piątek, 25 lutego 2011

Pożegnanie z Oregonem.

Ostatnia noc w Oregonie zapowiadała się wyjątkowo atrakcyjnie ze względu na pogodę. Słońce jeszcze świeciło gdy normalnie już powinno być zamglone i sine. Długo nie musieliśmy się zastanawiać aby wsiąść do auta i pojechać nad wybrzeże. Chcieliśmy odwiedzić Cape Arago skąd ponoć rozciąga się wspanialy, jak to w Oregonie bywa, widok. Już dobrze wiemy, ze życie jest pełne niespodzianek i nie wolno nam robić długoterminowych planów bo nie ma takiej siły aby się spełniły.
Tak było i teraz. Na wysokiej skarpie była zatoczka i postanowiliśmy zrobić zdjęcie jedynemu widocznemu zachodowi słońca. Poprzednie wieczory nie nadawały się do takich zdjęć ze względu na zazdrosna mgle, chowającą słońce tylko dla siebie. Niewiele mogliśmy dostrzec patrząc prosto w promienie czerwonego słońca. Jednak po chwili na skale odległej o jakieś pół kilometra dostrzegliśmy lwy morskie szykujące się do snu. Cala wieś albo miasto tych sympatycznych stworów wylegiwało się przed nami. Niektóre jeszcze pływały a inne baraszkowały. Czas upływał bardzo szybko i po chwili zrobiło się zupełnie ciemno po zachodzie. Zdjęcie poniżej „ledwo wyszło” i postanowiliśmy przyjechać tutaj jutro rano. Nasz cel wycieczki, Cape Arago, odwiedziliśmy w zupełnych ciemnościach. Niewiele widzieliśmy ale czarne kontury skal i tak pozwoliły nam nasycić się takim nietypowym widokiem. Następnego dnia jakimś cudem wyszłam z namiotu od razu gotowa do życia. Bardzo szybko uwinęliśmy się z naszym ekwipunkiem i pognaliśmy przywitać lwy morskie. Były i czekały na nas. Kilka chwil spędziliśmy z nimi i ruszyliśmy w dalsza drogę. Tutaj nie trzeba było płacić za oglądanie jak wcześniej.
Często się zatrzymywaliśmy aby uwiecznić ciekawe widoki, pożegnanie Oregonu było imponujące. Takich plaż można pozazdrościć. Na granicy z Kalifornia tablica informacyjna zapraszała do kolejnych odwiedzin. Nawet były kwiaty i ładnie przystrzyżone krzewy. Tak odmiennie niż po drugiej stronie drogi gdzie witała Kalifornia. To zobaczycie już niebawem.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Koszmarny kemping.

Przy wjeździe na kemping stal ładny ale zapuszczony lub jak kto woli zaniedbany dom mieszkalny. Obok wolno stojący, podwójny garaż. Na zewnątrz parkował jednoosobowy pojazd z napędem na cztery kola, którego rozpoznaje jako "quad" ale nie wiem jak nazywany jest po polsku. Obok niego furgonetka, której niechlujny wygląd postarzał ja o kolejne 10 lat.
- Przepraszam czy znajdzie się wolne miejsce na jeden namiot? - Zapytany jegomość o wybujałym łojotoku, którego nadmiar spływał po włosach spiętych w cienki jak ogon szczura za kołnierz brudnej bluzy roboczej, spojrzał na nas spode łba. Jeżeli był pracownikiem opłacanym na godziny to mógł skorzystać z okazji i oderwać się od pracy a jeżeli był właścicielem tego miejsca to idąc najprostszym tokiem rozumowania jego twarz powinna tryskać szczęściem, ze przyjechały do niego pieniądze.
- Sekundę. - Ale gaduła, prawie mnie wmurowało. Gość powlókł się w stronę domu i wszedł po wąskich schodach na półpiętro. Zniknął w środku po otwarciu drzwi.
- Chodźmy tam, bo na pewno biura w garażu nie ma. - Już mieliśmy wejść na schody gdy raptem zbiegł po nich nasz znajomy i wskazując palcem na środek powiedział.
- Ona tam jest. - Omiótł nas przelotnym spojrzeniem i poszedł w stronę swojego samochodu.  Zostałam wepchnięta do środka jako pierwsza, gdyby p. nie trzymał rak na moich plecach wpychając mnie po schodach to bym uciekła. Chciałam zrobić krok w tył ale w tym samym momencie p. stanął tak blisko za mną, ze czułam jego piersi na moich plecach. Pomieszczenie było mikroskopijne dwa metry na dwa i za kontuarem stała dwudziestoletnia baba-jaga. Włosy zaczesane do tylu, jej mysie oczy wpatrywały się we mnie jak w zakąskę a wykrzywione usta, które według niej miały chyba być uśmiechem były rozchylone na tyle aby pokazać bezzębne dziąsła.
- Ale paszczur. - Ledwo usłyszałam szept mojego ukochanego. Jego usta dotykały moich włosów i wiedziałam, ze nikt oprócz mnie nie słyszał tych slow. Paraliż sytuacyjny był nie do zniesienia. Nie wiedziałam czy p. przypadkiem nie płacze ze śmiechu na widok tej zjawiskowej kobiety czy go zatkało jak mnie. Na wszelki wypadek stałam jak wryta i z niedowierzaniem patrzyłam na coś co można by określić jako arcydzieło sadysycznego chirurga plastycznego, zmarłego przed dokończeniem dzieła swego życia.
- Ile nocy? - O kurcze, jej głos skrzypiał jak zawiasy drzwi nieotwieranych od stuleci. Stalam zbyt blisko i poczulam, ze jej oddech moglby uspic na kolejne tysiaclecia obudzona mumie.
- Tylko jedna. - Powiedziałam zdecydowanie za szybko i za głośno jak na takie małe pomieszczenie i znikoma odległość pomiędzy nami. Ja chyba się jej bałam. Poczułam jak p. przesuwa mnie jak dużą doniczkę i wciska się obok. Zaczął załatwiać resztę formalności, ja tymczasem nie mogłam oderwać wzroku od młodej kobiety, która intrygowała mnie nieustannie. Wyobraziłam sobie staruchę czarownice po zabiegu face liftingu. Jej ziemista cera pozbawiona była brodawek i długiego haczykowatego nosa a straszyła jak prawdziwa czarownica. Lekko wygładzone zmarszczki wskazywały na ich stuletnia historie.
p. szarpnięciem za rękaw wyrwał mnie z odrętwienia i usłyszałam ciche "idziemy". Po schodach sfrunęłam jak motyl. Przy aucie przeszedł mnie zimny dreszcz i objęłam się rekami.
- I co?
- Nawet nie da
ła pokwitowania zapłaty ale już nie chciałem się wykłócać bo rzygać mi się chciało na jej widok. Takiego brzydactwa nie widziałem jak żyję. Jak można być takim brzydkim. Chyba się urżnę.
- Nie ma sprawy ja tez potrzebuje czegoś otumaniającego. Musze jej widok zmazać sprzed moich oczu. - Kilometr dalej było pole namiotowe wielkości boiska do piłki nożnej i ani jednego namiotu. Coraz gęstsza mgła znad oceanu zaczęła dochodzić nawet tutaj. Wyznaczone miejsce okazało się nie do zaakceptowania. Kępki trawy, rzadkie i wysokie nie tworzyły odpowiedniej powierzchni pod namiot. Usychające drzewo gubiło liście i stojąca woda w rzeczce zaraz obok sprawiały, ze lepiej spać w aucie niż tu. Poszukaliśmy innego w miarę znośnego miejsca. Gdyby ktoś nas obserwował to niechybnie zadzwonił by do szpitala dla wariatów z wiadomością, ze dwójka szaleńców miota się po kempingu, jeden jeździ autem a drugi chodzi i kopie noga w wielu miejscach. Po pół godzinnych poszukiwaniach, bo tyle czasu nam zeszło, znaleźliśmy "ideał".
- To ja pojadę i powiem im, ze wybraliśmy inne miejsce, chyba nie będą mieli nic przeciwko temu bo jesteśmy tu sami.
- W życiu tu nie zostanę sama nawet na sekundę, jadę z tobą.
- To tylko chwila, zaraz będę.
- Nie ma mowy! Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego ile ja naoglądałam się horrorów.

Sina mgła gęstniała bardzo szybko. Gdy dojechaliśmy na wzgórze na którym znajdował się dom właścicieli widoczność była znikoma. Nawet nie wysiadłam z auta jak p. poszedł poinformować straszydło o zmianie. Po powrocie namiot stanął w oka mgnieniu.
- Rozpal szybko ognisko a ja zrobię coś na ząb. Jesteś głodny? - Niedawno jedliśmy jakąś padlinę w przydrożnej jadłodajni i przynajmniej ja czułam się syta.
- Nie jestem głodny. Zrobimy kiełbasę na ognisku to wystarczy.
- Bardzo dobrze szybko spać i rano stad uciekamy.

Poranek przywitał nas chłodem i w ten sposób zmobilizował do szybkich ruchów rak, nóg i ciała. Zastanawiając się co dziś na siebie założyć skonstatowałam, ze warto zrobić pranie. Pomysł był dobry bo nikt inny oprócz nas nie prał i wszystkie pralki i suszarki były do naszej dyspozycji. W ten sposób po godzinie wszystko mieliśmy czyste i pachnące. Widoczny z daleka ocean nie nastrajał do spacerów plaza wiec postanowiliśmy jechać dalej bo tutaj nic uroczego nas nie spotka.
Po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na dokładniejsze oględziny bo wydawało mi się, ze widok jest wart chwili. Wiadomo, ze ludzie są stadnym zwierzęciem i do tej pory jakoś mi to nie przeszkadzało. Szczególnie turyści zadni wrażeń podążają za innymi. Gdy tak sobie siedzieliśmy na skraju wysokiej wydmy wpatrując się w dal dołączyli do nas inni. Cmokali z zachwytu i klikali aparatami. Atmosfera pękła jak banka mydlana bo zaraz zatrzymał się kolejny samochód i wysypała się grupka gapiów. Ci byli wyjątkowo przyjaźnie nastawieni do bliźnich bo zagaili nas w stylu; kim jesteśmy, po co i dlaczego. Widząc, ze są z Kalifornii odwzajemniliśmy im się pytaniem kiedy nie ma mgły nad Oceanem.
- Ooo, mgła jest zawsze. - Z nie byle jakim znawstwem rzeczy odpowiedział jeden ze starszyzny.
- Zawsze zawsze? - Pytanie go trochę strapiło.
- No nie, zdarza się parę dni bez mgły. Przeważnie wczesna wiosn
ą i pozną jesienią. - Nic gorszego nie mogłam usłyszeć, tyle kilometrów po to aby zachwycać się mglą. Fakt niezaprzeczalny, ze nigdy w życiu nie widziałam takich majestatycznych mgieł wiec nie powinnam tak bardzo narzekać. Może ludzie z pustynnych stanów przyjeżdżają tutaj specjalnie aby zobaczyć mgłe? Tak sobie rozmyślając nad przewrotnością losu dojechaliśmy do miasta w którym chcieliśmy upolować prawdziwa kawę.
 Zanim zaczęliśmy poszukiwania w oko wpadł mi skwerek z wielobarwnymi kwiatami. Największe wzburzenie mojej krwi wywołał krzew fuksji rosnący sobie półdziko tak od niechcenia. Delikatne kwiaty były blado różowe i niknęły pośród liści. Mam wyjątkową słabość do tej rośliny a raczej do jej kwiatów. Co roku kupuje dwa kosze z tymi kwiatami w rożnych kolorach i wiszą blisko mojego letniego fotela abym mogla cieszyć moje oko ich widokiem. Jako wielką atrakcje uwieczniliśmy również największą sekwoję ściętą ręczną piłą.
Co jeszcze można zwiedzić w Fort Bragg? Czytamy z niedowierzaniem, ze największą bazę lotnictwa w USA. To akurat dla nas nie stanowi atrakcji. Wyzbyci żądzy władzy pacyfiści, lekko zboczeni na temat granic i podziałów świata, duchowo jesteśmy daleko od jakichkolwiek formacji wojskowych.
Jest jeszcze coś ale to już ostatnia atrakcja. No nie do wiary, w przewodniku czytamy o niebywałej atrakcji tego miasta, o wysypisku śmieci. Czytamy jeszcze raz bo może coś nam się pomyliło. Tak, do roku 1970 mieszkańcy miasta Fort Bragg wyrzucali swoje śmieci do Oceanu. Z wysokiej skały nadbrzeżnej wyrzucali zbędny sprzęt domowy i inne niepotrzebne rzeczy gospodarstwa domowego. No proszę jak można zachęcić turystów. Pokazywać śmieci i chwalić się tym to już zakrawa na hipokryzje. Czytamy dalej, ze aby zejść na kolorowa plażę utworzona przez rozbite szkło śmieciowiska trzeba mieć zbrojone buty aby nie zranić stopy i uważać na zardzewiałe kawałki żelastwa. Tylko tyle? Schodzić piec pieter na plażę ze szkła i być narażonym na zranienie nóg. Może ktoś inny ale my mówimy pas. Z uśmiechem na ustach i lekkim politowaniem opuszczamy Fort Bragg. Zapomnieliśmy nawet, ze do życia niezbędna jest kawa. Pijemy zwykłą wodę i czekamy na prawdziwe atrakcje, których będzie jeszcze bez liku.

piątek, 18 lutego 2011

Pukneła mnie Ksiezniczka Anna.

Nasza wyprawa marzen do Crater Lake okazała sie niewypałem i zawiedzeni, w ponurych humorach wracaliśmy na kemping. Świadomość porażki całodniowej wyprawy nie dodała nam skrzydeł i w połowie powrotnej drogi, z chłodu i głodu wpadliśmy do McDonalda. Dwie duże kawy, Big Mac i Crispy Chicken powinny nam poprawić humor do przyjazdu na kemping. Siedzimy sobie przy stoliku konsumując szybkie żarcie i przeglądamy nasze zdjęcia na wyświetlaczu naszego aparatu fotograficznego. Otaczający nas świat zupelnie przestal istnieć bo przystanek na hamburgera nie może być ważny, jednak mylne było nasze przeświadczenie… Gdzieś w oddali z megafonu dochodził nas głos, ze posiadacz srebrnego auta z Minnesoty proszony jest o zgłoszenie się do kierownika restauracji. Anons pominęliśmy milczeniem przeglądając zdjęcia i połykając zakupione pożywienie. Dyskusja na temat wyprawy "polarnej" pochłonęła nas bez granic. Znow o nasze uszy obił się wcześniejszy komunikat i wtedy p. oderwał się od zdjęć i skomentował.
- Znowu ktoś zatarasował zaparkowany samochód. - Skonczyły się buły i wyszliśmy do auta. Trzymając w dłoniach kubki z kawa podążamy w stronę naszego, zaparkowanego na uboczu auta. Samoistnie w ustach p. zaczął palić się papieros i totalny relaks pojawił się na jego obliczu. Chłopu niewiele potrzeba do szczęścia, trochę adrenaliny i pełny żołądek.
 Raptem dobiegły nas glosy z tylu, było ich tyle, ze trudno było zrozumieć sens. 
- Wsiadaj. - p. jak zwykle do nieznajomych odnosi się malo przyjaznie. Grupka ludzi podążała w naszym kierunku i wiadomo było, ze nie zdążymy wsiąść do auta zanim oni nas dopadną. Kubek z kawa p. położył na dachu auta i otworzył drzwi, wślizgnął się do środka jak mistrz kung-fu i uruchomił silnik. 
- Zaczekaj. - Stanęłam jak w niemym kinie, stop klatka. 
- Nie gadaj z nimi. Jedziemy. - Niewiele miał do powiedzenia wygodnie usytuowany za kierownica p.. Kilkoro osób mowiło na raz i dowiedziałam się, ze ktoś uszkodził nasze auto. Do tej pory myślałam, ze zostałam porzucona na pastwę losu i grupki nieznajomych. Myliłam się dwakroć. Raptem p. wyskoczył z samochodu obleciał go dookoła i znów zasiadł za kierownica. 
 - Zatrzymaliśmy sprawce wypadku chciała uciec! Nawet szukalismy cie w restauracji. - Krzyknął jeden z grupy. Już nie mogliśmy odjechać bo pojawił się sprawca wypadku. Ale jakiego skoro auto jest w porządku. Zgieta ramka znaku rejestracyjnego to nie wypadek ani uszkodzenie. Zmruzone oczy p. nie zapowiadaly niczego dobrego. Czułam przez skore, ze za chwile zacznie sie wywod na temat tego, ze McDonald to nie restauracja, ze nasze auto ma rejestracje Illinois a nie Minnesoty itd. Do momentu gdy usłyszałam moje słowa "uspokuj sie" nie wiedzialam, ze jestem brzuchomowca. Na ustach ciagle trwał usmiech powitania nieznajomych.
 - Wsiadaj. Jedziemy. - p. był tak wku..iony, ze aż pobladł. Widocznie nie było żadnego innego uszkodzenia i normalnie zbagatelizował całe zajście.
Grzecznie stoję i słucham kiedy p. siedzi w aucie i palcami gra na kierownicy jak na fortepianie. Odwróciłam głowę w lewo i zobaczyłam seryjnego mordercę czyli mojego męża. Stał obok auta patrząc wzrokiem grabarza na cała zgraję wokół nas. Po wyrazie jego twarzy wiedziałam, ze ma już dość a to dopiero początek. Z tłumu wyszła kobieta w różowym „czymś” i powiedziała, ze zahaczyła o nasz pojazd. Jak to zrobila nie mam pojecia bo zaparkowalismy z daleka od wszystkich nielicznych aut na parkingu aby takich własnie sytacji uniknac. Wszyscy byli uradowani, ze winowajca został zdemaskowany i w sekundzie zostaliśmy sami z panią w różowym/amarantowym stroju. O co tu chodzi? Różowa pani mówi, ze zawadziła o zderzak i wgiela caly bok w swoim aucie. W ręce juz trzymała swoje prawo jazdy. p. zrobił się siny i znow zareagowałam w sama porę przed jego wybuchem. Jako okularnik powinien być ślepy na szczegóły, p. wręcz przeciwnie chwali się tym, ze dzięki okularom widzi wszystko jak pod mikroskopem. Niestety muszę przyznać mu rację bo nawet najdrobniejszy pyłek w domu nie ujdzie jego uwadze. Raptem wszystko zaczęło się dziać bez naszego udziału. Ja wzięłam aparat do reki a p. wyjął kartę ubezpieczenia i prawo jazdy i wręczył winnemu całego zajscia. Na żółtej kartce formatu A4 spisał dane personalne pani w różu i podszedł do mnie. Do tej pory wydawało mi się, ze panuję nad zawartością naszego wakacyjnego ekwipunku ale żółta kartka nie mieściła mi sie w głowie ani w żadnej skrytce w naszym aucie. Skąd raptem taki rekwizyt łatwo rzucający się w oko, co jeszcze nasze auto może kryć przede mną? 
- Czy wiesz jak ona się nazywa? - To były pierwsze słowa wypowiedziane przez p. po pojawieniu się sprawcy wypadku.
- A niby skąd mam wiedzieć? - Odpowiedziałam pytaniem. 
- Daj mi fajkę, muszę zapalić. Nie uwierzysz jak ci powiem.
- Zaciągnął się dymem i wycedził.
- Księżniczka Anna Van Ott.n. - Kolejny obłok dymu przemknął pomiędzy nami. 
- Jak? - Pomyślałam, ze moje zmysły wyleguja sie na zasłużonej emeryturze. 
Princess Ann Van Ott.n. - powiedział to tak jakby od niechcenia albo jak wyuczony pacierz. 
- Księżniczka Anna. Czy rozumiesz co mowie? - Jak mam rozumieć jak nie rozumie. 
- Tak się nazywa. Zdajesz sobie sprawę jaki absurd. Spójrz na nią. - Właśnie wtedy mój wzrok uchwycił Księżniczkę Anne i jej towarzyszkę spisujące wszystkie możliwe liczby i cyferki z naszego auta. Mieliśmy dużo czasu aby odprężyć się i dopić kawę stygnącą w naszych dłoniach. 
 Nie pojechaliśmy bezpośrednio na kemping bo kończący się dzień zwabił nas na plażę. Było za wcześnie aby iść spać a taki dzień nie można było zakończyć podwójną porażką. Wieczór wyzwolił w nas cała energię, której nie pozbyliśmy się w Crater Lake ani w drodze powrotnej. Czuliśmy niedosyt dnia i nadmiar emocji wyładowaliśmy w taki oto sposób, tworząc coś tak nietrwałego jak zamek z piasku.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Crater Lake

Dzisiaj wyruszamy na całodniowy wypad w góry. Jedziemy na spotkanie jedynego miejsca w USA, jeziora w kraterze wulkanu. Nie miałam nic przeciwko pobudce wcześnie rano bo nadchodzące atrakcje i tak nie pozwalały mi spać spokojnie. Obudziłam się dużo wcześniej niż p. ale dla zasady dosypiałam na silę. Długo nie poleżałam sobie bo zdyscyplinowany towarzysz podróży wstał po sekundzie gdy alarm oznajmił czas kolejnej przygody. Grzecznie wyszłam z namiotu gdy usłyszałam szumiący palnik maszynki gazowej.
Kawa będzie gotowa za chwilę więc już można przywitać mglisty i zimny poranek.
Przetarłam oczy bardziej ze zdumienia niż z zaspania bo nasza sąsiadka w stroju zimowym już chyba od dawna "kręciła" haczyki dla swojego męża. Już teraz wiem, i jestem święcie przekonana, ze nie jestem ideałem zony.
Na wpół świadoma otoczenia wdałam się w rozmowę z sąsiadką. Jak zwykle rozpoczęłam od zwyczajowego "Hi", które okazało się tym ziarnem, które porusza śmiercionośną lawinę. Nie zrozumiałam nic oprócz jednego pytania. Sąsiadka, nie przerywając pracy wskazała na p. upychającego do naszego auta niezrozumiale jeszcze dla mnie przedmioty, zapytała dokąd jedziemy.
Ja ciągle jeszcze rozmarzona o ciepłym śpiworze i niezdolna do normalnych reakcji nie byłam w stanie odpowiedzieć ale moja podświadomość już działała i padła prosta, jednoznaczna odpowiedz.
- Crater Lake. - Kobieta nie wypuszczając z rak przedmiotów, które w nich trzymała, oparła ręce na stole.
- O, to cudowne miejsce. - Wzniosła wzrok ku niewidocznym gwiazdom o tej porze doby i zamilkła. Kocham podróżować we dwójkę z kimś takim jak p., właśnie podał mi kolejna kawę tak gorącą, ze kubek parzył dłonie.
- To jest miejsce w, którym zobaczysz prawdziwy błękit. Jak nie zobaczysz Crater Lake to nic nie wiesz jak wygląda niebieski kolor. Szczęśliwej drogi. - Widocznie nie czekala na odpowiedź bo zajęła się swoja mozolna praca. Jako dobrze wychowana podziękowałam jej, tak zupełnie ad hoc.
Było dość chłodno ale dramaturgię dnia uzmysłowiłam sobie po dwóch godzinach gdy zobaczyłam temperaturę panującą na zewnątrz, na zegarach auta. W miarę wspinania się na piętrzące się przed nami góry temperatura spadała i po uiszczeniu opłaty za wstęp na teren parku narodowego było już 2C.
Szkoda, ze nie poślubiłam czarodzieja mogącego rozproszyć gęstniejącą mglę. Nasze rozmowy skończyły się wraz z pojawieniem się braku jakiejkolwiek widoczności. Jechaliśmy pół godziny w krainie wyobraźni, nic nie było widać dookoła i tylko nasze wesołe usposobienie rysowało kolorowe krajobrazy. Gdy tylko wyobraziłam sobie jak przebijamy się ponad mglista chmurę na szybie auta zaczął osiadać śnieg.
Prysły złudzenia i rzeczywistość przemówiła faktami do jeszcze bujającego w obłokach rozumu, dojechaliśmy na skraj krateru. Przed nami powinien roztoczyć się niezapomniany do końca żywota lazur toni zamkniętej w wulkanie.
Gdyby ktoś nie wierzył to właśnie prężę się skulona w padającym śniegu będąc na wakacjach. Latem, w sierpniu w Oregonie. Zero stopni Celsjusza dopełniło tragedii i niepowodzenia naszej wyprawy.
Byłam i nie widziałam tego co chciałam zobaczyć ale życie toczy się dalej i nie mogę do niego mieć pretensji bo i tak okazało wiele łask, których mogłam doświadczyć przez cale moje zycie od swych narodzin.

sobota, 12 lutego 2011

Wspolpraca z 247365.

Otrzymalam e-mail, ktory mnie zupelnie zaskoczyl. Otoz, 247365 zaproponowal mi wspolprace majaca polegac na udostepnieniu mojego bloga dla jego postow. Po telefonicznych rozmowach uleglam prosbie gdyz jego argumenty wskazuja na to, ze moze byc ciekawie. 
Ze wzgledu na to, ze 247365 nie ma czasu na czeste posty, moj blog nie zmieni sie i nadal bede opisywala swoje wycieczki i przygody.
Ataner
**********
Witam Was wszystkich i ciesze sie, ze Ataner pozwolila mi wtracac swoje trzy grosze raz w miesiacu. Ataner opisuje Ameryke widziana oczami turysty, ktory trafia w ciekawe miejsca USA. Narodzil sie pomysl aby dorzucic troche mojego niejednokrotnie kontrowersyjnego spojrzenia. Sa to wylacznie moje opinie i Ataner, ktora jest Administratorem nie bierze odpowiedzialnosci za moje teksty. Przed zamieszczeniem kolejnego posta na blogu "Ataner" przesle go do zatwierdzenia aby Administrator mogl zapoznac sie z nim i zadecydowac czy taki tekst jest przez nia do zaakceptowania. Przed nazwa kolejnego posta bedzie widoczny moj nick w celu latwiejszej orientacji. Komentarze zawsze mile widziane!  
247365

środa, 9 lutego 2011

Małe miasteczko.

Tak samo jak śledzie i palmy lubię pod każdą postacią. Bez względu na otoczenie, czy obok śmietnika czy w palmiarni zawsze kojarza mi się z wakacjami i przyjemnym ciepłem. Zupełnie odmiennie p. reaguje na widok palmy, zgrzyta zębami. Winna jestem wyjaśnienia skąd takie jego niezrozumiale reakcje. Pierwszy raz gdy zobaczyłam palmę siedziałam za kierownica i na widok palmy oniemiałam śledząc ja w zachwycie jak urzeczona. Zapomniałam o całym świecie i przestałam reagować na ruch uliczny. Widziałam palmę i nic poza nią. Wrzask pasażera i szarpniecie kierownicy uruchomiło prawa nogę przesuwając ja na hamulec ale wzrok pozostał przy palmie. To co usłyszałam po sekundzie nigdy nie pojawi się nawet w najwybredniejszym słowniku współczesnej łaciny. Patrzyłam z przerażeniem na p., spoconego i w stanie przedzawałowym. Nasze auto o centymetr zatrzymało się przed stojącym przed nami większym pojazdem. Klaksony stojących za nami pojazdów brzmiały jak syreny ostrzegawcze przed nalotem w czasie drugiej wojny światowej.
- Czemu oni tak się denerwują?  
- Jedz dziewczyno, jedz bo nas zabija. - Wrzuciłam jedynkę, Maluch podskoczył i uciekliśmy przed oczywistym linczem wzburzonych południowców. Po chwili było więcej palm ale ja podziwiałam je już z fotela pasażera bo p. odebrał mi przywilej kierowania autem. Do dziś na widok pierwszej palmy, która widzimy zgodnie mówimy na głos; „o palma, palma, buuum”. Drugim znaczącym powodem, według p., jest fakt, ze palmy są winne katastrofie materaca. Spaliśmy na plaży pod gołym niebem cudownej Grecji gdzieś z dala od turystów na południowym Peloponezie. Dzika plaza aż prosiła się o zamieszkanie więc skorzystaliśmy z tego zaproszenia z przyjemnością. Po całym dniu wylegiwania się na wodzie tak słonej, ze wystarczyło leżeć nieruchomo bez obawy o utoniecie postanowiliśmy spać pod palmami. Korony tych cudownych drzew zamieszkiwane są przez szczury i to w ogromnych ilościach. Gryzonie owe ostrza sobie zęby na twardej korze palm zrzucając na ziemie ostre jak szkło pozostałości po niej. Zupełnie nieświadomi głupoty położyliśmy nasze materace pod sama palma rosnącą obok brzegu. Idylla trwała do trzeciej rano gdy obudził mnie mało wyrafinowany język jedynego oprócz mnie człowieka w zasięgu kilku kilometrów. Wtedy to jeszcze nic nie ważyłam ale cięższy ode mnie p. przebił materac na wylot i pokuł sobie zadek. Poderwał się z flakowatego materaca i bosa noga stanął na palmowych okruchach. Wrzask obudził wszystkie rekiny w okolicy i p. pobiegł jak domorosły fakir w stronę morza jak najdalej od palm. O dalszym spaniu nie było mowy, pozostał nam tylko jeden materac a zaklejenie stu dziurek było niemozliwe. Ja ciągle uwielbiam palmy i nie lubię szczurów ale p. lubi szczury (nawet miał kiedyś jednego, ukochanego, białego szczura w domu) a cała wina obarcza palmy.
W małym miasteczku w Oregonie, postanowiliśmy uzupełnić zapas wody i może jakieś drobiazgi spożywcze wpadną nam w oko. Zaparkowaliśmy auto w samym jego centrum obok wysypiska śmieci.
Okazało się, ze to muszle ostryg a całe miasto żyje z rybołówstwa. Weszliśmy do sklepu obok przetwórni ryb licząc na wyjątkowo niskie ceny. Nadzieja trwała krotko. Jako osoba odpowiedzialna za zaopatrzenie w naszym domu wiem co i ile kosztuje więc tutaj popatrzyłam na połki i zamknęłam drzwi po stronie ulicy.
- Może w tamtym kupimy chociaż wodę bo już nam się kończy. - Przeszliśmy parę metrów do sklepu z kolorowymi markizami. Dzwonek wiszący u drzwi oznajmił wszystkim wewnątrz o nowo przybyłych. Odruchowo klienci tak samo jak obsługa spojrzeli na mnie stojącą w otwartych drzwiach. Spotkałam dwadzieścia gałek ocznych i dziesięć zaciekawionych twarzy. No tak, p. zawsze gdzieś się zapodzieje a ja wparowałam do monopolowego sama.
- O kurcze ale asortyment. - Usłyszałam rozmarzony głos
- Tak, tylko zamiast wody to możemy kupić wódę. 
- Czemu nie, jest w czym wybierać. - Oprócz alkoholu były jeszcze liny, ciężarki, miarki do krabów i inne nieznane mi przedmioty.
Skoro i tak już tutaj jesteśmy to chociaż kupie Totka. Nigdy nie wiadomo gdzie ten zabłąkany łut szczęścia się odnajdzie. Miła panią przy kasie poprosiłam o kupon w celu skreślenia jak zwykle szczęśliwych liczb. Tymczasem p. zniknął za regałami z kolorowymi podkoszulkami. Miła pani wręczyła mi karteczkę i zajęła się klientem z kartonem piwa. Nigdy nie będę wykładała angielskiego na Oxfordzie ani Yale ale troche orientuje się w tym języku. Nie mogąc doczytać się ile mam skreślić numerków w jednej kratce proszę o pomoc miła panią. Z wielka uwaga wczytywała się w instrukcje po odwrotnej stronie kuponu. Ja to przeczytałam dwa razy szybciej niż ona i zrozumiałam, ze nic nie wiem. Miła pani olała kolejke panow rybakow na głodzie i pilnie czytała. W pomieszczeniu obok kilka osób nie mogło się zdecydować na butelkę. Kolejny karton piwa walnal o ladę ale miła pani wciąż czytała.
- Tam się ukrywa jakiś gość, chowa się przede mną. - Az podskoczyłam nie przygotowana na to, ze p. potrafi  materializować się w dowolnie wybranym miejscu. Zanim odwróciłam głowę w kierunku skąd usłyszałam te słowa nikogo już nie było. Miła pani oddała mi kupon i dodała instrukcje gry w Totka, zaledwie kilkanaście stron. Zaczęła sprzedawać piwo a ja pomyślałam, ze chyba śnie, przeczytałam kilka zdań na kuponie wierząc, ze muszę znaleźć tam odpowiedz na proste pytanie ile skreśleń powinien zawierać jeden kwadrat z cyferkami. Łatwo było poznać, ze rybacy w kaloszach i z czerwonymi nosami widzieli we mnie śmiertelnego wroga przeszkadzającego w niecierpiących zwłoki zakupach. Bezwiednie rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu pomocy. Wtedy p. właśnie przemykał pomiędzy wiszącymi podkoszulkami z aparatem fotograficznym przy oku, zupełnie jak w kreskówce. Pomoc przyszła ale zupełnie z innej strony. Obok mnie stanął młody sprzedawca i podał mi broszurę o tym jak niebezpieczny może być hazard. Pomyślałam, ze może tam znajdę oczekiwana informacje. 
- To jest jakiś świr, on ssie ciepłego loda. - Nawet się nie odwróciłam, czułam ze krew odpływa mi do nóg i ze zdwojona siła uderza o sklepienie czaszki. 
- Czy nikt nie wie ile mam skreślić?! - Rzuciłam te słowa przed siebie. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na największą ostrygę na swiecie i gdy jej tam nie dojrzeli powrócili do swych obowiązków. Ja już oszalałam, trzymam dwa podręczniki do gry w Totka, nikt nie wie jak się w ta najprostsza grę gra a mój maż ugania się po sklepie za umysłowo chorym jegomościem. Miła pani patrzyła na mnie przerażona, świadoma tego, ze hazard jest niebezpieczny i przygotowana na to, ze z torebki wyjmę pistolet i wypale jej między oczy cały magazynek.
- Mam go! - Znów w jakiś cudowny sposób pojawił się w moim sąsiedztwie tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców. 
- A ja mam tego wszystkiego dość, chodźmy stad. - Wcale mnie nie interesowało kto kogo ma. Odłożyłam podarunki na ladę i bez słowa odwróciłam się na piecie, ruszyłam w kierunku drzwi. Tuz obok przy wyjściu były bardzo ładne i niedrogie muszle, wiedziałam, ze tu ich nie kupie bo jak nie wyjdę na świeże powietrze to wybuchnę jak granat.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Niechciane miejsca.

Takich miejsc w USA jest bardzo dużo. Nigdzie nie pokazywane i skrzętnie skrywane przed okiem przyjezdnych turystów. Oglądając reportaże z tego ponoć bogatego kraju wynosimy obraz zachwytu i zazdrość miesza nam w umyśle. Czy to jest brzydka Ameryka? Nie, to jest po prostu Ameryka ale taka jaka jest. Przejeżdżając przez miasteczka i wsie takie widoki to chleb powszedni i nie robi na "tambylcach" żadnego wrażenia. Dla mieszkańców tamtych miejsc tak wygląda Ameryka na co dzień, tak pracują i tak mieszkają. Nie ma tam drapaczy chmur ani wielopiętrowych autostrad. Pozostaje im telewizja i kino aby zobaczyć złudę o cudownych USA. Nie pokazuje tego specjalnie, ot po prostu robię zdjęcia i rzeczywiste obrazy utrwalam dla siebie i dla was aby poznać dwie strony tego kraju. Zdjęcia pozostawiam bez komentarza bo uważam, ze słowa są zbyteczne.
Niektórych kierowców prowadzenie samochodu zupełnie przerasta i nawet na prostej i niezatłoczonej drodze potrafią się rozbić. To tez takie niechciane miejsce bo nikt z nas nie chciałby znaleźć się na jego miejscu.
Dotarliśmy do miejsca na wschodniej części w Południowej Karolinie gdzie ziemia jest czerwona i rdzawa. Tutaj pnącza uniemożliwiają wejście do lasu gdyż latem tworzą jednolita ścianę zieleni. Teraz mogliśmy jedynie zajrzeć do wnętrza bezlistnego lasu.
Za miesiąc to miejsce znów zatętni życiem miliona mrówek. Teraz bezpiecznie można stanąć w miejscu na tak długo jak zechcesz bez obawy przed żarłocznymi maleństwami.
Jak dowiedzieliśmy się, dużo w tej okolicy jeleni wypasających się na tej malej lace, ktore pozostawiaja gola ziemie.
Z drugiej strony rósł krzew z białymi kuleczkami taki sam jaki nie raz spotkałam w Polsce. W USA pierwszy raz właśnie tutaj. Nie wiem jak się nazywa, a wy? Było wcześnie rano pomiędzy siódmą a ósmą i lekka mżawka osadzała się na białych owocach i gałęziach.
Szare niebo nie zachęcało do wpatrywania się w nie ale podniosłam głowę aby twarz zrosić nieskażoną wiejska mgłą. Kwadratowa polana była dostępna od drogi a trzy jej boki kryły swoiste piękno. Znów widzę coś dziwnego. Po tej stronie na drzewie były kosze nasion z daleka wyglądające jak jaskółcze gniazda.
To zdjęcie wyszło tak jakby policyjny samochód zdemolował bordowego Mustanga i dlatego je zamieszczam. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie, włączone światła ostrzegawcze radiowozu chronią przed najechaniem na wrak po środku autostrady.
Na sam koniec moje ostrzeżenie; uważajcie na ciężarówki!