanowiłam załatwić to szybko. Zdjęcie i do hotelu. Trudno uwierzyć, ze jesteśmy w depresji gdyż tego nie widać gołym okiem.
Zbiegłam po poboczu do tablicy informującej o tym, ze jesteśmy 85 metrów poniżej poziomu morza i oparzyłam się o kamerę chwytając ja w innym miejscu. Zegarek wydawał się obręczą wyjętą przed sekunda z hutniczego pieca.
Staliśmy teraz w płytkiej wodzie i zauważyłam jakieś żyjątka szybko przemieszczające się w niewiele chłodniejszej wodzie niż otoczenie. Przyroda potrafi się przystosować nawet do takiego ekstremum. Czułam, ze jako mała cząstka tej przyrody ja nie należę do tego miejsca.
Poniżej zamieściłam wykaz największych depresji (oprócz moich własnych);
  1. Morze Martwe -408m, Izrael, Jordania
  2. Kotlina Turfaсska -154m, Chiny
  3. Jez. Assal -153m, Etiopia
  4. All-Kattara -132m, Egipt
  5. Karagije -132m, Rosja
  6. Kotlina Danakilska -116m, Etiopia, Erytrea
  7. Dolina Śmierci -85m, USA 

Jeszcze tu powroce aby zbadac jedna z najwiekszych zagadek swiata jaka sa wedrujace glazy.