piątek, 28 stycznia 2011

Tłok na molo.

Po wejściu na plażę od razu wiedzieliśmy dokąd iść. Na horyzoncie po prawej, czarna kreska rysowało się kamienne molo. Woda cofnęła się pozostawiając kilka okazów podwodnego życia. To chyba dla rozrywki wczasowiczów. Spotkaliśmy bardzo dużą rozgwiazdę we fioletowym kolorze. Nigdy nie widziałam tak ładnie ubarwionego stworzenia. Trochę z bezpodstawna obawa dotknęłam jej ciała i chciałam rozprostować jedno z zakrzywionych ramion aby ładnie prezentowała się na zdjęciu. Moje próby nie udały się bo ciało rozgwiazdy składa się prawie z samych mięśni i nie mogłam ułożyć jej ramion w regularna gwiazdę.
Gdy kucaliśmy nad znaleziskiem dołączyli do nas mali poszukiwacze skarbów wyczuleni na zachowanie się innych użytkowników niedawno podmorskich terenów. Od razu dzieci powiedziały nam, ze to bardzo ładny okaz i po chwilowym maltretowaniu znaleziska zabrały je ze sobą.
Jeszcze przed czarnymi głazami wchodzącymi daleko w ocean znaleźliśmy bardzo ładnego kraba już lekko podduszonego wykazującego mizerne znaki życia. Pozostawiliśmy go w spokoju i zaczęliśmy wchodzić na sama gore molo aby zobaczyć co dzieje się po drugiej jego stronie.
Do tej pory oprócz gromadki dzieci nie było nikogo  i dwóch pokazanych osobników fauny morskiej. Jakież było nasze zaskoczenie gdy oczom naszym okazał się widok miniaturowej dżungli porastającej gęsto ta stronę. Tutaj rośliny i zwierzęta jakby walczyły o każdy skrawek przestrzeni.
Przyroda nie zna ograniczeń i stworzyła coś tak niesamowitego. Wodorosty wyglądały jak drzewa i od razu nazwalam je podmorskimi palmami. Liście miały delikatne ale jednocześnie twarde, ich widoczne korzenie tak samo jak pień byly twarde jak stal. Nie dały się oderwać od skały a naciskanie paznokciem nie zostawiało żadnego uszkodzenia. Pomiędzy nimi mieszkały znane nam rozgwiazdy w dwóch kolorach. Fioletowe i mniejsze, blado różowe.
Znaleźliśmy również jakieś skałotocze i zielone ukwiały (lepiej pokazane w poście Oaza spokoju). Teraz, podczas odpływu cale to miejsce było na zewnątrz ale gdy wróci woda i będzie jej o dwa metry więcej wszystko skryje się w jej ciemnych otchłaniach. Nasze łazikowanie po kamieniach i przyglądanie się nieoczekiwanym widokiom po pewnym czasie nasyciło nasze zainteresowanie. Z przyjemnością więc usiedliśmy rozprostować kości. Patrząc w lekko falującą wodę coś przykuło nasza uwagę.
- Czy widzisz to co ja? - Zapytał p. z lekkim niedowierzaniem. 
- Co? - Wzrokiem podążyłam za jego ręką wskazującą jakiś daleki punkt w oceanie. Już chciałam zapytać jeszcze gdzie mam patrzeć ale on miał aparat przy nosie i spoglądał przez niego przybliżając obraz jak przez lornetkę. 
- Zobacz sama, nie mam pojęcia co to takiego. Foki albo może jakieś nieznane nam stwory. - Coś tam jest, widzę czasami jakieś nosy. - Fantazjowanie to wielka zaleta p. ale gdy usłyszałam o gigantycznej ośmiornicy, która podąża w naszym kierunku to na tym pustkowiu jego przypuszczenie zrobiło się bardzo realne. Przyglądając się zjawisku robiliśmy zdjęcia i później wpatrywaliśmy się w ekran aparatu aby lepiej zrozumieć co to jest. Z kolejnym zdjęciem przyszło i rozwiązanie, to wielkie glony unosiły się w wodzie niekiedy wystawiając się nad jej powierzchnie. Ulżyło mi i teraz oboje zaczęliśmy opowiadać o nieznanych potworach zamieszkujących głębiny Oceanów. Dumni z nowych odkryć i zadowoleni, ze nic nieznanego nas nie zaatakowało wracaliśmy do namiotu ta sama droga.
Już chciałam chwalić życie za jego szczodrość gdy stanęliśmy przed szczątkami pozostawionego przez nas kraba. Sprawca tego bałaganu jakby wyczekiwał na deser.
- Wyobrażasz sobie mewy większe od człowieka? 
- Brrrr! - Chwyciłam p. za rękę i pobiegliśmy w stronę kempingu.

czwartek, 20 stycznia 2011

Chandra z Georgii.

Nie dlatego, ze jestem pracowita jak wół roboczy ale dla wygody przygotowałam kilkanaście postów na wyrost. Nasza wakacyjna trasa na blogu trochę się rozciagnela i chcialam przygotować nie za dużo tego pisactwa. Doszłam do San Francisco i dopadla mnie apatia i zniechęcenie. Wiem, ze mój blog jest przede wszystkim dla mnie samej ale zainteresowanie czytujących czasami moje zapiski jest dla mnie bardzo ważne. W szczególności komentarze wskazujące na to jak odbieracie to co Wam przedstawiam, czy jeszcze jest to interesujące czy już nudne. Przejrzałam jeszcze raz co o tym sadzicie i zadumałam się.
Nutka zwątpienia w sens pisania przeistoczyła się w sznur wisielca i skasowałam cala moja prace. Nie pisze i kończę z tym internetowym szaleństwem. Chyba zbyt emocjonalnie podeszłam do tematu.
Apatia wzięła gore i zaczęłam popadać w chandrę. Cały następny dzień przesiedziałam w pidżamie z nogami w pozycjach nie do wykonania w normalnym stanie ducha. 
- Chodź pojedziemy do Chandry*. - Delikatnie jak profesor psychoanalityk, p. zaproponował wyjazd na kilka dni. 
- Teraz? Zima? - Nie miałam ochoty na mycie zębów a co dopiero na 900 mil jazdy. 
- Latem jest tam za gorąco. - Skwitował. 
- Nie mam ochoty. 
- To żaden problem, pośpisz w aucie a ja cie dowiozę na miejsce. -  Niech się dzieje co chce, jedziemy. Wzięłam plastikowy worek na śmieci i zgarnęłam pół polki ciuchów i dwie szuflady kosmetyków. 
- Jestem gotowa, możemy jechać. - Oświadczyłam zgodnie z prawda. 
- W pidżamie? - p. wydawał się lekko zaskoczony. 
- A co, nago mam jechać? Założę czapkę i nikt nie będzie widział, ze jestem potargana. W aucie będzie ciepło, mam nadzieje? Zona przestała ci się podobać? Co? - mój sarkazm się wzmagał. 
- Nie. 
- Nie podobam ci się? 
- No, masz bombowa fryzurę. - Ostrożnie pochwalił mnie p.. Wiem jak wyglądam po wyjściu z łóżka a szczególnie moje włosy stercza jak po eksplozji bomby atomowej na mojej głowie, czyli jest bombowa. Do swojej torby p. wrzucił kilka niezbędnych rzeczy i po godzinie jechaliśmy na spotkanie z Chandra. 
- Co z praca? - Dopiero w Indianie p. zapytał o to. 
- Zadzwonię jutro rano z samochodu. - Zawinęłam się w śpiwór, poprawiłam poduszkę, naciągnęłam kaptur na głowę aby nie rozpraszać kierowcy i zamknęłam oczy. 
- Jedz ostrożnie bo w Tennessee ma być śnieg. - Kochająca zona musi przecież dbać o wszystko. Nad ranem obudziła mnie podejrzana cisza. 
- Co się dzieje? 
- Zobacz  sama. - W świetle reflektorów widziałam Alaskę, biało dookoła. Tak samo po bokach jak i przed nami. Jechalismy po śniegu i asfaltu nie było widać nawet centymetra. 
- Gdzie my jesteśmy? 
- Dojeżdżamy do Atlanty. 
- Już? Tak szybko? - Zawsze jestem zdziwiona przebyta trasa w czasie snu ale tym razem moja pochwala dzielnego kierowcy wywołała burze komentarzy. 
- Przez dwie godziny ujechaliśmy 50 mil, ja już nie mogę na to patrzeć, co chwila jakiś samochod ląduje w smiertelnym tancu na poboczu, oni chca nas zabic... 
- Zjedz na kawę. 
- Ale jak, przecież na tym lodzie nie da się kierować. - Chciałam powiedzieć aby zwolnił ale dostrzegłam na liczniku 30 mil na godzinę i wiedziałam, ze na parkingu przed sklepem z taka prędkością poruszają się pojazdy. No niby wolniej już nie można. Wybraliśmy stacje benzynowa dla ciężarówek sądząc, ze dzielni kierowcy wyjeździli trasę na tyle aby i osobowym autem dojechać. Owszem wyjeździli padający śnieg przekształcając go w gładziutkie lodowisko. 
- Ostrożnie. - Syknęłam gdy nasze auto zaczęło sunąc w sobie znanym tylko kierunku. Adidasy przy zetknięciu ze śniegiem odmówiły przyczepności i o mały włos nie zrobiłam pełnego olimpijskiego szpagatu. Resztki snu drzemiącego w moim organizmie ulotniły się razem z ochota na zrobienie kolejnego kroku. Jak dwa stare dziady trzymając się pod pachy, truchcikiem dotarliśmy do drzwi wejściowych. 
- Tylko nie zdejmuj czapki. - Jak chce to może być miły ten mój p.. Przypomniał mi o mojej niesamowitej fryzurze. 
- Bo jeszcze ktoś pomyśli, ze jestem takim złym kierowca i tak cie przestraszyłem. - Rzuciłam mu nienawistne spojrzenie i zniknęłam w kibelku. Jeszcze noc się nie poddawała jak ruszyliśmy dalej na podbój krainy wiecznego śniegu. Zwariowana pogoda dla wariatów jak my, zamiast śniegu zaczal padac drobny deszcz pokrywajac swiat dodatkowa warstwa lodu bo temperatura wynosila -3C.
Przejeżdżając nad wymarła autostrada żartowaliśmy, ze wystarcza dwa centymetry śniegu aby wyłączyć cala Atlantę. Prorocze słowa, urzędy i szkoły pozamykane do odwołania. W Georgii śnieg pada co roku ale utrzymuje się przez godzinę lub dwie. Z ekonomicznego punktu widzenia lepiej ogłosić klęskę żywiołową niż utrzymywać przez cały rok sprzęt do walki ze śniegiem.
Ślisko było jak diabli i może lepiej przeczekać taka pogodę w domu niż ryzykować jazdę gdy brak doświadczenia.
Jeżeli myślicie, ze ja zrobiłam to zdjęcie to się grubo mylicie. Wzrok p. wędrował za ta reklama jak igła kompasu za biegunem magnetycznym ziemi. Gdy usłyszałam, ze wszystkie naczepy powinny być tak malowane to od razu wyobraziłam sobie wzrost wypadków na drodze.
Taki marny śnieg dla nas, przyzwyczajonych do śnieżnych zim, wywoływał uśmiech na ustach. Dzięki temu, ze Atlanta nie była czynna w miarę szybko przejechaliśmy przez nią i pomknęliśmy dalej na południe.
Teraz jechaliśmy z dala od wielkich miast kierując się do miejsca zamieszkania Chandry. Pełny relaks i spokój Południa oraz poprawa warunków atmosferycznych poprawiła nam humor.
Lubie takie wąskie drogi, trochę górek i zakrętów bardzo urozmaica nudna jazdę. Wyobrażam sobie, ze za chwile zobaczę coś zaskakującego. Za kolejnym zakrętem i kolejna górką trafiliśmy na taki zakątek.
Stare i nowe miesza się tutaj na każdym kroku. Jak widać upodobania niewiele się zmieniły z upływem lat.
Tak wygląda Ameryka gdy odjedzie się od metropolii i można podziwiać wieś w pełnej krasie.
Choć od czasu do czasu padał deszcz, było ciepło i przyroda już budziła się z krótkiego zimowego snu.
Zatrzymaliśmy się na chwile aby odetchnąć świeżym powietrzem i trafiliśmy na szkółkę „choinek”. Degradacja środowiska i czarny scenariusz zagłady człowieka na naszej planecie to chyba lekka przesada bo jednak jak widać, ludzkość potrafi zadbać i o to aby sadzić nowe lasy.
Piętnaście stopni Celsjusza i deszcz to dobre warunki dla rozwoju roślin.
Pierwsze zakwitły zielska i chwasty.
Inne krzewy już puszczały liście dając znać, ze już wiosna.
Co jakiś czas mijaliśmy osmalone lasy. Po zastanowieniu się wykombinowaliśmy, ze w ten sposób oczyszcza się lasy z niepożądanego zielonego paskudztwa. Latem nie da się wejść do lasu bo po prostu nie ma jak.
Jeżeli takie wypalanie jest bezpieczne to po nim las wygląda o wiele zdrowiej.
Krzewy  rosną tak gęsto, ze tworzą jednolita warstwę nie do sforsowania na wysokość dwóch metrów. Wilgotny i upalny klimat Georgii to raj dla chwastów do których tutaj zalicza się również palma. Rośnie ona dosłownie wszędzie i to w kilku odmianach.
Z Chandrą przegadałam cały następny dzień, o wszystkim i o niczym jak to zwykle nazywają damskie pogaduszki mężczyźni. Spacer po okolicy dobrze mi zrobił na moją potarganą dusze. Wchodząc tam gdzie nikt od lat nie chodził znaleźliśmy stare auto powolutku integrujące się z przyroda. To takie muzeum na wolnym powietrzu. Powiało przeszłością, która przeminęła z wiatrem.
Oczywiście nie mogłam oprzeć się pokusie aby nie umieścić widoku bawełnianego pola po jesiennym zbiorze, przecież to Georgia.
Dom, który gościł nas przez dwa dni zniknął w tylnym lusterku i p. zapytał; 
- Wszystko wzięliśmy? 
- Nie. - Odpowiedziałam po zastanowieniu. 
- Dobrze, ze nie ujechaliśmy daleko. 
- Zostawiłam Chandrze moja chandrę.
................................................................
*Chandra - imie zenskie wymawiane "Czandra".

piątek, 14 stycznia 2011

Wieloryb i latająca ryba.

- Nie do wiary. - Usłyszałam samą siebie. Uważnie wpatrując się w mapę znalazłam oznakowany punkt do obserwacji wielorybów. 
- Chcesz obejrzeć wieloryby? 
- Gdzie? 
- W morzu. 
- Ale gdzie one są? 
- Za kilka mil. 
- I powiesz mi, ze zaparkujemy i wieloryby będą na ciebie czekały. - Z politowaniem prychnał żywy przykład niedowiarka, jak nie dotknie to nie uwierzy. Na mały parking wjechaliśmy tak jak zwykle chcąc zobaczyć kolejny skalisty kawałek wybrzeża. Znowu ładnie. Czy Oregon wygrał przetarg na najładniejsze widoki?
Stojąca pani mówiła jakby do otaczającej ja przestrzeni. Napis na jej bluzie dresowej jeszcze nie dotarł do mojej świadomości gdy usłyszałam jej trochę monotonny głos.
- Tam jest wieloryb, z łodzi dobrze go widać. Wynurzy się znów za jakieś 40 sekund. - Tym razem nie opisuje snu. Na mapie była wskazówka gdzie zobaczysz wieloryba, na parkingu stoi zaklinacz wielorybów i w dali na własne oczy widzimy wieloryba. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia. Zaczynam wierzyć w cuda. Na naszych zdumionych twarzach zagościł uśmiech zadowolenia. 
- Szczęściara. - Wyczulam zazdrość w glosie p.. To nie był Moby Dick i nie wyskakiwał z wody na dwa pietra tylko pokazywał grzbiet aby zaczerpnąć oddechu, którego i mnie chwilowo zabrakło z zachwytu.
W nowym miejscu, po rozłożeniu obozowiska poszlismy na plażę. Wpadłam w grajdołek aby chociaż odrobinę było cieplej. Wystawiłam paszcze na słońce aby moja starannie przygotowana opalenizna nie zamieniła się w kolor maki kartoflanej. Długo na słońcu nie mogę leżeć bo opalam się w tempie ekspresowym ale piec minut nie zaszkodzi.
Przebywam z p. prawie 24 godziny na dobę i nie pomyślałam, ze pozostawiony samemu sobie na kilka chwil zatęskni do mnie. Myliłam się nie po raz ostatni - zatęsknił. 
- Zobacz co przyleciało.
Spodziewałam się mew albo innych ptaków i nic mnie nie oderwie od chwilowego lenistwa. Znów myliłam się bo latawce były ostatnia rzeczą na niebie, której się spodziewałam. 
Wiatr wiejący od oceanu nadawał się idealnie do pochwalenia się swoja ryba lub płaszczką.
- Chyba cieszysz sie, ze masz komu umilac zycie.
- Ja tylko ratuje twoja skóre abys sie nie spiekla na raka.
Ochota na relaks minęła i poczułam głód. Po wczesnej kolacji poszliśmy na długi spacer, oczywiście z aparatem fotograficznym.

wtorek, 11 stycznia 2011

Polacy to gęsi i na swój język srają.

Wieczorem siedzę sobie przed ekranem komputera i zagłębiam się w lekturze ulubionych blogów aż tu nagle słyszę jakieś przekleństwa i potok slow z pokoju w którym p. ma swoje mini królestwo. 
- Chodź zobacz bo mi nie uwierzysz. - Słysze głos p. z drugiego pokoju.  
- Nie możesz powiedzieć? - Te kilka chwil poświęconych na przeczytanie moich ulubionych blogów wole spędzać non stop. 
- Nie, przyjdź zobacz na swoje własne oczy bo nie uwierzysz. - Przerwy wytrącają mnie z rytmu i atmosfery danego posta. Lekko wkurzona z bólem serca odrywam się od zapisanych przez was wersów i już rozdrażniona idę zobaczyć co takiego ważnego p. wyszperał. 
- O tu! - Wskazał palcem na sam początek tekstu. 
- Niezłe co? - Powiedział z nieukrywana duma. Patrze, czytam i chyba zrobiłam minę jak kasjerka w banku która klient poprosił o wypłatę 50.000 dolarów ze swego konta na którym ma ich tylko 100. 
- Co to jest? - Zapytałam. 
- Oficjalna strona magazynu Motocykl. 
- To im Polski nie jest potrzebny? 
- Widać, ze nie.  Pewnie uważają, ze internauci to idioci oglądający obrazki. Popatrzą sobie, gębę rozdziawia i to im wystarczy. Poza tym widać czarne na białym, ze na Polski pan The Larch w szkole nie uczęszczał regularnie i teraz wypisuje bzdury.

     Ponizej skopiowany tekst ze strony "Motocykl" mowi:

.......................................................................

Wiadomości | Bez wychodzenia z domu!
2010-12-10 11:00:15 Autor: The Larch

Za oknem jest tak zimno i syficznie, że żal psa wyrzucić, a co dopiero samemu wychodzić.
........................................................................

Poniżej link jak nie wierzycie.
http://www.motocykl-online.pl/newsy/bez-wychodzenia-z-domu


Pan The Larch martwi się o psy aby w syficzna pogodę nie zaraziły się syfem, dba rowniez i o nasze zdrowie.


    Brawo redakcjo, brawo!



    Zasługujecie na słowa pochwały. 
    Napisze je tak aby tekst był zrozumiały dla Redaktora  Naczelnego: 
    Jesteście zajebiści.

piątek, 7 stycznia 2011

Miłość, zdrowie i pieniądze.

Święta nie minęły według planu, który starannie ułożyliśmy dwa miesiące wcześniej i Sylwester minął do bani. Wszystkiemu winna teściowa. Wcale nie zmyślam ani nie kłamię. Bilet dla niej kupiliśmy w obydwie strony bo taniej i pewniej, ze odleci. Fajnie mieć gościa z Polski, a nasza Babka jak nazywamy mamę p. jest osoba, której mi tutaj bardzo brakuje. Jak gość zza Oceanu to Święta koniecznie w domy tak po staropolsku. Zabawy sylwestrowe odpuściliśmy sobie tez ze względu na starsza panią. Nie wypada zostawić jej samej po tygodniu pobytu u nas. Żadnych wyjazdów na narty nie planowaliśmy również z tego samego powodu. Nie mieliśmy zamiaru ciągnąć Babki z nami gdzieś do schroniska na wygwizdów i pozostawiać ja w pokoju lub restauracji. To tak nieludzko i źle bym się czuła wiedząc, ze ona tam siedzi sama i wyczekuje naszego powrotu ze stoku. Plan był prosty, siedzimy w domu przez cały grudzień i najwyżej kogoś odwiedzimy. 
Piec dni przed Wigilia gdy już prawie wszystko miałam gotowe dzwonie do Babki dowiedzieć się czy na pewno ma przygotowane wszystkie leki na jej dolegliwości. Jak się okazało leki miała przygotowane ale przeziębiła się tak poważnie, ze nie była w stanie ruszyć się z łóżka nie mówiąc już o locie samolotem przez dziesięć godzin. Zdrowie najważniejsze i najlepiej poczekać z podróżą dwa tygodnie niż nabawić się zapalenia płuc na obczyźnie. Ręce mi opadły z bezradności i przypomniała mi się anegdota o teściowej wpadającej do studni. Tak właśnie się czułam, miałam mieszane uczucia. Ogłosiłam ta wiadomość w domu i po chwili, każdy z domowników miał skwaszona minę. Święta minęły z Babka przez telefon i nie w takiej formie jak sobie życzyliśmy. Wcześniej zaplanowany prawie wolny tydzień pomiędzy Świętami a końcem roku zapowiadał się leniwie i rodzinnie, tym bardziej, ze za oknem śnieg i -15C. Miałam dużo czasu aby odgruzować szafę i abym po wejściu do niej  zaczęła się orientować gdzie co leży na połkach. Postanowienie wyprania jeszcze raz letnich ciuchów i schowanie ich głębiej przebiegało jak po maśle do przedsylwestrowego popołudnia. Właśnie wtedy zepsułam humor mężowi oświadczając, ze nie działa suszarka. Sama tez wpadłam w popłoch bo przygotowana kupka do prania zalegiwała w zupełnie niewłaściwym miejscu. Okazało się, ze chłopską bieliznę zostawiłam na sam koniec i zapowiadał się kryzys rodzinny z braku świeżo wypranego odzienia. Mieszkam z dwoma rozpieszczonymi czyścioszkami, którzy ostatecznie wrzuca swoje ubranie do przeznaczonego do tego celu kosza. Sami boja się pralki jak diabeł święconej wody i najchętniej to by wymazali ze swej pamięci takie słowo. Nie chodziło o samego Sylwestra ale o kolejne dni.  Aby wysunąć suszarkę trzeba było zdjąć trzy pary drzwi i dziewięć połek w szafie. Z lekkiego rozgardiaszu w szafie zrobił się bałagan w całym mieszkaniu. Gdy zobaczyłam drzwi i połki obok stołu na, którym miały stać jutro dania na domowa imprezę nie wytrzymałam nerwowo i wyszłam z domu wymawiając się koniecznością zakupu żółtego sera, którego trzy odmiany są w lodowce. Tak palnęłam bez zastanowienia ale p. nie zwracał na mnie uwagi zajęty demolowaniem mieszkania. Trochę świeżego powietrza mi nie zaszkodzi tym bardziej, ze i temperatura zaczęła wariować. Zrobiło się ciepło +3C i padający deszcz zmył cały śnieg. Wróciłam po godzinie i jako pierwsza przywitała mnie suszarka stojąca pół metra od drzwi. Omijając przeszkody dotarłam do sypialni i widok zawalonego łóżka ciuchami ze zdemontowanych połek odebrał mi resztę optymizmu. 
- Jak będziemy spać? - Spytałam.
- Oj to nie problem, przesuniemy wszystko na sam kraj łózka i wreszcie będziemy spać blisko siebie. - Przeniosłam stertę z łózka na stół i zaprosiłam p. na kolacje przy ławie. Grzebanie w zepsutym sprzęcie zaowocowało stwierdzeniem, ze do wymiany jest programator. Wiadomo, ze na serwis nie ma co liczyć w dniu następnym a po noworocznej hulance mało który fachowiec ruszy się do pracy w ciągu tygodnia. 
- Naprawa wyniesie prawdopodobnie połowe albo 1/3 wartości nowej wiec chyba lepiej kupić jutro nowa i mieć problem z głowy. - Było wiele racji w tym stwierdzeniu bo naprawy w USA są drogie i wymagają stalowych nerwów do fachowców. Sylwestrowy poranek rozpoczęliśmy od wypadu do pobliskiego sklepu ze sprzętem gospodarstwa domowego. Tylko kilka kilometrów i już wybieraliśmy jakąś niedroga. Wybór był ograniczony ale nie czas wybrzydzać na pokrętła czy nazwę. 
- Kiedy dostarczyć do domu? - Zapytał sprzedawca.
- Nie, nie, zabierzemy ja sami. Mamy tu auto wiec nie ma problemu. - Machająca ręka p. przed samym nosem sprzedawcy nie zmieniła jego znudzonego wyrazu twarzy.
- Wszystkie elektryczne suszarki dostarczamy z głównego magazynu. Gazowe są w sklepie.
- A inne sklepy waszej sieci? - p. szukał ratunku.
- Spróbujcie w Sears mogą mieć kilka. - Szybko wróciliśmy do domu i posługując się internetem znaleźliśmy numer telefonu do sklepu z, którego pochodziła poprzednia. 
- Mają, jedziemy! - Teraz mamy pięćdziesiąt kilometrów do sklepu a na zegarku wskazówki układają się w bardzo niepokojący sposób. Była dwunasta dwadzieścia dwie jak ponownie wyjechaliśmy z parkingu. Sklep Abt ma olbrzymi parking dla swych klientów i ani jednego wolnego miejsca.
- Czy ja śnię jakiś koszmar na jawie? Tyle ludzi w sklepie chcących pozbyć się ukochanych dolarów, dzisiaj w Sylwestra? - Miejsce aby zaparkować znaleźliśmy dalej przy innym sklepie. 
Już spokojniejsza, z suszarka w aucie zadzwoniłam do Babki aby sprawdzić stan jej zdrowia i opowiedzieć o perypetiach dnia wczorajszego i dzisiejszego. Jeden problem z głowy wiec życie znalazło natychmiast kolejny. W czasie rozmowy dowiedziałam się, ze koniecznie musimy zapalić trzy świece przed końcem roku i czekać aż się wypala do końca. Pomyślałam sobie, ze to żaden problem bo świec u nas nie brakuje ale gdy okazało się, ze muszą być w konkretnych kolorach to mina mi się zasmuciła. Nie ma w domu złotej ani niebieskiej świecy. Babka mówiła, ze czerwona to miłość, niebieska to zdrowie a złota to pieniądze. Wypalajac wszystkie naraz zapewnimy sobie wszelki dobrobyt na cały przyszły rok. Na poszukiwanie kolorowych świec w sklepach nie mieliśmy czasu i odłożyłam to zmartwienie na późniejszy nieokreślony termin. Naszym głównym zadaniem dzisiaj jest uporać się z bałaganem w domu. Wiedząc, ze Babka nie przyleci zaprosiliśmy znajomych, którzy postanowili siedzieć w domu i we dwójkę przywitać Nowy Rok. Nie obyło się bez przepychanki słownej ale w ostateczności zgodzili się na moja wersje aby to oni przyjechali do nas. Po powrocie do domu p. zajął się przywracaniem normalności w domu a ja zajrzałam do szuflady ze świecami. O zgrozo wszystkie wypalone podczas Świąt. Pozostały tylko takie w słoikach ale żadna nie miała odpowiedniego koloru. Na sama myśl o tym jak długo pali się świeca w słoiku zachciało mi się spać. Jednak są cienkie ale tylko białe. Nie jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, wystarczy zmienić kolor i już. 
Gdy po zamontowaniu suszarki i połki wróciły na swoje miejsce, ja zajęłam się układaniem na nich garderoby a p. wyczarował kolory. Ze złotym i czerwonym nie było kłopotu bo w takich kolorach miał farbę w sprejach. Mieliśmy już dwie gotowe świece i pomalowane palce bo p. trzymał je za knoty i emalia osiadała na wszystkim co w polu rażenia. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałam się nakładaniu kleju roślinnego na trzecia świecę, która miała być koloru niebieskiego. 
Moje pytanie spotkało się z wyczerpującą odpowiedzią co nastąpić miało później. Niebieska farbę mogliśmy zastąpić tylko atramentem do wiecznych piór. By taki wodny roztwór trzymał się wosku powinien mieć chropowata powierzchnie, którą zapewniał klej. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Dwadzieścia minut przed północą uroczyście podpaliliśmy świeczki wierząc, ze wypalając je Nowy Rok przyniesie zdrowie, miłość i pieniądze. 
Wszystkie trzy umieściliśmy w małej popielniczce aby łatwiej je obserwować. Jako pierwsza zgasła czerwona, z niebieskiej został tylko knot oparty o szkło i tlił się małym płomieniem.
Złota świeca wypalała się najwolniej ale tez zgasła. Zaproszeni goście umknęli do domu około drugiej rano. Niedługo po nich p. ewakuował się do sypialni. Zostałam sama na placu boju i obserwowałam ciągle palący się knot po nieistniejącej już niebieskiej świecy. Leżał na samym brzegu rozgrzewając popielniczkę roztapiał w ten sposób resztę wosku z pozostałych świec. Postanowiłam dotrwać do samego końca bo czarów nie można przerwać tylko dlatego, ze chce się spać. O czwartej trzydzieści wróżba się zakończyła.
Po południu zadzwoniłam do Babki aby zinterpretowała co oznacza kolejność wypalenia się poszczególnych świec. Byłam ciekawa czy czerwona – miłość, niebieska – zdrowie i złota – pieniądze wypaliły się w dobrej kolejności. 
Nasza Babka, kobieta po siedemdziesiątce skwitowała to jednym krótkim zdaniem.
- Dziecko drogie, kto by się przejmował takimi głupstwami. Najważniejsze, ze mieliście złotą!