wtorek, 25 października 2011

Wścieklizna

Sama prawie w to nie wierzę więc nie zdziwię się jeżeli pokiwacie głowa z politowaniem i pomyślicie, że powinnam znaleźć się w zakładzie dla obłąkanych. Jeszcze niedawno pisałam o dziwnych spotkaniach z tutejszymi zwierzętami i o braku przezorności w obcych krajach o zupełnie odmiennym klimacie. Chciałam pokazać, że beztroska może być niebezpieczna. Owszem może zdarzyć się, że spotkamy się z niedźwiedziem albo z wężem ale do tego musi zaistnieć specyficzna sytuacja jak przebywanie w dziewiczych lasach lub włażenie w miejsca nie używane przez człowieka. Dzisiaj natomiast opiszę zupełnie niecodzienne zdarzenie zaistniałe zaledwie kilka dni temu w moim własnym domu. Jak wiecie mieszkam w okolicach Chicago w miarę przyzwoitym miejscu. W domu nie mamy karaluchów, mrówek ani innych insektów. Bliskość pola golfowego i niedużego lasku sprawia, że nie dziwi nas widok skunksa, sarny czy szopa. Taka namiastka dzikości w pobliżu miasta.  Nie ma tutaj jednak żadnego niebezpiecznego zwierzęcia dla istoty ludzkiej. Ani dużego ani małego. Nikomu nic złego nie może się przytrafić dopóki nie jest Atanerem.
Zwykły dzień rozpoczął się tak jak setka poprzednich zwykłych dni, poranna kawa, później śniadanie i obowiązki domowe. Pomyślałam sobie, że zacznę w końcu generalne sprzątanie razem z segregacja ubrań. Nie jest to moja wymarzona rozrywka w czasie wolnym ale nie mogę zwlekać w nieskończoność bo braknie powietrza w domu. Odkurzyłam ekspresowo i po zmyciu podłogi w całej chałupie wyszłam do samochodu po ipoda bo chciałam uprzyjemnić sobie kilkugodzinna pracę słuchaniem książki.
Do domu wchodzimy przez okno/drzwi a nie przez drzwi z prawdziwego zdarzenia. Ten sposób jest szybszy i dodatkowo ma ta zaletę, ze wchodząc od strony trawnika przechodzimy obok kwiatów i innych roślin ozdobnych. Drzwi wejściowych prawie nie używamy i tak już się utarło, że znajomi też tak robią. 
Szczególnie latem po domu chodzę boso bo tak mi jakoś pasuje a że ciągle mi gorąco w stopy więc przy okazji chłodzę się. 
Wracając od auta z ipodem rozplątywałam zawsze poplątane kabelki od słuchawek. Przystanęłam w progu aby zdjąć klapki w których chodzę na zewnątrz. Czyniłam to zupełnie automatycznie skupiając się na pętelkach i mini kłębkach utworzonych na białych kabelkach. Prawa nogę przełożyłam przez próg i bosą stopę postawiłam na nietoperzu zamiast na gołej podłodze. Poczułam ostry ból ugryzienia i pisk uciekającego pod komodę stworzenia. Dostałam szału ze strachu i obrzydzenia, krzykiem szukalam pomocy. Nigdy w życiu nie wpadłabym na to, ze coś takiego przytrafi mi się w domu. Na wakacjach jestem jakaś czujniejsza i bardziej spostrzegawcza. W miejscu które dobrze znam spotkanie z dzikim zwierzakiem wytrąciło mnie z równowagi na długi czas. Jeszcze długo nie mogłam dojść do siebie po tym nerwowym wstrząsie. Później zaraz przyszła refleksja, ze nietoperz jest wściekły skoro wszedł do domu razem ze mną. Może tylko dobrze wychowany i zaczekał na właściciela. P. ujął sprawce zamieszania i nieopatrznie wyrzucił go w liście niedaleko naszego okna. Po rozważeniu możliwości zarażenia się wścieklizną postanowiliśmy wysłać nietoperza na badania (koszt 150 dolarow). Przeszukiwanie sterty liści w poszukiwaniu nietoperza to kolejna dyscyplina sportowa w której nie chciałabym ponownie brać udziału. Znaleziony nietoperz nie był wściekły jak po trzech dniach nerwowego oczekiwania zaopiniowało laboratorium firmy zajmującej się dzikimi zwierzętami w mieście. Domownicy jednak obserwują mnie dokładnie doszukując się u mnie objawów wścieklizny z jakimi zaznajomili się w internecie. Są jakoś nad wyraz mili i troskliwi.

środa, 19 października 2011

5:00-12:00-20:00

Kto nie ma spania niech sie bierze do fotografowania. Oto ponizej dwa wschody slonca zupelnie rozniace sie od siebie. Ten pierwszy pomimo tego, ze zdjecie zrobione bylo w ciagu lata jest taki siny i mglisty zupelnie jak jesienia.
Drugi natomiast osiagnal czerwien wscieklego indora poprzez ustawienia aparatu cyfrowego.
Zabawa z fotografowaniem slonca trwa bez konca od samego rana do wieczora. Hola! ale co z poludniem. Okazalo sie, ze malo kto fotografuje slonce o 12:00. Odwazylam sie na takie pionierskie ujecie i efekt przypadl mi do gustu.
Przy zachodzie slonca wielu amatorow i profesjonalistow wzdychalo wielokrotnie aby wlasnie to zdjecie bylo najlepsze na swiecie. Dobrych ujec jest coraz wiecej wiec ja szybciutko pstrykam i umykam.
A jak wasze sloneczka?

sobota, 15 października 2011

Kura domowa na krótkiej smyczy.

Jeszcze niedokładnie ostrzyżony i z zakrzepłą krwią na miejscu dziury w głowie p. zasiadł na przeciw sprzedawcy samochodów. Po dwóch godzinach wyjechaliśmy nowym autem ale co się ubawiłam to tego nikt mi nie odbierze. Ledwo tydzień po operacji mózgu i na trzeci dzień po wypisaniu ze szpitala p. jeszcze z problemami mentalnymi poruszał się po tym świecie. O dziwo dobrze dogadywał się ze sprzedawca, jak swój ze swoim.
Jeszcze w środku lata planowaliśmy zmianę samochodu. Wybór padł na kombi, żaden suw ani sedan nie wchodziły w rachubę z wielu powodów. Dwudrzwiowego mieliśmy tez już dość po roku użytkowania.
Zasiadłam za kierownica nowego pojazdu, wyregulowałam fotel w gore w dol, kierownice tez we wszystkich możliwych kierunkach i bardzo zadowolona oświadczyłam, ze to auto zaprojektowano specjalnie dla mnie.
P. nawet nie usiadł na miejscu kierowcy aby zaakceptować wybór. Spojrzał tylko bystrym oczkiem i zajął się podpisywaniem papierów na pożyczkę. Zawsze troszkę stresu towarzyszy przy pierwszej jeździe ale szybko to mija gdy wjeżdża się w normalny ruch uliczny. Tylko i wyłącznie dlatego, ze p. był karmiony w szpitalu normalnymi narkotykami stałam się jedynym kierowca. Chłop nie mógł jeździć przez miesiąc bo w razie wypadku i ewentualnym badaniu moczu wynik na narkotyki byłby pozytywny. Jako pasażer sprawował się zupełnie poprawnie. Gdy okazało się, ze po takim wypadku p. nie może wykonywać swojego zawodu nastąpiło lekkie załamanie nerwowe całej rodziny. Ci którzy nie wiedza, ze w Ameryce nie jest łatwo o prace to niech wierzą, ze tak jest. Kryzys panuje wszędzie na świecie a swe początki miał właśnie tutaj i końca nie widać. Zatem ja pracuje na 200% a chłop szuka pracy w internecie. Nie byłoby może takiego problemu z praca dla mężczyzny ale p. nie może wysilać się po operacji mózgu, ani dźwigać ani przemęczać zbytnio i takie tam inne zastrzeżenia. Pracy dla książąt jest z reguły mało a znaleźć ja jest bardzo trudno. Wiec robię zakupy, dbam o dom i robię wszystko jakbym była samotna matka. Na domiar złego jeszcze muszę pilnować aby chłopina nie dotykał się ciężkich robót domowych. Atmosfera niekiedy jest nieznośna bo znudzony p. wałęsa się po domu i aż jęczy z nudów a ja jęczę na myśl ile jeszcze do zrobienia. Gdy nie ma mnie w domu i wydaje mi się, że mam chwilę wolności to dzwoni komórka.
- Tak zaraz wracam. - Odpowiadam prawie mechanicznie. To oczywiście najtroskliwszy małżonek dowiaduje się czy wszystko w porządku. Czuję, że zacznę i ja szukać pracy dla niego bo tak dłużej być nie może. Jestem obserwowana na każdym kroku w domu a poza nim nękana telefonami. To miłe gdy i po stu latach małżeństwa jesteś oczkiem w głowie swego męża ale zaczyna mi brakować przestrzeni. Mieszkanie pozwala nam nie widzieć się przez dowolna ilość godzin to jednak taka rozłąka też mi nie pasuje bo zaczynam się martwić co p. robi, czy nie wchodzi na krzesło aby sięgnąć jedno ze swoich metalowych pudełek z najwyższej półki w szafie. Wyobraźnia podpowiada, że poślizgnie się, spadnie z krzesła i  katastrofa gotowa. Sytuacja bez wyjścia. Chcieliśmy wyskoczyć na krotki relaks w plener ale póki co systematycznie zjadamy nasze wakacje i od wieków odkładany wyjazd do Nowego Orleanu i w tym roku nie dojdzie do skutku. Siedzę więc w domu gotuje zupę i zgrzytam zębami ze złości. Jednocześnie uśmiecham się do naszego losu, że jest jak jest, a jest w sumie nie tak źle.

poniedziałek, 10 października 2011

Co ciagniesz.

Gdy łodzie na naczepach to już koniec wakacji. Tak przykro uświadomić sobie, ze beztroskie chwile pojawia się w naszym życiu dopiero za rok. Zarówno ci bogaci i ci troszkę tylko ubożsi ciągną za sobą wspomnienia wspaniałych przeżyć na wodzie. Jednak gdy jeden odpoczywa ktoś pracuje i vice versa.
Tutaj upolowaliśmy starego jak świat camping-busa z równie starym autem osobowym na równie wiekowej naczepie. Może oni jada na wakacje a nie do domu.
Nie mogłam znaleźć chociaż odrobiny pociechy na autostradzie nawet ten antyk wskazuje na nastawienie nowego właściciela na ostra robotę przy odrestaurowaniu tego bardzo ładnego auta. Na dodatek złego takie auta spędzają mi sen z oczu na następne trzy noce i czuje, ze wpadam w studnie rozpaczy.
Wszystko fajne ale daleko ode mnie. Na domiar złego ten dwukołowy ścigacz dowożony na tor wyścigowy aby można pojeździć dowolnie szybko. Serce mi dygotało na sama myśl o kolejnych wyrwanych kosmykach włosów przy prędkości wiele powyżej 200km/h. Zupełnie zrezygnowana opadłam ze zdwojona waga swego ciała na fotel pasażera i pomyślałam, ze dobrze byłoby już być w domu i nie denerwować się takimi widokami. Odwróciłam się bokiem do kierunku jazdy. Zapatrzyłam się w byle jaki krajobraz po przeciwległej stronie drogi.
Długo nie wytrzymałam w takiej nieludzkiej pozycji i powróciłam do takiej gdy patrzy się przed siebie. Od razu zrobiło mi się milej na duszy bo oto przed nami jedzie sobie spokojnie znany nam Szary Wilk. Już teraz wiem gdzie ukrywał się nasz kolega gdy go nie było na blogu. Grey Wolf miał dość dobra wersje pojazdu wakacyjnego ale jak widać załadowany był po dach bo trzy pojemniki nie mieściły się już w środku. Jego kolega zamiast pojemników umieścił za sobą trzy rowery.
Dziwaków na drodze nie brakuje wiemy o tym wszyscy. Samo dwudziestoparoletnie auto już przykuwa uwagę na drodze ale te rowery z włókna kosmicznego na pace kopcącego wraka to wskazówka, ze właściciel jest nie byle jakim dziwakiem. Rowery warte ponad 5000 dolarów na sprawnym wraku to manifest swojego ja. Temu gościowi udało się to w bardzo dobrym stylu.
Jeżeli już wszystko pod ręką jest nie takie jak trzeba zawsze można zabrać ze sobą powietrze w kratkę.

sobota, 1 października 2011

(247365) Zakochałem się.

Zaczęło się od wizyty u znajomych. Wpadłem niezapowiedziany w sam środek karczemnej kłótni pomiędzy małżonkami. Krótkie i wymuszone cześć i butelka piwa. Tyle poświęcili mi swojej uwagi. Usiadłem i obserwowałem ciąg dalszy. Było to bardzo współczesne przedstawienie. Nie dość, że siedziałem na scenie i akcja toczyła się wokół mnie to jeszcze genialny scenariusz tej sztuki wciągnął mnie bez reszty. Pani domu jako zona i pan domu jako mąż byli głównymi aktorami, reszta domowników gdzieś skryła się w zakamarkach swoich pokojów i siedziała cicho jak mysz pod miotłą. Otworzyłem butelkę i siadłem przy lawie na skórzanej kanapie dla trojga. Zapadłem się w nią wygodnie i oddałem się obserwacji. Bardzo szybko zaskoczyłem o co biega. Maz miał pretensje, że małżonka się opieprza zaniedbując obowiązki wobec rodziny. Ona natomiast broniła się tym, że jak świat światem kobieta zawsze na przekichane i nawet jakby na głowie stanęła to mąż powie, ze spódnica odsłania majtki a tak kobiecie nie przystoi. Krotko mówiąc chodziło o to, że literatura pochłonęła 87% wolnego czasu pani domu a tylko te marne resztki poświęca domowi, który jest zaniedbany itd, itp.
- Wyrzucę to gówno z domu.
- Tylko spróbuj tknąć chociaż jedna książkę to ci łeb odrąbię tasakiem.

Nikt nie zwrócił uwagi na to, ze wziąłem sobie druga butelkę piwa z lodówki. Teraz zaczęła się powtórka zarzutów i moje zainteresowanie jakby osłabło. Rozejrzałem się wokół siebie i przyznaje, ze takiego bajzlu dawno już nie widziałem. Wszędzie dookoła walały się książki, jedne rzucone na podłogę inne tuz obok przewróconego kwiatka. Musiało być bardzo gorąco zanim przyszedłem. Teraz to już tylko pozostałości po cyklonie awantury, który pozostawił po sobie piętno na mieszkaniu znajomych. Tuz obok lawy stal wysoki komin książek, jak przetrwał w tej pozycji nietknięty nie wiem. Wziąłem pierwsza z góry książkę. Nora Roberts:  "Stolik dla dwojga", wydawnictwo "Harlequin" 2010. Postanowiłem przeczekać kończącą się awanturę i otworzyłem książkę. Wciągnęła mnie na tyle, ze zapomniałem o groźbach i obietnicach o przyrzeczeniach i ... które padały z ust ludzi, których ponoć tak dobrze znalem. Teraz cala akcja domowa jakby oddaliła się na tyle, ze przed moimi oczami widziałem akcje z czytanej książki.
- Głuchy jesteś? Mowie do ciebie. - Pan mąż walnął mnie w ramie o dużo za mocno aż zapragnąłem mu oddać.
- O! Żyjesz to łba ci
jednak nie odrąbała. - Palnąłem tak niefortunnie, ze pani zona od razu przerwała zaległą cisze.
- No popatrz on tez to niby gówno czyta. - Palcem wyciągniętej przed siebie reki wskazywała prosto w moja pierś. Po jaka cholerę ja tu przyszedłem a jeżeli już tak wyszło powinienem natychmiast wyjść. Bałwan bez wyczucia sytuacji. Teraz ja stałem się kolejnym powodem do rozpoczęcia kolejnej fazy tej domowej farsy. I zaczęło się wszystko od początku a wyglądało na to, ze uczestnicy słownej potyczki maja na tyle sil, ze potrwa ona jeszcze długo.
- Idę do domu, wpadnę kiedyś. - Chwyciłem za klamkę i wrzask Doroty zamroził mnie w tej pozycji.
- Zostaw ta książkę ty podły złodzieju. Namówił cie do tego ten poganin analfabeta, będziesz wynosił moje książki z domu. Gazetę weźmie do reki ale najlepiej taka z gołymi babami. - Czułem jak wpadłem w szambo po same uszy. Dorota nigdy tak się nie zachowywała i jest osoba z natury spokojna i baaardzo wyrozumiałą.
- Idę z nim na piwo, tyle ci powiem.
- Roman jak wyjdziesz z domu to możesz nie wracać.
- Warknąłem cześć i zamknąłem drzwi za sobą.
- Tylko przynieś ja jutro po pracy. Słyszysz. - Czerwona jak wsyp na pierze w oknie stała zona mojego kolegi. Słowa te rozniosły się po całej ulicy a skierowane były tylko dla moich uszu. Machnąłem ręką w geście zniecierpliwienia i wsiadłem do auta. Cisza zaległa raptownie jakbym wskoczył do basenu na 3,6m. Chyba ja pogięło przecież nie będę zarywał nocy aby skończyć książkę, to już nie te lata. Oj nie pogięło jej, o nie. Skończyłem czytanie nie przerywając nawet na sekundę. Jadłem, piłem mając przed oczami kolejne kartki. O kąpieli i myciu zębów nie było nawet mowy. Z wilgotnymi oczami dotarłem do końca. Przetarłem je wierzchem dłoni i zasiadłem przy komputerze. Jezu ja nic nie widzę, jakaś szara mgła unosiła się w pokoju. Ekran monitora jakiś taki ciemny. Okręciłem się na fotelu i rzuciłem okien na otaczającą mnie moja własną rzeczywistość. Jakoś tu inaczej niż zwykle, petów cala popielniczka a ostatni jeszcze się tli. Jego dym ledwo mieszał się z tytoniowym oparem wiszącym w połowie pomiędzy sufitem a podłogą. Kurtka, buty i spodnie leżały rzędem od drzwi do kanapy. Ale syf, posprzątam za chwile. Otworzyłem okno aby lepiej widzieć ekran bo w oddychaniu ten smog mi zupełnie nie przeszkadzał. Google, Nora Roberts, audiobooks, return. Ku mej uciesze wyszukiwarka nie spala o tej porze i odnalazła jakieś miliony stron w ułamku sekundy. Po kilku minutach w taki czy inny sposób ściągała się kolejna książka. Matko jaki jestem wykończony, łeb mi pęka od fajek a kolacji nawet nie tknąłem. Wszystkie czipsy zniknęły z szafki kuchennej, nawet te stare kiedyś tam otwarte. Brzuch mam jak słonica w ciąży. Jezu ale książka! Po kąpieli jakoś przywróciłem stan użytkowości mieszkania i zająłem się obmyślaniem planu na jutro, zerknąłem na zegarek. Nie na jutro a na dziś. Po dwóch godzinach snu odgłos budzika jak walących się ścian na moja głowę postawił mój umysł w stan tylko trochę mniejszego oszołomienia. To już chyba trzeba wstawać do pracy, zaświtało gdzieś w zakamarkach otępiałego umysłu. W samochodzie można robić wiele rożnych czynności równocześnie i wiele z nich jest tak samo niebezpiecznych jak przejechanie skrzyżowania na czerwonym świetle. Zanim dojechałem do pracy udało mi się połączyć bezprzewodowa słuchawkę z ipodem. Odszukałem plik z książką i tak na probe przycisnąłem "play". Działa i słychać idealnie. Słuchawka w uchu nikogo już nie razi wiec nikt na mnie nie zwróci uwagi. Na parkingu musiałem dosłuchać do końca rozdziału i spóźniłem się tylko osiem minut.
W ten oto sposób moje ciało przebywa w pracy a dusza ulega miłosnym emocjom. Ja po prostu nie wiem co się wokół mnie dzieje. S
łucham na okrągło.
W drodze do domu trochę musiałem zboczyć z drogi aby oddać książkę Dorocie.
- Żyjesz?
- Masz książkę?
- A jak sadzisz? Przyszedłem aby posłuchać dalszego ciągu waszych kłótni. Gdzie Romek?
- Pojechał do sklepu po jakieś obcęgi czy coś takiego, to nie moja działka i wziął chłopców ze sobą. Poczekasz?
- Wiesz...
- Zacząłem niepewnie. - Nawet dobrze, że go nie ma.
- I co stary pierniku będziesz mnie podrywał?
- Dorota pożycz mi następną książkę.
- Jej oczy były przerażone i zaskoczone. 
- Błagam. - Lekko uśmiechnęła się i walnęła mnie w plecy tak niefortunnie, ze zachłysnąłem się własną śliną. Kawał z niej baby nie ma co.
- No to mamy wspólny sekret. - Zarechotała wesoło. - No dobra tylko oddaj mi ja za... - Spojrzała na m
ą umęczoną postać i dokończyła. - ...za tydzień.

(247365)