wtorek, 31 maja 2011

Los Angeles

 Przed samym Los Angeles zatrzymaliśmy się na odpoczynek aby zebrać siły przed emocjami mającymi nastąpić dnia następnego. Jutro mamy zamiar stawić czoła miastu aniołów i kolebce kina amerykańskiego. Od dwóch godzin staliśmy w kolejce aby złapać wolne miejsce na kempingu. No nie w takiej kolejce jak za czasów reglamentacji ale wpisaliśmy się na listę oczekujących i po dwóch godzinach miało się wyjaśnić ile miejsc zwolni się tego dnia. Z upływem czasu coraz więcej osób gromadziło się przed wjazdem na kemping. Mały, dziewięcioletni Kalifornijczyk czyli Meksykanin z krwi i kości tyle, ze urodzony w USA kręcił się wokół nas zaintrygowany naszym mało popularnym językiem. Zachęcany przez p. wygłupami gorszacymi innych dorosłych, zaskarbił sobie dozgonna wdzięczność malucha. Nadeszła chwila prawdy i po odczytaniu nazwisk szczęśliwych osób okazało się, ze załapaliśmy się na miejsce numer „jakiś tam”. Byliśmy ostatnim wolnym miejscem na liście. Jak wynikało z planu nasze miejsce było na rogu, bardzo wygodnie usytuowane w odpowiedniej odległości od toalet i duże na trzy namioty. Razem z mama dziewięciolatek zostali odprawieni z kwitkiem. Gdy podpisywałam kartę meldunkowa serce mi załomotało gwałtownie i oznajmiłam, ze razem z nami będzie jeszcze jeden namiot. Obsługujący nas pracownik poprosił o dokumenty następnej osoby i zamarł w niemym oczekiwaniu. Stojący obok mnie p. zareagował jak przypuszczałam. Dwoma susami znalazł się obok swego pupila i jego mamy i w krótkim zdaniu oznajmił, ze będzie dzieliła z nami nasze pole namiotowe. Po załatwieniu krótkiej formalności ograniczającej się do nazwiska i numeru rejestracyjnego samochodu wspólnie udaliśmy się na wyznaczone miejsce. Z podziałem miejsc nie było problemu bo nasza klitka zajęła tyle miejsca, ze wolnego pozostało jeszcze na kilka takich samych. Słów podziękowań nie było końca ale dla nas to na prawdę nie było żadne wyrzeczenie czy poświecenie. Po co ma się marnować tyle wolnego miejsca. Jak zwykle zagospodarowaliśmy się w ciągu krótkiego czasu i po malej przekąsce i kawie ruszyliśmy na podbój plaży. Już sama świadomość bliskości wielkiego miasta wzbudzała w nas zainteresowanie czystością plaży. Po przekroczeniu wydmy okazało się, ze mamy do dyspozycji ponownie plażę bez granic i mało zaludniona. Krótkie spojrzenie na lewo i prawo. Po prawej hotel więc idziemy w lewo, z daleka od ludzi. Wybór okazał się nad wyraz trafny. Po kilkudziesięciu metrach natrafiliśmy na gigantycznego glona lub zespól glonów stanowiących jedna całość. Myślę jednak, ze to jedna roślina.
p. znalazł dla mnie „sznur korali”
a ja dla niego „marchewkę”.
Istne cuda dla nas.
Wierze, ze są ludy zamieszkujące nasza piękną ziemie, które spożywają roślinność morska i ponoć żyją długo i zdrowo. Jeżeli nawet tak jest to kucharze muszą nieźle się nagimnastykować aby coś tak obrzydliwego przerobić na formę nadającą się do podania na talerzu. Sama myśl o takim jedzeniu działa skuteczniej niż najlepsza dieta odchudzająca.
Znaleziony ogonek wskazywał, ze posiadający go za życia osobnik był niezłego rozmiaru.
Z kolei znalezione wąsy z głową pobudziły moja wyobraźnię co może czyhać na amatora kąpieli w Oceanie.
Plaza była pełna trupów i żywych okazów fauny. Czmychający bokiem krab minął szczątki wazki i ukrył się pod głazem. Tyle tutaj tego dziwactwa, ze z ulga powitaliśmy w miarę czysty kawałek plaży rozciagajacy sie przed nami.
Przysiedliśmy na kamieniu i jak na zamówienie rozpoczął się spektakl w wykonaniu długodziobych ptaków. Ani chwili wytchnienia nie dawały sobie dwa osobniki tej rasy. Biegały wzdłuż zamierającej fali na piasku i z uwaga przyglądały się swojemu odbiciu w niknącej wodzie.
Cala nasza technika dwudziestego pierwszego wieku musi skryć się za rogiem w porównaniu z natura. Każdy z nas widział piasek omywany przez fale jeziora lub morza i do prawdy nic szczególnego tam się nie dzieje. Wątpię aby te ptaki zanurzały w piasek swe dzioby tylko dla przyjemności. Musiały znajdować tam pożywienie. Może nie za każdym razem coś znalazły jednak podejmowały decyzje w przeświadczeniu, ze tam jest jedzenie. Może jakiś bąbelek powietrza albo lekko zapadające się ziarenka piasku wskazywały na to, ze właśnie tam znajduje się jakieś żyjątko. Spędziliśmy tam dłuższą chwile a ptaki jakby nas nie widząc (albo widząc i specjalnie) pozostawały w odległości trzech metrów.
Nasz spacer to jak trening dla ochroniarza. Rozglądamy się czujnie w każdym kierunku i spoglądamy w niebo i pod nogi. Nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie coś wpadnie nam w oko. Robimy to bezwiednie i ta czynność nie wymaga od nas najmniejszego wysiłku. Z daleka dostrzegliśmy ludzka sylwetkę stojącą na wodzie. p. bardzo lubi książki fantastyczne ale w cuda to nie wierzy i z zainteresowaniem przyglądał się nieznajomemu zjawisku. W miarę zbliżania się dostrzegliśmy wiosło w rekach surfera, albo flisaka albo dziwaka. Jak ten sport się nazywa nie mam pojęcia i dla mnie to nowość. Deski na której stal z tej odległości jeszcze nie widzieliśmy. Jego sylwetka nie była dobrze widoczna na tle niewysokiej skały. Kolor jego kombinezonu do złudzenia przypominał barwę kamieni tworzących wyspę.
O tym, ze wyspa się porusza nasze zmysły dały nam znać dość późno zmylone statycznym krajobrazem i mgłą lekko tłumiącą promienie słoneczne powodując uczucie senności. Błogi letarg krajobrazu zamienił się w pełne życia przedstawienie. Wyspa w niedalekiej odległości od plaży, około pięćdziesięciu metrów była zamieszkana przez kilka fok, morsów albo podobnych stworzeń. Nie znam fachowego nazewnictwa tego gatunku i dla mnie pozostanie on fokami. Wcześniej widziane Lwy Morskie miały brązowe futro i dlatego nazwa „foka” bardziej mi pasowała. Uszanowaliśmy odosobnienie tych przemiłych i ufnych zwierząt trzymając się w przyzwoitej odległości. Na dobra sprawę mogliśmy podejść do nich na wyciągniecie reki ale myśl o „świństwach” w wodzie zatrzymała nas w zanurzeniu sie nieco ponad kolana.
Nawet najbardziej nieoczekiwane spotkanie musi dobiec końca i powiedzieliśmy fokom do zobaczenia ale nie zegnajcie, może kiedyś jeszcze się spotkamy. W powrotnej drodze do kempingu odwracaliśmy się wielokrotnie aby zapamiętać ten niecodzienny widok. Kolejne spojrzenie musieliśmy uwiecznić na fotografii choć widok nie jest najlepszej jakości. Do wyspy fok i niestrudzonego surfera dołączył jeszcze statek płynący w stronę plaży w niedużej odległości. Nie mógł być daleko od nas bo inaczej mgła skryłaby jego kontur przed naszym wzrokiem.
Tyle się dzisiaj wydarzyło, ze brakuje jeszcze rekina na deser, taka myśl przeleciała mi jak to się mówi, mimochodem. Postanowiliśmy pojechać do Los Angeles jeszcze dzisiaj wieczorem i zobaczyć jak to miasto wygląda nocą. Nie chcieliśmy zwiedzać ani włóczyć się po ulicach. Tak przejechać autem przez samo centrum aby mieć blade pojęcie o jego rozmiarach i zabudowie. Co jakiś czas uskakując dłuższej niż inne fali z grubsza ustaliliśmy plan działania. Z przyjemnością odetchniemy chwile przy wczesnej kolacji i według naszych ustaleń powinniśmy wrócić około jedenastej w nocy. Zimnym jak lodowa góra głosem na której rozbił się Titanic oznajmiłam, ze przed chwila widziałam płetwę rekina. Zaskoczony nagłą zmiana tematu p. spojrzał na mnie a nie na oceaniczna dal i płetwa zdążyła schować się pod powierzchnie wody. Pomyślałam, ze mam omamy i moja wyobraźnia tworzy obrazy na zamówienie. Pomyślałam o rekinach i mój chory umysł zwodzi mój zdrowy rozsadek. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego uczucia, ze tracę zmysły. Szybko obiecałam sobie, ze pójdę do lekarza zaraz po powrocie do domu. Odwróciłam głowę od toni Oceanu i zaczęłam mówić coś o kolacji. Jednak nawyk oglądania wszystkiego wokół znów skierował mój wzrok gdzie widziałam omamy. Teraz widziałam grzbiet delfina i jego charakterystyczna płetwę grzbietowa. Znam te morskie ssaki bo podczas naszej kolejnej wizyty na Florydzie widziałam ich dziesiątki. Wtedy trafiliśmy na wyjątkowy wysyp delfinów i mogłam zapoznać się z ich sylwetka. Bol zagryzanego języka powinien mnie sprowadzić na ziemie i obudzić uśpioną trzeźwość umysłu. Tylko i wyłącznie w celach leczniczych znów zerknęłam w kierunku gdzie wcześniej zwątpiłam w sama siebie. Wbiłam paznokcie w ramie p. a moje wargi wyszeptały słowo „delfiny”. Jak to możliwe aby na odcinku kilku kilometrów plaży spotkać tyle przedstawicieli fauny i flory.
Kolacje pochłonęliśmy w tempie ekspresowym bo chcieliśmy nadrobić nasze opóźnienie, którego główną ale nie jedyna przyczyna były delfiny. Jedną z nich był gorący i długi prysznic. Przy kawie usłyszałam, ze p. nie wyobraża sobie siebie jako Araba a już mu w głowie się nie mieści aby mógł podróżować z czterema zonami. Gdyby nim był to jego proces myślowy niezawodnie uległby zmianie. Pocieszyłam go wizja „posiadania” tylko mnie i za późno zaskoczyłam, ze użyte słowo było zupełnie nie na miejscu.
Kierując się w stronę Los Angeles, jadąc wzdłuż wybrzeża, towarzyszyła nam mgła jak najwierniejsza kochanka Oceanu. Oddalając się od brzegu rzedła i zanikała ustępując miejsca innemu oparowi o innym zabarwieniu i zapachu.
Pola uprawne ciągnęły się po obydwu stronach autostrady prawie do samego miasta. Wykorzystanie terenu graniczyło z cudem bo dosłownie wszędzie coś rosło co nadawało się do spieniężenia. W miarę zbliżania się do molocha przybywało aut ale nie było korka i jechaliśmy płynnie bez zatrzymywań i postojów tak denerwujących podczas jazdy.
Góry na horyzoncie oznajmiały bliskość miasta które leży w dolinie przykrytej brunatna pierzynka ze smogu. Jak przystało na podróżników zaczynamy zwiedzanie od przedmieść aby mieć pojęcie jak wygląda miasto od podszewki i od tej wizytowej strony. W promieniach zachodzącego słońca przejechaliśmy przez bogate i biedne przedmieścia. Domy bogatych były skryte w bujnej zieleni a tych z mniejszym kontem w banku stały obnażone i zawstydzone tym faktem.
Los Angeles i jego satelitarne miasta i przedmieścia mieszają się tworząc jedna całość. Miasto zyskuje dużo przez obfita zieleń, oczywiście tam gdzie nikt nie poskąpi dolara na podlewanie trawników, krzewów i drzew. Klimat tu taki, ze jak wylejesz butelkę wody to wyrośnie w tym miejscu roślina. W biedniejszych dzielnicach nie ma zielonych trawników wokół domów. Rosną tam pustynne trawy, czasami trafi się jakiś zmarnowany kaktus i usychające palmy. Hulający wiatr unosi z ziemi piasek i kurz osiadający na budynkach i roślinach potęguje wrażenie niedbałości. Omyłkowo trafiliśmy na wjazd do Universal Studios w Hollywood ale szybko stamtąd uciekliśmy. Auta przed nami jada do kin albo do studiów filmowych.
Hollywood, przed nami skrzyzowanie z Santa Monica Blvd.
Na późny wieczór zaplanowaliśmy wizytę w pobliżu najsławniejszego napisu świata. Gdy pytaliśmy naszego amerykańskiego znajomego, który przeżył w L.A. pół życia i zna to miasto z różnych stron, powiedział, ze napis Hollywood jest tak dobrze widoczny w nocy, ze widać go z każdego miejsca od południa. Chyba chwyciliśmy wirusa ślepoty nagłej bo za nic nie mogliśmy go dostrzec. Patrząc na mapę powinien być właśnie tutaj. Liczne znaki drogowe oznajmiały, ze nie ma ta droga dojazdu do napisu. Po raz trzeci z rzędu wpatrujemy się w mapę. Skoro nie da się dojechać ulicami to trzeba spróbować w Griffith Park. Jak to mówi przysłowie do trzech razy sztuka i udało się znaleźć drogę wiodącą na wzgórze.
Dojechaliśmy do obserwatorium astronomicznego umieszczonego na wysokiej skale. Rozciągająca się panorama miasta przyćmiła swym widokiem nieoświetlony napis Hollywood. Ledwie widoczny w nocy, nawet z tego miejsca nie wzbudzał zachwytu ale już wiedziałam, ze jutro przyjedziemy tu jeszcze raz, w samo południe.

czwartek, 26 maja 2011

Leje żabami.

Jak sięgnę pamięcią to nie pamiętam takiego zimnego maja. To się w głowie nie mieści aby do dzisiaj zamiast chłodzenia, ogrzewanie hulało na cały regulator. Jest mgliście i deszczowo, przenikliwy i wilgotny chłód nie zdradza nadchodzącego lata a wręcz przeciwnie nastraja jesiennie. Centrum miasta jest ukryte we mgle i górne części wysokościowców są zupełnie niewidoczne.
Rano wychodząc z domu wyglądam jak przebieraniec bo niby w upalnym Chicago długie spodnie, zakryte buty i płaszcz pod koniec maja to zupełnie niespotykany widok. Nie można jednak ubierać się inaczej gdy pogoda nie rozpieszcza i temperatura waha się w okolicach 5°C. W południe dochodzi do 15°C i ani kreski więcej.
Z obawą spoglądam na nasz mini ogródek i już gnijące kwiaty. W taką pogodę to jedynie wrzos cieszy się i dostał pięciocentymetrowych, niekontrolowanych przyrostów.
- Zrobię kawę a ty przytnij go ładnie bo już zaczyna wchodzić na trawę. - Przebywanie na łonie natury to nie lada poświęcenie gdy można się nią cieszyć tylko zaraz po deszczu i jednocześnie zaraz przed nim. P. dzielnie ruszył do pracy a ja do kuchni. Po chwili wyniosłam gorącą i pachnącą kawę na nasz ogrodowy stół. Para unosiła się nad filiżankami jak z lokomotywy.
- Ojej! Matko jedyna! - Odwróciłam się w stronę krzyczącego p., który w podskokach z nożycami w dłoni zmierzał w moim kierunku. Dobrze, ze przed sekund
ą kawa stanęła na blacie bo niechybnie bym ją rozlała.
- Ale mnie franca wystraszyła! - No nieźle pomyślałam. P. przemknął obok mnie i wydusił z siebie kilka słow znikając w mieszkaniu.
- Idź zobacz potwora. - Na pewno nie. Stoję blisko drzwi na betonie i nie mam zamiaru ruszyć się z tego bezpiecznego miejsca dopoki nie dowiem się o co chodzi.
- No chodź. - P. z aparatem fotograficznym min
ął mnie ale tym razem w przeciwnym kierunku. Kucnął przed wrzosem robiąc zdjęcia. Wcale się nie dziwie, ze mieszkają u nas ropuchy. Wilgotno na świecie, ciepło od domu a w krzewach wrzosu jest miejsce na idealny dom dla płazów.
- Może chcesz ja pocałować?
- Przestań, przecież nie cierpie płazów i gadów, pająków i robak
ów.
- To chociaż popatrz jak wyglądałaś zanim cie pocałowałem.

sobota, 21 maja 2011

Robal w sklepie.

Jest ciepło w południowych częściach USA gdzie dawno zapomniano o wiośnie i panuje tam już lato. Przynajmniej dla nas przybyszów z północy gdzie temperatura dopiero niedawno zbliżyła się do 20°C. Nasza kolejna wizyta u Chandry minęła bez większych emocji jak ta poprzednia (opisana w "Chandra z Georgii"). Takie tam babskie gadanie i chłopskie picie po świt. Nadciągająca mgła dała znac, ze czas na śniadanie.
Po całonocnych plotach oczy mi się zamykają na widok wschodzącego słońca i nawet kawa niewiele pomaga. Panowie budzili się równie ciężko jak my ale z ciężkimi głowami i zamglonym wzrokiem. Lata wprawy w zarywaniu nocy trzymały nas na nogach i po szybkim chłodnym prysznicu wyglądaliśmy tylko o trzy lata starzej ale zupełnie przyzwoicie. 
Nie było ciągnięcia zapałek kto prowadzi. Razem z Chandra dodałyśmy do kawy, tylko dla siebie, pokaźną ilość likieru Kahlua aby krew lepiej krążyła w organizmie i oczywiście dla urody aby nabrać rumieńców.
- Wiesz, ze prowadzisz i nie będę mog
ła cie zmienić. - Oświadczyłam przed naszym popołudniowym wyjazdem.
- Zawsze mnie wrobisz.
- To dla naszego dobra i twojego zdrowia. - Odparłam balansując nad przepaścią krocząc na cienkiej, kołyszącej się linie.
- Co ty pleciesz, chyba ci rozum odebrało. Dwanaście godzin za kierownica ma być dla mnie tym wyczekiwanym od dawna i do tej pory niespełnionym marzeniem? - Patrzył na mnie jak na jakiegoś upiora. Może nawet trochę go przypominałam po nieprzespanej nocy ale mógłby być choć o odrobinkę bardziej wyrozumiały dla bezbronnej kobiety.
- Zawsze masz jakieś zastrzeżenia jak ja prowadzę auto i tak się nie relaksujesz wiec po co się denerwować? Ja sobie pośpię a jak dojedziemy do domu to zrobię ci królewskie śniadanko. Cieszysz się? - Moje słowa jakby uleciały w przestrzeń kosmiczna i p. tylko podniósł oczy do nieba i coś mamrotał niezrozumiale pod nosem przez chwile. 

Już prawie zapadałam w drzemkę a tu raptem zjeżdżamy na tankowanie. Darmo auta nie chcą jeździć a pic musi nawet samochód. My również, ja lodowato zimna wodę z bąbelkami a p. jak zwykle wiadro kawy. Gdy ja oglądałam dziwności na polkach p. stał w, o dziwo, długiej kolejce. Dwie ekspedientki, jedna wolniejsza od drugiej zrobiły niezłe zamieszanie pośród oczekujących osób. Podeszłam do p. aby umilić mu oczekiwanie. W drugiej kolejce obok stał tubylec sądząc po kolorze skóry a pomiędzy nimi na podłodze leżał zdechły robal. Duży, czerwonawy z wielkimi oczami.
- Wiesz jak to się nazywa? - Tubylec wskazał nog
ą lezącego robala. Pytanie najwyraźniej było skierowane do p. Już chciałam powiedzieć, ze jest to..., jest to..., no ta.... I tutaj klapka nie zaskoczyła i nastąpiło zupełne wyjałowienie umysłu. Myślałam, ze się wścieknę. Owady te uprzykrzały nam całą noc przesiedzianą na tarasie przed domem Chandry. Jeżeli oddziałuję telepatycznie to wolałabym aby było ono pozytywne. Błagalnie spojrzałam na p. oczekując, ze on od razu odpowie. Jego mina nie zdradzała jednak cienia błyskotliwej inteligencji. Patrzył tępo na nieżywego owada i czułam, ze zaraziłam go ciemnotą umysłową. Wciągnęłam powietrze jakbym miała wpaść do głębokiej wody z wysokiej skały gdy usłyszałam recytującego p.
- Jedno co wiem to to, ze jest to ugly motherfucker. - W wolnym tłumaczeniu mogło to być "ohydny skurwiel". Zamarłam w bezruchu i stałam się niewidzialna. Wszyscy spojrzeli w nasz
ą stronę a moja mina mówiła: ten cham wcale nie jest moim mężem.
- Ugly motherfucker! - Tubylec roześmiał się na głos a jego białe zęby kontrastujące z ciemnym kolorem sk
óry wydawały się wielkie i groźne. Zanosił się od śmiechu i powtarzał te dwa słowa bez końca. Obydwie kolejki obudziły się z odrętwienia i trochę życia udzieliło się rowniez ekspedientkom.
- Ale obciach. - Skarciłam p. po wyjściu ze stacji benzynowej.
- E tam, nic się nie stało, a tak mnie zaskoczył tym pytaniem, ze nazwa wyleciała mi z głowy. Czy ja wygl
ądam na eksperta od owadow? Zupełna pustynia, bezdenna studnia, niezmierzona otchłań zasysająca resztkę mózgu. Zapomniałem jak ta cholera się nazywa. Jak ona się nazywa?
- C y k a d a. - Odpowiedziałam bez zastanowienia.

- Przecież to oczywiste, ze cykada. Sa ich miliony wszędzie dookoła. Czy myślisz, ze on nie wiedział jak nazywa się cykada, ze nigdy nie widział cykad, szczególnie tu na południu?
- Myślę, ze to mało prawdopodobne. - Ładna nazwa tego owada do momentu jak go nie zobaczyłam na własne oczy kojarzyła mi się z czymś egzotycznym i pięknym. Cykada jest po prostu obrzydliwa i jak przelatuje w pobliżu to staram się jej unikać aby na mnie nie usiadła. Jest duża, gruba i paskudna. Tak, p. dobrze ja określił choć w złym miejscu i za głośno. W okolicach Chicago wylęgają się w lipcu w olbrzymich ilościach. Tutaj w Georgii nastąpiło to wcześniej bo już w maju. Jest ich tak dużo, ze nikt już nie zwraca uwagi na zdechłe owady po których się stąpa bo za bardzo nie ma jak ich ominąć. Co siedem lub trzynaście lat, w zależności od rodzaju cykad, następuje masowy wylęg i wtedy jest to aż nieprzyjemne. Całe chmury czterocentymetrowych owadów przelatują z miejsca na miejsce jak szarańcza na filmach grozy. Cykady latają wolno i na krótkich dystansach. Sa zupelnie niegrozne. Ich martwe szczątki są bardzo bogate w białko i chętnie zjadane przez ptaki, nietoperze, małpy, psy i ludzi. 
Tfu, na samą myśl o takim przysmaku moj żołądek skurczył się a jego zawartość podchodzi mi do gardła. Ponoć w niektórych częściach świata jak Azja, Afryka i Południowa Europa, cykada jest potrawą na porządku dziennym. 
Stoisko w Hong Kongu
Już więcej nie piszę o walorach smakowych cykad bo nie domyję laptopa. 
Restauracja w Japonii
Zalotne śpiewy wykonywane w niewielkim gronie są miłym akcentem upalnych wieczorów i nocy. Jednak gdy chór zalotników składa się z tysięcy uczestników to wtedy zamiast śpiewu jest to jeden wielki hałas. Bywa tak głośno, ze aż nie do wytrzymania. Niekiedy dźwięk ten osiąga poziom 100 decybeli czyli próg bólu.

środa, 18 maja 2011

Pomarańcze i ogórki.

Pożegnaliśmy góry i sekwoje udając się kierunku Los Angeles. Zupełnie nie po drodze nam do tego miasta ale jak nie odwiedzić starego dobrego Hollywood. Jedziemy dolina pomiędzy górami Sierra Nevada i wybrzeżem Oceanu. Woda z wysokich gór tworzy nieliczne jeziora u swego podnóża. Jej duże zasoby wykorzystywane są do uprawiania owoców i warzyw.
Panujący tu mikroklimat z małymi wahaniami temperatury zachęca ludzi do wydzierania przyrodzie kolejnych połaci nieużytków zamieniając je w pola uprawne i sady. Rośnie tutaj prawie wszystko co zielone i smakuje ludziom. Taka mała, w stosunku do powierzchni całego kraju, dolina jest w stanie zaopatrywać nie tylko USA ale i Kanadę w sałatę, kalafiory, ogórki i inne wegetariańskie smakołyki.
Niepozorne drzewa rosnące w równych szeregach to gaje cytrusowe. Ślinka mi pociekła na sama myśl o takich gorących pomarańczach prosto z drzewa. Ich sok zawiera 100% słońca i słodyczy. Boczna piaszczysta droga nadawała się idealnie do ukrycia się przed wzrokiem innych użytkowników głównej szosy. Owoce kusiły już blado pomarańczowym kolorem ale do stanu jadalnego brakowało im jeszcze trzech miesięcy. Wszystko wskazywało na to, ze nie podjemy nietuczącego jedzenia.
Nawet pionowa uprawa ogórków lub kabaczków żółciła się kwieciem i nie było nawet najmniejszego okazu do schrupania. Jeszcze nie sezon na zielone przysmaki, chyba, ze ktoś gustuje w chwastach które tutaj sięgały do pasa.
Kalifornijskie wina, lubiane przez niektórych, pochodzą w większości właśnie z tych okolic. W czasie przejazdu przez ten teren na nasze nieszczęście winorośl nie była jeszcze dojrzała i kwaśna na tyle, ze nawet nie dało się ukraść jednej kiści. A było gdzie bo winnice ciągnęły się kilometrami.

sobota, 14 maja 2011

(247365) Czegoś mi brakuje.

  Nawet jak stanę na głowie to domowe warunki nie oddadzą tych rzeczywistych. Nie będzie zapachu wiatru i prawdziwej przygody. Zostawię sobie przyjemność degustacji wspomnień po PRL-u na odpowiedniejsza chwile.
 Okazja miała nadarzyć się już niebawem bo wakacje za pasem. Po wielu przesiadkach wylądowałem w Boise. Lotnisko małe ale schludne i bardzo mila atmosfera nastawiła mnie optymistycznie na nadchodzące dni. Do tej pory nerwy mi zszarpano w sposób bardzo amerykański. Przyklejone uśmiechy na znudzonych twarzach i pozór troski o pasażera. Jedno wielkie oszukaństwo, wszyscy sa mili dopoki nie zaplacisz rachunku a potem martw sie sam. Długie sztuczne pazury z niechęcią stukały w klawiaturę aby sprawdzić czy moja rezerwacja auta jest aktualna.  Nie ma zamówionego auta i w wypożyczalni nikt nie jest w stanie udzielić mi informacji. Znowu wszyscy mili a mnie pot po plecach kapie. Wszystko opłacone z góry, karty kredytowe wyssane z dolarów co do centa a Jeepa nie ma. Jeszcze wykonam dwa połączenia telefoniczne do glownego biura i dopiero wtedy wyjmę wódkę z plecaka i zacznę pic siedząc na podłodze glownej sali lotniska. Schowałem telefon do kieszeni w obawie, ze wyślizgnie mi się ze spoconej dłoni. Zadzwoniła komórka, stojący obok mnie elegancik w garniturze ze zdziwieniem spogląda na martwy ekran swojego telefonu. Znów słychać komórkę. Sa tysiace telefonow na swiecie a tu akurat ktos obok ma taki sam dzwonek. Tym razem ja wyjmuję swoja i odpowiadam miłym i znudzonym HALO. To ktos z wypozyczalni samochodow. Głos w słuchawce lekko mnie opieprzył, ze nikt mnie nie może znaleźć i powinienem być wdzięczny, ze do mnie dzwonią. Odczekałem do końca opieprzu i zacząłem swoja wersje wydarzeń wzbogacona obficie wyrazami wzburzenia. Dobrze, ze mam to już za sobą i za chwile pojadę na dwa tygodnie w najdziksza głuszę. Koniec końców siedziałem za kierownica auta mogącego zawieźć mnie do niedostępnych miejsc. Wieczorem nawet nie zapaliłem ogniska tylko padłem jak trup pozbawiony tożsamości. Pomimo wszystkich opóźnień i początkowych niepowodzeń dojechałem na wyznaczone miejsce pierwszego postoju. Wreszcie sam ze sobą i z przyroda. Z dzika satysfakcja korzystam z udogodnień oferowanych przez sklepy sportowe. Na zebrana stertę patyków i gałęzi rzucam tak zwane paliwo turystyczne i po chwili mam prawdziwe obozowe ognisko. Nocleg w górach ma dużo zalet i tyle samo wad. Wszystkie się równoważą ze wskazaniem na zalety bo to wakacje. Mam co chciałem i nie mogę narzekać. Mogę robić co chce, kiedy chce i wtedy kiedy mi się zachce a co najwazniejsze w sposob zalezny od mojego widzi mi sie.  Nie umyje się do momentu jak sam nabiorę wstrętu do siebie, nie bede patrzyl na zegarek a komorka w tej gluszy nie ma zasiegu. Nadszedł czas otwarcia konserwy turystycznej i poddaniu się działania jej zawartości. Na kamieniu, bo nie mam stołu ani stolika, położyłem puszkę z etykieta Konserwa Turystyczna. Trawa nie jest bardzo wilgotna więc przysiadłem na niej obok wyimaginowanego stolu. Współczesność wyposażyła metalowe pudełko w cyngiel do łatwego otwierania. Nie jedna tipsiara poddała się przy tej czynności w obawie o swoje cudowne pazury. Chwytam za cyngiel, odginam go robiąc na samym początku małą dziurkę. Słychać zasysanie powietrza a po chwili po wyrównaniu ciśnień pomiędzy zawartością puszki i otoczeniem doszedł mnie delikatny zapach. Zaciągnąłem się tym zapachem i przyznam, ze pobudził moje dawne wspomnienia. Natura wyposażyła mnie w powonienie rekina i gdybym nie palił przeróżnych tytoni otumaniajacych organizm to moja egzystencja pośród niby pachnących i czystych ludzi byłaby niemożliwa. Zerwałem wieczko i oczom moim ukazała się zawartość gotowa do konsumpcji. Jak wspomniał Grey Wolf powinna tam być galaretka dookoła sprasowanego mięsa. Przy tej temperaturze zamiast przepysznej galaretki miałem sok mięsny zawierający wszystkie konserwanty i smaki. Pierwszy kęs to jak wehikuł czasu, przeniosłem się chyba cwierc wieku wstecz. Otumaniony podnieceniem zaakceptowałem smak i zapach wspolczesnej konserwy turystycznej spożywając ja do końca. Nie omieszkałem nawet wylizać resztek wody swoim jęzorem. Zyje do dzis i ciesze sie nienajgorszym zdrowiem.
 Krajobraz tej dzikiej gluszy nie zmienil sie od stuleci. Tak jak dzisiaj chmury na niebie sunely za czasow Indian gdy to oni byli jedynymi mieszkancami tych terenow. Znikneli z mapy swiata zamknieci w rezerwatach i z roku na rok wiemy o nich mniej bo paradoksalnie to biali osadnicy zaczeli tworzyc historie amerykanskich Indian. To co wiemy dzis o tamtych czasach to domysly nie majace naukowego potwierdzenia. Ludy zamieszkujace tereny obecnych Stanow Zjednoczonych nie pozostawily spisanej historii i zaczela sie ona od pierwszego spotkania bladej twarzy z czerwonoskorym.
Tak prawdopodobnie wygladalo rozmieszczenie plemion indianskich zanim przybyli osadnicy z Europy. Napisalem "prawdopodobnie" bo i tak nikt nie wie na sto procent jaka byla prawda. Przybywajacy europejczycy spotkali na nowej ziemi dzikusow nie umiejacych czytac i pisac wiec wszystko co dzis wiemy o Indianach amerykanskich, wiemy z pisanych wspomnien bialego czlowieka, ktory mogl znieksztalcac opowiadania Indian na swoj sposob. Gdy bylo zapotrzebowanie wydawcy na walecznych Indian, korespondenci bardzo szybko potrafili odnalezc bohatera wsrod czerwonoskorych i stworzyc nie tylko artykul ale nawet ksiazke. Kuszenie pieniadza potrafilo tego samego autora sklonic do opisania niebezpiecznego i pelnego chwaly zycia bialych osadnikow i ich trudnych chwil przetrwania w walce z dzikimi tubylcami.
Indianie polnocnoamerykanscy nie stworzyli nawet podwalin pod kulture godna zainteresowania. Gdy przybyl bialy czlowiek na polacie bezkresnych prerii, grupki Indian poruszaly sie za lowna zwierzyna nie przywiazujac sie do miejsca i nie budowali miast z ktorymi wiazali by swoja przyszlosc. Ich glownym pozywieniem bylo mieso z upolowanych zwierzat. Prymitywny sposob podchodzenia do prawa wlasnosci i swojego upatrzonego stada bizonow pozwalalo prowadzic krwiozercze wojny z pobliskimi plemionami. Od Polwyspu Jukatan po wieczne lody Polnocy zycie ludzkie nie znaczylo wiele. Wymordowanie co do jednego z czlonkow wrogiego plemienia uwazane bylo za bohaterski wyczyn a najwiekszy morderca za wspanialego wojownika. Nie oszczedzano kobiet i dzieci. Doprawdy trudno o gorszy przyklad do nasladowania i fascynacji.
Historii nie mozna osadzac, mozna tylko sie z nia zgodzic. Co bylo juz nie wroci, jedyne co nam pozostaje to ustosunkowac sie do niej. O idealnych Indianach lepiej zapomniec tak samo jak o bezdusznych cowboyach. Wszyscy chcieli zyc i prawa do zycia nie mozna odmowic zadnej ze stron. Po obydwu stronach byli dobrzy i zli. Mordercy i mordowani.
(247365)