środa, 26 lutego 2014

Obronię Cię ciałem swym.

 Cudownie tak nigdzie się nie śpieszyć, spacerować szeroką i ciepłą plażą. Woda Atlantyku wręcz zapraszała do kąpieli. Nie mogłam zatem oprzeć się pokusie zanurzenia się po sama szyję w wodzie tym bardziej, że tutaj zimowa kąpiel nie przypominała wyczynów miłośników kąpieli w przerębli. Wielu chętnych nie było bo dla tubylców przyzwyczajonych do letnich upałów zima nie zawsze kojarzy się z kąpielą. Dla nas, ludzi z północy to nie lada gratka. Mogłoby być o dwa stopnie cieplej ale i tak 25C wydawało się nam wręcz idealną temperaturą do pływania. Silny wiatr który z łatwością zrywał kapelusz chroniący twarz przed słońcem nie ostudził naszych zapałów na zimową kąpiel.
Wybór miejsca nie był łatwy bo wszędzie było wręcz idealnie ale wybraliśmy płyciznę wchodzącą na jakieś dwadzieścia metrów w głąb oceanu. Nie zabraliśmy ze sobą butów do pływania gdyż miała to być krotka wizyta na plaży a nie maraton więc odpuściliśmy sobie wchodzenie na głęboką wodę aby nie nadepnąć na niespodziankę kryjącą się w piasku dna morskiego. Kąpiel i parę godzin spaceru przed południem zaostrzyły nam apetyt więc poszliśmy na lunch w knajpce na samej plaży.
Chętnych do konsumpcji w popołudniowych godzinach nie brakowało i okres oczekiwania na stolik wynosił około 40 minut. Dotyczyło to miejsca na tarasie gdzie słońce paliło a wiatr chłodził, istny raj. Na jedzenie w pomieszczeniu restauracyjnym nie mieliśmy ochoty. Na drugim tarasie od tylu były wolne miejsca i właśnie tam ulokowaliśmy się przy stoliku. Z tego miejsca widać było częściowo plażę i lazur pieniących się fal. Zamiast oczekiwania na główny taras zamówiliśmy posiłki bez zbędnych ceregieli ca
łkiem wygodnie siedzac w pełnym słoncu. Taki mniejszy luksus z drugiej ręki wystarczał nam w zupełności. 

p. zajął miejsce tyłem do rozkosznego widoku uginających się palm pod naporem wiatru, tak abym miała strawę i dla ducha i dla ciała. Właśnie teraz rozpoczęła się walka z żywiołami. Słońce świeciło mi prosto w twarz więc rondo kapelusza który miał ochronić mnie przed zaognieniem się skóry przygięłam prawie do samej brody. W jaki sposób miałam cieszyć się widokiem oceanu nie miałam pojęcia. Na wysokości pierwszego piętra, gdzie siedzieliśmy wiatr wydawał się jeszcze silniejszy a jego zawirowania wokół budynku sprawiały, że jedną ręką trzymałam główkę kapelusza aby nie odfrunął a drugą przyginałam rondo do dołu. Niecodzienna i niewygodna pozycja zupełnie uniemożliwiała mi użycie rąk aby zająć się jedzeniem. Było mi trochę głupio ale poprosiłam dzielnego i ofiarnego rycerza abyśmy zamienili się miejscami. p. zdjął kapelusz i z uwielbieniem podniósł głowę aby promienie słońca paliły jego twarz. Są jednak szczęsliwi ludzie na swiecie. Niech się człek poopala a o fryzurę nie musi się martwic bo to co miał na głowie już wyglądało nawet zbyt awangardowo. Przecisnęłam się pomiędzy stolikiem a złożonym parasolem i zajęłam to samo miejsce co p. przed chwilą. Poczułam się teraz komfortowo. Wiatr wiał w plecy, słońce zapewne spali mi kark ale to i tak lepsze od czerwonego nosa jak u notorycznego pijaka. Zamiast plaży widziałam przymrużone oczy p. i wejście do restauracji co i tak było do zniesienia. Zamówiona kawa pojawiła się o dziwo prawie natychmiast co miało zamaskować i uprzyjemnić oczekiwanie na danie główne. Rzadko jadamy na dworze a w słodzeniu kawy podczas porywczego wiatru nie uzyskałam dostatecznego doświadczenia aby nazwać sie mistrzynią. Kawa w filiżankach, śmietanka w małym dzbanuszku a do wyboru różne słodziki i prawdziwa biała śmierć, wszystko poukladane w pojemniku. Zatęskniłam za normalną cukiernicą bo malutkie torebki raptem stały się nie lada problemem. Nieopatrznie oderwałam górną część papierka w którym znajdowała się porcja cukru. W lewej dłoni trzymam ten oderwany kawałek a w drugiej porcje gotową do wsypania do kawy. Nad tym czy słodzenie kawy może być upierdliwe nigdy się nie zastanawiałam ale to co przeżyłam zakrawa na nakręcenie filmu dla tych którzy nie słodzą aby pokazać co przeżywają ci inni. Podczas sypania cukru do filiżanki polowa zawartości torebki uniosła się razem z podmuchem wiatru i wylądowała na podstawce. Taka znikoma ilość która znalazła się w kawie nie zadowalała mnie pomimo tego, ze dużo nie słodzę. Odłożyłam kawałki papieru które wcześniej były miniaturową torebką i w tej samej chwili poszybowały wysoko w kierunku stolika zajmowanego przez wzorcową rodzinę 2+2. Moja wyciągnięta ręka zamarła w połowie ruchu którym daremnie usiłowałam złapać wytworzone przeze mnie śmieci. Nie miałam najmniejszej szansy aby złapać te parszywe papierki które przeleciały żonie męża i zarazem matce dwójki nastoletnich synów przed samym nosem. Ciekawe czy pomyślała o UFO czy o natrętnym motylu. Ale obciach, blondynka wystrojona w kapelusz który miał chronić jak bodyguard rownież szarą komórkę a nie potrafi osłodzić kawy. Z drugą porcją poszło mi już lepiej bo rozerwałam tylko trochę kolejnej torebki i z niebywałą starannością umieściłam całą jej zawartość w szybko stygnącej kawie. Uff, koniec kłopotów przemknęło mi po głowie. Wreszcie napiję się tak upragnionej kawy.
 Najgorsze jednak miało nastąpić już niebawem. Podniosłam filiżankę do ust a tutaj serwetka z podstawka uleciała jak latający dywan wezwany przez radio taxi. Niby to samo miejsce na ziemi, ten sam stolik a u p. jakby wszystko bez zbytnich rewelacji. Pije sobie kawę i z rozkoszą przygląda się moim wyczynom. Przecież nie jestem jakąś pańcią nie potrafiącą poradzić sobie w trudnych warunkach a tutaj proszę, wszystkie przeciwności losu zagęściły atmosferę wokół mnie zmuszając mnie do nienaturalnych wyczynów. Wszystko poszłoby dobrze gdyby nie uśmiech, wredny uśmiech tego typa z przeciwka. 
- No co? Wieje. - Zrobiłam nieskoordynowane dwa wymachy prawą i lewą ręką. Co miały znaczyć nikt by nie zgadł ale sądzę, że wyraziły moją bezradność w walce z wiatrem. Zapewne wszyscy wiemy, że nie tylko słowa mogą zranić. Lekki grymas na twarzy p. mówił wszystko co myślał o mnie w danej chwili.
 - Pyszna kawa. Spróbuj się napić. - Do jasnej ciasnej przecież nic innego nie robię, ale mi dowalił. p. upił malutki łyk i aż przymrużył oczy z rozkoszy. Zdawał się być nieobecny aby nie widzieć, że jego żona wplątała się w ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń.    
Jesteśmy uzależnieni od kawy i dzięki temu, że spożywamy jej znaczne ilości w różnych miejscach możemy z łatwością stwierdzić ile kawy i jak dobrej jest w jej wodnym roztworze. p. upijał kolejny łyk ale już nie zaszczycał mnie swym spojrzeniem tylko lekko unosił wzrok tak do połowy mej skrytej za blatem stołu sylwetki. Nie patrzył mi w oczy abym nie widziała jego dezaprobaty mojego karygodnego zachowania. A niech tam ja też skoncentruje się na kawie to już żadnej głupoty nie uczynię. Podniosłam filiżankę do ust aby wreszcie poczuć aromat tak trudno dostępnej kawy. Jeszcze płyn nie minął linii ust gdy silne uderzenie w tył głowy rzuciło mnie w stronę stolika. W oczach mi pociemniało, kawę rozlałam po twarzy i bluzce a ciężar który zaatakował mnie od tylu przygniatał mnie w pozycji rogalika. W oczach mi pociemniało a w głowie zaszumiało. Ku**a co to? W cycki wlałam chyba całą zawartość przeznaczoną do wypicia bo ciepło w tym miejscu było pierwszym powracającym z realnego świata odczuciem.
Teraz mogę napisać co przeżył naoczny świadek.
„Siedzę naprzeciw mojej, bardzo niezaradnej dzisiaj,
żony i delektuję się tak potrzebną memu organizmowi kawą. Aby  nie stresować się widokiem latających opakowań po cukrze spoglądam w czerń jeszcze lekko parującej arabiki. Po trzecim łyku gdy poczułem szturchniecie stołu postanowiłem spojrzeć na Ataner bo może daje mi jakieś tajemne znaki. Wolno unosząc wzrok ujrzałem olbrzymią plamę kawy na jej wyszywanej cekinami białej bluzce. Zaraz zamknąłem oczy bardzo mocno zaciskając powieki tak jakbym mógł wycisnąć z mej pamięci ten żałosny widok. Co za cholera opamiętała Ataner. Niby nic wielkiego bo przecież każdy może się poplamić ale wylać na siebie całą kawę to już lekka przesada. Minęła dobra chwila gdy uznałem, że już mogę stawić czoła rzeczywistości. Uniosłem głowę i otworzyłem oczy gotowy na zderzenie z bezradnością żony. Gdybym miał dziesięć śpiących oczu to scena rozgrywająca się w zasięgu ręki otworzyłaby je wszystkie a młyńskie koła nie równałyby się z ich wielkością. Ataner siedziała zgięta w pałąk a na niej leżał olbrzymi złożony parasol. Nie ruszyłem się z miejsca bo widok był zaiste piorunujący i obezwładniający. Chyba się uśmiechnąłem gdy do mojego umysłu dotarły szczegóły. Z długaśnym na dwa metry metalowym prętem i kupą materiału parasola mocował się dziesięcioletni chłopiec. Wszyscy dorośli zostali pozbawieni mocy swych muskułów i w bezruchu obserwowali całe to zdarzenie. Chłopaczek nie mógł sobie poradzić z ciężarem ale nikt mu nie pośpieszył z pomocą. Szamotał się i dodatkowo tłukł żonę po głowie. Tego było już za dużo dla mnie. Poderwałem się i wydobyłem ją z pułapki.”
  Nie mogłam wyswobodzić się z nagłego zaćmienia umysłu i nie wiedziałam gdzie jestem ani co się ze mną dzieje. Raptem wszystko do mnie dotarło. Wiatr przewrócił stojący za mną parasol który właśnie w tej chwili p. ciskał na podłogę ze znan
ą mi jego wybuchową raptownoscią. Obok niego stał chłopak z wyciągniętymi rekami jakby wołał ducha z zaświatów. Mały dobry człowieczek pewnie miał mocno zaciśnięte palce gdy p. wyrwał mu parasol z rąk. Dobrze, że nie uszkodził jego dłoni. Po sekundzie p. siedział naprzeciw mnie wpatrując się badawczo w moje oblicze skrzywione grymasem bólu i zdziwienia. 

- Żyjesz? - Nie spuszczając ze mnie swego spojrzenia p. wyraził zainteresowanie stanem mojego zdrowia. Przechodzącą kelnerkę p. poprosił o nową kawę i bluzkę krótko naświetlając zaistniałą sytuację. Kelnerka pisnęła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do głównej sali restauracji. Minutę później przyszła inna z zamówionymi daniami. Tuż za nią pojawił się menadżer restauracji. Sporządził protokół wypadku gdybym musiała jechać do szpitala i oznajmił, że nie płacimy za zamówienie.

Wracając do hotelu dotarło do mnie,
że prawdopodobnie uratowałam p. życie i nie doczekałam się podziękowań za moje poświęcenie. Dwa lat temu p. przeszedł operację i po prawej stronie czaszki ma poprowadzoną rurę odprowadzającą nadmiar płynu mózgowego po urazie głowy. Gdybyśmy nie zamienili się miejscami dostałby uderzenie dokładnie w miejsce gdzie rura wchodzi do środka. Wolę nie myśleć o konsekwencjach takiego uderzenia. W końcu nadszedł czas abym powiedziała to na głos. 

- Jesteś moim aniołem. - Usłyszałam w podzięce.

środa, 19 lutego 2014

Hilton Head Island

   Wygospodarowaliśmy trochę wolnego czasu podczas przemierzania kolejnych setek mil i postanowiliśmy zapełnić go zwiedzaniem paskudnie bogatej wyspy Hilton Head w Południowej Karolinie. Dzięki temu pomysłowi zostałam zwleczona z łóżka dużo wcześniej niż powinnam co bardzo dokładnie widać na zdjęciu. Poprzedniego dnia z chęcią zgodziłam się na dodatkowe parę godzin jazdy ale nie sądziłam, że o poranku przeklnę swą wcześniejszą decyzję. Nawet słabe hotelowe światło raziło mnie ale i tak było na tyle dobre aby uwidocznić wszystkie mankamenty porannej urody. Już dawno dowiedziałam się, że nie wyśpię się w tym wcieleniu a urlop na pewno nie okaże się tym okresem w którym mogłabym spełnić moje marzenie o spokojnym i długim przebudzeniu.
Hilton Head jest znane i chcieliśmy nacieszyć oko sławnymi plażami wyspy jeżeli to prawda co wypisują wczasowicze. Hymny pochwalne o cudownym miejscu na wakacje wydawały się nam lekko przesadzone więc nic prostszego jak wsiąść do auta i sprawdzić wiarygodność opisów. Tego ranka bliskość opuszczonej przed chwilą pościeli była tak kusząca, że o mało co zamiar oglądania plaż zamieniłabym na kolejna godzinę snu. Perspektywa złocistych plaż i połyskujących piaskow wydm jednak wzięły górę nad ma chęcią spania przez cały dzień i po długotrwałym procesie polegającym na przysposobieniu kobiety do kolejnego dnia wreszcie opuściliśmy hotel. 

Ameryka dolarem stoi i takich krótkotrwałych turystów jak my nikt nie lubi. Za pobyt w pensjonacie nie zapłacą, na obiad nie pójdą, pamiątek żadnych nie kupią a co najwyżej pozostawi
ą po sobie kolejną puszkę coca-coli w koszu na śmieci. Skoro takie podstępne typy chcą pójść na plażę to i tak będą musieli za to zapłacić. Nie to, że trzeba płacić za wstęp na plażę, aż tak źle nie jest. Wstęp jest oczywiście bezpłatny i nie ma zagrodzonych plaż wokół hoteli i każdy może używać dobrodziejstw natury bez jakichkolwiek ograniczeń. 
Podstęp polegał na płatnych miejscach parkingowych przy wejściach na plażę. Bez wydania grosza nie było dla nas możliwości dojścia na plażę. Cóż było robić. Wybraliśmy jeden z kilku dostępnych parkingów i po wrzuceniu kilku dwudziestopieciocentowek do parkometru ruszyliśmy w stronę plaży. 
Wolności nigdy za wiele w zwariowanym świecie XXI wieku o czym przypominały nam kamery śledzące aktywność obywateli. Poczułam się jak podejrzana o przestępstwo a moje postępowanie na pewno warto nagrać tak na wszelki przypadek. Kto wie kiedy się przyda ale archiwa poczekają i pomieszczą również nagranie gdy ziewam i jestem na wpół przytomna. 
Dosłownie przeszliśmy tylko kilka metrów dróżką pośród zarośli gdy przed nami rozpostarł się widok o jakim marzy każdy gdy grudniowe mrozy dają mu się we znaki.
Jak milo spędzić kilka chwil nad oceanem. Ciepły wiatr nic a nic nie przypominał o panującej dookoła zimie a wręcz przeciwnie obiecywał, że gdy słońce wzejdzie jeszcze wyżej to będzie prawdziwe lato w grudniu. Jeszcze nie mogłam przestawić się na krótkie spodnie więc pomimo tego, że było ciepło to i tak okrywałam się swetrem a'la nietoperz. Hotele stały tuż obok plaży i aż pozazdrościć tym którzy zdecydowali się spędzić zimowa kanikule właśnie tutaj gdzie dwadzieścia kilometrów złocistej plaży zapowiada nie lada atrakcje. Krotki spacer okazał się za krotki dla mojej zziębniętej duszy ale samo wspomnienie, że za chwile pojedziemy jeszcze dalej na południe osłodziło mi gorycz pożegnania z przecudownym miejscem. Czasami internet nie kłamie i zapewniam was, ze Hilton Head Island warta jest dłuższych odwiedzin niż nasze.
 Takie miejsca jak to mają swą atmosferę którą wyczuwają wszyscy wjeżdżający do miejsc gdzie zasobny portfel jest największą cnotą mieszkańców. Dużo przestrzeni, eleganckie kwietniki oraz bujna roślinność która chroni obywateli przed wzrokiem przejeżdżających lub spacerujących ciekawskich. Ciekawostką jest zakaz budowania domów wyższych niż otaczające ja drzewa więc ukrycie się za zasłoną zieleni jest jakby przypisane literą prawa i sprawdza się wyśmienicie.

wtorek, 11 lutego 2014

Nashville

   Nie mamy szczęścia do Nashville albo to miasto nas nie lubi. Oddalone od Chicago o siedem godzin jazdy jest na tyle blisko, że odwiedzić je można w ciągu jednego dnia. Dla miłośników muzyki country to istna mekka gdyż Nashville jest stolicą tego gatunku. Nasze plany zwiedzenia miasta zawsze ulegają zmianie i tak naprawdę to nigdy nie udało się nam być w nim dłużej niż pół godziny. Zawsze przejazdem i w podróży zatrzymywaliśmy się w nim na tankowanie lub jedzenie ale nigdy na tyle długo aby pójść na koncert do sławnego Grand Ole Opry lub przynajmniej knajpki z muzyką na żywo.
Również tym razem nasza wizyta miała mieć taki charakter ale wybłagałam aby oprócz zatrzymania się na stacji benzynowej zerknąć do środka miasta i chociaż przejechać przez jego centrum. 
- Jakie tam znowu centrum? Tu nie ma centrum. - p. zupełnie bez entuzjazmu podszedł do mych pragnień. 
- Jak to nie ma centrum! A to? - Wskazałam palcem dwa wieżowce. 
- No chyba nie chcesz oglądać betonu. - Nie chciałam bo jak wieżowce to Hong Kong albo Nowy Jork. Źle się wysłowiłam bo chciałam zobaczyć Music City które jest kulturalnym centrum a nie wieżowcowe centrum.
Po długiej i mało kreatywnej konwersacji udało się nam wypracować kompromis polegający na obejrzeniu „po łebkach” miasta. To już było coś w porównaniu z kilkukrotnym, całkowitym omijaniem miasta. Aby nie zagłębiać się w szczegóły rozmowy ustaliliśmy, że podjedziemy pod ciągle trudno dostępne dla zwiedzających najsławniejsze studio nagrań RCA Victor oraz krótką wizytę w Grecji.
Właśnie w tym miejscu powstawały nagrania takich sław jak Elvis Presley, Everly Brothers, Roy Orbison, Don Gibson, Charley Pride, Dolly Parton, Jim Reeves aby wymienić tylko kilku z nich. Studio B powstało w 1957 roku i dzisiaj jest obiektem muzealnym. Z biegu nie można go zwiedzić więc zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz co w zupełności nam wystarczyło gdyż perspektywa ciepłej Florydy była tak kusząca, że ciężko było myśleć o czymś innym. Chcieliśmy dotrzeć do ciepełka jak najszybciej więc zimowe i za razem zimne kraje chcieliśmy opuścić jak najszybciej.
Obecnie działające studia nagraniowe niewiele się różnią od muzealnego zabytku tak wyglądem jak i stanem technicznym budynków. Trochę liznęliśmy atmosfery wielkiego świata muzyki i aż wierzyć się nie chce, że w takich domkach dokonywane są nagrania znane na cały świat. Wiele nieznanych jeszcze artystów ściąga do Nashville aby grac do kotleta albo do kolejnego kufla piwa marząc, że kiedyś zostaną odkryci przez producenta który zaoferuje nagranie srebrnego krążka CD.
 Jeden z takich nieodkrytych talentów podpierał ścianę pod Carnival Music i zanosiło się, że będzie tam stał do końca świata.
Lekko zawiedzeni brakiem przepychu wokół bardzo dobrze prosperującego biznesu pod nazwą Country Music udaliśmy się do świątyni Ateny aby wymodlić dobrą pogodę na dalszą część naszej podróży. Gdyby ktoś nie wiedział to w USA jest jeszcze jeden Partenon i to w doskonałym stanie a nie jakieś ruiny w Grecji.
Po co jechać do Europy gdy pod ręką jest wierna kopia greckiego zabytku. Tutaj dopiero p. ulżył sobie na amerykańskim wygodnictwie i marnotrawieniu pieniędzy. 
O sensowności i celowości takiego budynku w parku nie było nawet mowy bo nie doszukaliśmy się żadnej z nich.
Owszem obeszliśmy dookoła całą replikę i pogłaskawszy lwa po nosie wróciliśmy do samochodu aby kolejny przystanek w Południowej Karolinie zatrzymał nas na dłużej.

środa, 5 lutego 2014

Starość.

 Psie lata mnoży się przez siedem w odniesieniu do wieku ludzi. Koty tez starzeją się szybciej niż człowiek to wiadomo. Trochę wolniej starość postępuje u żółwi z Galapagos.
 A w takim razie co dzieje się z blogowiczami i ich dziełami w postaci blogów?
Czy blogi starzeją się szybciej niż ich twórcy?
Czy blogi wcale się nie starzeją?
Czy starzeją się wolniej od ich właścicieli?


Trudno zaiste znaleźć odpowiedź na te pytania ale z chęcią podzielę się sw
ą opinią co myślę o swoim blogu. Cztery lata temu zrobiłam odważny krok w magiczną krainę opowieści o mnie.
Pełna obaw jak poradzę sobie pośród tysięcy albo nawet milionów podobnych żółtodziobów pisałam o tym co widziałam na amerykańskim kontynencie. Spróbować nie zaszkodzi, pomyślałam sobie i kolejny post zapełnił pustą kartkę w moim blogu. Tak trwa do dziś. Na przestrzeni czterech lat pozbyłam się trwogi ale niepewność pozostała bo zdałam sobie sprawę, ze piszę nie tylko dla siebie ale również dla czytających i dopingujących mnie komentatorów. Cztery lata blogowania to już dobre doświadczenie ale czy mój blog jest dojrzały? Nie, nie sądzę abym mogła tak powiedzieć o swych wypocinach popełnianych nieregularnie co tydzień lub dziesięć dni. Uczę się codziennie i myślę, ze najtrudniejsze chwile mam za sobą. Stanęłam pewniej na nogach ale ciągłe poszukiwania ideału sprawiają, ze nawet nie pokonałam etapu wstępnego a do starości to jeszcze ho, ho. Tematów mi nie brakuje i dopóki koła w aucie się kręcą to ich nie braknie. O zamknięciu bloga nigdy przez cztery lata nie pomyślałam i wierzę, ze doczekam kolejnego jubileuszu czego życzę sobie i Wam.