piątek, 23 listopada 2012

Bagna Luizjany

  Już na samym początku odczuliśmy niedosyt posiadania tylko auta na wakacjach. Plaski tutaj teren i tak na prawdę to niewiele widać. Daje się odczuć wielka wodę dookoła ale jej nie można zobaczyć. Nie wiadomo czy jedziemy po kawałku lądu czy po sztucznie usypanym nasypie.
- Powinniśmy mieć samolot. - Tak zupełnie niespodziewanie i naturalnie dostałam obuchem w głowę. Zdanie to wypowiedziane zostało przez p. bez emocji w stylu „powinniśmy kupić ogórki na obiad”. 

- Czy chcesz powiedzieć, ze zamiast auta będziemy mieć samolot? - Musze przyznać, ze pomysł bardzo mi się spodobał. Łatwiej będzie przemierzać nieskończone obszary Ameryki ale p. wyprowadził mnie z moich wspaniałych marzeń. 
- Nie. Myślę o uprowadzeniu lub wynajęciu bo mam niedosyt widoków. - Nuda nie grozi mi do końca życia bo pomysłami  p. sypie jak z rękawa ale wiele z nich przynajmniej dla mnie jest nie na miejscu i ten według mnie takim właśnie był. Gdzie teraz samolot na takim zadupiu. Zapewne tutaj nawet nie ma lotniska bo lądu dookoła mniej niż wody. 
- Helikopter to jeszcze tak ale samolot to wybij sobie z głowy. Tutaj samolot nie ma prawa bytu. - Wydawało mi się, ze sprowadziłam p.na ziemie i chciałam kontynuować dalej gdy raptem … 
 - O! Proszę bardzo, jest. - Zatrzymaliśmy się na czyimś podjeździe do domu bo pobocza tutaj nie było. Ludzie maja rożne zdolności, jedni wywołują duchy, inni wprowadzają swe słowa w czyn a jeszcze inni maja zdolność do zmieniania rzeczywistości. Przed nami na podjeździe albo na podplywie do domu stal samolot. Hydroplan właśnie szykował się do odpłynięcia aby gdzieś dalej znaleźć miejsce do odfrunięcia. 
- Trochę za późno przyjechaliśmy, może udałoby nam się namówić pilota na krotki lot nad bagnami. - Kiwnęłam głową potakująco ale moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej. Jeżeli p. ma aż takie zdolności to powinnam zacząć kontrolować jego myśli. Do tej pory wszystko szlo w jak najlepszym kierunku.
- To dobrze. - Powiedziałam  z głębokim przekonaniem gdyż już wizja kolejnego spełnienia się marzeń męża zaczęła zaprzątać m
ój umysł.
- Dobrze? Co ty gadasz, za stówkę moglibyśmy wzbić się w g
óre i zobaczyć bagna jak na dłoni. - Rozumieć się a zgadzać się to dwie różne rzeczy. Miedzy nami istnieje porozumienie ale o zgodności w stu procentach nie ma mowy. - Odleciał.
  - Odpłynął czy jak to się nazywa. Jak nazwać odkołował na pas startowy na wodzie? Jak? Cwaniaku? - p. położył uszy po sobie bo akurat w tym temacie niewiele mieliśmy obydwoje do powiedzenia. Dalej dumałam o tym aby p. przestał rozmyślać i zajął się teraźniejszością. Wyobraziłam sobie, ze w umyśle p. powstaje wizja ogromnego tornado, największego na świecie i cały teren na którym obecnie przebywamy jest zalewany przez nadciągające znad zatoki olbrzymie fale. Nie mamy gdzie uciekać i topimy się nieodwołalnie.

- Kochanie to nic, nie przejmuj się, jest wspaniale. Nie zawsze musi być jak chcesz. - I moze lepiej aby tak nie bylo. Usilowalam odwiesc p. od marzen i fantazji.
- Cały ten nasz wyjazd to pomyłka. Jesteśmy w miejscu gdzie nic nie widać. Bagna. Niby gdzieś są wokół nas ale tego nie czuje. - Jego frustracja była odzwierciedleniem otaczających nas widoków.

- Co trzyma ludzi w takim miejscu? Ja piechotą poszłabym w każde inne miejsce jak najdalej stąd. - Tylko pozornie to miejsce wygląda na zapomniane przez Boga. Biedny tu się nie utrzyma. Ci, którzy mieszkają w tak obrzydliwym miejscu muszą zarabiać więcej niż gdzie indziej. Kuszącą propozycją na życie zapewne jest ropa zalegająca pod powierzchnią wody Zatoki Meksykańskiej.
Czułam się przytłoczona widokiem jakby z Bora Bora (o ile dobrze pamiętam), tutaj Ameryka wysmyknęła się spod stereotypu dobrobytu i zamożności. Zupełnie inny świat pokazał nam swe oblicze. Domy na palach nikomu nie kojarzą się z USA ale istnieją tutaj dając świadectwo zróżnicowania tego kraju. W duchu i po cichu błogosławiłam zwariowany pomysł aby od razu poznać serce Luizjany i odłożyć na później wizytę w Nowym Orleanie o ktorym będzie już niebawem.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Gadam z gadem.

Dzisiaj będę musiała sama serwować śniadanie bo p. gdzieś przepadł. Miałam nadzieje, ze poszedł się wykąpać ale nie zabrał ze sobą ręcznika ani pojemnika z przyborami do pielęgnacji ciała więc zaczęłam się wkurzać gdzie to dziadzisko polazło bez uprzedzenia mnie. Tysiące myśli zaatakowało mnie i oczywiście te najczarniejsze były pod ręką. Będę musiała zrobić karczemną awanturę gdyż czułam się nieswojo sama na kempingu. Nikt mi nie przeszkadzał w rozmyślaniach i raptem doszłam do wniosku, ze ja nigdy nie zrobiłam karczemnej awantury i nie mam pojęcia jak się ja wywołuje. Jeszcze chwila zastanowienia i odkryłam, ze ja nigdy nawet nie opieprzyłam p. Jesteśmy razem przez „dzieści” lat a ja nigdy nie powiedziałam mu złego słowa. Pogrążona w rozmyślaniach nawet nie zauważyłam kiedy nadszedł p.
- Czy ty wiesz, ze ja nigdy nie zrobiłam ci awantury? - Słowa jakoś same płynęły z moich ust jak gorski potok na wiosne i wcale nie czekałam na ich potwierdzenie. - Tak sobie siedzę tutaj i rozmyślam, ze jestem albo nienormalna albo idealna. Pomyśl sam jak można przez tyle lat nie pokłócić się, powinnam znaleźć się w Księdze Rekordów. - Słysząc te słowa p. zrobił oczy jak spodki a ja doszłam do wniosku, ze... - ja to jakaś Święta jestem. Skąd tyle wyrozumiałości i anielskiej cierpliwości we mnie sama nie wiem. Nikt by z tobą nie wytrzymał tyle lat. W szczególności gdy oboje wiemy jaki masz paskudny charakter. 
- A … - Wcale nie chciałam słuchać co ma w tej chwili do powiedzenia słuchacz. Wzięło mnie na rozprawianie o swych zaletach. Wpadłam w jakiś trans krasomówstwa co wcześniej mi się nie zdarzało. Zapaliłam kolejnego papierosa do kolejnej kawy i gadałam i gadałam jaka jestem wspaniała.
- A nie... - Znów nie dałam p. dojść do słowa wychwalając swe zaiste niecodzienne zdolności do zażegnywania nieporozumień. Zaraz, zaraz co on chciał powiedzieć? Chyba chciał mnie nazwać... Tak on chciał mnie nazwać „anie...”, tak mój biedny p. jednak mnie kocha i chciał nazwać mnie aniołem. Jaka jestem niesprawiedliwa i być może całe to moje gadanie to już kłótnia? Nie, jaka tam kłótnia te spokojnie wypowiadane słowa nie są kłótnią. Jeszcze raz, „anie...”, tak już pojęłam i od razu pożałowałam, ze nie pozwoliłam aby te cudne słowa wdarły się w ma dusze jak gwałtowna lawina. Chce to usłyszeć, chce usłyszeć jak p. mówi do mnie „aniele ty mój”. O ukochany! Zamilkłam i spojrzałam na niego z taką miłością jak wtedy gdy ujrzałam go pierwszy raz i skradł me serce na zawsze. Mów! Mów mi te słowa miłości! Krzyczało me serce a usta przygryzłam aby nie drzeć się wniebogłosy. 
- A nie pomyślałaś, ze to ja jestem ideałem? - To nie były słowa których oczekiwałam, to były obce słowa, złe i okrutne. Jakaś słabość mnie ogarnęła i nie mogłam zrozumieć ki diabeł je podszepnął. 
- Co? Ze co? Ze niby ty? Ty ideałem? No nie mogę! - Z razu krótki urywany śmiech jak parskniecie konia rozniosło się echem po pustym kempingu. Takiego biegu sprawy nikt by nie wymyślił, nikt oprócz p. Jak grochem o ścianę, jak gadał dziad do obrazu a obraz ani razu tak moje słowa poleciały w przestrzeń kosmiczna a nie do serca ukochanego. Ręce opadają. Moje ręce opadły po chwili na brzuch bo zanosiłam się śmiechem, szczerym śmiechem rozbawiona do łez komizmem tej sytuacji.
- Oj ty mój ideale, ty gadem podłym jesteś. Gadzina z głazem zimnym i oślizłym zamiast serca. - Gdy emocje opadły ruszyliśmy na podbój bagien. Nie mieliśmy dużego wyboru bo droga tylko jedna i szczerze mówiąc to nie spodziewaliśmy się, ze spotka nas coś bardzo atrakcyjnego. Widzieliśmy co nieco w nocy ale właśnie noc nadała tej okolicy bardzo tajemniczy wygląd i chciałam jak najszybciej obejrzeć to w pełnym słońca dniu. A słońca było aż nadto bo jak udało mi się zaobserwować to nie było tutaj ani jednego drzewa oprócz na sile zasadzonych palm. Bez drzew nie ma cienia i od wschodu do zachodu słońca wystawieni byliśmy na działanie tak wytęsknionych promieni słońca w ciągu jesieni. Wokół kempingu nie było takich bagien jakie sobie wyobraziłam więc postanowiliśmy udać się w pobliże portu morskiego bo droga zapowiadała się interesująco. Ledwo zdążyłam rozsiąść się wygodnie w fotelu gdy mój kierowca oszalał. Nacisnął gaz do dechy i zaczął wskazywać coś w dali a słowa jego były o wiele bardziej dosadne niż przytoczę. 
- Popatrz. Tam coś lezie. Cholera muszę zdążyć. - Skrzynia biegów przeskoczyła o dwa przełożenia w dół i auto uniosło dziób jak łódź, silnik zawył a ja zaskoczona nie wiedziałam co się dzieje wokół mnie.
- Tam! - p. palcem wskazywał drogę przed nami. Jak wspomniałam rozluźniona i przygotowana na pół godziny względnego wypoczynku zabłądziłam myślami na tereny mnie tylko znanego lądu i byłam daleko od teraźniejszości. Chwil
ę zajęło mi powrócenie do tu i teraz. Przed maska auta zauważyłam coś na drodze. Przez drogę przechodził żółw. Pasy bezpieczeństwa to doceniany prze mnie wymóg, szczególnie z takim kierowca jak p. Przeważnie z auta wysiadam jako druga ale tym razem zaskoczyłam nawet siebie. W sekundzie odnalazłam aparat fotograficzny i zaskoczyłam się ponownie bo wręczyłam go p. i pobiegłam na spotkanie dużego gada. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i nie moglam się rozdrabniać aby brać ze sobą aparat. Nie było tutaj pobocza i p. zatrzymał się na prawym pasie ruchu, włączył światła awaryjne i podążył za mną. 
- Idź stad bo cie coś przejedzie. Moj drogi uciekaj z drogi. - Żółw przysiadł i zaczął głośno prychać na mnie. Odwrócił się w moja stronę i złowrogo spoglądał na mnie. 
- Idź do swoich bagien bo zginiesz. - Ten, nie dość, ze duży to paskudny gad ruszył swe ciało i zaczął żwawo iść w kierunku skąd przybył. Teraz p. zagrodził my drogę. Rzucił się na asfalt i wycelował w niego obiektyw aparatu.
Na lewym pasie drogi zatrzymał się pickup i droga została teoretycznie zablokowana w obydwu kierunkach. Wysiadł z niego kierowca i dołączył do naszej zwariowanej dwójki. Ja proszę żółwia aby poszedł sobie do domu, p. leży na drodze robiąc zdjęcia z poziomu asfaltu a gość stoi sobie obok nas i mówi; „jak żyję tu dwadzieścia lat to nie widziałem takiego żółwia, one są słodkowodne”. Jemu zajęło to dwadzieścia lat a nam raptem jeden dzień. Na samą myśl, ze mamy taką zdolność do spotykania dziwnych rzeczy wzdrygnęłam się co może nas spotkać w amazońskiej dżungli albo wieczorem w namiocie. Obecnie w zupełności wystarczało mi to co widziałam. Dziwny żółw, długonogi żółw z częściową skorupą wydawał się jakby przybył sprzed miliona lat przed naszą erą. Na dodatek jego ogon naszpikowany obronnymi łuskami sprawiał, ze całość tej pokracznej gadziej istoty kojarzyła mi się z dinozaurami.
Obejrzałam go dokładnie i znów poprosiłam go aby poszedł sobie w bardziej ustronne miejsce. O dziwo usłuchał mnie i po chwili zniknął w wodzie stojącej zaraz obok drogi. Tak się złożyło, ze miałam dzisiaj dwie rozmowy (jeżeli moje monologi można nazwać rozmową) z dwoma różnymi gadami, dwu i czteronożnym i wyznam bez bicia, ze lepszy kontakt miałam z tym ostatnim i wcale mnie nie rozczarował.
Słów kilka o samym żółwiu:
 Żółw jaszczurowaty, skorpucha jaszczurowata, żółw kajmanowy (Chelydra serpentina) – gatunek gada z rodziny żółwi skorpuchowatych z podrzędu żółwi skrytoszyjnych.
Półwodny tryb życia, płytkie rzeki o mulistym dnie lub bagniska. Często wychodzi na ląd i znacznie oddala się od wody.
Zwykle przebywa w płytkiej wodzie zagrzebany w mule i nieruchomo czatuje na zdobycz. Jest słabym pływakiem. Bardzo ruchliwy i agresywny. W odróżnieniu od innych żółwi w razie zagrożenia nie usiłuje schować się do pancerza tylko podejmuje walkę kąsając boleśnie szczękami. 
Żółw jaszczurowaty uznawany jest za gatunek niebezpieczny dla ludzi.
Długość karapaksu do 35 cm. 
Masa ciała do ok. 15kg, a wyjątkowo do 30 kg. 
Półwodny tryb życia, płytkie rzeki o mulistym dnie lub bagniska. Często wychodzi na ląd i znacznie oddala się od wody.
Pokarm 
Małe zwierzęta jak ryby, żaby, pisklęta ptaków wodnych, a na lądzie jaszczurki, węże i małe ptaki. Również pokarm roślinny i padlina.

piątek, 2 listopada 2012

Helikopterotaxi

Do kempingowej noclegowni dotarliśmy otoczeni ciemnością absolutną i tylko w świetle reflektorów mignął nam napis Grand Isle ale na tyle późno, ze musieliśmy zawrócić aby wjechać w wąską drogę. W nocy wszystko wydaje się inne niż za dnia i dziwiliśmy się nazajutrz, ze można minąć tak dobrze widoczny znak. Podczas płacenia za kemping padło kilka sakramentalnych pytań aby uspokoić moje obawy. Pierwszym i najważniejszym było; czy są tutaj krokodyle. Panienka wręczając nam świstki, ulotki i dowód opłaty na dwa dni uśmiechnęła się z pobłażaniem i oświadczyła, ze krokodyle są w Afryce Południowej a tutaj tylko można spotkać aligatory. Dodała z wyższością znawcy i mieszkanca tych okolic, ze jest za zimno aby nas nawiedzały. I tu byliśmy o milimetr od słownego konfliktu bo przygotowując się do wyjazdu wyczytaliśmy w mądrych opisach bagien Florydy, ze już i w Ameryce są krokodyle. Tak więc nie dajcie się wypuścić w maliny i pamiętajcie, na południu Florydy są te dwa rodzaje potworów. Czy są w Luizjanie nie wiemy i chyba tylko dlatego p. nie wdał się w słowną potyczkę z pracownikiem kempingu. Odpowiedz na drugie pytanie przynajmniej mnie wmurowała w fotel kiedy p. udawał bohatera. Z uśmiechem na twarzy i lekkim niedowierzaniem p. zapytał czy jeśli nie ma aligatorów to czy są przynajmniej węże. Okazało się, ze tak, są wszędzie i należy uważać ale jest za zimno i raczej ich nie spotkamy. Uśmiech na twarzy informującej nas o tym młodej dziewczyny wydawał mi się zupełnie nie na miejscu. Ja skurczyłam się o dwa numery i zbladłam czego nie dało się zauważyć w marnym świetle przy wjeździe na kemping. 
- Jakoś tu pusto, prawie nikogo nie ma. - Oprócz dwóch pojazdów kempingowych nie było ani jednego namiotu. Usiadłam na ławce i nogi same uniosły się w gor
ę. Stopy oparłam na siedzeniu, rekami oplotłam kolana i w takiej bezpiecznej pozycji czekałam na ciąg dalszy. Nie dane mi było jednak tak spędzić nocy.
- To ja szybko przygotuje spanie a ty zrób coś do picia bo z emocji w gardle mi zaschło. Węży nie ma bo jest zimno. Słyszałaś, ze węży nie ma? - p. wydawa
ł sie zupełnie niewzruszony.
- Słyszałam zupełnie coś innego i nie uważam aby +25C było nieodpowiednia temperatura dla węży. W dzień było +32C i musza gdzies czaic się ...
- Daj spokój bo zaczynasz wpadać w obłęd. Nie ma tutaj węży!
- Do namiotu przefrunęłam prawie nie dotykając stopami ziemi i zawinęłam się szczelnie w śpiwór. Sen przyszedł niebawem. 
Jeszcze zanim słońce wstało p. wytaszczył swoje ciało z naszego mikroskopijnego domu i zaczął stukać pojemnikami i garami co dobrze wróżyło, ze wkrótce będzie kawa. Zamknęłam oczy zaciskając powieki ale już nie mogłam dospać swoich porannych pieciu minut przed wstaniem. Przeszkadzał mi w tym odgłos nisko przelatującego co jakiś czas helikoptera. 

Skąd to cholerstwo na takim odludziu nie miałam pojęcia ale dzielnie czekałam na kojące moją duszę słowa "kawa gotowa". Dokładnie obejrzałam wnętrze butów abym nie została zaskoczona przez śpiące w nich skorpiony, żaby albo inne stworzenia którym zachcialo się spędzić noc w moim bucie. Niczego nie znalazłam i w zdecydowanie lepszym humorze zasiadłam do porannej kawy. Postanowiliśmy po kąpieli zwiedzić plażę i dopiero około południa zjemy pierwszy posiłek. Żołądki mieliśmy pełne jeszcze od wczoraj bo siedzenie w bezruchu w aucie przez cały dzień nie sprzyjało trawieniu.  
Wyspa na której znajdowaliśmy się nie może pochwalić się ładnymi plażami czego można było się spodziewać bo to przecież zatoka a nie otwarty ocean. Piasek lekko brązowy i małoprzejzysta woda w Zatoce Meksykańskiej nie kusiły nas do kąpieli. Plaża szeroka, że aż pozazdrościć, słońce już od szóstej trzydzieści praży niemiłosiernie i wydawać by się mogło, ze to lato a nie jesień. 
Zupełnie bezludna pla
ża aż prosiła aby rozłożyć koc i wylegiwać się w promieniach słońca. Jednakże taka forma lenistwa jest wprost niemożliwa w tych okolicach ze względu na to ze piasek plaż zamieszkiwany jest w głównej mierze przez kraby. 
Sprytne i zwinne stworzenia spotkać można również na wydmach jak i po za nimi od strony lądu. 
Ulgę zmęczonym nogom zapewniają zatem krzesełka a nie koce czy ręczniki rozłożone bezpośrednio na piasku.
Spotykaliśmy małe, średnie i duże kraby ale nasze próby złapania chociażby jednego okazu nie powiodły się. Ścigane przez nas dziesięcionogi miały tyle rożnych dziur do których uciekały przed nami, że w końcu z myśliwych zmieniliśmy się w obserwatorów bo nie mieliśmy szans na upolowanie chociażby najmniejszego okazu. W dzień odpływ jest tak znaczny, że plaża poszerza się o jakieś dwadzieścia metrów. Cofająca się woda pozostawia na dnie zaspane i chore jednostki morskiego życia. Spacerując z ciekawością przyglądaliśmy się obecnie plaży i niedostępnym wcześniej okazom.  
Kiedy my byliśmy zajęci tym co zostawił ocean inni mieszkańcy przypatrywali się nam z niebywałą ostrożnością. 
Już dawno po sezonie i zapewne ten ptak już odzwyczaił się od zwiedzających te okolice tłumów turystów. Patrzył na nas tak jakby zdziwiony co o tej porze roku ludziska tu porabiają. Trochę znudzeni polowaniem na małe rybki i ciągle niedostępne kraby odsunęliśmy się w stronę wydm aby tam znaleźć coś czego nie mogliśmy znaleźć w bliskości wody. Wydawało mi się, ze powinnam znaleźć coś co zapamiętałabym na długo. Taki właśnie rodzynek trafił się bardzo szybko i powiem wam, ze spotkanie z nim trochę ostudziło mój zapał aby spotkać coś niesamowitego. Natknęłam się na kraba jak męska dłoń podążającego w stronę wody. Stanowiłam dla niego przeszkodę i to mądre zwierze starało się ominąć mnie w bezpiecznej odległości. Ja starałam się zastąpić mu drogę i tu można polemizować które stworzenie miało więcej oleju w głowie. Poczułam się jakbym walczyła z wygłodniałą lwicą, zastępowałam mu drogę i wreszcie zbliżyłam się do niego na wyciągniecie nogi. Byłam na tyle przezorna, ze nie chciałam go dotknąć ręką. Wyciągnęłam więc swą prawą nogę i starałam się sprowokować kraba giganta do jakiejś dramatycznej reakcji. Krab poczuł się zagrożony i zaatakował mą stopę zbrojoną jedynie w cienkie paski sandała. Swymi wielkimi nożycami w które wyposażona była jego prawa "ręka" ciął w odległości zaledwie kilku centymetrów od mojego palucha. Odgłos chybionego ciecia był tak głośny, ze odskoczyłam jak śmiertelnie przestraszony kot. Znalazłam się od niego dwa metry dalej w ciągu ułamka sekundy. Krab podążył w stronę wody a ja jeszcze długo dochodziłam do siebie. Po chwili dotarł do mnie p. i z politowaniem w oczach pogładził mnie delikatnie po dłoni, którą ciągle przyciskałam do piersi w okolicach serca. Pominę jednak jego słowa bo nie zmienią one całości posta a mogłyby źle wpłynąć na osąd mej skromnej osoby. 
- Kuchnia obciął by mi palca przez moja g
łu... nierozwagę. - Dlaczego nie słucham mądrzejszych ode mnie. Pamiętam jak p. opowiadał mi o swoim pierwszym spotkaniu sprzed lat z krabem w oceanie i jak został uszczypnięty przez jakiegoś malucha. O bolesnym i nieoczekiwanym odczuciu gdy został zaatakowany przez nieznane gdy zanurzył nogi do kolan. Teraz wszystko sobie przypomniałam ale za późno, jednak szczęśliwie. - Chyba umarłabym ze strachu jakby mnie ciachnął. - p. coś pogadał, coś pomruczał ale uznał z zadowoleniem, ze takiego morderczego odgłosu jeszcze nie słyszał. Mam nadzieje, ze myślał o odgłosie szczypiec kraba a nie o biciu mego wystraszonego serca. Zapał do spotkania z nieznaną mi fauną obniżył się do zera i oddałam się tylko i wyłącznie oglądaniu jej z daleka. Wydawało mi się, ze oglądanie świata przez obiektyw aparatu nie przyniesie żadnych niespodzianek. 
Podziwiałam wędrujące muszle których mieszkańcami były kolejne nieznane mi oceaniczne stworzenia aż na dłoni usiadł mi motyl. Tak ni stąd ni zowąd na dłoni miałam motyla. Ładnego ale czy przypadkiem nie jadowitego? Motyle przylatują do USA z Ameryki Południowej, przelatują tak jak kolibry całą Zatokę Meksykańską i skąd mam wiedzieć, ze ten akurat jest tylko ładny.
Trochę się rozpisałam i zapomniałam o helikopterotaxi. Już nadrabiam zaległości. Do południa, gdzieś znad wody pojawiały się żółte powietrzne taksówki. Była to sobota i wywnioskowaliśmy, ze szefostwo jedzie, przepraszam frunie z platform wiertniczych na weekend do domu. Trochę to niecodzienne zjawisko ale przebywając w niecodziennym miejscu trzeba szybko dostosować się do jego warunków. W kolejnym poście poświęcę trochę czasu na warunki w jakich żyją ludzie bagien.