piątek, 31 maja 2013

Tutaj mieszka żona Mieszka.

  Tyle zamków ile widziała i zwiedziła Taita w swoim życiu nie pomieszczą opasłe tomy Encyclopedia Britannica.
Przebywając na ziemi zupełnie niedawno odkrytej, bo niewiele ponad pi
ęć wieków temu, mogę rozkoszować się jedynie ukształtowaniem terenu bo o zabytkach muszę zapomnieć. USA zajmujące 22.1% powierzchni kontynentu amerykańskiego nie mają zamku z prawdziwego zdarzenia, takiego z historią i duchami. Owszem, niektóre budowle (Beacon Towers w Sands Point, New York. Biltmore w Asheville, North Carolina. Castello di Amorosa, California. Hearst Castle, California) powstałe na przełomie 19 i 20 wieku można od biedy nazwać zamkami bo stylizowane były na gotyckie zamczyska. Tęsknota za czymś pozostawionym na starym kontynencie budzi chęć zobaczenia zamku chociaż raz w życiu więc najnowsze „zamki” w Orlando lub Las Vegas przyciągają masę turystów.
Nie raz, podziwiając panoramę skał w Arizonie lub Utah widziałam oczami wyobraźni kształty do złudzenia przypominające średniowieczne fortyfikacje. Wyobraźnia starała się dogonić marzenia i niekiedy nawet patrząc w niebo widziałam pośród różnych kształtów chmur strzeliste wierze i mury obronne.
Nie pomn
ę do którego miasta wjeżdżaliśmy bo to w sumie nie istotne ale widok rozpościerający się przed nami do złudzenia przypominał górujący nad osadą zamek. Wiadomo, ze to jakiś zakład produkcyjny lub elektrociepłownia ale przy odrobinie fantazji można poddać się ułudzie, że na wzgórzu mieszka samotna księżniczka.

sobota, 25 maja 2013

(247365) Spalmy książki.

Ostatnia przeprowadzka wykończyła mój organizm fizycznie i psychicznie.

Gdy sterta pudeł zajęła prawie połowe pokoju w nowym mieszkaniu postanowiłem dobrać się do nich za tydzień. Zamknąłem drzwi do chwilowego magazynu moich niezbędnych rzeczy i poszedłem do pracy. Następny weekend miał minąć pod znakiem rozprawiania się z niezbędnie koniecznymi przedmiotami ukrytymi w pudłach i workach na śmieci. Podczas rozpakowywania niektóre spodnie, koszule i inne ciuchy przywitały się z nowym śmietnikiem i pozostały tam już na zawsze. Ulżyło szafie i mnie bo aż wstyd się przyznać ileż to niepotrzebnych i nieużywanych ubiorów posiada zwykły śmiertelnik. Dodać należy, ze nie jestem uzależniony od codziennych zakupów i moje wizyty w sklepie są li tylko wynikiem potrzeby a nie zboczenia lub choroby.
Poszło składnie i ładnie ale nie obyło się bez kielicha gdy zostały pud
ła z książkami. Po co ja to wszystko trzymam kołatało mi w głowie. Znam te wszystkie książki i wcale do nich nie zaglądam. Do beletrystyki nie zagląda się jak do pozycji naukowej. Jeszcze nie mam sklerozy aby czytać to samo po raz n-ty z kolei. Podumałem, pomyślałem i bez rozpakowania wyniosłem książki w pudłach do pojemnika na makulaturę.
Pierwsza wizyta znajomych w mym nowym mieszkaniu okazala si
ę totalną porazką towarzyską, mało co a doszłoby do rękoczynów. 
- A gdzie masz książki? - Zaczął zadziorny babsztyl o imieniu Anka.  
- Nie mam. - Uciąłem krotko mówiąc całą prawdę. 
- Nie masz ani jednej książki? - Uporczywie drążyła Anka i na nasze nieszczęście dodała coś co zaważyło na atmosferze całej wizyty. - Pewnie nie przeczytałeś ani jednej. - Parsknęła na koniec z obrzydzeniem spoglądając na mnie jak na debila.
Tutaj dotknęła mojej czu
łej strony i nerwy mnie zawiodły. Do dziś obwiniam siebie, ze to ja wywołałem całe to zamieszanie ale dałem podejść się wyrafinowanej i doświadczonej intrygantce.
Według mnie książki są do czytania a nie do składowania. Pomijam wydawnictwa stricte naukowe bo to inna para kaloszy. Gdy przeczytam książkę to pamiętam j
ą do końca życia i nie mam zamiaru czytać jej ponownie. Tak zostałem wychowany aby książki szanować i nie wyrzucać bo tego nie wolno. W czasach gdy w Polsce nic nie było książki były drogie i ich ilość na połce w regale świadczyła o dobrobycie i szerokich horyzontach. Zbieranie książek i ich ekspozycja było dobre nawet jeszcze sto lat temu ale już nie dziś bo dostęp do wiedzy już nie opiera się jedynie na czytaniu literek wydrukowanych na papierze. Istnieje internet gdzie jest dużo wiedzy i to łatwo dostępnej. Są wydawnictwa w postaci elektronicznej na tablety, telefony etc. E-booki są dostępne w takiej samej ilości jak książki a wydania bajek dla dzieci są tak ładnie opracowane graficznie, ze aż pozazdrościć nowemu pokoleniu. Są tez audio-booki więc styczność z twórczością jest niemal wszechobecna nawet dla niewidomych jeżeli tylko ktoś chce wykorzystac mozliwosci.
Czy widok tak ohydnego mebla jak p
ółka na książki mogłaby szkaradzic moje nowe dość awangardowo umeblowane mieszkanie? Nie, nigdy. Nie mam zamiaru wystawiać na widok czegoś co nie jest ładne i ładne być nie może bo każda książka innego wymiaru i koloru razem tworzą chaos estetyczny i nie pasują do niczego swą przypadkową gamą kolorów. Jak już musiałbym mieć książki na widoku to tylko zbiór dzieł Lenina bo wydanie w odpowiednim kolorze i „wzroście”, wygląda imponująco. Książki używane to z kolei zbiór zarazków i kurzu. Ludzie czytają w łóżku gdy mają katar, w łazience czyli na kiblu i takie coś miałbym wziąć do reki?
O zgrozo jak długo jeszcze można bić czołem przed wypaczonym wychowaniem. Spalmy książki i kupujmy ich wersje elektroniczne bo oszczędzimy kolejne drzewo a nasze mieszkanie będzie wyglądało elegancko i schludnie. 

Ilość książek w biblioteczce nie świadczy o inteligencji bo z nią lub bez niej przychodzimy na świat. Inteligencji nie da się nabyć z książek a jedynie nauczyć się maskowania jej braku. Ci którzy czytają ten tekst nie mogą powiedzieć, ze komputer jest zbyt skomplikowany aby go używać do czytania książek.
Pokazywanie wiedzy na po
łkach nie świadczy o intelektualnych zasobach naszego umysłu.
Moje wyjaśnienie nie przypadło Ance do gustu i awantura gotowa.

(247365)

wtorek, 14 maja 2013

Olejarze z Dakoty.

Wstęp.
  Zobaczyć słońce w Seattle w stanie Washington to nie lada gradka. Takie wydarzenie zapisywane jest skrupulatnie w pamiętnikach nastolatek a dorośli robią zdjęcia aby było co wspominać po latach. Nam nie udało się trafić na słoneczną pogodę a szkoda bo wiosna w tym roku jest tak ospała, że zaraziła mnie lenistwem i na dobra sprawę mogłabym zapaść w sen zimowy już dzisiaj. Dopiero dwa tygodnie temu zazieleniła się trawa i drzewa stroją się w zieleń zaklętą w drobniutkich listkach. Ogólnie jest ponuro i chłodno. 
  W takim nastroju wracaliśmy do domu wykończeni fizycznie po dwóch dniach u znajomych. Ujechaliśmy parę godzin w stronę domu a ja już ziewałam jak hipopotam a p. wpatrzony w pasy autostrady przed nim wydawał się bardziej cyborgiem niż żywym stworzeniem. 
- Czy pojedziemy na przełaj? 
- Jakie przełaj, jesteśmy jeszcze 30 godzin jazdy od domu. 
- Tak tylko sprawdzam czy jeszcze funkcjonuje ci mozg bo ja mam dość autostrady i może pojedziemy inna droga? - Nie bardzo mi się uśmiechało poznawanie krajobrazów jadąc bocznymi drogami.
Wiadomo, autostrady poprowadzone w możliwie najłatwiejszych terenach i skrabanie się po górach gdzieś w nieznajomych terenach nie przypadło mi do gustu gdy szaro i ponuro dookoła. W wakacje to co innego, czasu mamy pod dostatkiem i czym dziksza droga tym lepsza. Teraz gdy ograniczeni jesteśmy powrotem do pracy po bardzo długim weekendzie to szybka i prosta droga była jedynym wyjściem. Jednak pod koniec Montany monotonia podróży zmuszała nas do częstych postojów. Jedliśmy cokolwiek zapijając wiadrem kawy której kofeina wystarczała na czterdzieści minut. Później, gdy ja siedziałam za kierownicą, obraz przede mną mętniał i senność ogarniała mnie przeogromna. Kolejny przystanek na kawę był krytyczny. Nie mogłam już pic kawy i czułam, ze po kolejnej Coca-Coli zwymiotuje i pójdziemy spać do hotelu. Wszelaka gimnastyka nie pomagała również. Podróżując „dziesci” godzin jedną drogą której nawet numer się nie zmienia trudno liczyć na atrakcje. Rada w radę postanowiliśmy urozmaicić naszą trasę. W mieście Glendive w Montanie uciekliśmy przed nudą na wiejskie drogi kierując się w stronę Sidney. Miasto noszące dumną nazwę australijskiej metropolii to dosłownie dwie ulice na krzyż. Nowe miejsce na mapie zostało odfajkowane jako zaliczone i ciekawszą drogą udaliśmy się do Północnej Dakoty gdzie od razu w pobliżu miasta Williston zaczęły się dziać rzeczy nieprzewidywalne umysłem znudzonego i znużonego kierowcy.

Olejarze z Dakoty.


Po stu sześćdziesięciu latach od Gold Rush (gorączki złota), Amerykę opanowało nowe szaleństwo wydobywania skarbów ukrytych w ziemi.
Rolnicza okolica zmienia swe oblicze i zamiast ciągników rolniczych i rolników spotykamy cysterny i górników. Nazwa górnik nie pasuje do zawodu „wydobywcy” ropy naftowej więc nazwalam ich „olejarze”.

Półtora wieku temu w Kalifornii powstawały namiotowe miasteczka i drewniane budy sklecone w pospiechu. Tutaj  historia zatoczyła krąg i pomimo trochę innego wyglądu atmosfera tymczasowości panuje taka jak przed laty. Przy zachowaniu minimalnych standardów budowane są osiedla a'la slumsy aby przyjeżdżający ludzie mieli gdzie odetchnąć po pracy.
Od podstaw buduje się ulice, domy, sklepy i hotele. 
Pospiech widoczny dookoła nie zawsze jednak idzie w parze z jakością ale nikomu to nie przeszkadza. Takich dziur w nowej nawierzchni nigdzie nie widziałam tak samo jak krawężników na innym poziomie niż droga.
Ruch uliczny to w 90% ciężarówki z których 80% to cysterny. Samochody osobowe to w większości pikapy, zakurzone po sam dach czerwonym osadem bo boczne drogi są pozbawione takiego luksusu jak asfalt czy beton. 
Utwardzone szutrem zapewniają dojazd do nowych miejsc gdzie umieszczone są pompy i inne urządzenia techniczne.
 Przez miasto Williston przejeżdżaliśmy główną ulicą o dwóch pasach ruchu w każdą stronę i świetlne skrzyżowanie tej ulicy z ulicą szutrową jeszcze raz przywołało opowieści o poszukiwaczach złota i ich ciężkim życiu.
Zapewne tutaj jest tak samo ciężko a jak to wygląda w rzeczywistości niech pokażą zamieszczone zdjęcia. Z góry przepraszam za muchy na szybie ale zaskoczenie widokami było tak wielkie, ze nie pomyśleliśmy o jej umyciu.
Ci którzy znają siec sklepów Walmart zdziwią się zapewne, że na parkingu przed sklepem jest więcej cystern niż samochodów osobowych.
  Najłatwiejszym miejscem do zamieszkania jest przyczepa kempingowa i właśnie ich jest zatrzęsienie. Wygląda to jakby wszystkie stare przyczepy ściągnięto z całego USA aby przyjezdni pracownicy mieli gdzie zamieszkać. Kuszące wynagrodzenia ściągają chętnych dużych pieniędzy i nowych przygód śmiałków do Północnej Dakoty gdzie odkryto bogate złoża ropy naftowej.
 Zupełnie inne oblicze USA, znane tym którzy tu mieszkają i zupełnie obce dla przyjezdnych. Być może udało mi się przedstawić panujący tu zamęt zamieszczając zdjęcia tak charakterystyczne dla powstających miast w szczerym polu. Nie mam zdjęć ludzi bo każdy tutaj jakby w ciągłym biegu zapracowany po same uszy. Kilka osób na stacji benzynowej ubranych było po „roboczemu” tak mężczyzni jak i kobiety. Oprócz paliwa każdy kupował jakieś kanapki, napoje, batony czekoladowe i tym podobne przekąski aby zjeść coś w biegu do pracy. Gdyby nie to, ze organizm ludzki wymaga kilka godzin snu na dobę to „tutejsi” nigdy nie przerwaliby pracy. Wir i zamęt dookoła udzielił się również nam. Czuliśmy się jakby w zupełnie innym świecie, innym kraju lub na innej planecie. Stagnacja gospodarki amerykańskiej i narzekania w prasie stanowią przeciwieństwo do boomu gospodarczego w północnej części Północnej Dakoty. Tutaj jest praca dla każdego tylko nie każdy chce ciężko pracować, ale to już jest indywidualnym podejściem do życia. Pracować i mieć czy narzekać na ciągły niedosyt gotówki, wybór należy do ciebie.
Czyżby w pogoni za pieniądzem można było mieszkać w pracy? Jeżeli ktoś decyduje się na mieszkanie w przyczepie kempingowej to miejsce jest obojętne. Zamieszkanie w miejscu pracy ma przecież wiele korzyści.

Nieoczekiwane centrum.
   Rozglądając się dookoła po tym nierealnym świecie chciałam uchwycić każdą chwile tutejszego życia. Pomimo zmęczenia poczuliśmy się odprężeni bo wreszcie coś się zaczęło dziać. Gdyby ktoś nie uwierzył, ze to ciągle USA to proponuje podążyć z Sidney, MT przez Williston, ND do Grand Forks, ND aby na własne oczy zobaczył co ja widziałam. Wiem, ze to nie są folderowe zdjęcia i sama jestem zaskoczona, ze również i takie oblicze USA istnieje. Już chciałam schować aparat aby na własne oczy zobaczyć co mnie otacza ale na szczęście zwlekałam z podjęciem decyzji o skończeniu sesji fotograficznej bo nie mogłabym pokazać Wam, ze sławna blogerka i bardzo dobrze nam znana ma swoje miasto zupełnie blisko granicy z Kanadą
W ciągłej pogoni za czasem nie mieliśmy czasu aby wpaść z niezapowiedzianą wizytą ale pocieszaliśmy się, ze następnym razem nie przepuścimy takiej okazji.
  Gdy emocje zaczęły opadać i przez parę mil nic nie zwróciło naszej uwagi zaczęłam przygotowywać się do relaksu aby wziąć stery w swoje ręce gdy nieokiełznana słabość dopadnie kierowcę. Zaczęłam szykować podróżny jasiek który złośliwie wpadł pomiędzy tylne siedzenie a oparcie mojego fotela gdy raptem p. puścił kierownicę i przygniatając mnie pomiędzy oparciami przednich foteli chwycił aparat z tylnego siedzenia. Wgniótł mnie tak boleśnie, ze pisk sprzeciwu przed zmiażdżeniem mego ciała uwiązł mi w gardle. Zanim wygramoliłam się  z niewiarygodnie niewygodnej pozycji było już po wszystkim.
- Mam! Udało się. Sprawdź jak wyszło. - p. cisnął aparatem fotograficznym na moje uda i z uśmiechem spoglądał przed siebie. Co za chamskie zachowanie jak można tak traktować najbliższą sercu osobę. 

- Mogłeś złamać mi kręgosłup ty nieokrzesany, wulgarny potworze! - Wysyczałam jak jadowita kobra skrzyżowana z czarna pantera. Naprawdę bolał mnie prawy bok bo wygięłam się jak kobieta guma w cyrku. Wzięłam aparat który ciągle był włączony i nie bardzo wiedziałam o co chodzi brutalnemu neandertalczykowi. Byłam wściekła, tak od razu w ciągu jednej sekundy cały humor prysł jak kryształowy kieliszek rzucony na posadzkę. 
- Rob zdjęcie! Szybko. - Wycelowałam obiektyw w kierunku palucha wskazującego mojego ukochanego i nacisnęłam spust. Wjechaliśmy do miasteczka które jak powiedział p. jest centrum geograficznym Ameryki Północnej. 
- Gdzie tak pędzisz? Przecież mogłeś się zatrzymać albo zwolnić. - Wariat, pomyślałam. - Zarobisz mandat jak nie będziesz uważał. - Musiałam coś powiedzieć bo roześmiana paszcza p. świadczyła o jego zadowoleniu i nawet nie zdawał sobie sprawy, ze sprawił mi ból wgniatając mnie pomiędzy fotele. Jak mam się gniewać za coś co w sumie zrobił dla nas obojga tylko trochę koślawo. 
- Tu nie ma policjanta w okolicy 100 mil, wszyscy są w pracy. - Policjanci tez są w pracy, pomyślałam sobie i włączyłam podgląd w aparacie. 
Pierwsze zdjęcie (jego) było nieostre. Moje, to drugie okazało się jak należy. 
- Amator. Ty nie potrafisz zrobić porządnego zdjęcia. Spójrz na moje. - Przed jego oczami w polu widzenia ustawiłam ekran aparatu. - Ucz się od mistrza. - Z nieukrywaną satysfakcją wycedziłam przez zęby. W tym samym momencie wyprzedził nas Szeryf. 
- Ale mam czuja! - Powiedziałam z przejęciem. Gdy zobaczyłam jego tablicę rejestracyjną to pomyślałam, ze rzeczywiście znaleźliśmy się w innym świecie.

czwartek, 2 maja 2013

Liżąc chmury.

 Idąc lichą jedyną publiczną plazą w mieście zauważyłam cudną roślinność za ogrodzeniem. Poszliśmy w tym kierunku aby doznać namiastki dżungli. Palmy, kaktusy i trawy zgromadzone w jednym miejscu przyprawiały o zawrót głowy. Odnaleźliśmy kilka gatunków które w naszym mieszkaniu albo nigdy nie kwitną albo są wręcz znikomych rozmiarów.
- Już chyba czas na przygodę. - Usłyszałam gdy z grubsza zapoznaliśmy się z miastem. 
- Jaką? - Po wizycie na molo, w dżunglii i w turystycznym centrum miasta uważałam, ze już po wszystkim. Postawiłam swą stopę tak daleko na południu, że już dalej nie można. Spełniły się moje marzenia i byłam bardzo zadowolona, że wariacki pomysł jednodniowej wycieczki zrealizowaliśmy bez najmniejszych przeciwności losu. 
- Polatamy spadochronem. - Beznamiętnie odpowiedział p. ale zauważyłam, że milczący od dłuższego czasu bardzo uważnie mi się przyglądał. 
- Skakać ze spadochronem! - Zupełnie zaskoczona nie mogłam chwycić powietrza. Pomyślałam, ze to żarty ale jego mina na to nie wskazywała. Gdzie? Jak? Tak bez przygotowania? 
- Nie skakać, fruwać. 
- O czym mówisz, wyrażaj się jasno. - Moje przerażenie jeszcze się wzmogło, sama się nakręcałam na "nie". 
- Parasailing, latanie spadochronem za jachtem. - Twarz rozmówcy była spięta i czułam, ze waha się z podjęciem decyzji, szuka we mnie oparcia. Staliśmy jak wrośnięci w chodnik nie zwracając uwagi na to, że tarasujemy całą jego szerokość. Omijający nas nieliczni przechodnie musieli przeciskać się obok budynku lub schodzić na jezdnię. W głowie mi się zakręciło na samą myśl o podniebnych wyczynach. Widziałam takie cuda na zdjęciach i czytałam różne relacje z ekscentrycznych rewelacji i nie mogłam powiedzieć już nic więcej. Staliśmy więc bez słowa i mierzyliśmy się wzrokiem jak bokserzy przed rozpoczęciem pierwszej rundy. Ocenialiśmy przeciwnika wnikając do jego umysłu aby odnaleźć jeden słaby punkt. 
- I co? - Wreszcie nie wytrzymał p. 
- Co, co? - Machnęłam ręką zamaszyście w powietrzu zakreślając pełne koło. Szczęśliwie nikomu nie złamałam nosa zdecydowanym wymachem. Czułam, ze nawał myśli i zmiennych uczuć mnie zabije. Bałam się panicznie. 
- Fruniemy! 
Niedaleko nas (wszędzie tu niedaleko) jakieś trzy metry przed nami była budka z dwoma naganiaczami na parasailing. 
- Dwie osoby na teraz. - p. najwidoczniej miał tyle odwagi, ze wystarczała mu tylko na "teraz". 
- Mamy wolną łódź za dwie godziny. - Odpowiedział mało przystępny typ zza lady. Drugi mrugał oczkami jakby kac miał go w swych objęciach od miesięcy a chwila obecna to ta w której trzeba żegnać się z życiem. 
- Eee, chodźmy. - p. machnął ręką i odwrócił się na pięcie. Nie wiem czy poliglota rozumiał nasz język ojczysty ale na pewno rozumiał mowę ciała. 
- Zaraz zadzwonię do szefa to zobaczymy co da się zrobić. - Obiecująco zadudnił jego bas. Nasze oczy zwrócone w niedogolone oblicze typa szukały jakiegoś ludzkiego odruchu w jego twarzy gdy rozmawiał przez telefon. 
- Macie pięc minut, pierwsza łódź jak skręcicie do mariny. - Teraz dopiero napadły mnie obawy w liczebności armii czerwonej. Gdy dolary zniknęły w łapskach o odcieniu brudu sprzed tygodnia a w mej delikatnej dłoni trzymałam dwa bilety na "teraz" to pociemniało mi w oczach. Oto trzymam bilety na widowisko z moim własnym udziałem. Mało tego ja sama występuję w roli głównej. p. ładnie podziękował i wziął mnie pod pachę kierując nas w stronę zakotwiczonych jachtów. Byłam lekko oszołomiona co widać było na mej twarzy ściągniętej w grymasie. Nie wiem czy uśmiechnęłam się w podzięce za tak sprzyjające nam rozwiązanie sprawy czy dygnęłam jak pensjonarka. Chyba to drugie bo już nie tylko twarz miałam martwą ale i gardło i nogi i ręce....
Łódź była mała, o wiele za mała i miała wielk
ą dziurę w pokładzie. Nie, to tylko moja wyobraźnia mąciła mi zmysły. Syknięte wprost do ucha „wskakuj na pokład” wyrwało mnie z letargu myślowego i przekroczyłam burtę, która była dla mnie progiem piekieł. Podpisaliśmy jakiś formularz o nieznanej nam treści i kapitan już włączał silnik. Drugi członek załogi rzucił cumę do środka a ja przylgnęłam do p. jak za dawnych lat. Po kilku chwilach rozluźniłam się na tyle, ze mogłam rozkoszować się wiatrem usiłującym zerwać mi kapelusz z głowy i widokiem oddalającego się lądu. 
Klamka zapadła i nie ma odwrotu, teraz już nie zrezygnuję.
Prawie idylliczny nastrój zakłóciły przygotowania spadochronu. Moje myśli błądzące pośród bezludnych wysp z najpiękniejszymi plażami na tej planecie zostały przerwane gdy ten już unoszący się za łodzią został zwinięty bo coś było nie tak jak być powinno. 
O tym co myślałam już nie pamiętam ale zapewne nie była to niczym niezmącona euforia przed kolejnym wyzwaniem. Ani nie jestem strachliwa ani desperacko odważna więc z obawa spoglądałam na przygotowania. Nie jest to heroiczny wyczyn bo już tysiące ludzi wcześniej zakosztowały podniebnego spaceru ale opinie były bardzo różne. Przypomniały mi się dwie opinie naszych znajomych z których jedna była pełna zadowolenia a druga w stylu „nigdy więcej”. Dreszcz zgrozy przebiegł tuż obok kręgosłupa. Kolejny spadochron wyjęty ze skrytki na dziobie był zupełnie nowy i tak samo kolorowy jak poprzedni.
Dobrze rozumiany gest miał mówić „zapraszam” a mnie znów lekko wmurowało pomimo tego, ze już od kilku minut byłam przygotowana i ubrana w kamizelkę ratunkowa i uprząż do zawiśnięcia w nicości.
Musieliśmy zostawić na pokładzie wszystkie przedmioty nie przytwierdzone na stałe do korpusu ciała. Ja pożegnałam z żalem kapelusz a p. aparat fotograficzny. Dlatego nie mamy zdjęć z wysokości najwyższego budynku świata a jedynie z pokładu motorówki. Startowaliśmy z rufy na siedząco a za nami rozpościerał się najładniejszy spadochron jaki widziałam. Taki wesoły, który bardzo optymistycznie mnie nastroił.
Zanim zdążyłam wpaść w panikę już delikatnie zaczęliśmy unosić się ponad pokładem i kilwaterem ciągnącym się za łodzią. 
Dość szybko wznieśliśmy się tak wysoko, ze łódka zmalała do rozmiarów dużej mrówki.
Gdy już wysoko wisieliśmy ponad taflą oceanu p. zaczął się interesować tym na czym wisieliśmy. Jego „widziałaś jaki węzełek trzyma nas na uwięzi” lub „czy to się nie urwie” i tym podobne, zupełnie nie na czasie uwagi na chwilę zepsuły mi przyjemność unoszenia się w przestworzach. Lekko go opieprzyłam aby natychmiast przestał roztaczać wizje katastrofy. O dziwo przestał, niecodzienna wycieczka nie miała polegać na analizie teoretycznego zagrożenia a jedynie na czerpaniu przyjemności. Nie byłabym babą z kawału strzyżone golone gdybym nie dodała, że „trzeba było zainteresować się bezpieczeństwem połączeń przed opuszczeniem gniazda”.
Takiej ciszy nie zaznałam w swym życiu. Zadziwiające uczucie gdy żaden odgłos nie dociera do uszu. Byliśmy jakby odcięci od otaczającego nas świata. Idealna sytuacja na pogaduszki nikt nie podsłuchuje i nic nie przeszkadza. Siebie słyszeliśmy wręcz idealnie. Wreszcie chwila wytchnienia po emocjach. Pełen relaks i zadowolenie. Tak gładko wystartowaliśmy i teraz patrząc na ziemie jak ptaki radowaliśmy się z podjęcia decyzji na podniebny spacer. Radości nie było końca bo widoczność wręcz nieograniczona a emocje wcale nie zmniejszyły swej intensywności.
Bardzo podobało mi się w przestworzach i gdy łącząca nas lina z łodzią zaczęła sprowadzać nas z powrotem na ziemię zapragnęłam aby pozostać tu jeszcze dłużej, dużo dłużej. Takich wspaniałych chwil jeszcze nie przeżyłam a dowód na to został ukradkiem podpatrzony przez kamerę.
  Po emocjach w powietrzu należała nam się chwila która zadowoli rownież żołądek. Pomijając jakiś kawałek ciastka ugryziony w tzw. przelocie to dziś jeszcze nic nie jedliśmy i sam rozsądek namawiał nas na prawdziwy obiad. Aby nie szukać w oddali skorzystaliśmy z dobrodziejstwa wygody i zakotwiczyliśmy w restauracji przy samej wodzie. 
Dosłownie kilka kroków od miejsca w którym zaparkowała nasza łódź. Menu było długie i nafaszerowane wymyślnym tekstem którego treść kryła nierozwiązywalne zagadki. Z pomocą przyszedł kelner który prostymi słowami wytłumaczył nam czego możemy spodziewać się na talerzu jeżeli zamówimy danie „X”. Po krótkiej rozmowie przed zgłodniałymi wędrowcami po chmurach znalazły się dwa talerze. Jako mała istota która ostatnio lekko nabrała masy ciała zamówiłam..... chyba już wiecie, ze ten zapełniony po brzegi talerz to mój. Zmiotłam wszystko i nawet ukradłam trochę delfina z talerza p.
Zadowoleni z tak miłego dnia udaliśmy się nad oceanicznym bulwarem w stronę auta. Mijając niedostępny dla nas dzisiaj „haj lajf” pomarzyłam głośno o egzotycznym drinku na basenie. 
p. zdecydowanie pozbawił mnie bujania w obłokach bo ponoć wyczerpałam limit na dziś mając swe pół godziny w chmurach na sznurku i zaproponował, ze będzie jechał pierwszy aby zderzenie mojej duszy z rzeczywistością przebiegło stopniowo.
Na pożegnanie Key West jeszcze raz spojrzałam w g
órę i głęboko westchnęłam a w myślach zaświtało, że wysoko jakby już w niebie jest wspaniale.