piątek, 27 lipca 2012

Przed wschodem.

   Zanim wstało słońce my byliśmy już na nogach. Poranne mgły powinny pojawić się za dwa miesiące bo jesienią to zupełnie normalne zjawisko. Tutaj jednak na dzikim zachodzie wszystko może się zdarzyć, jak widać. 
Nie lubię Nebraski bo nudno jak diabli i znużenie dopada mnie ze zdwojoną częstotliwością. Wracając z Wyoming uciekliśmy z głównego traktu czyli autostrady I-80 aby rzucić okiem na zwykle omijaną ciekawostkę.
Chimney Rock (Kominowa Skała) znajduje się w zachodniej Nebrasce w powiecie Morrill tuz obok skrzyżowania drogi 26 i 92. Dla tych którzy uwielbiają dokładne namiary podaje lokalizacje co do sekundy;
  41°42' 13.24'' N
103°20' 53.58'' W
Zupełnie trudno uwierzyć ale pierwsza wzmianka o tej skale pochodzi dopiero z 1827 roku. Wcześniej prawdopodobnie na nikim nie zrobiła takiego wrażenia aby opisywać skalny szpikulec wysokości raptem 91 metrów. Wznosząca się nad niewielkimi pagórkami szpica była znakiem orientacyjnym dla podróżujących handlarzy futer wędrujących w stronę Kalifornii. Każdy nazywał ją jakoś po swojemu i zanim została oficjalnie nazwana Chimney Rock nosiła wiele imion a najpopularniejsze z nich to Chimley Rock, Chimney Tower i  Elk's Peak.
W 1956 roku miejsce to zostało uznane jako National Historic Site czyli w zrozumiałym dla nas języku miejscem o znaczeniu historycznym na terenie USA. Czy warto zaprzątać sobie głowę takim szczegółem jak Kominowa Ska
ła. Pewnie nie ale jedno wydarzenie z 1992 roku urozmaici tą opowiastkę. Otóż właśnie w tym roku podczas burzy piorun trafił w tą samotną skałę i skrócił ją o kilka metrów i teraz nie jestem pewna czy jej wysokość to 91 czy 87 metrów. Ile by nie miała to jednak warto przynajmniej wiedzieć, ze coś takiego znajduje się w miejscu którego synonimem jest stwierdzenie „płaska jak Nebraska”.

czwartek, 19 lipca 2012

Wróżę z nieba.

- Bedzie lało. - Zupełnie pozbawione sensu słowa p. spowodowały, ze spojrzałam na niego sponad okularów słonecznych z dużym zdziwieniem.
- Pogoda jak drut, słońce świeci i ani jednej chmurki na niebie. - Już od kilku dni jest ciepło na tyle aby cieszyć się latem.
- Bedzie lalo za dwa dni. - Nic nie wskazywało na zmianę pogody ale przecież ludzie różne bajdy bajają.
- Skąd wiesz? Lamie cie w kościach? - Jakoś nie chciało mi się rozprawiać na temat pogody pomimo tego, ze to najbezpieczniejszy z tematów na wszelkich przyjęciach i imprezach.
- Pilot mi powiedział. - Zupełnie bezsensowna odpowiedz.
- A co z góry widać, jak konewki szykują? - Nic innego mi nie przychodziło do głowy.
- Tego akurat nie ale opowiem ci skąd to wiem. - p. śledził coś na niebie a ja podążyłam za jego wzrokiem. Na lazurowym nieboskłonie leciał samolot a za nim ciągnął się ogon komety. - Widzisz biały ogon. - Niby pytanie poparte wyciągniętym palcem wskazującym.
- Ślepy by nie zauważył. - Każdy z nas przecież widział niebo poprzecinane smugami ciągnącymi się za odrzutowcami.
- Czy wiesz co utrzymuje ta kupę żelastwa ponad ziemia? 
- Jeżeli teraz chcesz pastwić się nad moimi brakami w wykształceniu to źle trafiłeś. Białogłowa jestem i nie muszę znać się na tych mądrościach. Z fizyki miałam piątkę tylko dlatego, ze siedziałam w pierwszej ławce ale pamiętam, ze różnica ciśnień nad i pod skrzydłem powoduje, ze jak to określiłeś ten złom nie spada nam na głowę.
- Brawo a wiesz co to jest silnik odrzutowy? - Tutaj akurat już dużo mniej wiedziałam ale widziałam samolotowy silnik z bliska i widziałam tysiące drobnych łopatek jak w wentylatorze. 
- Pewnie, ze tak. - Tutaj nastąpiła dłuższa chwila na zastanowienie. Widać było jak myślę. Tak p. nazywa te chwile. Dałam się wciągnąć w rozmowę na zupełnie obcy mi temat. Nie chciałam poddać się bez walki więc myślałam i kombinowałam. Gdzieś w zakamarkach mojej mózgownicy powinny i takie wiadomości zalegać ukryte gdzieś pośród innych niepotrzebnych na co dzień. W odruchu samoobrony i jednocześnie niszczenia swego organizmu zapaliłam papierosa. Przede wszystkim aby zyskać dodatkowe pół minuty na zastanowienie. Pomogło gdy zobaczyłam wydmuchiwany dym. Zupełnie jak z silnika odrzutowca. - To taki wentylator w rurze zasilany paliwem. - Moja mądrość o mało mnie wprowadziła w samouwielbienie i ciągnęłam dalej. - Dzięki obudowie powietrze nie rozprasza się i pod wielkim ciśnieniem wylatuje z tylu. - Czułam się tak dalece zadowolona, ze w moim wzroku i wyrazie twarzy kryla się nutka pogardy dla rozmówcy. Teraz czekałam na ocenę mych zdolności wymyślania odpowiedzi na poczekaniu i doczekałam się ale dopiero po dłuższej chwili. 
- Tak można to ująć w najkrótszym skrócie. Nie wiedziałem, ze rozmawiam z geniuszem. 
- Przestań paplać głupoty tylko mów czy palnęłam jakieś głupstwo. 
- Nie, nie, wszystko jest jak należy. Tylko jeszcze jedno pomocnicze pytanie jak pozwolisz.  
- A to co znowu, zgaduj zgadula jakaś, test mi robisz czy samemu sobie aby przekonać się z jak głupią kobieta żyjesz. - Już coś chciał powiedzieć ale ja jeszcze nie skończyłam swego wywodu i walnęłam z grubej rury. - Bo kobieta przecież nie jest człowiekiem, nieprawdaż? 
- Jedno pomocnicze pytanie, bardzo łatwe pytanie i nie obrażaj się bez powodu. Może za dwa dni wyżyjesz się nade mną ale teraz powiedz dlaczego w lodowce jest zimno. - Popiół z papierosa spadł mi na kolana i przez chwile zajęłam się strzepywaniem go na patio. O co tu chodzi, chodziło mi po głowie. Co ma samolot do lodówki? Nigdy nie lubiłam matematyki, chemii czy fizyki ale zagadki tak i to bardzo. Zaciekawiłam się do czego zmierza nasza niby rozmowa bo bardziej mi to przypominało egzamin z wiedzy technicznej niż rozmowę. 
- Ale dzisiaj dajesz czadu. Wiesz, ze jestem słaba w te klocki i jedyne co wiem na temat lodówki to to, ze silnik za pomocą pompy spręża gaz i … i potem ten gaz się rozpręża. Więcej nie wiem i jak nie chcesz mi zepsuć humoru to mów natychmiast po co to wszystko. Czy teraz będziesz się starał udowodnić, ze lodówka powinna latać
- Hola, hola nie tak szybko domowy Einsteinie. To było pytanie pomocnicze i już ci tłumacze po co te pytania bo jeszcze zapomnisz początku. - Jad kapał mu z pyska, chyba z zadowolenia ale nie dałam poznać po sobie, ze zgłupiałam całkowicie i rzeczywiście nie mogłam powiązać tematu samolotu z lodówką.
- To białe tam na niebieskim niebie. - Paluchem wskazywał rzeczywiście niebieskie niebo i białe chmurki pozostawione przez samoloty. - To jest lód. Z silnika odrzutowca wylatuje mieszanka powietrza ze spalinami pod dużym ciśnieniem. Poza silnikiem gaz rozpręża się i … - p. zawiesił głos jakby czekając na to, ze ja zakończę to zdanie, ale nie zakończyłam. Wpatrywałam się w niego jak w nauczyciela na fizyce. Zadziałało i p. dokończył. - Stad to pytanie o lodówkę. - Znów zawiesił głos w oczekiwaniu, ze zaskoczę ale tak jak na fizyce patrzyłam się z uwielbieniem mądrości wykładowcy nie dając żadnych szans na przepytanie. - Rozprężający się gaz drastycznie pobiera energie z otoczenia powodując spadek temperatury.
- To znaczy, ze za silnikiem robi się zimno?
- Tak, bardzo zimno i jak jest dużo wilgoci to niska temperatura zamienia t
ą wilgoć w kryształki lodu. - p. machnął ręką abym mu nie przerywała. - Tam wysoko gdy widzisz ogon za samolotem jest bardzo wilgotno gdy go za samolotem nie widzisz to nie ma wilgoci. Jasne? - Znów machnął abym mu nie przerywała. - Jeżeli taki ogon widzisz to wilgoć ta opadnie na ziemie w postaci deszczu w ciągu dwóch dni.
- Ale bajki. - Prychnęłam.
- W kościach nie musi łamać aby przepowiedzieć deszcz, w XXI wieku można posłużyć się odrzutowcem. Prawdopodobieństwo opadów z takiej wróżby to ponad 95%. I powiem ci coś w zaufaniu.
- Co? - Wyszła ze mnie prawdziwa kobieta chętna wysłuchania powierzanej jej tajemnicy.
- Ze jak trzeba to wróżę i z nieba.

sobota, 7 lipca 2012

Nieporozumienie

 Zbliżał się pierwszy w tym roku długi majowy weekend. Spragniona wypadu na łono natury większość ludzi planowała wyjazd z miasta. Kiedyś dawno temu wybraliśmy się na taki spęd w narodowe święto i wystarczyło na wiele lat. Tłok na autostradzie, brak wolnych miejsc na kempingu i zdziczały tłum dały nam w kość. O odpoczynku można było tylko pomarzyć. Więcej nie daliśmy nabrać się na dodatkowy wolny dzień. Siedzieliśmy zawsze w domu pozwalając innym na kotłowanie się w relaksujących miejscach. Kiedy naszła nas ochota na wyjazd to braliśmy wolny dzień z pracy i jechaliśmy wtedy kiedy nam pasowało.
W maju jest pierwszy taki weekend kiedy niedziela nie jest jego końcem. Mialam skończyc swoja tygodniowa harówkę w czwartek i do wtorku wolne. Hurra! Z p. nie ma problemu bo pracuje trzy dni w tygodniu a cztery ma wolne więc wymyśliłam, ze możemy przyśpieszyć wyjazd na weekend o jeden dzień i o jeden dzień go skrócić. W ten sposób wyprzedzimy tłumy w przyjeździe na kemping i wyjedziemy kiedy innym pozostanie jeszcze jeden dzień. Wydawało mi się, ze to świetny pomysł ale gdy podzieliłam się nim z p. on tylko skrzywił się jakby ugryzł pierwszy kęs kwaśnego jabłka. Minęło parę dni i znów podjęłam ten temat bo wiecie, ze kropla drąży skale. 
- Co myślisz o wypadzie na kemping? - Po długiej jak co roku zimie należy się nam w końcu chociaż chwilowa zmiana otoczenia i stylu życia. Zaczęłam się denerwować bo jakoś nie widziałam anielskiego uśmiechu męża, który poderwie swe pośladki i pobiegnie rozkosznie do składziku aby powyciągać namioty, materace, śpiwory i cala resztę wakacyjnego sprzętu. Ułoży wielka stertę w telewizyjnym pokoju i  atmosfera wakacji zapanuje dookoła. Nic z tego, siedział jak skala i tylko badawczym wzrokiem wpatrywał się uważnie we mnie. Przybrałam frywolny wyraz twarzy i beztrosko kontynuowałam. - No wiesz na ten najfajniejszy do Michigan. Będzie super, zobaczysz. - Zero reakcji. Czy moje słowa były zaklęciem zamieniającym człowieka w głaz? Jakoś wcześniej nikt nie zachowywał się tak obojętnie na moje słowa. No może tylko Petronela ale ja do normalnych nie zaliczam jak sami wiecie. 
- Zawiozę cię naszym nowym autkiem. Będziesz się relaksował przez cała drogę. - W zeszłym roku zmieniliśmy auto na tylko troszkę większe od poprzedniego. Jesteśmy zwolennikami aut użytecznych czyli pięciodrzwiowych nazywanymi przeróżnie w zależności od kontynentu. Można je nazwać hatchback albo kombi. Och gdzie te lata kiedy jeździłam kabrioletem? O moich autach napisze chyba oddzielny post w kilku odsłonach bo aut mieliśmy już dużo. Dlaczego użyteczne auta są nasza preferencja? Otóż auto przede wszystkim stoi. 90% swego żywota spędza na parkingu a gdy go używam ma to być pojazd przede wszystkim wygodny, zwrotny i powinien posiadać łatwość upakowania w nim cotygodniowych zakupów oraz sprzętu turystycznego na wakacje. 
- Kiedy? - Zapytała skamielina. 
- Wyjedziemy w czwartek wieczorem a wrócimy w sobotę w nocy. - Wydawało mi się, ze jeden muskuł na twarzy mojego wylewnego rozmówcy drgnął na nikły ułamek sekundy i jedna brew jakby się leciutko uniosła. Może uległam złudzeniu ale głos słyszałam. Omamy wzrokowe zdarzają się czasami gdy chcemy coś bardzo usilnie zobaczyć. 
- Ominiemy cały ten zgiełk, wolne miejsca powinny być bo będziemy wcześniej niż inni. - Zaczęłam się obawiać, że moja mina wyraża obawę która czułam głęboko w sercu. Dlaczego on nie chce jechać. Zawsze to ja byłam balastem u nogi a teraz role jakby się odwróciły. Chwile mijały i jeszcze nigdy sekundy nie wydawały mi się długie jak minuty.
- No dobrze, przyjdziesz z pracy zdrzemniesz się godzinkę i zawiozę cie dokąd tylko zechcesz. - Pod
łe zwierzę uśmiechnęło się do mnie.
   Czwartek minął mi szybciej niż zwykle. Po przyjeździe do domu zastałam to czego spodziewałam się, living room był składnicą nieużywanego sprzętu sportowego. Musiałam zrobić oczy jak spodki na ten bałagan bo p. zrobił oczy jak spodki na widok moich.
Dotarłam do łazienki nie bez problemu a p. zajął się jak zwykle pakowaniem auta. 
Po wyjściu z łazienki nie mogłam zapaść w natychmiastowy sen w stylu „wraca górnik po szychcie” i zanim poszłam w stronę sypialni upłynęły jeszcze dwie godziny podczas których bałagan z domu przeniosły nogi i ręce p. do auta. Sen nie chciał przyjść bo to nieodpowiednia pora na sen a jedynie na relaks. Relaksowałam się więc przez czas jakiś do momentu gdy p. przyszedł mnie obudzić.
- Już pora wstawać. - Usłyszałam delikatne słowa. Chyba jednak się zdrzemnęłam bo za oknem już było ciemno. Po godzinie zajęłam miejsce pasażera i w świetle reflektorów widziałam ulice a później autostradę wiodącą nas na kemping. Jak dziecko, w aucie śpię wspaniale. Po godzinie zmarzłam bo p. gdy prowadzi utrzymuje w aucie temperaturę, jak sam określa, która wprowadza go w stan hibernacji i właśnie w takim zamrożonym stanie może jechać i jechać aż musi zjechać na sikanie. Okryłam się śpiworem pod głowę podłożyłam dwie poduszki i ahoj przygodo znów śnię swój kolorowy sen.
- Zatankujemy i proszę o jak największą kawę. - Chyba p. ciągle ma mnie w swej pamięci jako nastolatkę. Kiedy się wygrzebałam z otulającego mnie śpiwora auto było już zatankowane, szyby umyte i on sam sta
ł przy moich drzwiach aby pomoc mi stanąć na nogach. Padał deszcz i biegiem, przesadziłam z tym biegiem, udaliśmy się w stronę budynku stacji benzynowej. Po wyjściu doznałam szoku, kolejnego od chwili gdy jesteśmy razem.
- Kupujemy drewno na ognisko? - Jak zwykle ktoś musi być logistykiem a ten inny czyli ja romantykiem. Jeden bez drugiego nie może funkcjonować w harmonii. Zupełnie zdezorientowana nie mogłam zaskoczyć czemu mamy tutaj kupować drewno takie drogie i w dodatku mokre.
- Kupimy na kempingu. - Wydawało mi się, ze jest to zupełnie naturalne bo robiliśmy to już wcześniej tam dokąd się udajemy. Krople deszczu padały nam na nasze głowy a my jak zaczarowani wpatrywaliśmy się w ułożone drewno na opal ładnie i równo ułożone pod ścianą obok głównego wejścia do stacji benzynowej. Fakt, ze mokliśmy nikomu nie przeszkadzał. Ciepła kawa popijana małymi łykami, bo gorąca jak diabli, utrzymywała nas w dobrym humorze.
- Jak to? Tam nie ma gdzie kupić. - I po chwili – Tam nie ma gdzie kupić drewna na ognisko.
- No przecież gdy płacisz za miejsce możesz kupić drewno. - Wreszcie błysnęłam intelektem. Czułam, ze p. został porażony moim trzeźwym myśleniem. Sta
ło się tak, ze p. został  nie tylko porażony ale również przerażony.
- Gdzie?????? - Czemu jego wzrok jest taki dziki? Czy coś nie tak? - To gdzie my jedziemy? - Syk s
łow z jego ust uderzył mnie potworna siłą, już teraz byłam obudzona i trzeźwa jak nigdy o północy pośród deszczu. - Tam nie ma gdzie kupić drewna. Pamiętasz jak kupowaliśmy na przydrożnych, samoobsługowych straganach. Pamiętasz? - Pewnie, ze nie pamiętam.
- No, jedziemy tam gdzie jest ładna plaza i latarnia morska. - Dla mnie było to oczywiste i nie miałam pojęcia po co to ca
łe zamieszanie.
- Tak, tam jedziemy. Taki kemping na dziesięć miejsc. Na skarpie wydmy. W Michigan. - Dystans pomiędzy nami zwiększył się od dwa kroki bo każde z nas cofnęło się o jeden aby spoglądać na rozmówcę od stop do głów. Zostałam obrzucona pełnym zaskoczenia wzrokiem a ja odwzajemniłam się uśmiechem numer 103 czyli tak zwanym „kocham cie”. Było jeszcze dużo s
łow zamkniętych w pełne zdania. Zdania wyrażające zdziwienie, przeprosiny, niedowierzanie i pogodzenie się z uśmiechem na licach. W tym czasie zmokliśmy do suchej nitki. Wobec zupełnego nieporozumienia wynikłego jeszcze w domu nikt nie zwrócił uwagi na stróżki deszczu sunące po szyjach za kołnierze. Włosy strąkami przyklejały się do czoła i nawet moje lewe ucho wysunęło się spod ułożonej kiedys fryzury. Kawa zupełnie ostygła gdy ustaliliśmy, ze każde z nas jedzie w zupełnie inne miejsce. Ja chciałam i byłam przeświadczona, ze jedziemy do Twin Rivers w Wisconsin nad jezioro Michigan podczas gdy p. wiózł nas do Stanu Michigan. 
Stacjobenzynowiec czyli pan za kasą ujrzał nas ponownie kupujących kawę i śmiejących się do rozpuku. Jego marsowa twarz udowadniała, ze już nie jednego wariata w swym życiu widział a dwóch naraz tez nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia i nawet życzył nam miłego poranka. 
Wreszcie ruszyliśmy w kierunku który wiódł nas do niezamierzonego przeze mnie punktu docelowego.
- I dlatego dziwiłam się, ze tak długo jedziemy. - Tam gdzie ja chciałam jechać były dwie godziny jazdy a tam gdzie jechaliśmy osiem. Bagatela. Wyciągnęłam butelkę rumu z bagażu pod tytułem „szkoła przetrwania”, pociągnęłam dużego łyka z gwinta i podałam butelkę kierowcy.
- Dziękuję ale nie. Za cztery godziny nie oderwiesz mnie od szyjki. Kawa w zupełności mi wystarczy. - Pociągnęłam jeszcze jednego łyczka bo jak butelka otwarta to szkoda aby procenty ulatniały się bez uzasadnienia i pomyślałam, ze mam wspaniale alibi aby nie zmieniać się z p. za kierownic
ą. Przez kolejne cztery godziny jazdy wycieraczki pracowały bez ustanku. Deszcz padał, wylewał się z nieba i perspektywa spędzenia cudownego weekendu przybrała barwy czerni pomieszaną z kolorem smoły. Do Hurricane River (Huraganowa Rzeka) dotarliśmy gdy już noc walczyła z dniem i ulewa uprzejmie ustąpiła lekkiej mżawce. Było na tyle jasno, ze można było tą porę dnia nazwać porankiem ale słońca skrytego za ciężkimi, deszczowymi chmurami nie widzieliśmy, było na tyle jasno, ze określenie „noc” nie wchodziło w rachubę. Auto zaparkowaliśmy na dowolnie wybranym miejscu numer osiem, bo nikogo oprócz nas nie było. Kałuże na miejscu na namiot nie napawały optymizmem. Włączone światła samochodu, gdyż jeszcze było na tyle ciemno, rozświetlały to miejsce. Radośnie wyskoczyliśmy z auta którego mieliśmy już szczerze dość po ośmiu godzinach. Zamiast świeżego powietrza na końcu USA zaatakowały nas miliardy owadów. Machaliśmy rękami jak w środku roju pszczół i dodatkowo musieliśmy zakrywać dziurki nosa aby nie zassać ich przy oddychaniu. Koszmar przybierał na rozmiarach do momentu gdy zapaliliśmy gazową latarnię i zawiesiliśmy ją z dala od nas. Całe fruwające paskudztwo poleciało aby opalić sobie skrzydła w pogoni za światłem. Namiot wyrósł jak na drożdżach bo wystarczy go rzucić i sam się rozkłada, do namiotu wrzuciliśmy samodmuchajace się materace i na koniec śpiwory i poduszki. Zamek błyskawiczny uniemożliwił fruwającym robalom dostęp do przygotowanego spania i rozpoczęliśmy urządzanie przynależnej nam przestrzeni. 
 Ognisko przede wszystkim a na nim śniadanie. Jak można przewidzieć nie kupiliśmy drewna opalowego więc ruszyliśmy na rekonesans po kempingu aby zebrać czego inni nie wypalili i pozostawili dla następców. Uzbieraliśmy trzy razy więcej niż nam mogłoby się przydać. Dodatkowo na naszym terenie leżała choinka złamana ponad powierzchnią ziemi. Jej cieńsze gałęzie znalazły się w ognisku gdy zostały oddzielone toporkiem od głównego pnia.
Ognisko buchnęło wielkim płomieniem i gęstym dymem z namoczonego deszczem drewna. Muchy i ich fruwajacy kuzyni zniknęli. Zastosowana podpałka w postaci kory brzozowej kolejny raz okazała się niezawodna, płomienie wysoko strzelały w niebo gdy zbliżył się do nas parkowy strażnik.
- Fire ban. Zakaz palenia ognisk. - Powiedział uprzejmie. Zamarliśmy w bezruchu. Jego słowa nagrały się w naszych mozgach ale wykazaliśmy oślą umysłową tępotę nie rozumiejąc ani jednego słowa. Akurat ja trzymałam nóż do krojenia chleba a p. toporek w swych dłoniach.
- Możecie dokończyć śniadanie a później zalejcie ogień. Zakaz ognia jest od dwóch godzin więc jesteście OK. - Gdyby p. miał wczesno średniowieczny topór zamiast sportowo-turystycznego toporka to wiadomym było, ze głowa niespodziewanego gościa zostałaby udzielona od tułowia jednym ruchem. Ja z kolei nożem wydłubałabym oczy z lezącej obok głowy. Nasze zamiary zostały odczytane przez pracownika Lasów Państwowych, na terenie którego usytuowany był kemping, i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. Staliśmy jak sparaliżowani mordercy którym realny obiekt nikczemnego czynu rozpłynął się we mgle jak upiorna zjawa.
- Słyszałeś?
- …, …...., …....., ….. . - p. wysławiał się zupełnie zrozumiale ale jego słowa nie nadają się do druku bo nawet nie mam pojęcia ile błędów mogłabym zrobić w jednym słowie nie mówiąc już o zdaniu. Wystarczy gdy napomnę tylko, ze w użyciu były intymne części ciała żeńskiego i męskiego a całość jakby przypominała rynsztokowa łacinę.
- W taka pogodę zakaz ognisk to zupełne chamstwo i nieograniczona głupota. Przecież bywaliśmy w Arizonie gdzie deszcz nigdy nie pada i tam nikt nie wpadł na taki pomysł! - Nie mogłam pogodzić się z tak bezsensownym zakazem.
  Nie wiele mogliśmy swym oburzeniem zdziałać na rzecz poprawy zgłodniałych ognia na świeżym powietrzu. Wyruszyliśmy więc na spacer po plaży a pogoda tylko czasami nam sprzyjała. W ciągu dnia było pochmurno ale za to wieczorami rozpogadzało się na tyle, ze z większa chęcią braliśmy aparaty w celu upolowania tego idealnego zachodu słońca. Byłam tak negatywnie nastawiona do ludzi zarządzających tym nieszczęsnym miejscem, ze gdy zobaczyłam taki oto znak
 to od razu odebrałam go jako „Spuść psa ze smyczy”. Moze byc wiele wariantow z ktorych wiele bedzie poprawnych jak np "Nie chodz gdy pies siedzi".
Spacerując bardzo urozmaicona plaza na której są odcinki kamieniste, skalne oraz bardzo miałkiego piasku można natknąć się na ukryte niebezpieczeństwo. Wraki starych statków handlowych do dziś straszą oraz wzbudzają zainteresowanie. Na wszelki wypadek wchodząc do wody zakładaliśmy wodne buty.
Nasze poczynania na plaży obserwował przedstawiciel tutejszej niezbyt bogatej fauny. Chipmunk grubasek wielokrotnie wskakiwał na leżący pień drzewa aby z wysokości lepiej widzieć co ludziska wyprawiają a wyprawiali różne cuda. Jedni wąchali kwiatki inni chcieli złapać motyla a inni obiektywami swych aparatów czekali aż właśnie on ustawi się w doskonalej pozycji.
My szukaliśmy malutkich drzewek jarzębiny. Niby wszystko jest dostępne na amerykańskim kontynencie ale trzeba wiedzieć gdzie to znaleźć. Po naszych smutnych doświadczeniach z nasionami lubczyku sprowadzonych z Anglii przez Francję i wysianych na tutejszej glebie wolałam zdobyć roślinkę. Nasze usilne poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem i dwie malutkie jarzębinki zostały wsadzone do butelki z woda. Na noc pozostawiliśmy je na zewnątrz aby jak najdłużej przebywały w naturalnej temperaturze. Od razu na zakurzonej tylnej szybie auta wypisaliśmy przypomnienie.