czwartek, 25 października 2012

Mieszane uczucia.

Pożegnaliśmy Memphis i Presleya a przed nami jeszcze tysiące kilometrów samych niespodzianek. Według zamierzeń jeszcze dzisiaj powinniśmy dotrzeć do Louisiany nad samo wybrzeże Zatoki Meksykańskiej. Główną atrakcja miał być Nowy Orlean. W miarę upływu czasu zmieniliśmy trochę nasze zamiary i postanowiliśmy zbadać okolice i zobaczyć jak ludzie żyją w miejscach zupełnie nienadających się do zamieszkania czyli sam środek bagien Louisiany.
Brak map w kieszeni za fotelem kierowcy zaskoczył nas oboje. Wiadomo, ze to obowiązek p. który miał zadbać o całość wyposażenia nas w sprzęt turystyczny. Skleroza lub chwilowe roztargnienie pozbawiły nas atlasu i dokładnych wcześniej przygotowanych map. Pozostał nam jedynie iPad i posługując się Google Maps wędrowaliśmy po nawet najwęższych drogach i dróżkach. Już od kilku lat posługujemy się taką elektroniczną wersją mapy ale zawsze jako zabezpieczenie lub raczej z przyzwyczajenia zabieraliśmy ze sobą starożytną wersje wizji świata z lotu ptaka. Pomimo dobrej nawigacji udało mi się trzykrotnie wyprowadzić kierowcę w pole. To moja podświadomość i jawna niechęć do mieszkania w namiocie pośród węży i bagiennych, nikomu jeszcze nieznanych stworów myliła drogę. Szczerze mówiąc chciałam tam pojechać ale wolałabym hotel.
W okolicach Nowego Orleanu autostrada zawisła w powietrzu podparta na betonowych wspornikach. Jechaliśmy już dość długo przez bagna a mój dobry humor zaczął mnie opuszczać gdy przede mną bagna, po prawej bagna i po lewej bagna.
Brr, gęsia skórka często pojawiała się na mych plecach gdy tylko wyobraziłam sobie siebie pośród parujących i zdradzieckich mokradeł. Było czego się obawiać bo reżyser wyprawy znalazł „idealne” miejsce noclegu. Pod namiotem w Grand Isle State Park miało być wspaniale.
Po środku kanał dla statków a po jego obydwu stronach drogi. Jedną z nich jedziemy na zatracenie i czułam się jak ten statek wyrzucony na brzeg, pozbyta naturalnego środowiska i zagubiona w domysłach i obawach.
Słonce chyliło się ku zachodowi i już było jasne, ze na nocleg dotrzemy w nocy.

piątek, 19 października 2012

Elvis Presley (dla Rinki)



 Posługując się mapą i w obrębie miasta drogowskazami zmierzaliśmy prosto do Graceland, domu Elvisa Presleya. Ktoś w środku auta przycisnął elektryczny zamek w drzwiach i zostaliśmy zablokowani przed otaczającym nas światem zewnętrznym. Okolica przez która przejeżdżaliśmy do złudzenia przypominała te których wystrzegamy się od lat. Zamiast opisu niech zdjęcia przemówią swa magia bo ja mogłabym dodać coś za dużo lub za mało i obraz byłby zniekształcony.

Na parkingu było jeszcze mało pojazdów i wybraliśmy miejsce w cieniu drzewa aby po powrocie wsiąść do w miarę chłodnego auta. Zupełnie jakby tylko dla nas zbudowali to wejście ale jak na mój gust to brakło czerwonego dywanu po którym mogłabym stąpać jak wielka gwiazda.
Cennik wyraźnie wskazywał, ze nie załapujemy się na zniżkę ani dla dzieci ani dla starców więc z bólem serca płacimy za ta najkrótszą trasę i przymusowo zostaliśmy uwiecznieni na zdjęciach które będą gotowe po skończeniu zwiedzania. Pamiątkowe zdjęcie jest w cenie biletu i mało kto nie podda się dobrowolnie takiemu miłemu przymusowi.
Zaraz za fotografem stoi minibus do którego wskoczyliśmy na pierwsze miejsce aby lepiej widzieć trasę dojazdowa. Ku mojemu zdziwieniu zostaliśmy przetransportowani na druga stronę ulicy gdzie mieści się Graceland. Całość trasy to jakieś 400 metrów!
Totalny bezsens, za taka kasę powinien być ruchomy chodnik w ładnym rękawie ponad ulicą. Takie coś przecież istnieje i nie zatruwa środowiska śmierdzącymi i rakotwórczymi oparami Diesla. Według badan Światowej Organizacji Zdrowia spaliny silnika wysokoprężnego są tak samo niebezpieczne jak łuszczący się azbest.
Trudno mi jednoznacznie odnieść się do domu Elvisa Presleya bo już dawno zmieniły się standardy mieszkań czy luksusu. Widać, ze niebotyczne sumy do dziś zachwycają i wiele pomysłów sprzed lat można uznać za nowatorskie w naszych realiach. Czy to wszystko ładne czy brzydkie pozostawiam do osadu oglądającym.
Mnie całość podobała się ze wskazaniem na kolekcje złotych płyt i szałowych ubiorów boskiego Elvisa.
Rozmarzona Ataner dalszą podroż z chęcią kontynuowałaby takim właśnie samolotem ale niestety całą trasę pokonaliśmy własnym samochodem i ta perspektywa nie odebrała nam dobrego humoru co udało nam się uwiecznić na zdjęciu poniżej.
Już teraz zapraszam na relację z bagnistej Louisiany!

środa, 10 października 2012

Havana

Wszystkich zapewniamy, ze zyjemy i w szalonym tempie przemieszczamy sie z miejsca na miejsce. Dotarlismy na sam kraniec Ameryki i za mna juz tylko Havana. Dalej jechac sie nie da bo most raptem skonczyl sie w Key West.
Jak na okres posezonowy to Floryda wcale nas nie oszczedza. Dzisiaj bylo tylko +30C i pomimo roznych barier przeciwslonecznych jak kremy z filtrem, kapelusze i koszule z dlugimi rekawami to i tak jestesmy bardziej czerwoni niz pierwsi mieszkancy tego kontynentu zwani czerwonoskorymi. Na dodatek oczy mamy wypalone sola ktorej jest baaardzo duzo w Atlantyku.
Juz ledwo zyje a jeszcze tyle przed nami.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie:)

czwartek, 4 października 2012

Wakacje

Świetny pomysł wielkiego podróżnika (którego ślady odnajdziecie po prawej stronie pośród ulubionych blogów pod nazwa "lachman") aby przedłużyć sobie lato wcielam w życie. Wybieram się na południe aby odwlec spotkanie z jesienią. Trasę wycieczki mamy dość oględnie ustalona i dlatego nie chce opisywać szczegółowo miejsc które chcemy odwiedzić. Moge jedynie zdradzić początek. Na pierwszy ogień pójdzie Graceland bo w Memphis oprócz tego miejsca jest jeszcze tylko główna siedziba Fed Ex. Przejeżdżając przez Memphis nie można nie odwiedzić wiecznie żywego Elvisa bo to jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffela czy placu Pigalle. W stolicy Francji jest takich koniecznych miejsc do zaliczenia bez liku, ze aż głowa boli. W Memphis głowa od atrakcji mnie nie rozboli i bez zastanowienia odwiedzę jedyna z nich. Później zapewne zgubie się w bagnach Luizjany gdzie panoszy się Nowy Orlean. Co będzie dalej nie wiadomo i już teraz zapraszam was za kilka tygodni na pierwsze relacje z wakacji.