niedziela, 25 września 2011

W łapach śmierci.

Od miesiaca p. przebywa w szpitalu pomiedzy jedna a kolejna operacja mózgu. Ostatnia odbyla sie trzy dni temu i wreszcie widac poprawe. P. zaczyna rozpoznawac znane mu wczesniej osoby jak np; syna lub mnie. Trwoga mnie napawa jego pytanie jak wyglada nasze mieszkanie. To chyba sprawdzian dla mnie, bo jemu to sie nie dziwie. Powolutku wytlumaczylam co i jak jest w naszej chałupie i gdy doszlam do niedokończonego remontu ucieszył sie, ze to jest wlaśnie to mieszkanie a nie jakieś inne.

Kilka postow miałam naszkicowanych a kilka tylko zaznaczonych i podczas całego tego zamieszania część zamiescila sie według wcześniejszych ustaleń.

Telefon z banku.

Petronela nie od razu pojęła ideę wirtualnych pieniędzy. Mówiąc bez ogródek nie mogla tego pojąć przynajmniej przez miesiąc. Takie pojęcia jak „credit” i „debit” tak mieszała, ze ja tłumacząc jej jak krowie na granicy nie raz zaczęłam pleść bzdury. Tak imponująco destruktywnie jej wpływ działa na mój umysł. W końcu to nie ważne czy zaskoczyła i zrozumiała, w każdym razie ma konto w banku i wykonuje najdziwniejsze operacje nie raz doprowadzając kasjerki do obłędu. Już trochę znacie ta dziwna istotę bo poświęciłam jej kilka postów. Przerwa w pisaniu o niej nie była spowodowana jej zniknięciem ze sceny ekscesów towarzyskich. Za dużo Petroneli niekorzystnie odbija się na zdrowiu wiec zwłoka była wynikiem troski o Was drodzy czytelnicy. Teraz kolej na kolejna sytuacje, która nie powinna mieć miejsca.
- Cześć gadzie jesteś? - To Petronelę usłyszałam w telefonie.
- Na parkingu wkładam zakupy do bagażnika. - Cały wózek rożnego rodzaju pokarmu który ma zapewnić całotygodniowe wyżywienie dla rodziny i w końcu stanie się tylko produktem wydalania zewnętrznego.
- Ale gdzie jesteś? Pytałam przecież "gdzie"? - W ten oto sposób wyszłam na idiotkę nie potrafiącą udzielić odpowiedzi na tak proste pytanie. Skąd mogłam wiedzieć, ze Petronela stała się konkretna jak oficer wywiadu w czasie przesłuchania. Uległam presji i wytłumaczyłam jej dokładnie gdzie się znajduj
ę. To, ze niestety nie mogę się z nią spotkać bo przy takim upale zakupy zmienia formę skupienia zamoknięte w bagażniku zbyła krótkim stwierdzeniem, ze w korku nie miałabym takich obiekcji. Płonne moje nadzieje szybkiego powrotu do domu. Petronela powiedziała, ze jedzie właśnie w moim kierunku i możemy spotkać się na sekundę w lodziarni (a nie w kawiarni) na lody. W umówione miejsce dojechałyśmy prawie jednocześnie. Zdumiałam się, ze Petronela nie spóźniła się jak zwykle pół godziny. Ja zamówiłam truskawkowo-czekoladowe a Petronela nie mogąc się zdecydować wzięła kilka smaków. Na rożku piętrzyła się lodowa góra i przeczuwałam rychłą katastrofę. Zanim dolize się do polowy zamówionej porcji reszta spłynie w postaci mało apetycznej niby śmietany.
- Mowie ci ale numer. Tak mnie zdenerwowali. Jak twoje lody, dobre? - Nie mogłam odpowiedzieć naraz na trzy tematy więc milcząco czekałam na ciąg dalszy i rozkoszowałam się smakiem lodów Häagen-Dazs. Nic mnie nie wytraci z równowagi gdy oddaje się rozpuście. Myliłam się.
- Byłam wczoraj w banku i wysłałam czeka. - Widziałam, ze Petronela miała tępo utkwiony wzrok w swojej porcji lodów i z wielkim zainteresowaniem obserwowałam jej pospieszne wylizywanie cieknących stróżek których było coraz więcej.

- Jak to wysłałaś? W banku? - Cos mi tu nie grało ale niezbyt przejęta tym znanym mi faktem, ze będę musiała domyślać się sedna sprawy rozgniotłam językiem kawałek truskawki o podniebienie. Smakowita, zupełnie jak świeża z pola.
- Tak z samochodu, byłam na telefonie i nie chciało mi się wysiadać bo było za gorąco. - To, ze Petronela „jest na telefonie” a nie rozmawia przez telefon to już oznaka głupkowatego zamerykanizowania się. Następuje to wtedy gdy jeszcze nie znasz Angielskiego a już zapomniałaś Polskiego.
- To bardzo wygodna forma załatwiania transakcji sama tak bardzo często robię gdy pada deszcz lub zima w pełni. -  Czasami wtedy jak po prostu mam lenia. 

- Słuchaj. Siedzę sobie w domu i dzwoni telefon. 
- A gdzie bank? - już zaczynałam się gubić.
- Wczoraj dzwoni telefon. Dobrze, ze zadzwonili na domowy bo gdzieś zapodziała się komórka. Nie chciało mi się odbierać ale przemogłam się i podniosłam słuchawkę. - Kiwnęłam potakująco głową i słucham grzecznie jak kujon w pierwszej ławce. 

- Nie wsłuchiwałam się dokładnie co gadają bo akurat oglądałam mój serial więc nie od razu zaskoczyłam kto i po co. Od razu wydało mi się podejrzane bo dzwonili z banku.
- Wpłaciłaś czek bez pokrycia?
- Nie, tyle co zrozumiałam to to, ze mam im co oddać bo coś im zabrałam.
- Z banku?
- Tak zabrałam z banku rurę. Oglądali na kamerze jak odjeżdżam z rur
ą i dlatego zadzwonili.
- No to niezły początek, niewielu osobom udaje się okraść bank albo coś wynieść z niego.
- Ja wcale nie wiedziałam, ze nie odłożyłam rury z powrotem. Oddali mi pokwitowanie, dokumenty schowałam do portfela i odjechałam.

- Oddałaś rurę?
- Tak, przed chwil
ą. Trzy dni rura była w aucie a ja jej nie widziałam.
- Spadła pod fotel?
- Nie, leżała na przedniej szybie za zegarami. Nawet nie spadła
. - Lody Petroneli spływały jej po łokciu i kapały na podłogę.

sobota, 17 września 2011

Gdybym był kobietą.

- To dlaczego nie rzucą tej roboty. - W moje czytanie p. wtargnął bezlitośnie i bez jakiegokolwiek uprzedzenia. Spoglądałam na niego pytająco bo nie miałam pojęcia o czym on pomyślał zanim wypowiedział tak mądre zdanie.
- Kto?
- Te nieszczęśliwe baby w TV. Płaczą, ze im tak trudno w życiu, ze muszą chodzić do pracy a po pracy, w domu jeszcze gorzej niż w pracy. - Szybko zaskoczyłam o co biega. Właśnie czytałam autobiografie Salvatore Dali i lektura ta bardzo pobudziła mój umysł. W telewizorze leciał jakiś program na który nie zwracałam szczególnej uwagi bo książka była nader ekscytująca. W skrócie mogę napisać, ze program był o ciężkiej roli kobiety w życiu rodziny. Nic takiego czego bym już nie doświadczyła wiec zerkałam tylko od czasu do czasu nie zagłębiając się zbytnio w życiowe katastrofy kolejnych uczestniczek programu.
- Bo to święta prawda. - Postanowiłam wybadać teren. - Uważasz, ze to wymysły na potrzeby telewizji?
- Jeżeli im tak ciężko, ze nawet są w stanie myśleć o samobójstwie to powinny rzucić prace. To oczywiste, nieprawdaż. - To "nieprawdaż" ubodło mnie i odniosłam się do niego osobiście. To jakby policzek wymierzony mi jego prawym sierpowym.
- Nie zawsze można ot tak sobie nie chodzić do pracy gdy nie ma wystarczająco dużo pieniędzy. To chyba oczywiste i dla ciebie, ze we dwójkę jest o wiele łatwiej.
- Wiem, wiem ale gdybym był kobieta to nie chodziłbym do pracy. M
ąz jako głowa rodziny powinien zadbać o dom. Kobiety są same sobie winne, chciały równouprawnienia a teraz już go nie chcą bo za ciężko rozładowywać wagony z węglem. Kobieta zawsze będzie kobietą a chłop chłopem i po co to zmieniać. Przecież krowa nie zacznie latać tylko dlatego, ze jej się zachciało. - Akurat z wypaczeniem równouprawnienia to się zgadzam ale zaciekawiła mnie kwestia "nie chodzenia do pracy".
- Skąd wiesz, ze jako kobieta mógłbyś nie pracować?
- Znalazłbym takiego faceta, którego dochody zapewniłyby nam dobrobyt bez mojego finansowego wkładu. Siedziałbym w domu i zajmował się nim tak jak trzeba a nie po godzinach, tak na "odwal się".
- Czy myślisz, ze żadna z nas, kobiet o czymś takim nigdy nie pomyślała? Czy sadzisz, ze masz monopol na złote myśli?
- Nie wiem kto o czym myśli. Wiem, ze nie poszedłbym do pracy jako kobieta.
- To ja mogę nie chodzić do pracy skoro tak uważasz. Od jutra zajmuj
ę się domem i sobą.
- Cos ty, teraz już za późno. Jak to sobie wyobrażasz? Chcesz zburzyć wiekowy układ?
- Ja z wiekami nie mam wiele wspólnego a zmiana przyda mi się jak nic innego. A tak na marginesie mój kochany, dlaczego nie zarabiasz na ca
łą rodzinę?
- Bo mam ciebie.-
Odpar
ł zadowolony.

niedziela, 11 września 2011

(247365) Schody do nieba.

Czy wszyscy musicie zamieszczać posty o kwiatkach wiosną, latem i jesienią? Zachwycać się ich przemijającą urodą i piać jaka to natura szczodra, ze tak właśnie a nie inaczej wygląda tulipan. Nuda i powielanie tematu, jak dzieci w piaskownicy budujące zamki z piasku. Każde robi to samo ale trochę inaczej i z góry przewidziany jest efekt, guzik z tego wszystkiego. Z kwiatkami tak samo, uschną po kilku dniach a ich mało ozdobne trupy wiszą tygodniami na krzakach. Nie daj Boże cięte kwiaty w domu bo wodę trzeba zmieniać codziennie aby nie było niebezpiecznych bakterii dla życia człowieka. 
Nie lubię przyrody bo od zarania dziejów robi wszystko na złość człowiekowi. Panoszy się jakby rożnego zielska było mało. Zarasta ścieżki którymi dwu- i czteronożne stworzenia podążają do wodopoju, niszczy chodniki, fundamenty i ściany.
Co takiego pięknego jest w fakcie, ze rośliny są samolubne i nie cierpią zwierząt. Czy warto litować się nad wstrętnym porostem niszczącym infrastrukturę i prace ludzi? Sypmy pestycydy i zabijajmy to co bezustannie usiłuje nas zabić. Zycie to jedna wielka woja z przyroda. Zwali się drzewo i nie ma prądu, wtedy nie litujemy się nad drzewem tylko nad sobą a winę zganiamy na właściciela trakcji przesyłowej. Chwasty w ogródku powinny być wielkie i dorodne skoro tak kochacie florę tej planety. 
Ja wole twory ludzkiego geniuszu. Ileż piękna jest w schodach, ile rodzajów, kształtów, materiałów i kolorów. Na przyklad schody. Proste, zakrzywione, kręte z poręczą lub bez niej. Schody bogate z marmuru i biedne z nieheblowanych desek, w prywatnym domu lub instytucji w środku i na zewnątrz. Te prowadzące do sypialni na gorze lub do nieba.
Jednak wole zawory i kable niż grządki i rabatki. 
Ich układ na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie niezrozumiały i bezcelowy. 
Ileż piękna i nieukrywanej finezji kryje się w takich konstrukcjach.
Ponad wszystko kocham rury. Plastikowe, żeliwne i żelazne. Cienkie, grube i cieniutkie. Te które biegną daleko i znikają w ścianie. Co dalej, jaka jest ich droga i przeznaczenie? Uwielbiam bardzo zardzewiałe rury a tylko lubię chromowane, wypolerowane nawet przez czterdziestoletnie dziewoje.
(247365)

niedziela, 4 września 2011

Zawał serca na poboczu.

 To nie będzie opowieść o tym jak poprawiam sobie makijaż siedząc za kierownica pędzącego pojazdu i zjeżdżam na pobocze. W takich sytuacjach pasażer siedzący obok może doznać szoku nerwowego, może złapać za kierownice próbując naprowadzić samochód na właściwy tor jazdy albo wbić się palcami w deskę rozdzielczą myśląc, że to mu pomoże uratować życie.
Należę go grona osób wygodnych i staram się aby życie nie ukłuło mnie tylko kolcami róż ale aby kilka samych kwiatów trafiało się również. Dlatego tez nie lubię być spocona jak nie muszę i unikam takich sytuacji jeżeli mogę. Gdy jest lato i temperatura przekracza 33°C a wilgotność oscyluje w granicach 80% to nawet kilka spokojnych kroków zrasza czoło drobniutkimi kropelkami potu a po kilku minutach po plecach już płynie gorąca struga. Nie biegam w parku z ręcznikiem w dłoni aby zdobyć formę, pozostawiam to innym.
Znów jesteśmy w ciepłych strefach USA, dokładniej w Południowej Karolinie. Tutaj nie da się nie pocić wiec pomimo zachmurzonego nieba świadomie skazujemy się na godzinny spacer w "sosie własnym".
- Proszę cie nie właź w żadne ksiuty bo licho nie śpi. - Pomna naszych niemiłych przygód z kryjącymi się niespodziankami w trawie i krzewach starałam się utemperować zapędy p. Bardzo dobrze pamiętałam co wcześniej przytrafiło się nam (Nauczka z podrozy w trzech czesciach) gdy
postępowaliśmy nieroztropnie.
  Idziemy sobie spokojnie asfaltowa droga i nie wchodzimy w niebezpieczne miejsca choć wszystko dookoła kusi i nęci.
- Tak, wiem nigdzie nie będę wchodził. Dziś nie zbaczam z asfaltu w ksiuty, będzie nudno i statecznie, tylko kostura mi brakuje jak staremu dziadowi. - Tak właśnie p. odpowiedział na moja prośbę. Bardzo dobrze niech chociaż raz nic się nie wydarzy. Po obu stronach drogi pojawiło się rozlewisko porosłe gęsto jak w dżungli. Żaby rechotały jak na zawodach - kto głośniej krzyknie ten wygra 5000 zł miesięcznie do końca życia. Coś na brzegu poruszyło się i zniknęło w mętnej wodzie. Jeszcze przez jakiś czas widzieliśmy smugi na powierzchni wody i domyślaliśmy się gdzie płynie bóbr lub szczur wodny. 
- Poczekajmy aż wypłynie bo to ładny okaz, zrobimy mu portret. - Zamiast dorodnego przedstawiciela nieznanego nam gatunku obok powalonego małego pnia drzewa płynął mały okaz. Temu, udało nam się zrobić zdjęcie. 
W takim terenie nie tylko bobry znalazły dogodne warunki do życia, byłam święcie przekonana, ze w trawie i w mętnej wodzie jest więcej niebezpiecznych gatunków niż palców u rak.
Czy pamiętacie „kolczatki” którymi zachwyciłam się jesienią. Oto teraz pośród liści odnalazłam je w stadium dojrzewania.
Czerwone hydranty zawsze są obsikiwane przez psy, to rzecz oczywista. Ten jednak zwrócił moja uwagę z dwóch powodów. Znajdował się na zupełnym bezludziu, przynajmniej nie widzieliśmy żadnych domów w zasięgu wzroku ale może teren był uzbrojony i wodociąg prowadził do oddalonych gdzieś dalej zabudowań. Do tej pory widywałam zawsze pomalowane na taki strażacki czerwony kolor a tutaj jaka miła dla oka niespodzianka. Tak idealnie ten hydrant nie pasował do otoczenia, ze stal się symbolem cywilizacji zagubionej w głuszy. No i jeszcze jedno pytanie; jakie zwierze sika na niebiesko-czerwony hydrant?
- O! Trujące jagody! Czarny bez. - P. chciał błysnąć znajomością przyrody ale nie bardzo w to uwierzyłam. 
- Zdecyduj się ktore jest ktore. - Stanęliśmy aby przyjrzeć się tym owocom ale zaraz obok rósł inny krzew lub małe drzewo również z czarnymi jagodami. To już przesada gdzie nie spojrzysz to zawsze coś wpadnie w oko. Przymierzyłam się aby zrobić zdjęcia tym dwom roślinom ale bacznie patrzyłam gdzie kończy się asfalt. Nie popełnię błędu i nawet na dziesięć centymetrów nie wejdę w trawę. Jednak poł mojej stopy tkwiło w trawie.
- Depczesz truskawki, uważaj. - Aparat ciągle trzymałam skierowany w stronę czarnych owoców i z niedowierzaniem tylko odwróciłam głowę. Jeszcze przed chwila p. wydawał się zupełnie normalny a tu raptem bredzi od rzeczy. Patrze dokładnie na jego oblicze ale nie widzę ani cienia obłędu w jego oczach. Może przesłyszałam się. 
- Co takiego? - Wolałam od razu dowiedzieć się które z nas nie ma wszystkich klepek. 
- T r u s k a w k a. - P. wyrecytował to słowo tak dokładnie, ze już byłam przekonana o jego nagłej chorobie, o nieznanym jeszcze przypadku utraty zmysłów w ciągu zaledwie sekundy.
Palcem wskazywał pionowo w doł pod moje nogi. Pomyślałam, ze przemilczę i odczekam chwile i może wszystko wróci do normy. Na wszelki wypadek i dla świętego spokoju zerknęłam na moje stopy. Nie, to nie p. zwariował, to zwariował świat przyrody. Rosła sobie truskawka na poboczu a tuz obok wszędobylska mimoza w towarzystwie zeszłorocznych „kolczatek”.
Dotarliśmy do skrzyżowania „T” i wybraliśmy prawa stronę gdyż skryta była w cieniu. Po stu metrach natrafiliśmy na żywą przeszkodę w postaci atakujących psów. Szczekające psy choć może nie brytany mogą okazać się niebezpieczne. Takich dziwaków jak spacerujących ludzi nie widziały jeszcze w swoim życiu i nie byliśmy pewni jak zareagują na nas. Na wszelki wypadek zatrzymaliśmy się w bezruchu aby ostudzić ich zapal łowiecki. Czułam ich wzrok utkwiony w moim gardle i powiem szczerze, ze miałam pietra. Przezornie schowałam się za p. i czekałam na  przebieg wydarzeń. Psy nie zwracały uwagi na ograniczenie prędkości do 30 mil na godzinę i wydawało mi się, ze przekroczyły go o 5%, powinny dostać mandat ale wcale nie przejęte tym faktem leciały w nasza stronę aż uszy im podskakiwały. P. znalazł kawałek suchej gałęzi i pogroził im z daleka. Efekt był taki, ze psy biegły dalej aby zagryźć nas w ciągu kilku minut. Już były bardzo blisko, p. rzucił draga w ich kierunku. Zamiast wywołania paniki pośród atakującej sfory, psy zainteresowały się badylem i po obwąchaniu go ruszyły w naszym kierunku. Ja już wracałam do skrzyżowania wolnym ale nerwowym krokiem. P. pogadał z psami i tez zrejterował. Zostaliśmy obszczekani na cala okolice. Śmiertelny atak nie doszedł do skutku i oprawcy zawrócili do swego domu.
- A jednak ktoś tu mieszka. - Podniesiona na duchu możliwością spotkania myślącej istoty i bardziej już odważna zażartowałam, ze pozostałyby po nas tylko kości gdzieś w krzakach.
- Takie jak po tym zwierzaku. - P. znalazł ilustracje do mojego stwierdzenia.
- Myślę, ze po nas obojgu to kości byłoby znacznie więcej.
- Ale to tylko część jakieś sarny spójrz na kości żeber i na kręgi. Wszystkie są duże i wskazują na dużego zwierza.
- To może wracajmy do auta, nie chce tak marnie skończyć.
- Pójdziemy zatem w tamtym kierunku i po trzech lewych skrętach powinniśmy znaleźć się kolo auta.
- Dobrze tylko proszę bez zbędnych niespodzianek bo ponoć to miał być relaks.
- To jest wspaniały relaks, najwspanialszy jaki może być, spójrz tylko na te zabawne liście. Wyglądają jakby każdy był obcięty nożyczkami na końcu.
- To prawda a jaki mają pastelowy kolor, zupełnie jak cukierki.
- Jak cukierki?
- Pewnie takie słodkie i wylizane landrynki. 
- Landrynki są różowe, przynajmniej były bo teraz mogą być nawet i zielone albo czarne.
- Niech ci będzie.
- Zagadując p. przeskoczyłam przed nim na lew
ą, bliższą trawie stronę aby jego jakiś zwariowany pomysł wtargnięcia w krzaki napotkał opór z mojej strony. Już było widać cywilizacje i zdałam sobie sprawę, ze jestem wykończona i nie mam sił na nic, zupełnie na nic. Rozpoznałam nasz samochód i wróciła nadzieja, ze jeszcze żywa dotrę do niego. Przede mną leżał jakiś przedmiot na poboczu drogi. Ludzie różne świństwa wyrzucają przez okna samochodów choć muszę przyznać, ze niebywale rzadko. Umysł tez miałam otępiały od upału i zespół szarych komórek odpowiedzialny za kojarzenie obrazów jako pierwszy popadł w stan odrętwienia i do tej pory zapadł już w głębokie uśpienie. Krok za krokiem nie mogę rozpoznać co to takiego. Najwyraźniej coś zaczęło mnie ostrzegać bo tak intensywnie wpatrywałam się w ten obiekt. No i wreszcie zaskoczyłam dwa kroki przed wężem.
- Aaaaaa!!!!! - Tak skomplikowanej ewolucji w powietrzu nie potrafi nawet kot. Odbiłam się jak piłka tenisowa i znalazłam się po prawej stronie p. Jeszcze będąc w powietrzu wczepiłam się w ramie p. dotkliwie go kalecząc. Moje ciało do tej pory było wilgotne ale teraz lalo się ze mnie strumieniami. Znalazłam się prawie na środku jezdni i gdyby nadjeżdżał samochód to byłaby to ostatnia chwila w moim życiu. Było mi obojętne gdzie skonam bo wdepniecie w ścierwo węża groziło zawałem i zejściem śmiertelnym.
- Mówiłem uważaj. - Tryumf w g
łosie p. doprowadził mnie niemal do płaczu.
- To ja zawsze cie ostrzegam. Widziałeś tego gada, tak? 

- Nie. - Coś jednak mi szeptało, ze kłamie.