środa, 26 grudnia 2012

Last kiss

Co dał nam Stary a co przyniesie Nowy Rok?
Muszę przyznać się do jedynej mojej wady; otóż nie liczę godzin i dat i nadejście kolejnego roku nie ma nic wspólnego z przepowiedniami lub numerologiczną magią.
Chciałabym aby z dnia na dzień każdemu było lepiej ale aby tak było powinniśmy śmiało spoglądać w przyszłość i stawiać czoła przeciwnościom.
Tak właśnie postąpiłam zwalczając strach i niepewności, wzniosłam się ponad najwyższe drapacze chmur aby doznać nieznanego uczucia wolności i zwycięstwa nad słabościami.
Zapewniam, ze warto być odważnym aby nie ponieść klęski.
Przesyłam Wam drodzy blogowicze ostatni pocałunek (Last kiss) w 2012 roku jak uczyniłam z p. w nadziei, ze ten kolejny rok będzie lepszy.
Ataner i p.

P.S.
Do życzeń dołącza się 247365

środa, 19 grudnia 2012

Będą prezenty?

Cześć, to ja Rudolph 2011. 
Wykonałem swą robotę już w zeszłym roku i teraz nie dam się wrobić w okrążanie całego globu kilka razy tylko dlatego, ze Św. Mikołaj ma sklerozę i zapomina zostawić prezenty tam gdzie powinien. Mam dość i zwalam całą robotę na mojego kuzyna Rudolpha 2012. 
Cherlawy gość troszkę i nie gwarantuję dostawy pod wskazany adres na czas. Gdyby coś nie wyszło to jego zasługa. 
Życzę Wam wesołych Świąt i wspaniałych prezentów pod choinką. Poza tym zdrowia na kolejny rok i dużo wyrozumiałości nie tylko dla Santy ale również dla bliźnich.

piątek, 14 grudnia 2012

Rwanie w Orleanie

Widok Zatoki Meksykańskiej w nocy. Nowy Orlean widoczny po środku zdjecia. Tam gdzieś niewidoczna dla nas byla Ataner.
Jak na wielką damę przystało zrobiłam sobie popołudniową drzemkę przed nocą w Nowym Orleanie. Kiedyś było to na porządku dziennym bo upal Południa latem jest nie do zniesienia. Przebywając w klimatyzowanym pomieszczeniu nie czułam potrzeby ochłodzenia organizmu ale godzinka relaksu w pościeli jeszcze nikomu nie zaszkodziła więc dałam nura w pióra na godzinki dwie.
Odwieczny dylemat pięknej części ludzkości dzisiaj zamienił się w przyjemność. Nie mam pod ręką szafy i wygospodarowałam z podróżnej torby niby wieczorowy strój. Nawet jadąc pod namiot zabrałam buty na wysokim obcasie aby zdystansować się od codziennych sandałków i adidasów (po amerykańsku snickers). Noc rządzi się swymi prawami i wymaga specjalnego duchowego nastawienia i odzienia.
Na pierwszy ogień poszedł jazz. To nie ważne czy grają w knajpie sławy czy amatorzy, liczy się dobra muzyka i zadowolona widownia. Zespół gra tam gdzie klienci płacą za drinki i jakieś przekąski. W miejscu które widać nie było tłoczno za co byliśmy wdzięczni losowi. Wielką pomocą była pora niedzielnej nocy po której normalni ludzie powinni stawić się nazajutrz dzielnie w pracy. Moze w Nowym Orleanie, we francuskiej dzielnicy posługują się takim kalendarzem w którym nie ma poniedziałku i ulice tetnily życiem pomimo późnej pory. Specjalnie wyruszyliśmy w nocy (czytaj pospałam dłużej niż miałam zamiar) aby od razu doznać urokow niezapomnianej nocy.
Nie jestem wielbicielem jazzu ale przecież wypada wpaść do takiego miejsca gdzie większa część ludzi tam przebywających uważa się za koneserów trąbki i tarki. Początki jazzu były tak występne obyczajowo jak początki  rock'n'rolla. Być może niefortunny stolik albo przerośnięte ego trębacza sprawiły, ze jego solówki były tak natarczywe i głośne, ze wytrzymaliśmy tylko przez dwie margarity.
Było fajnie ale nieznośnie drażniąco. Pożegnaliśmy więc Maison Bourbon i daliśmy ponieść się rozradowanemu tłumowi do innego przybytku kultury. Już w ciągu dnia zauważyłam, ze dużą popularnością cieszył się Krazy Korner. To klubo-knajpa na rogu ulic Bourbon i Świętego Piotra. Niezłe skojarzenie burbona i świętego. Co by nie mówić o grze slow to chciałam tam wskoczyć na jednego. Miejsce musi być odjazdowe bo pośród zadym na tym rogu zaginęła nawet tablica z nazwą ulicy. Po drodze kuszące światła wystaw rozswietlaly niedzielną noc. Wiele miejsc rozrywki nierzadko intymnej kusiło ogłoszeniami i skąpo odzianymi panienkami stojącymi w drzwiach wejściowych do miejsc chwilowych zachcianek. Trzymałam mojego niewiernego towarzysza skorego do zapomnienia po co tu przyjechał udając, ze bruk nierówny, ze kałuże i itd.
Opierając się urokom girlasek doszliśmy do szalonego rogu (ulicy) jak można dowolnie przetłumaczyć nazwę tego miejsca. Co tu się działo nie zmieściło się w moim aparacie fotograficznym. Powinnam napisać, ze od razu zaakceptowałam atmosferę, zespół i wspaniałą barmankę. Jak przeczytacie, ze papierosy nie są już modne w Ameryce to tutaj palił każdy ale nie było gęstej mgły zalegającej źle przewietrzane pomieszczenia. W szalonym kąciku na rogu królował classic american rock i nie było ani jednego wolnego miejsca przy stolikach. Dzięki bystremu jeszcze umysłowi p. zasiedliśmy przy barze na jedynych dwóch wolnych stołkach. Wysokie stołki barowe nie zapewniają nawet 1% wygody ale bez żadnego sprzeciwu organizmu spędziłam na nim następne trzy godziny podczas których wydarzylo się więcej niż przez rok bywania w nudnych klubach. Chyba kocham Nowy Orlean! Kocham Nowy Orlean nocą! Klub nie był ładny, nie był brzydki, taki zwykły jak setka spotykanych na całym świecie. Jego główną atrakcją był zespół muzyczny. Perkusja, dwie a czasami trzy gitary i wokalistka z wokalistką. Niby nic dziwnego ale jednak oddaje im cześć. Grali non stop albo jak kto woli bez przerwy. Dokładali do pieca coraz więcej wraz z upływem godzin. Wokalista, co było widać bez specjalnego przygladania się, był na dragach ale nie oszczędzał się, dawał z siebie wszystko jakby jutro już nigdy nie miało nastąpić. W dłoniach trzymał mikrofon na stojaku i kiwał się pół kroku do przodu i pół kroku do tylu. To wszystko co jego odurzone ciało mogło wydać z siebie. Głos miał niski i zmysłowy ale trochę za płytki jak na moje szczególnie wyczulone ucho. Tak było na początku ale dzięki zbawiennemu oddziaływaniu margarity na moje zmysły później tego już nie zauważałam. Wokalistka była odziana w przylegające do jej powabnych kształtów chusty i kolorowe ciuchy. Kto nie był w USAnskiej knajpie gdzie grają rocka nie wie jak amerykanie są oddani swej muzyce. Tak samo jak w radio tak w knajpach usłyszysz te same kawałki które wszyscy znają na pamięć. To co podoba mi się najbardziej to reakcja widowni na piosenki grane przez zespól. Ci którzy mogą to śpiewają bo słowa zapadły w dusze słuchaczy już dawno temu. Gdy dźwięki „Hotel California” wypełniły jeszcze przed sekundą pustą przestrzeń pomiędzy słuchaczami a wykonawcą wszyscy zaczęli wtórować zespołowi swymi przepitymi glosami. Zawiązywała się więź o jakiej nie jeden wykonawca na scenie zabiega bezskutecznie. Tutaj wszystko grało i wspolgralo do momentu gdy siedzący obok mnie p. wycedził przez zęby tak niby mimochodem aby nikt nie usłyszał.
- Ku.wa mam rwanie. - Oczami przewracał w taki sposób, ze obawiałam się czy przypadkiem nie ma zaburzenia błędnika. Po chwili zaskoczyłam o co mu chodzi. W bardzo intymnej bliskości p. stal młody, cudownie umięśniony młodzieniec w zaobcislej błękitnej podkoszulce i dżinsach. Ładna twarz okolona krotko i schludnie przystrzyżoną fryzur
ą krzyczała seksem skierowanym w stronę mego jedynego p. No tego jeszcze nie widziałam na własne oczy i chciałam z wielka satysfakcją poprzyglądać się jak dalej potoczą się wydarzenia. Jednak błagające o pomoc oczy p. nie pozwoliły mi na zobaczenie końcówki. Wypielam swój osobisty i nienadmuchany biust, wyjęłam szminkę z torebki po to aby zamaszyście umalować usta. Odrzuciłam lekko już oklapłe włosy do tylu i odcisnęłam perwersyjny, długi i zmysłowy pocałunek na ustach p., chłoptaś zdegustowany moim wyczynem zniknął w towarzystwie innego faceta.
Kolejna margarita zaszumiała mi w głowie na tyle, ze chciałam poszaleć na parkiecie którego główną atrakcją była para odbywająca stosunek niby-plciowy w kompletnym stroju. Zespół przygrywał a on i ona wykonywali bardzo intymne ruchy wzbudzając nikle zainteresowanie widowni. Jednak pewna pani z pewnym panem zaprzątnęli mą uwagę bez końca. Ona tańczyła obok stolika przy którym siedział gość w kapeluszu, takim a la mafiozo i bawił się telefonem. Malo uwagi poświęcał poświęcającej się erotycznemu tańcu podstarzałej kobiecie. Co pół godziny niestrudzona w uwodzeniu tancerka przychodziła do baru aby zamówić dwa kolejne drinki. Facet wypijał alkohol i bawił się telefonem gdy babka wyginała się i muskała jego uda i inne części ciała znudzonego samca.
Dostałam zdecydowaną reprymendę od tego z którym związałam się na resztę życia i w odwecie zamówiłam następną porcje odurzacza umysłowego. Nici z tańca dzisiaj w tym miejscu ale przecież to nie koniec nocy. Nie mogłabym pochwalić się pobytem w Nowym Orleanie odwiedzając tyko dwa miejsca nocnej rozrywki. Goodbye Krazy Korner idziemy dalej bo świat należy do odważnych. Wczepiona w ramie p. omijałam przeszkody piętrzące się na drodze do kolejnego klubu. Ile ich było nie pamiętam. Też miałam rwanie (filmu) w Orleanie.
  Za to „dożynki” pamiętam dokładnie. Biedny p. pil niewiele bo musiał odwieźć wstawiona żonę do motelu ale już nad ranem gdy dotarliśmy do ostatniego przystanku razem przeżyliśmy szok. Ja, jak przez cala noc zamówiłam margarite aby nie mieszać alkoholi a p. piwo którego nigdy nie pija. Kelner przyniósł szklaneczke wspanialej margarity dla mnie i dwie butelki piwa dla p..
- Nie chce dwóch, zamówiłem jedno. - Skwitował nadgorliwość kelnera mój chłop.
- Nie przejmuj się. - Odpowiedział nienaturalnie trzeźwy jegomość. - Masz dwa w cenie jednego. - Podejrzewałam,
że o tej porze pracowała już pierwsza zmiana. Tutaj tez grali z pasją.
Nazajutrz obudziłam się bez kaca i zmęczenia po tak intensywnie przyswajanej kulturze prawdziwie francuskiej osady na kontynencie amerykańskim. 
Teraz przyszedł czas na krótkie podsumowanie naszego pobytu w wyśnionym Nowym Orleanie.
Pomijając pewne niedogodności i okropności to z wielką przyjemnością powrócę tam jeszcze sto razy!!!

sobota, 8 grudnia 2012

Nowy Orlean

Bardzo, bardzo wcześnie rano prawie równo ze słońcem wzięliśmy się za pakowanie naszego kempingowego bałaganu. Dzisiaj wreszcie ruszamy na podbój Nowego Orleanu. Gdy już większe klamoty siedziały w aucie na stole rozłożyliśmy stertę ulotek i folderów w poszukiwaniu taniego hotelu. 
Ofert bez liku na każdej stronie i wydawać by się mogło, ze hotelarze to najwięksi przyjaciele turystów a nie pijawki wysysające dolary zamiast krwi i prędzej serce podadzą na dłoni niż wprowadza klienta w zakłopotanie astronomiczną ceną za pokój na jedną noc.
Telefon pomógł nam rozszyfrować dokładnie widoczne ceny. Rozmawiając z recepcją hotelu dowiadywaliśmy się, ze owszem jest taka cena ale dla członków takiego lub innego klubu. Drukowane ulotki być może nie były aktualne bo druk i dystrybucja zajmuje trochę czasu więc wzięliśmy się za internet. Okazało się, ze ofert nie z tej ziemi jest więcej niż chętnych i również tak tanio, ze powinniśmy wyprowadzić się z domu i zamieszkać w hotelu. Nie lubimy kupować w ciemno i zwykle oglądamy pokój który chcemy wynająć jeszcze przed zapłaceniem. Oczywiście gdyby w rachubę wchodził jakiś luksusowy hotel to jest gwarancja, ze jak na zdjęciu tak jest i w rzeczywistości. Nasze skromne fundusze jednak wykluczały nas z grona zamożnych turystów. 
Znaleźliśmy jednak internetowy kupon zniżkowy do hotelu w samym centrum Nowego Orleanu. Razem z nim cena w miarę rozsądna i obraliśmy kierunek na to właśnie miejsce.
Nie bez trudu znaleźliśmy hotel którego wejście usytuowane pomiędzy  witrynami sklepów umknęło naszej uwadze za pierwszym razem. Drugi podjazd okazał się szczęśliwy ale za to rozmowa z panienką za kontuaru to zupełne nieporozumienie. Nie wdając się w szczegóły napisze, ze żadne kupony nie były honorowane w tym miejscu. Niedaleko francuskiej dzielnicy znaleźliśmy parking z którego podzwoniliśmy do kilku moteli i znaleźliśmy pokój dla dwojga za normalna cenę.
Siedzieliśmy w aucie tuz obok widocznego od tylu hotelu Marriott. Była niedziela więc turystyczny, weekendowy szczyt właśnie powinien wyjeżdżać do domu i sądziliśmy, ze właśnie w takie martwe dni duże hotele powinny łapać okazje na noc z niedzieli na poniedziałek. Im więcej informacji tym lepiej więc zadzwoniliśmy właśnie tam aby przekonać się, ze tak nie jest. 185 dolarów za pokój bez okna poprawiło nam humory i kolejny telefon do sieciowego motelu zakończył nasze poszukiwania. Jak żyję nie mieszkałam w pomieszczeniu bez okna. Od razu skojarzyłam takie miejsce z aresztem bo w wiezieniu nawet cele maja okna. Gdy już zapłaciliśmy 73 dolary za dwuosobowy pokój w miejscu oddalonym od nas  siedem mil poczułam się bezpieczna i ruszyliśmy piechotą zwiedzić perełkę Nowego Orleanu czyli French Quarter.
Wizyta w tym mieście nieodwołalnie kojarzy mi się z kolorowymi sznurami korali na szyi każdego przedstawiciela ludzkiej rasy który zagłębia się w stare uliczki francuskiej dzielnicy. Zapewne i ja tak postąpiłabym gdyby nasza wizyta przypadła na koniec lutego kiedy szaleństwo Mardi Gras ogarnia wszystkich. Teraz jednak zadowoliłam się kolczykami w kolorze żółtym-żarówistym.
 
Emocje związane ze znalezieniem miejsca do spania w nadchodzącą noc minęły i opadła adrenalina w mym organizmie. Potrzebowaliśmy dobrej kawy aby stawić czoła wędrówce przez stare miasto. Jak kawa w Nowym Orleanie to nieodwołalnie w Cafe Du Monde. Ponoć serwują tam najlepszą kawę na południowym wybrzeżu. Bardzo często, włócząc się po nieznanych miastach zbaczamy z utartych szlaków turystycznych aby poznać je „od kuchni”. Traf chciał, ze od kuchni trafiliśmy w to znane miejsce. Przeciskając się pomiędzy urządzeniami zaplecza oczy pracowników zaledwie zwróciły się w naszą stronę a ich naćpane mózgi nie zdążyły nawet zareagować na naszą niespodzianą wizytę. Zupełnie niespiesznie kierowaliśmy się w stronę pomieszczeń dla konsumentów i przyznam, ze takiego brudu nie widziałam nawet w najuboższych dzielnicach ubogich miast. Tam gdzie mieliśmy oddać się niezapomnianej wręcz degustacji kawy było jeszcze brudniej. Na podłodze, plastikowych krzesłach i stolach walały się resztki jedzenia. Frytki rozgniatane naszym obuwiem przywodziło mi na myśl chodzenie po dżdżownicach . p strzelał wzrokiem jak zawodowy bodyguard w celu znalezienia jakiegoś miejsca nadającego się do chwilowego oddechu.
 
- Uciekajmy stad jak najdalej. Chrzanię ta kawę, nawet nie mam ochoty patrzeć na to a co dopiero jeść lub pić. Potrzebuję świeżego powietrza. Duszę się tu! - Znam tego mojego typka i wiem, ze nie było nawet nadprzyrodzonej siły aby zostać tutaj chwile dłużej.
Kelnerzy w brudnych zielonych fartuchach siedzieli pod ścianą a obok nich stały miotły do zamiatania podłogi. Pod dachem nie było jednak ani jednego wolnego miejsca. Niewiele lepiej było na otwartej przestrzeni. Ja, może jeszcze z wielkimi oporami natury estetycznej mogłabym poczekać na stolik ale w żaden sposób nie udało się to p. Usłyszałam „nigdy w życiu” na moje zachęty i skierowaliśmy się na lunch do Hard Rock Cafe.
Moje niespełnione nadzieje topiłam z przyjemnością w kolejnej margaricie a p. pil siurowatą kawę. Nie byłam w stanie zjeść całej przyniesionej porcji ale i tak czułam się najedzona do jutra. Lekko rozleniwiona i syta zmusiłam się do dalszej drogi która pomogłaby mi zrzucić nadmiar szalejących w moim organizmie kalorii.
Nowy Orlean to zwariowane miasto przyciągające artystów, nibyartystów i dziwaków. Każdy z takich ulicznych wykonawców liczy na chwilę dobroduszności lub naiwności przechodnia i wrzucony grosz do niebieskiej patelni jak na zdjęciu powyżej lub do stalowego kociołka jak na zdjęciu poniżej.
Bourbon Street jest sercem francuskiej dzielnicy tętniącej życiem przez całą dobę.


Przy moich zdolnościach kręcenia głową, sowa wydaje się początkującym adeptem tej niespotykanej zdolności. Dookoła dzieje się coś ciekawego i nie dość, ze trzeba to zauważyć to jeszcze zapamiętać. 
Knajp na jednej ulicy jest tyle, ze aby skusić przechodnia trzeba uciec się do wyszukanych sposobów. Tańczącej „piękności” w wejściu do jednej z nich z pewnej odległości przyglądali się dwaj funkcjonariusze policji. Ich beznamiętne twarze zdradzały większe zainteresowanie nadchodzącą wyplatą niż tym co dzieje się na ulicy.
Ameryka to niezrozumiały kraj. Tutaj mężczyzna ma już 21 lat a nie dopiero 18. Przy zakupie alkoholu w supersamie jestem legitymowana jak nastolatka choć na oko widać, ze nią nie jestem (przyznam, ze czasami poprawia mi to samopoczucie) a tutaj wszystko wolno. Pije każdy i wszędzie. Aby lepiej to widać to drinki na wynos sprzedawane są w rzucających się w oczy kolorowych menzurkach.
Dopóki ludzie bawią się jest bardzo przyjemnie w takim mało rygorystycznym mieście. Gdy alkoholu za dużo w głowie to i w tak barwnym miejscu jest zupełnie pospolicie.
Pośród wielu osobników płci obojga istnieje przeświadczenie, ze piwo to napój orzeźwiający a nie alkoholowy ale od dziś ja uznam, ze do takowych zalicza się również wino. Zupełnie oficjalnie spożywane jest w uczęszczanych miejscach a pan „hoodoo” jako dodatkowy rekwizyt swego tajemnego kącika na chodniku pozostawił nawet korkociąg tan gdzie go włożył w celu otwarcia butelki z boskim napojem.
Nie ma brzydkich kobiet tylko wina czasem brak. Patrząc bacznie pod nogi zapraszam na krotki spacer tą jedyną w swoim rodzaju ulicą.
Jak wygląda wolna chwila w życiu człowieka XXI wieku?
Nie ma takowej bo w całości wypełnia j
ą telefon komórkowy!
Czy francuska dzielnica może się podobać? To bardzo subiektywne odczucie, mnie nie bardzo. Ulice zaniedbane, domy zwyczajne i gdyby nie balkony i kwiaty byłoby tutaj smutno. Takie miałam wrażenie po dniu spędzonym w tym miejscu. Jak zmieni się mój stosunek do Nowego Orleanu okaże się już niebawem gdy obudzę się po rozkoszach poznawania nocnego życia.