środa, 29 grudnia 2010

Nowy Rok

Wszystkiego Najlepszego 
w Nowym Roku
życzy Ataner.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Laponia kontra Alaska.

Mój poprzedni post o białych świętach miał fiński tytuł. Czy ktoś wierzy czy nie to nie ma wpływu na istnienie św. Mikołaja. Zostałam wychowana w przeświadczeniu, ze on przybywa właśnie z okolic kola podbiegunowego z Finlandii.
Utwierdziłam się w tym przekonaniu będąc w Finlandii. Było to co prawda latem ale po otrzymaniu dyplomu przekroczenia kola polarnego zapytałam tak bezwiednie czy to prawda, ze w Rovaniemi mieszka Santa. Bez mrugnięcia okiem pan wręczający mi dyplom odpowiedział, ze tak i jest to zupełnie niedaleko stad. W drodze na Nordkapp nie myślałam wtedy o zimie. Wystarczyło mi potwierdzenie mojej znajomości tematu. 
Laponia jest kraina północną bez granic więc Norwegowie i Szwedzi twierdza, ze Santa mieszka u nich. Teraz mieszkając w Ameryce doszedł jeszcze jeden św. Mikołaj. Amerykanie są pewni, ze Santa Claus mieszka na Alasce a nie w Skandynawii. Spor o prawdziwego św. Mikołaja trwa ciągle i nie ma końca. Trochę rozrywki przed zabawa sylwestrowa nikomu nie zaszkodzi i pytam co Wy na to? 

sobota, 25 grudnia 2010

Valkoinen Joulu.

Dziękuję wszystkim za życzenia świąteczne tym postem. Cieszę się, ze znaleźliście chwilę czasu aby do mnie napisać.
Napięcie rosło z godziny na godzinę. W oczekiwaniu na św. Mikołaja przygotowałam wigilijny stół. Nie dałam się zaskoczyć jak drogowcy zima i wszystkie zaplanowane potrawy już gotowe czekały na pierwsza gwiazdkę na niebie. Słyszę zza siebie głos p., mówi ze prezentów nie będzie bo nie mamy kominka aby św. Mikołaj mógł przez niego wejść do domu. Zastanowiłam się nad jego słowami. Robiło się niepokojąco późno i postanowiłam wyjść na zewnątrz aby wypatrywać świecącego nosa Rudolfa. Nic z tego. Lekko zawiedziona wróciłam do domu. Spojrzałam na nasze świateczne drzewko i z radością dostrzegłam pakunki pod nim. Jednak udało się św. Mikołajowi niepostrzeżenie wślizgnąć się do domu gdy byłam na zewnątrz. Nawet tak skromnej choinki św. Mikołaj nie pominął w czasie swej wędrówki dookoła świata. 
Święta w tym roku sypnęły prezentami i śniegiem. Tych pierwszych nie pokażę bo szczęśliwi posiadacze już pieszczą swoje skarby. Widokiem śniegu mogę się pochwalić z przyjemnością. Padało umiarkowanie przez dwa dni i świat przykryty jest zimowa pierzynka. Nareszcie przyszła zima!

wtorek, 21 grudnia 2010

Wesołych Świąt życzy Ataner

Nie potrafię składać pięknych życzeń, nie umie tez „kadzić” a w szczególności w tak podniosłym okresie jak Święta Bożego Narodzenia. Gdy poznałam p., moja ułomność intelektualna znalazła bratnia dusze. Na domiar wszystkich moich rozterek p. powtarzał; uważaj co życzysz bo jeszcze się sprawdzi. Zawsze miałam więcej myśli niż możliwości ich przekazania w odpowiedniej formie.
Drodzy moi, przesyłam Wam 
serdeczne życzenia Wesołych Świąt.


Nie byłabym kobieta, przewrotna kobieta, gdybym zapomniała życzyć Wam wszystkim takiego pierścionka z szesciokaratowym brylantem.
PS
Przed godzina przeczytałam moje własne myśli o Świętach. Napisanych z głębi duszy i wielkim uczuciem aż łzy zakręciły mi się w oku. Gdyby ktoś chciał je przeczytać może to zrobić właśnie tutaj.

Wieczorny spacer.

Dzień już się kończy ale jest jeszcze zbyt jasno na ognisko. Obok naszego miejsca na namiot z jednej strony nie bylo nikogo a z drugiej, miejsce było zajęte przez trzy namioty. Tam życie tętniło jak w ulu. Panie akurat coś przygotowywały do jedzenia a dwaj panowie spędzali czas na piciu piwa. Trzeci, długowłosy chudy młodzian rąbał drewno na opal.  Rąbał tak od naszego przyjazdu do chwili obecnej gdy po rozłożeniu obozowiska postanowiliśmy zobaczyć jak w tym miejscu wygląda plaza.
Oczywiście mgła kończyła się na wydmach. Ubrani jak „zawodowcy” ruszyliśmy w nieznane. Nikogo nie było oprócz nas i zamiast rozkoszować się dzika plaza pomyśleliśmy, ze coś tu straszy skoro tylko my zdecydowaliśmy się na takie odludzie.
Woda cofnęła się pozostawiając kilka okazów fauny lub pozostałości po niej. Tutaj widać pancerz po krabie, dość dużym krabie.
Kilkanaście metrów dalej zainteresowała nas ósemka na piasku. Piktogramy w zbożu ciągle są niewyjaśnioną zagadka a tu raptem kolejna sensacja na plaży w Oregonie. Przykucnęłam nie bez obawy i poprosiłam p. aby jeszcze bliżej się tym zainteresował. Mnie wystarczała taka odległość jak w tej chwili i nie zamierzałam zrobić ani kroku w kierunku tajemnicy. Dzięki kawałkowi muszli p. wygrzebał z piasku sprawce.
Oto on/ona/ono na zdjęciu. Co to jest nie wiem choć w pierwszym momencie pomyślałam, ze to krewetka ale stworzenie to nie miało ogona i krewetka chyba nie było. Czas wracać do „domu” na kolacje i wolno szykować się do snu bo jutro powinniśmy być w pełni sil.
Nasze ogniska z reguły nie należą do największych. Przede wszystkim chcemy stworzyć nastrój ciepła i przytulności. Patrząc w taki telewizor praprzodków zawsze zastanawiamy się jakie tajemnice kryją cienie w głębi lasu. 
Przez cały czas naszej kolacji sąsiad rąbał drewno i wyglądało, ze ma krzepę jak zawodowy drwal. Dwaj panowie nadal gawędzili przy piwie w towarzystwie pan teraz nie pozostających w tyle w konsumpcji złotego napoju. Olbrzymi stos nieporąbanych kawałków jeszcze czekał na swoja kolejkę. Najwyraźniej zakupili drewno hurtowo i przywieźli cala furgonetkę bo takiej ilości nawet nie mają sklepy. Ich okazałych rozmiarów ognisko roswietlalo przestrzeń jak lampy halogenowe na stadionie. Drwal również posilał się piwem i w końcu padł na chwile przed naszym pójściem do namiotu. Rankiem serwowałam szybkie śniadanie gdy ogniskowy sąsiad zagadnął nas uprzejmym „jak się masz”. Jak to jest w zwyczaju na tym kontynencie w odpowiedzi wszyscy czuja się wspaniale i jest tak, ze lepiej być nie może. Krotko pisząc sąsiedzi darowali nam cale drewno, którego nie spalili w jedna noc. Wdzięczność nasza nie miała granic. Za chwile jednak ofiara przerodziła się w utrapienie. Po wyjeździe piwoszy (byli szybsi od nas) poszliśmy spojrzeć na darowiznę. Bliższa inspekcja wykazała dwie niedogodności; pierwsza była ilość, zapełniliśmy cały bagażnik, a druga była jakość drewna, wyglądało, ze przedsiębiorczy milosnicy dużych ognisk ścięli jeszcze żywe drzewa bo kawałki były świeże i mokre. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby więc wzięliśmy wszystko.
Wiadomo, ze mokre wysycha. W nadmorskim, wilgotnym i chłodnym klimacie pleśń zaatakowała nasze auto. Ale o tym dowiecie się później.

piątek, 17 grudnia 2010

O tym jak mozna nudzic sie w pracy.

Krasnoludki są na świecie. Wiem o tym bardzo dobrze już od dawna. Kiedyś wsłuchiwałam się w opowiadane bajki o miniaturowych ludzikach a później już sama rozczytywałam się w fantastycznych przygodach. Obecnie mam namacalny dowód na ich istnienie i z przyjemnością pokażę wam niektóre cudeńka podrzucone ukradkiem przez nie.
Większość pokazanych rzeczy jest lilipucich rozmiarów co widać na pierwszym zdjęciu. Magiczny miecz, otwarta książka i telefon komórkowy to jakby symbole minionych wieków i teraźniejszości.
Zatem otwieram zaklętą szufladę i po kolei wyjmuje sprzęt wszelaki, poczynając od gospodarstwa domowego a na rakiecie kończąc.
Dwa walki do ciast i tarka jarzynowa to atrybuty jakby damskiej dominacji 
a latarka, pędzel, gwóźdź i śrubokręt to typowo męskie narzędzia.
Liść i muszla to wspomnienie wakacji, to jesień i lato, to ciągły niedosyt i pogoń za marzeniami.
Podróże i dzień powszedni w upalnym słońcu i niepogodzie. Parasol zawsze się przyda i najważniejsze aby iść przez życie z gitara na ramieniu. Być wesołym i dobrym słowem witać kolejny dzień.
Czas Wigilii się zbliża i nie można zapomnieć o zapaleniu świec na stole z jednym dodatkowym nakryciem. Tak ładnie jest tej nocy gdy światełka na choince odbijają się w bombkach zwielokrotniając ich urok.
Gdy tak siedzę sobie przy komputerze i pisze zamaszyście to pod ręką mam suszkę aby szybko pozbyć się groźnych kleksów, które źle wyglądają w publikowanym tekście.
Kiedy mój kręgosłup wysiada to idę na spacer i raptem staje przed odwiecznym dylematem; które buty założyć.
Włosy trzeba uczesać włosianą szczotka i dla fantazji wpiąć w nie grzebień.
Zima za oknem nie rozpieszcza i warto pociągnąć łyk koniaku ze srebrnej piersiówki. Tak dla kurażu.
Jestem niepoprawnym podróżnikiem i często się brudzę wchodząc w zakamarki aby dotrzeć tam gdzie inni nie mogą. Później pranie i prasowanie. Tego drugiego nie lubię ale pewne ciuchy trzeba wygładzić aby zbytnio nie straszyć.
Zawsze jest mi gorąco przy prasowaniu i wtedy z ochota używam wachlarza.
Czasami chciałabym położyć się na tafli lodowiska hokejowego ale przecież nie uchodzi.
Słychać fanfary na cześć połączonych ze sobą na zawsze dwóch ludzi jak te dwa ogniwa łańcucha.
Wszystkim wam życzę miliona dolarów na drobne wydatki. Ja już mam jak widać. Warto jednak wierzyć w krasnoludki.
Kiedyś zapytałam p. kiedy to wszystko robi. On dał mi bardzo wyczerpującą odpowiedz.
- W pracy, jak się nudzę. Są takie niedokładne bo używam zwykłego scyzoryka. Gdybym miał profesjonalne narzędzia
- Tu skończył raptownie i zamyślił się. Może dobrze, ze ma tylko scyzoryk i taką pracę. 
Naszą choinkę bardzo łatwo odróżnić od innych bo znajdziecie na niej wszystkie te miniaturki, których ilość się zwiększa.

czwartek, 16 grudnia 2010

Zawodowcy.

Lekko wzburzona jak fale na zdjęciu zaczęłam rozpaczliwie szukać jakiegoś zakątka aby schronić się przed wiatrem. Dlaczego tak jest, ze jak masz kasę to brakuje ci szczęścia a szczęśliwy żebrak ciągle wyciąga rękę po grosz.
Tak było w Oregonie na plaży, zawsze czułam niedosyt przez ten nieustający wiatr i mgle. Jest wreszcie skala za która chce się skryć. Myliłam się, ze znajdę chwile wytchnienia i ciszy.
Dopiero tutaj zaczęły się dzikie tance wiatru kołującego w zatoczce. Jego raptowne i nieprzewidywalne podmuchy wprowadziły mnie w wesoły stan. Jest jak jest i nic poradzić się nie da. Poddałam się zrezygnowana. Fryzurę dawno już szlag trafił i teraz tylko nożyczki mogą mnie wybawić od walki z włosami.
Czysta amatorszczyzna, nie wzięłam czapki ani chusteczki na włosy nie mówiąc już o spinkach. Moja ucieczka zdała się zupełnie na nic i nie pozostało nam nic innego jak powrócić na plażę.
Fale nadawały na innych falach niż my i dumnie prezentowały swoja sile i umiejętności w postaci białych grzyw. Pojechaliśmy dwadzieścia kilometrów dalej w nadziei, ze sierpniowe słońce znajdzie tam dziurę we mgle i ogrzeje moje zziębnięte ciało. Przebrałam się święcie przekonana, ze słusznie robię paradując w klapkach i krótkich spodniach.
Powrót na plażę wprowadził mnie w osłupienie ale nie pozbawił dobrego humoru. Co za widok. Przetarłam oczy ze zdumienia.
Grube kurtki chroniące przed zimnym wiatrem to jeszcze do zaakceptowania ale gumofilce? Nigdy w życiu taka myśl nie zawitała w mojej głowie. Tak wyglądają ludzie przygotowani na ta pogodę – zawodowcy.

wtorek, 14 grudnia 2010

Jestem szpiegiem.

Znowu wszystkiemu winna jest Ameryka. Najpierw byl imperializm, kapitalizm i na domiar wszystkiego jeszcze stonka. Przez wiele lat zly kraj zza Oceanu przedstawiany byl w jak najgorszym swietle a niektore ludziska milowali Ameryke ponad wszystko, za wujka i ciotke w Detroit. Za dolary, ktore nie zawsze dochodzily do adresata zza zelaznej kurtyny. Po latach wszystko stanelo na glowie i marazm trwa do dzis. Teraz Rzad znad Wisly kocha Stany a ludzie jakby zmniejszyli swe zapedy do podrozy transoceanicznych. Ostatnia afera z Wi.....s wzburzyla sercami nawet obojetnych ludzi. Bylo straszenie o odcieciu internetu i podobne bzdury powtarzane byly przez popularne media. Trzeba sie bac Ameryki bo tam mieszkaja klamczuchy i nikczemne jednostki.
Zupelnie bezwiednie padlam ofiara takiego traktowania bo od kilku dni nie moge zamieszczac komentarzy na "blox.pl". Informacja z serwera jest wrecz szokujaca "nie mozesz zamiescic komentarza bo twoj IP zostal zablokowany". Widocznie trzeba sie mnie bac i nie pozwolic na wyglaszanie moich bulwersujacych opinii. Przy pierwszej probie pomyslalam, ze wlasciciel bloga zablokowal wejscie dla mnie. Coz, pomyslalam sobie obrazilam kogos? Jezeli nawet to nieswiadomie i kajam sie i padam do stop. Sprawdzam skrzynke emailowa a tam nic. Nikt mi nie napisal, ze ma mnie dosc i proponuje mi kwarantanne do odwolania. Adres jest pod moim zdjeciem na kazdej stronie mojego bloga i w latwy i dyskretny sposob mozna mnie poinformowac, ze ze mna cos nie tak. Moje proby na innych blogach "bloxa" daly taki sam efekt.
Juz teraz wiecie, ze macie do czynienia z bardzo grozna osoba ukrywajaca sie pod tajemniczym pseudonimen Ataner.

Chyba zartujesz ...

Tyle miejsca na tej Ziemi, ze nie wierze w przeludnienie. Tyle tutaj dzikich plaż jak nigdzie indziej. Żywego ducha można spotkać bardzo rzadko i to w dodatku przyjezdnego.
Skoro nie można wykorzystać plaży jak należy pomysłowi ludzie zawsze znajda coś atrakcyjnego oprócz niemożliwej kąpieli. Czyż nie jest atrakcja jeżdżenie samochodem po plaży w strumieniach piasku. Nasz pojazd ma napęd na tylna os i dlatego trzymaliśmy się z daleka od grząskiego terenu przy samej wodzie. Podjazd pod piaszczysta wydmę tez pozostał tylko marzeniem ku wielkiemu niezadowoleniu p.. Przydał by się Jeep ale sprzedaliśmy go rok wcześniej bo pochłaniał niesamowite sumy na naprawy i nigdy nie był gotowy do długiej drogi. Właśnie dlatego w zeszłym roku nie pojechaliśmy tu gdzie w tym.
Nasz wyjazd opóźnił się o rok i na pewno wyglądał inaczej gdyż jechaliśmy cywilizowanymi trasami i pozbawiliśmy się lekkiego dreszczyku emocji jak w tym przypadku. 
- No to co? Jedziesz? - Zapytanie ze wskazaniem na niekończącą się plaże trochę mnie przeraziło. Wole być bohaterka jako pasażer, ostatecznie pojadę po utartych szlakach.
- Nie. - Zagadałam go na śmierć potokiem slow. Przynajmniej chciałam.
- Ależ bardzo proszę, kobiety zawsze pierwsze. - Gdybym go nie znała to doszukała bym się odrobiny drwiny w tym zaproszeniu. Ja zajęłam się kamera gdy p. ruszył pełnym gazem. Kola kręciły się przez długi okres czasu wyrzucając za auto dwa strumienie mokrego piachu. Zakręty poślizgiem i zupełne wariactwo. Ja pojechałam tylko na pół gwizdka tak na wszelki wypadek. Gdyby ktoś chciał to zobaczyć to prześlę filmik e-mailem na wyraźne życzenie. 
Po zabawie na plaży nadszedł czas na poszukanie kempingu. Znaleźliśmy miejsce dzięki wdziękom i lamentom. Ani jednego miejsca dla nas. Długa rozmowa z szefowa kempingu poskutkowała i znalazło się zarezerwowane miejsce, które mogliśmy w cudowny sposób zając na jedna noc. Tyle nam potrzeba. Trafił się dostęp do prądu i skorzystaliśmy z okazji aby naładować baterie komputerów aby pooglądać zdjęcia i nagrania z dnia dzisiejszego.
Namiot porzuciliśmy w kacie pośród rododendronów. Spoglądałam z zazdrością na tak zdrowe i bujne krzewy. Nasze dwa rododendrony pokazały nam środkowego palca popełniając samobójstwo pomimo długotrwałej reanimacji. Już teraz wiem, ze Oregon jest stolica kwiatów tego lata.

sobota, 11 grudnia 2010

Kto to, co to?

  Błądziłam po internecie i w oko wpadło mi jedno zdjęcie*.  Anabell w swoim komentarzu do mojego poprzedniego posta zwróciła uwagę na głupawe słowa nic nie znaczące w polskim języku i oto przykład jak żywy. Wysłowić się można byle jak ale zamieścić coś takiego jako szyld to urąga dobrym obyczajom. 

Czy wiecie co ten napis może oznaczać?


Ja wysiadam w przedbiegach ale proszę Was o sugestie.
Czekam na rozwiązanie!


* Zdjęcie pochodzi z bloga Łódź rysowana światłem (http://snakeeyes.blox.pl/2010/12/A-Tribute-to-Kodachrome.html) i autor uchwycił to coś co bardzo mnie zaintrygowało.

czwartek, 9 grudnia 2010

Demony na sprzedaż.

Petronela wpadła jak zwykle na parę chwil bo akurat robiła zakupy w mojej okolicy. Możliwe, ze tylko tak powiedziała ale nie miałam zamiaru sprawdzać. Opowiadała o Świętach i o tym jak jest zabiegana, ze ledwo na nogach stoi.
- Przyjadę na kawę to się trochę zrelaksuje. - Oświadczyła nie czekając na moja odpowiedz. Jak zwykle nie mogłam nic powiedzieć bo potok jej nieprzerwanych slow nie miał końca. Otworzyłam drzwi i wpuściłam ja do środka. Z telefonem przy uchu weszła do mojego domu ciągle rozmawiając ze mną. Ja na jej widok rozłączyłam się co widocznie uszło jej uwadze. Petronela przywitała się ze mną nie odrywając telefonu od ucha. 
- Dobrze, ze cie widzę. - Wypaliła jakbym niespodziewanie spadła z nieba przed jej nosem.
- Czy wiesz, ze chcą mi sprzedać demony. - Powiedziała bardzo wzburzona. Musiałam mieć głupią minę bo dokończyła gestykulując wolna ręką.
- No klikam i na internecie są demony na sprzedaż.
- Co? - Spoglądałam na nią z obawa o stan jej umysłu.
- Wszędzie. Nic nie widać na początku tylko demony i demony, nie zauwazylas! - Była bardzo poruszona.
- Zrobię kawę. - Raptowny w tył zwrot i uciekłam do kuchni. Gryzłam wargi do bólu aby nie śmiać się jej w twarz. Chyba oszalała. Pomimo moich częstych ostrzeżeń internet jednak pomieszał jej w głowie. Moja kuchnia jest połączona z living room i ucieczka na nic się zdała bo i tak słyszałam jej utyskiwanie. 
- Włączam internet idę na moje bloki...
- Blogi, Petronela B-L-O-G-I.
- Oj, czepiasz się co za różnica. - Machnęła ręką i kontynuowała swój monolog. - Przecież wiesz o co mi chodzi. 
- Właśnie nie bardzo.
- To ty nie masz internetu? - Gdybym nie była na nią uodporniona to już bym dawno siedziała we wiezieniu za morderstwo z premedytacja i za znęcanie się nad zwłokami mojej koleżanki.
- Gdzie do jasnej cholery widzisz jakieś diabły na internecie, postradałaś zmysły czy jesteś pijana bo ja jakoś nie mogę zrozumieć o co biega. 
- Jakie diabły, Ataner, ty wcale mnie nie słuchasz. Demony. - Petronela wrzasnęła jak oparzona.
Moja lewa ręka zacisnęła się na uchwycie szuflady w której mam zestaw noży, od małego do obierania owoców do rzeźnickiego tasaka. Zabije małpę za chwile to jest pewne. Choć przyzwyczajona do jej dziwactw jednak nie wytrzymywałam tego steku bzdur.
- I co na internecie są demony? - Zapytałam tak zupełnie spokojnie jakby opowiadała o kaszance.
- A co nie widziałaś? Teraz wszędzie są reklamy i nic tylko gonisz myszą aby w nie nie wcelować. - Otworzyłam szufladę z zastawa stołową i zamiast widelca, którego powinnam wbić jej w język, wzięłam dwie łyżeczki do kawy. Reka mnie niepokojąco swierzbiła aby chwycić za coś ostrego. 
- Reklamy czy diabły? 
- No przecież, ze reklamy. Tłumaczę ci przez pół godziny a ty nic nie rozumiesz. Idę na bloka...
- Bloga. - wtrąciłam bez przekonania.
- ... i na samym początku chcą mi sprzedać demony albo odkurzacz. Po jaka cholerę mi odkurzacz z Polski. - Nie zauważyła, ze ja poprawiłam.
- Chyba chodzi ci o domeny.
- A co ja mowie? Przecież, ze demony.
- Demon to zło, to jakby synonim diabla, szatana, rozumiesz? Domeny to - tu się zastanowiłam na chwilkę aby znaleźć jakieś proste wytłumaczenie tego słowa ale nic rewelacyjnego nie przychodziło mi do głowy - domeny związane są z internetem to ...
- No przecież o tym mowie, ze są na internecie i zamiast czytać to musisz najpierw je skasować. Tak mnie to denerwuje, ze za chwile przestane je czytać.
- Co? Blogi czy reklamy? - Próbowałam wyprostować łyżeczkę do kawy, którą przed chwila zgięłam. 
- Czy ciebie te reklamy nie wkurzają? Kto na tym robi pieniądze i po co to wszystko?
- Blog to jakby cześć jego właściciela i robi co chce. - Cała się trzęsłam ale głos miałam spokojny.
- No nie mów mi, ze jak ktoś sprzedaje konta bankowe to ty je kupisz, przecież to jest bez sensu. - Bez sensu czy z sensem ale juz nie chcialam sie w to wciagac.
   Skończyłam kawę wcześniej niż zamierzałam i w czasie naszej rozmowy polegającej głownie na słuchaniu Petroneli zastanawiałam się nad słusznością umieszczania reklam na blogach. Fakt, faktem, ze "wolnoć Tomku w swoim domku" ale czy to nie przesada? Trochę racji jest w oburzeniu Petroneli bo i ja czasami mam dość demonów.

wtorek, 7 grudnia 2010

Dzika

Szkoda, ze nie przewidują etatu latarnicy bo z chęcią pomieszkała bym w tym miejscu. Nie przez cale życie, tak od kwietnia do października.
Dłuższe przebywanie w takim miejscu nie leży w mojej naturze. Chyba mam słabą psychikę bo nigdy nie marzyłam o samotni do końca życia z wyboru.
Jestem towarzyskim stworzeniem i dlatego zamieszkuje w okolicach dużego miasta. Nie jeżdżę do Chicago jak nie muszę i świetnie pasuje mi sama świadomość obecności pobliskiego molocha.
Chwilowy pobyt w takich miejscach wprawia mnie w zachwyt i wtedy fantazjuje na całego. Silny wiatr i mgła skutecznie chłodziły moje zapędy aby rzucić wszystko i przepaść w takich okolicach.
Ten kawałek piaszczystej plaży w zatoczce już stal się moja własnością i tylko niektórym pozwolę tam wejść. Was zapraszam na wieczorne ognisko i smażone ryby.
Dzika przyroda to nie tylko skaliste wybrzeże ale również flora nieskażona cywilizacja w tym cudownym stanie znanym nam jako Oregon.