środa, 30 marca 2011

(247365) Konserwa turystyczna.

Dzwoniacy i podskakujacy na lawie telefon odebralam po czwartym sygnale upewniajac sie kto zakloca moja idylle.
- Czesc, czy nie przeszkadzam?
- Nie, skad taka mysl przyszla ci do glowy. - Moje "nie" zabrzmialo malo zdecydowanie bo rozmowca podjal ciag dalszy z pewnym zaklopotaniem.
- Mam pomysl na tekst i dlatego dzwonie.
- A co z tekstem? Mozesz go przeslac mailem? - Najwyzszy czas przeciez to koniec miesiaca.
- Moge, moge tylko jest niedokonczony. Zrobmy tak, zainstalujesz program TeamViewer i bedziesz widziala moj komputer w swoim.
- Czy to bezpieczne? - Bez uprzedniej konsultacji z p. nie chcialam laczyc potencjalnych wirusow aby nie wywolac epidemii.
- Tak na prawde to kazde uzywanie komputera w sieci jest niebezpieczne, moga na ciebie czekac niespodzianki w stylu...
- Wcale mnie nie uspokoiles ale robie to na twoja odpowiedzialnosc. - Uslyszalam tysiac zapewnien, ze wszystko bedzie ladnie i skladnie. Po zainstalowaniu programu, korzystajac z podpowiedzi raptem na moim ekranie ukazal sie ekran komputera w domu 247365.
- Czegos tu brakuje. - Zaczelam ostroznie aby nie wystraszyc nowicjusza. 
- Czego, wal smialo i nie oszczedzaj mnie. Mam cholerna treme i watpliwosci czy nie kupilem zbyt krotkiej drabiny.
- Co?
- Aby dosiegnac twojego geniuszu.
- Przestan sie zgrywac tylko bierzmy sie do roboty. Czy ja mam pisac a ty bedziesz przepisywal? Jak to dziala?
- Dziekuje ci boska istoto, ty tylko czytaj i mow co bys chciala zmienic a ja wnet naniose poprawki. Wlacz Skypa to nie bedziesz sie rozpraszala telefonem. - Jakos wszystko zadzialalo i poczulam sie jak wielka pisarka z osobistym sekretarzem. Po wypitym wiadrze kawy przez kazdego z nas wyszedl nam ponizszy tekst. Teraz wiem, ze za bardzo przylozylam sie do pracy. Moje szlifowanie i wtracanie sie mialo duzy wplyw na charakter i styl za co bardzo przepraszam.

                                             ************************************

Leje juz drugi dzien i nasz namiot przemaka jakby byl zrobiony z koronkowej firanki. Gruby brezent zamiast chronic przed deszczem namaka jak gabka po dwuletnich wakacjach na Saharze. Leze i kolejna kropla spadla mi na nos. Tiereszkowa poleciala w kosmos, Amerykanie wyladowali na Ksiezycu a my zdobylismy nowiutki sprzet ze sklepu sportowego, prosto spod lady, bubel tysiaclecia czyli przeciekajacy namiot. Nie mam jak zmienic pozycji bo nie jestem sam a dodatkowo jeszcze sa dwa plecaki i cala reszta ekwipunku niezbedna do pieszej wedrowki w gorach. Moge ostatecznie polozyc sie na boku ale wtedy nastepna kropla wpadnie mi do ucha. Za nia podazaja kolejne i dostane szalu. Niby srodek lata a w Bieszczadach zimno jak pozna jesienia. Nie wiem czy wspoltowarzysz niedoli spi czy nie ale wole juz nie ruszac sie i w tej pozycji dotrwac poranka. Juz wiem, ze wstaniemy duzo wczesniej niz powinnismy i bedziemy w fatalnych humorach. Na sama mysl o zalozeniu mokrych welnianych skarpet i nasaczonych woda butach odechciewa mi sie kolejnego dnia, ktory ma sie zakonczyc nad Solina. Wpatruje sie w dach namiotu i chce w ciemnosciach wypatrzec moment kiedy spadnie kolejna kropla. Znow nie udalo sie i kolejny raz wzdrygam sie po spotkaniu wody ze skora mojej twarzy. Namiot rozbilismy gdzies w lesie niedaleko szlaku, pod okazalym drzewem aby choc troche zlagodzic ulewe. Moje usilne wpatrywanie sie w dach w oczekiwaniu na poranek wydaje sie nie miec konca a noc dluga jak zimowa noc polarna. Tam mozna przynajmniej liczyc na zorze polarna a w obecnej sytuacji nie ma nawet gwiazdki na niebie. Czarne chmury spowily caly swiat i jest ciemno jak w czterech literach mieszkanca Afryki. To chyba koniec swiata i nie bedzie kolejnego dnia, tylko niekonczaca sie noc, zimna i mokra. Blogoslawiony sen skrocil oczekiwanie na kolejny dzien. 
Obudzily mnie wzmorzone ruchy w namiocie, towarzysz niedoli mial chyba tak samo dosc jak ja i postanowil skrocic meki lezenia wychodzac na zewnatrz. Poszedlem juz przetartym szlakiem i gole stopy zetknely sie ze swiatem pograzonym w uspieniu. Resztka snu pozostajaca w zaspanym ciele natychmiast ustapila miejsca przerazeniu, ze nieodwracalnie dostane zapalenia pluc albo przynajmniej jakies grypy, chrypy albo kataru. Juz nie lalo tylko siapilo. Kazdy z nas podreptal do swojego drzewa aby sie wysikac. Unoszacy sie opar cieplego moczu byl oznaka zywego organizmu i jego temperatury zblizonej do normalnej. Zamarzyla mi sie kapiel nawet w cieplych sikach tak jak Eskimosi. Jak dobrze pojdzie to najblizsze mycie czeka nas dzisiaj wieczorem w Zalewie Solinskim. Aby przetrwac do wieczora musimy zjesc sniadanie, smaczne i pozywne bo czeka nas ponad dwadziescia kilometrow pieszej wedrowki z plecakiem wypchanym do granic mozliwosci. Dzisiaj bedzie jeszcze ciezszy niz wczoraj bo wszystko jest tak mokre, ze mozna wykrecac. Smaczna kielbasa dawno juz zjedzona i od tygodnia nie spotkalismy zywej duszy nie mowiac o sklepie. Chleba tez nie mamy i pozostaly nam tylko konserwy. Kilka konserw, wszystkie takie same. Nie potrzeba patrzec na etykiete bo wiadomo, ze na sniadanie bedzie konserwa turystyczna, po jednej na glowe a jak bedzie malo to zawsze mozna zjesc deser czyli kolejna konserwe turystyczna. Znam jej zapach i smak na pamiec. Wszystkie odpady rzeznicze rozszarpane na nieduze kawalki zrecznie wymieszane w betoniarce i upchane do metalowej puszki uratowaly przed smiercia glodowa juz nie jednego wedrowca. W tym roku zakoncze zwiedzanie polskich gor i bede mogl sie pochwalic przejsciem calej poludniowej granicy Polski. Od Niemcow do Ruskich (Ukrainy jeszcze nie bylo wtedy na swiecie). Obiecalem sobie, ze juz nie tkne tego paskudztwa, nie spojrze nawet w jego kierunku. 
Minelo wiele lat.
Przygotowanie menu na dwutygodniowy pobyt w Gorach Skalistych w Idaho (USA) nie powinno sprawic zadnego problemu w panstwie gdzie jedzenie stoi na drugim miejscu popularnosci, zaraz za Chrystusem. Patrzac na polki sklepowe mozna dostac pomieszania zmyslow od kolorowych etykiet i bogatego asortymentu. Takie odczucie towarzyszy przez cala droge zblizania sie do starannie, rowno zastawionych polek. Szukam czegos energetycznego, czekolady w roznych smakach juz mam, batony z suszonych owocow, warzyw i Bog wie czego jeszcze tez juz odhaczone na liscie "Zakupy konieczne". Kawa jest, cukier tez, a teraz czas na cos konkretnego. Koncentruje sie na konserwach miesnych. Zwykla okragla puszka nawet zaopatrzona w cyngiel do latwego otwierania. Napis Made in USA jest rzadko spotykany, ze az usmiecham sie pod wasem. Oprocz ladnie zaprojektowanej nazwy firmy z chwytajacym oko logo jest rowniez opis zawartosci ale napisany malymi, dla niektorych nieczytelnymi literami. Wyciagam reke na odpowiednia odleglosc od oczu aby wyraznie widziec i zaczynam zaglebiac sie w cud technologii zywieniowej dwudziestego pierwszego wieku. Matko Jedyna az trudno w to uwierzyc, ze tyle tego moglo zmiescic sie w jednej malej konserwie. Trzy barwniki o tak skomplikowanych nazwach, ze prawdopodobnie ten kto je wymyslil, nazwy ma zapisane w notesie aby wiedziec co wymyslil, dwa cukry proste, jeden skomplikowany, zapach sztuczny, jest rowniez mieso a jakze oraz sol. To bardzo wazny skladnik w czasie letnich wedrowek podczas ktorych sol jest gwarantem poprawnej gospodarki wodnej organizmu. Czytam sobie ile tego siedzi w jednej porcji. Takich porcji w puszce jest osiem, chyba dlatego aby utrudnic policzenie calosci bo mnozenie przez osiem to wyczyn nie byle jaki i nie kazdy moze to zrobic tak od reki w sklepie. Zmylenie konsumenta to rowniez wyzsza szkola jazdy w marketingu. Mnie jakos udalo sie poskladac osiem kawalkow w jedna calosc i wyszlo na to, ze zawartoscia tej puszki mozna odsniezyc podjazd do garazu przy opadach sniegu nie wiekszych niz dziesiec centymetrow. Odlozylem puszke na polke szufladkujac zastosowanie tego produktu w naglym wypadku. Zaraz obok panoszyl sie najpopularniejszy wyrob miesny czyli Spam. Dreszcz obrzydzenia i grozy wstrzasnal calym mym cialem na samo wspomnienie smaku, bo kiedys juz to sprobowalem. Ta konserwa jest tak popularna jak cola i jada ja kazdy, nieswiadomy przestepstwa popelnianego na swym organizmie, obywatel. Sprobowalem w etnicznych sklepach, ktorych jest bardzo duzo tak w samym Chicago jak i jego okolicach. Spotkaly mnie same niepowodzenia; Meksykanie jedza kukurydziane placki, fasole poganiana fasola i agawe w postaci Tequili i tyle, skosnoocy Azjaci to ryby i wszystko co sie w niej znajduje, Wlosi to makarony, sosy i szynki suszone na sloncu a Niemcy serwuja swoje kulinaria w restauracjach. Bedac Polakiem nie moglem pominac polonijnych sklepow. Niektore z nich to najlepsze z najlepszych delikatesow. Duze z dobrze wyeksponowanymi produktami prosto z Polski smialo konkuruja z sieciowcami amerykanskimi. Trafilem do jednego z nich gdyz wiesc o nowootwartym sklepie rozeszla sie szybciej niz fala tsunami. Pietnascie minut na poszukiwanie stoiska z konserwami miesnymi uplynely na ogladaniu i podziwianiu polskiej zywnosci. Wiele ze znanych firm padlo na placu boju o przetrwanie na eurorynku i wpadly w lapy Krafta, Nestle i innych gigantow. Zaraz za opakowaniami z chlebem w proszku zagniezdzily sie objekty mojego pozadania. Zroznicowany wybor unieruchomil mnie na dluzsza chwile. To niemozliwe! Jest i konserwa turystyczna. Ta nazwa wywolala lawine wspomnien i dostalem scisku zoladka. Znow chcialem znalezc sie na bieszczadzkim szlaku i nawet deszcz by mi nie przeszkadzal. Niepomny swego postanowienia sprzed lat postanowilem zakupic znienawidzona wczesniej puszke. Rozejrzalem sie dookola w poszukiwaniu wozka na zakupy bo takowego nie wzialem przy wejsciu. Jak wspomnialem sklep rozlegly i do wejscia daleko wiec moze gdzies pod reka napatoczy sie jakis zapomniany i nikomu nieprzydatny koszyk na kolkach. W mojej alejce nie trafil sie ani jeden, w nastepnej kazdy mial swojego wlasciciela a oprocz normalnych zakupow niektore z nich zaznaczone zostaly torebka kupujacej damy. Jednak stoisko garmazeryjne gdzie stala kolejka glodnych ludzi obfitowala w jeszcze nie zapchane i zupelnie nowe wozki. Prawde mowiac stracilem duzo wiecej czasu na kradziez niz na zaopatrzenie sie w niczyj, ktorych bylo pod dostatkiem przy wejsciu to jednak wolalem nie oddalac sie od zdobyczy jak lew warujacy przy upolowanej gazeli. Nie pomyslalem, ze takiego kretyna jak ja nie ma drugiego w sklepie w tej chwili, moze trafi sie za dwa dni i nikt nie wykupi glupich konserw w ciagu pieciu minut. Gdy juz ukradlem wozek pognalem do swojej alejki i wrzucilem dziesiec sztuk konserwy turystycznej. Skierowalem sie do kasy ale po trzech metrach zawrocilem po dodatkowe piec. Zadowolony z udanych zakupow cisnalem trzy torby plastikowe na podloge w kuchni. W kazdej z nich siedzialo piec konserw, tak zadecydowala kasjerka bo nie wiadomo jaka ma wytrzymalosc taka folia uzyta do produkcji darmowych toreb. Wprawnym okiem zadecydowala, ze piec jest w sam raz. Zanim wywioze je na wakacje powinienem wiedziec po czym ewentualnie bede chorowal. Na stole obok kuchni zawsze zalega sterta nieotworzonej poczty i ulotek reklamowych. Szybkim i zdecydowanym ruchem przenioslem ja na krzeslo, ktore udalo mi sie wsunac pod stol nie burzac papierowej piramidy. W ten sposb malo apetyczny wyglad stolu zniknal mi sprzed oczu. W szafce w ktorej powinna byc kawa, o dziwo byla. Zamiast kawy zbozowej zrobilem rozpuszczalna "neske", ktora tak na prawde duzo nie rozni sie od tamtej smakiem. Samotna jak Kilimandzaro, na stole stanela konserwa turystyczna. Przysiadlem do stolu z parujaca kawa bez mleka i bez smietany ale za to z cukrem aby wszystko bylo jak kiedys.
Autorem tego tekstu jest 247365.

sobota, 26 marca 2011

Yosemite

Widok gór na horyzoncie zapowiadał rychłą zmianę widoków i oczekiwałam jej z niecierpliwością. Pożegnaliśmy mgliste plaże towarzyszące nam od dłuższego czasu z ulga. Teraz po czterech godzinach jazdy mamy znaleźć się pośród dwutysięczników jak Eagle Peak (2371m) czy Glacier Point (2199m). To te szczyty w zasięgu reki do których można dotrzeć szlakami turystycznymi. Opodal na wschodzie króluje Mount Ritter (4006m) nad innymi niewiele niższymi szczytami. Krajobraz zmienił się całkowicie i towarzyszyły nam nagie, ostre skały i wzgórza porośnięte gęstymi lasami.
Yosemite Park jest bardzo popularnym miejscem i ze względu na swa wyjątkową widowiskowość jest bardzo tłumnie odwiedzany przez cały rok. Po karkołomnych zakrętach droga się uspokoiła i wjechaliśmy na teren płaskiej kotliny. To właśnie tu jest serce parku z centrum informacyjnym, restauracja, hotelem i rozległym kempingiem.
Zatrzymaliśmy się na parkingu aby już na samym początku napatrzeć się na to co może nas czekać później. Pomimo wczesnej pory nie byliśmy sami i po chwili już rozmawiałam z panią, która podzieliła się ze mną swoim wczorajszym przeżyciem. Musiało to wywrzeć na niej duże wrażenie bo mówiła bardzo podekscytowana i nie oczekiwała ode mnie jakichkolwiek uwag. Po przywitaniu zaczęła swoja historyjkę i nie przerywała jej aż do samego końca. Opowiedziała o spotkaniu z niedźwiedziem właśnie w tym miejscu gdzie się znajdowaliśmy. Tuz za ogrodzeniem jej mąż przechadzał się w poszukiwaniu szyszek i o mały włos nie wpadł na spacerującego misia. Wszystko działo się bardzo blisko mojej rozmówczyni i jak powiedziała pośpieszyła mężowi na pomoc. Nie bardzo wiem co miała na myśli ale p. od razu domyślił się, ze stanowiła łakomy kasek dla zwierza i za pewne to właśnie ja by pożarł zamiast kościstego męża. Postawa godna pochwały ale bardzo nierozważna. Do momentu spotkania zagrożenia trudno jest sobie wyobrazić, ze czyha ono na każdym kroku. Pomimo licznych ostrzeżeń o niedźwiedziach ludzie ignorują zdrowy rozsadek i staja się łatwymi ofiarami przestraszonego osobnika. No cóż może niektórzy specjalnie kusza los aby przeżyć dramatyczne chwile.
Już tutaj spotkaliśmy wspaniale okazy sekwoi ale naszym głównym celem wizyty w tym miejscu jest najwyższy wodospad w USA. Yosemite Fall składa się z dwóch części przedzielonych stopniem i jest tak usytuowany, ze trudno zobaczyć jego dwa kawałki naraz. Jak dobrze widać górna część to ta dolna jest przysłonięta przez drzewa. Moim ulubionym typem wodospadów jest jedna ciągła masa wody spadająca z wysoka i rozbijająca się o tafle wody u jego podłoża. Takim waśnie jak Bridalveil Fall którego woda pokonuje 188 metrów. Tutaj zamieszkuje mściwy duch Pohono strzegący wejścia do doliny. Delikatna mgiełka wody unosząca się w lekkim wietrze była nie lada atrakcja dla setki turystów zmagających się z aparatami aby objąć ten widok w całości. Stara przepowiednia mówi, ze mgła tego wodospadu ma magiczna moc i pomaga samotnym w ożenku. Patrząc na młodych, którzy nieświadomi mocy mgły wdychali ja z zadowoleniem wiedziałam, ze już nie mają szans na życie w kawalerskim bądź panieńskim stanie. Droga przez dolinę jest pętla  i nie będziemy już przejeżdżać obok tego wodospadu. To dobrze bo nie wolno spoglądać na wodospad wyjeżdżając z doliny gdyż złośliwy duch Pohono na pewno ześle nieszczęście.
To jakiś zaklęty/przeklęty teren bo z kolejnym wodospadem czyli naszym głównym powodem wizyty również związana jest indiańska przypowieść. U podstawy niższego stopnia, w jeziorku, ponoć zamieszkują czarownice zwane Poloti i jakieś inne duchy strzegące dostępu do wody. Z niemałym trudem znaleźliśmy miejsce na zaparkowanie auta w pobliżu ścieżki prowadzącej wprost do Yosemite Fall.
Spragnionych spotkania z czarownicami jak widać nie brakuje a nieświadomi czekających tam duchów chcieli po prostu nasycić wzrok widokiem wspaniałego wodospadu. Po drodze oprócz powracających, kilka osób wyprzedziło nas gdy zatrzymaliśmy się na chwile aby popatrzeć na sarnę, która jakby bawiła się w chowanego. Skrywała się za większą sekwoja i przebywała tam przez dłuższą chwile. Później przechodziła dość szybko w polu widzenia i znów chowała się za dużym pniem drzew.
Kolejna grupka turystów oznajmiła nam, ze nie ma wodospadu bo wysechł doszczętnie z powodu panującej suszy. Nasze zdziwione twarze chyba ich rozbawiły bo wskazali nam skale przed nami i oświadczyli, ze to właśnie jest sławny Yosemite Fall w całej swej okazałości. Zajęci sarna nie zauważyliśmy, ze jesteśmy aż tak blisko.
Żołądek skręcił mi się ze złości jak pień drzewa na zdjęciu. Kolejna porażka, suchy wodospad po niewidocznym we mgle Golden Gate zupełnie odebrała mi siły i ochotę na dalsze zwiedzanie. Tyle nadziei ulotniło się bezpowrotnie. Nie ma wodospadu to nie ma również czarownic w nieistniejącym jeziorku. Pokrzepiające słowa otuchy od p., ze to dodatkowa atrakcja, trochę złagodziły moje złe przeczucia, ze znowu czegoś nie zobaczymy na czym nam bardzo zależy. Ile w tym było prawdy mieliśmy przekonać się w Dolinie Śmierci leżącej gdzieś daleko za tymi górami.

środa, 23 marca 2011

Chwasty.

Wiem, ze moge zanudzic na smierc i nawet nie bede posadzona o morderstwo ale chce podzielic sie z wami zdjeciami jeszcze jednym niechcianym dzieckiem natury, ktore wymaga bardzo troskliwej opieki w warunkach przydomowych.
 Zolte kwiaty urzekly mnie barwa. Niespotykany chwast, natknelismy sie na niego w miejscu, ktorego nie moge nazwac ani znalezc na mapie. Wiem, ze bylo to gdzies w poldniowej Georgii. Jest to rodzaj pnacza gdyz kwiaty tej rosliny widzialam na czubkach najwyzszych drzew.
Zanim powroce do opisow kalifornijskich widokow i najwiekszych drzew na kuli ziemskiej to MUSZE dac wam chwile wytchnienia w cieniu Glicynii/Wisterii.
Wczesniej nie chcialam dawac tyle emocji na raz i dlatego nie zamiescilam zdjec tej bardzo ozdobnej rosliny. Moj kolejny post bedzie o ogorkach i pomaranczach wiec sadze, ze glicynia z Alabamy nie bedzie nie na miejscu.
Moje zachwyty juz wczesniej wyrazilam we wczesniejszych postach i teraz pozwole sobie na dodanie bardzo krotkiego tekstu.
Podczas naszej wycieczki na poludnie USA spotkalam wiele roslin tepionych nachalnie przez tamtejszych mieszkancow. Moje wrazenie zachwytu nie moglo wiec byc zachwytem "tambylcow". Wisterii nikt nie lubi i nie podziwia, rosnie na niechcianych miejscach i jest tepiona przy kazdej okazji. 
W naszych ogrodkach czasami nie mamy szans na zakwitniecie tej rosliny przez kolejne kilka lat a tutaj w Alabamie bez zadnej atencji rosnie to, gdzie popadnie.
Wiem, ze nie bede miala takich kisci kwiatow pomimo moich usilnych staran wiec przynajmniej wam zycze aby Wisteria/Glicynia zakwitla jak na moich zdjeciach!

sobota, 19 marca 2011

Wiosna na Poludniu.

Wiosna zawitała w zakątkach świata gdzie mnie nie ma. Wokół mnie zima jakby połknęła wszystkie witaminy i nie chce się poddać, ma nadmiar sil. Ile można patrzeć na szarość wokół, ile można czekać nic nie robiąc? Chce kwiatów wokół siebie i chce poczuć promienie słońca na mojej twarzy. Pragnę ciepła i zmiany. Postanowiłam skrócić oczekiwanie i wyruszyłam na południe. Jedna chwila zaważyła na postanowieniu wyjechania z domu na dłużej niż dzień. To wszystko przez p. bo gdy zapytałam go czy możemy wyskoczyć w cieple kraje na sekundę to otrzymałam odpowiedz, ze wystarczy „wsiąść do pociągu byle jakiego nie dbać o bagaż nie dbać o bilet...”.
Podjęłam męską decyzje i oto efekt naszej chwilowej słabości. Następnego dnia rano obudziłam się w raju. Nawet przedzierając się przez pnącza nie zwalniałam aby dojść do drzewa,  którego młode, czerwone liście przypominały swym soczystym kolorem kwiaty.
Pozostałości bawełny na polach nie były tak smutne jak jesienia, jakoś dobrze komponowały się z oszalałą zielenią sosen. Brałam w dłonie nasiona wyschniętych traw i podrzucałam je wysoko na wiatr. Lećcie i rośnijcie, czułam się jakbym pomagała naturze w odrodzeniu się po zimie.
Wszędobylski p. znalazł kolczaste dziwaki. Nawet nie zastanawiam się jakie drzewo zrzuca owoce tak niespotykane. Było ich bardzo dużo pod zupełnie zwyczajnym pniakiem i zapełniliśmy nimi nasze kieszenie.
Wokół jeszcze nie wszystko kwitnie ale nawet na umarłych szczątkach rozwija się nowe życie. Grzyb w tym ciepłym i wilgotnym klimacie znalazł sobie dogodne miejsce. Mech tak mnie ujął swoimi rozmiarami i kolorem, ze przyjechał z nami do domu. Ma właściwości naturalnej gąbki, gdy jest suchy to jego ostre końce potrafią ukłuć a gdy jest zroszony woda jest miękki jak aksamit.
Na niektórych gałęziach wyglądających jak węże, długie igły tworzyły jakby kryzę. Nie wszystkie rośliny cieszyły się zdrowiem bo znaleźliśmy okolice zarażoną jakimś grzybem rosnącym na gałęziach zamieniając ich kształt w zupełnie wyimaginowany.
Nie lubię jaskiń a już na pewno nie przepadam za przejściami pod autostrada. Jako gentleman p. zwykle daje mi pierwszeństwo i ustąpił mi miejsca abym pierwsza weszła w ta czarna dziurę. Wyobraziłam sobie miliony pająków czychajacych w swych potężnych sieciach. Panująca wilgoć na pewno skusiła miliony węży i to takich najbardziej jadowitych na świecie i aż słabo mi się zrobiło na myśl, ze mogłabym tam wejść. Kilka slow wyjaśnienia i kroczylam jako druga. O dziwo panował tam chłód i nie było ani jednego stworzenia nawet najbardziej niewinnego.
Wyskoczyłam z tego tunelu po jego drugiej stronie jak oparzona i raptem przeniosłam się w strefe tropikalnej roslinnosci. Przed nami rosły bambusy. Takie prawdziwe jak w Chinach. No kurcze blade, gdybym nie wiedziała, ze jestem w USA to spokojnie uwierzyłabym, ze jestem daleko stad. Zaczęło się oglądanie i podziwianie. Jak to wykopać aby zasadzić w domu? Coś twardszego nie rośnie na ziemi i próby wyrwania nawet małego pędu kończyły się niepowodzeniem. Bambus prawdopodobnie rozrasta się przez kłącza i bez szpadla nie ma jak tego wykopać bez urwania.
Już znacie nas trochę i nie muszę zapewniać o uporze p. Chodził, przymierzał się jak chirurg do przeszczepu serca i uplynelo ponad pół godziny gdy kolejna próba wyrwania młodych klaczy powiodła się.  Od naszego powrotu do domu minęły dwa tygodnie. Bambus się przyjął i rośnie w tempie jeden listek na dwa dni. Wiadoma rzecz, ze kradzione kwiatki najlepiej się przyjmują. Później spotkaliśmy przy drodze rosnące bambusy, niechciane przez nikogo i traktowane jako zielsko paskudne.
Nie do wiary ile ten świat ma dla mnie niespodzianek. Minęły ze dwie godziny po przekroczeniu granicy pomiędzy Georgia i Poludniowa Carolina a tu raptem zaatakowały nas palmy. Trochę zaniedbane ale zawsze to palmy.
Po roślinnym szoku nastąpiła chwila oddechu. Mijaliśmy jeszcze uśpiony sad brzoskwiniowy. Te okolice a w szczególności Georgia jest stolica brzoskwiń i sławnej cebuli Vidalia.
Kiedyś nas aresztują za nasze wariactwa. Tym razem wdarliśmy się na teren jakieś fabryki aby obejrzeć z bliska i sfotografować krzew skąpany w czerwonych kwiatach. Uwinęliśmy się szybko i nie było interwencji strażnika jak to bywało już nie raz.
Drzewa ze śnieżnymi czapami i bliskość knajpy zatrzymały nas na dłużej. Niestety nie rozróżniam kwiatów drzew owocowych ale zakładam, ze tak kwitnie wiśnia. Japonia jest krajem kwitnącej wiśni ale nie wszyscy wiedza, ze w Pensylwanii są sady wiśniowe do, których przyjeżdżają wycieczki z Japonii aby zachwycać się ich widokiem. Kolejna i niewiarygodna atrakcja Ameryki. Po obfitym i smakowitym obiedzie poszliśmy na krotki spacer bo brzuchy nam zbytnio ciążyły i odnaleźliśmy ślady matematycznego dzięcioła. Jego przesadne upodobanie do geometrycznych kształtów pozostawiło na korze drzewa idealne kola i prostokąty.
Przed powrotem jeszcze ostatnie spojrzenie na wiosnę ukryta w kwiatach i na metrowej długości przyrosty drzewa aby przekonać się, ze i do nas wiosna niebawem zawita.