piątek, 29 czerwca 2012

Pod aniołami.

Zagłębiając się w skale raptem wyszliśmy na czwarte piętro kolejnego pomieszczenia. Spoglądaliśmy na dachy kawałka miasta, można było nawet zajrzeć do środka domu przez okno w dachu. Co za fantazja i pomysł aby rozwiesić balony abyśmy poczuli się jakby podróżując nimi. W dole kilka eksponatów czterokołowych pojazdów. Tych bliższych naszym czasom jak tych z odleglejszej epoki. Po zejściu na dół, na poziom ulicy nie sposób nie zwrócić uwagi na wykafelkowany prawdziwy samochód. Kiedyś naszego starego gruchota p. wymalował sprejami w hippisowskie motywy ale nie wpadliśmy na tak zwariowany pomysł aby karoserię pokryć glazurą.
Patrząc na lalki, które nawet za szyba wyglądały jak żywe małe ludziki przypomniałam sobie moje straszydła tak dalece różniące się od tych wspaniałych i bogatych. Moje przypominały bardziej kosmitów o nieproporcjonalnych tułowiach i głupawym wyrazie twarzy. Co tu dużo gadać, dziadostwo dostępne na rynku w moich lalczynych czasach rozsypywało się w mgnieniu oka i trzeba było kochać i tulić taka kaleczna przytulankę z powyłamywanymi nogami. Serce się kraje na myśl jaka przepaść dzieli Wschód od Zachodu. Nawet pajacyk wycięty z papieru poruszający łapkami i nogami przy pociąganiu za sznurek przysparzał wiele radości. Tutejszy zbiór to istne pastwienie się nad wspomnieniem mego dzieciństwa. Wspaniale domki dla lalek i mebelki w nich umieszczone to istne arcydzieła. Pokazuje tyko kilka zdjęć z każdego tematu bo inaczej powinnam was wszystkich zaprosić do zwiedzania tego przybytku. Kilka zdjęć które zrobiłam nie przedstawiają tych najładniejszych eksponatów bo każdy kolejny domek był inny i jeszcze ładniejszy od poprzedniego. Wybaczcie zatem, ze te pokazane nie są zapierające dech w piersiach ale wierzcie mi, ze są i takie.
Nie widać początku ani końca tej hali gimnastycznej. Sufitu tez nie widać bo jest gdzieś wysoko pomalowany na czarno aby pogłębić uczucie otaczającej, niekończącej się przestrzeni. Co by nie powiedzieć na temat tej wyszukanej budowli to chyba niewielu właścicieli może pochwalić się wielorybem naturalnej wielkości zamkniętym w gabarytach domu. Jeżeli nawet jest to wielorybi osesek to robi dorosłe wrażenie. Na tym zdjęciu jestem na trzecim pietrze a całość tego niesamowitego ssaka jest łagodnie wygięta od parteru po drugie piętro gdzie sięga jego ogon. Od razu widać, ze z tym zwierzakiem, lekko wystraszona Ataner nie ma szans na przeżycie przy spotkaniu oko w oko. To miejsce poświęcone jest zbieractwu marynistycznemu i z zaciekawieniem oglądałam modele szkunerów, niespotykane muszle, zęby wielorybów oraz krzesło zrobione z ich kości-ości. 
  A tak na koniec to pomyślałam sobie, ze Titanic nie zatonął po uderzeniu w skałę lodową a po bliskim spotkaniu z wielorybem potworem:)
W poprzednim poście wspominałam o zamiłowaniu Alexa Jordana do samogrających instrumentow. Oto poniżej kilka fotek bez dźwięku niestety. Prawdę mówiąc to od razu da się wyczuć mechaniczna muzykę pomimo tego, ze nigdy nikt/nic nie zafałszuje nawet pojedynczego dźwięku.
Żołnierzyków są ze trzy armie, gotowych do rozpoczęcia bitwy. Sama nigdy nie bawiłam się ołowianymi żołnierzykami więc nie darzę ich sentymentem. Z kolei p. wolał wyrywać muchom skrzydła w młodości niż ustawiać nieruchome armie więc ani jeden nie załapał się na sesję fotograficzną
Jest kilka całych miniaturowych cyrków z widownią i zwierzętami. Istne szaleństwo, może lepiej, ze nie wiedziałam czym bawią się inne dzieci gdy byłam mała.
Utopia.
Takie słowo nasunęło mi się oglądając kolejna ekspozycje zgromadzonych rekwizytów lub jak kto woli „niecodziennych dzie
ł”. Popatrzcie sami na dwupiętrowy zegar i wiszący parowóz do jeżdżenia po drogach a nie szynach. Zachwycenie się rozwijającą się techniką przełomu wieków  znaleźć można na każdym kroku i w każdym miejscu tego jakże przestrzennego pomieszczenia.
- Ale bimbrownia. - Komentarz p. był jakby nie na miejscu ale przecież każdy ma prawo do indywidualnych odczuć. Może miał racje bo dlaczego nie. Własna destylacja alkoholu w swoim domu to nie lada usprawnienie zakupów. W dodatku możesz mieć taki alkohol jaki sobie wymarzysz.
Po kilku zakrętach i skrętach stanęliśmy przed organami które będą w użyciu za 500 lat. Ich wygląd a szczególnie registry umieszczone owalnie na gorze targały moja dusze i sama nie wiedziałam czy to moja imaginacja tworzy obrazy czy to co widzę jeszcze nie mogę nazwać i określić.
Nie jestem muzykiem i nie wiem czy coś co pokazuje poniżej jest do użytku. Czy da się na tym gra
ć i czy da się tego słuchać? Przynajmniej wygląda tak, że tylko profesor może zagrać na tych organach.
Klucząc korytarzami wchodzimy do jakby groty w której znajdują się dwie karuzele z lalkami. Jedna tylko na dwa pietra wysoka a druga mniejsza. Myślę sobie, ze to jakby wprowadzenie do głównej atrakcji czyli pełnowymiarowej karuzeli. Znów bajecznie kolorowe lalki przesuwają się przed moimi oczami. Stoję i patrze jak zauroczona. Teraz mam kilka lat i nie mogę oderwać wzroku od zachwycającego widoku. Delikatnie zostaje jednak sprowadzona na ziemie i po rozejrzeniu się dookoła znów jestem w rzeczywistym świecie. Trzeba iść dalej, tak mówi rozsadek który pod postacią p. ciągnie mnie za rękaw, ale mała dziewczynka ukryta w ciele dorosłej kobiety wolałaby zostać tutaj i patrzeć i patrzeć bez końca.
Wiedzieliśmy, ze główną atrakcją jest największa karuzela na świecie. Jakoś nie mogło pomieścić mi się w głowie jak karuzela zmieści się w jakimkolwiek pomieszczeniu. Nigdy wcześniej nie widziałam karuzeli w innym otoczeniu jak na trawniku lub boisku. Stojaca samotnie i otoczona ludźmi zawsze wydawała mi się duża więc tym bardziej byłam ciekawa jak to wygląda w lochach gdzieś w skale. Zmęczenie dawało się we znaki i chcieliśmy aby już wreszcie trasa, wydawałoby się bez końca, dobiegła do swego kresu.
Powietrze tutaj jakby gęstsze co wskazywałoby na to, ze jesteśmy chyba pod ziemia. Oddalamy się z tego cudnego miejsca i po chwili ugięły się pode mną nogi. Świat przestał istnieć, z dala widzę feerie świateł i słyszę walca w takt którego obraca się zupełnie fantastyczna karuzela, największa karuzela na świecie na której nikt nie jeździ.
Szlam w transie z oczami wielkimi jak spodki przyciągana zjawiskiem które pozostanie w mej pamięci do końca życia.
Zupełnie bezwiednie poddałam się huśtawce nastrojów, poczynając od zdumienia, radości, tęsknoty aż do lęku.

Jest co oglądać, nie ma dwóch takich samych postaci na wirującej platformie. Tysiące małych światełek przysparza o zawrót głowy a unoszące się nad nami anioły sprawiły, ze czułam się jakby przeniesiona do innego świata. Świata zaklętego w ścianach „Domu na skale”.

*****

Realizując pierwotny prześmiewczy projekt parodii willi Wrighta, Jordan nie przypuszczał, że w przyszłości jego „Dom na Skale” będzie odwiedzany rocznie przez 500 tys gości. Kto chce policzyć ile zostaje tutaj pieniędzy dojdzie do wniosku, ze to całkiem niezły interes. Nasza najdłuższa trasa kosztowała 57 dolarów na dwie osoby. Czy to dużo czy mało sami osadźcie. Na pytanie czy warto było odpowiem, ze tak. Jeżeli ktoś mnie zapyta czy mi się tam podobało odpowiem, ze nie wiem bo do dziś na samo wspomnienie tego domu dostaje zawrotu głowy jakbym przed chwila wysiadła z karuzeli. Przyparta do muru stwierdzę, ze aby odpowiedzieć na to pytanie muszę tam pojechać jeszcze raz.