sobota, 28 lutego 2015

Susan z Fairbanks

 Zdjęcia Susan są po prostu rewelacyjne. Zupełnie przypadkowo natknęłam się na jej blog poszukując wiadomości o Alasce. p. aż piszczał z zazdrości oglądając jej blog a ja zaczęłam czytać go od samego początku. Nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej na lekturze bo Susan pisze ciekawie i zamieszcza dużo zdjęć z jej prywatnego życia jak i widoków krainy w której zamieszkuje. Alaska nas oczarowała bo to co widzą mieszkańcy tego Stanu niejednokrotnie umyka turyście zaślepionemu urokiem niecodziennych widoków.
Nawiązaliśmy kontakt internetowy i na kilka tygodni przed wylotem z Chicago zamówiliśmy rewelacyjny kalendarz z własnoręcznym odbiorem w Fairbanks.
Spotkaliśmy się w restauracji znajdującej się tuż obok naszego hotelu. Gdy walczyliśmy z hostessą o miejsce na obiad Susan przybyła na miejsce spotkania i spokojnie czekała na wynik pojedynku. Chcieliśmy zasiąść przy stole ale w tej sali nie było odpowiedniego więc p. wskazał paluchem drugą salę gdzie stolików było przynajmniej osiem. Wszystkie wolne. Bardzo niechętnie ale pani wyraziła zgodę na usadzenie nas w innej sali. Rozumiem, że kelnerkom nie chce się chodzić daleko od kuchni ale w restauracji konsument rządzi do pewnego stopnia. Gdy przechodziliśmy tam gdzie nam się spodobało spotkaliśmy zaproszonego gościa.

 Spotkanie w restauracji obok naszego hotelu zaaranżowała Susan. Dla nas wielka wygoda a jej też było "po drodze" aby właśnie tam się z nami spotkać. Po krótkiej wymianie uprzejmości zabraliśmy się za wyszukanie dania dla każdego z nas. Poszło składnie i nawet nie wiadomo kiedy my skończyliśmy nasz obiad a Susan swoje lekko opóźnione śniadanie, artyści mają swój rozkład dnia i pierwszy posiłek po południu wcale nas nie zaskoczył. 
Aby nie siedzieć i pozwolić jedzeniu na zalegiwanie w brzuchu poszliśmy na krótki spacer po Pioneer Park gdzie trwały przygotowania do obchodów Halloween. Popatrzcie jakich przemyślnych sposobów używano aby atmosfera niesamowitości i strachów nabrała na sile wyrazu. Rozsypywano nawet piach na asfaltowych dróżkach mini miasteczka i zapewne gdy wszystko zostało zapięte na ostatni guzik to przebrana osoba za czarownicę nabierała stu procentowej autentyczności. Kilka zdjęć musi wystarczyć na potwierdzenie tym bardziej, że wszystkie pawilony były zamknięte i ekspozycje nie były dostępne dla zwiedzających.
Wprawne oko Susan uchwyciło co niewierne żony skrywają w zakątkach duszy. Zdradę niewiernej małżonki.
 p. próbował pokazać, że rogi na ścianie mogą należeć do niego ale niestety to nie moja zasługa bo mu nie pasowały.
 Pozowanie do zdjęć czasami wymaga poświęcenia i gdyby ktoś nie wierzył w to stwierdzenie niech popatrzy na nasze uśmiechnięte twarze pomimo tego, że wiekowe zęby parowej koparki nie były specjalnie stępione aby było nam wygodniej.
Susan skonsultowała z nami nasze plany na następny dzień i doradziła kąpiel w gorących żródłach oraz wizytę w lodowym muzeum. Kolejny post zatem będzie rozgrywał się w Chena Hot Springs.

Każdy może odszukać Susan na własną rękę ale ułatwiam to zadanie podając adres jej bloga;
http://susanstevenson.com/blog/

niedziela, 22 lutego 2015

(247365) Do Ameryki bez gramatyki.

 Gdy Chiny przygotowywały się do Olimpiady to w Ameryce aż roiło się od dowcipów i drwin na temat niepoprawnych napisów w języku angielskim. Były zdjęcia i domysły czy można zrozumieć informację na szyldzie lub plakacie. Było, minęło i jak wiemy nikt nie błądzi do dziś po Pekinie bo zmylił go napis z błędem. 
 W mieście Billings w Montanie podczas pobytu w hamburgerowni znanej na całym ludzkim padole ktoś kto szkołę traktował jako niewyczerpane źródło wagarów zamieścił taki oto napis ostrzegawczy. 
 Mnie to ubawiło i zmusiło do refleksji nad stanem wykształcenia tych którzy śmieją się z innych a siebie uważają za naród idealny. O swoje błędy wcale się nie martwią i wybaczają je łatwiej niż powinni. 
Źle użyty czas przeszły (powinno być "chair is broken") dla mnie zabrzmiał wręcz komicznie. Odczytałem ów napis jako "Uwaga!!!! Krzesło zbankrutowało. Proszę nie używać!!!!", bo to be broke oznacza nie mieć pieniędzy, być bez gotówki.
 Jeszcze dziś w przydrożnej kajpie sprawdzam dokładnie krzesło na którym mam usiąść bo z bankrutem lepiej nie mieć do czynienia o czym wszyscy wiedzą. Z dwojga złego wolę jednak towarzystwo bankruta niż głąba który napisał to ostrzeżenie. A może najlepiej nie przejmować się gramatyką?
(247365)

piątek, 13 lutego 2015

Przy kawie


  Tytuł jest przewrotny bo ktoś mógłby posądzić mnie o wysiadywanie przy kawie i pogaduszkach na tematy które nie wszystkich mogą zainteresować ale wzbudzające emocje rozmawiających. Było zupełnie inaczej. Gdy jedna kawa podczas krótkiego rozeznania okolic Fairbanks przestała działać i powieki pozostawały zamknięte coraz dłużej nastąpił czas na kolejną porcję błąkającej się kofeiny pośród mało apetycznie wyglądającego płynu. O smaku nawet nie wspomnę bo nie dla niego zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Moim skromnym zdaniem sprzedaż takiego wyrobu powinna być prawnie zabroniona albo przynajmniej zmienić nazwę aby ludzi co kawę kiedyś posmakowali nie wprowadzać w błąd i osłupienie. 
Auto o dziwo zostawiliśmy na miejscu parkingowym a nie przy dystrybutorze tak jakbyśmy przeczuwali, że zakup  kawy zajmie nam dużo więcej czasu niż zwykle. Jak to bywa w nieznanych miejscach kilka pierwszych minut upływa na rozpoznaniu terenu. Trzeba przecież zorientować się gdzie co jest usytuowane i rozmieszczone na regałach. Zwykle kawy zaparzane są w olbrzymich ilościach tak na oko wiadro z okładem kilku litrów. Wybór czasami jest zaskakująco duży a nazewnictwo ukazuje nieskończenie wielką inwencję bo spotkać można; Colombian Supreme, Java Dark Roast, House Mild, Pumpkin Spicey i wiele innych których nie pamiętam bo niby po co skoro i tak smakują tak samo. Ja zajęłam się przeglądaniem regałów gdy p. rozpoczął nalewanie płynu do kubka. Niby nic wielkiego a i tak zapoznanie się z rozmiarem pojemnika może przysporzyć kłopotu. Large czyli duży może mieć pojemność 24 fl. oz. (czyli płynnych uncji) jak i 16. Trzeba patrzeć przytomnym wzrokiem i porównywać wszystkie na raz a mogą być ich np. cztery rozmiary. Nie wiem jak duży czy mały pojemnik kubek wybrał p. ale gdy ja wróciłam z rekonesansu po stacji benzynowej p. miał taki jaki chciał. Już zamierzał podstawić kubek pod jeden z ogromniastych termosów gdy został staranowany przez obcą kobietę. Na moich oczach rozegrało się to zdarzenie więc mogę je opisać w szczegółach nie konsultując się z ofiarą ataku. Krew mi zaczęła szybciej krążyć w żyłach bo przecież żoną jestem i to wcale nie obojętną na swoją własność. Już chciałam pazurami mordę jej podrapać ale cofnęłam się o dwa kroki aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Indywiduum owe wskoczyło w dwudziesty pierwszy wiek ze średniowiecza. Zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy nie zdarzają się codziennie ale ta kobieta wyskoczyła z wehikułu czasu a nie ze swego pickupa. Za czasów inkwizycji czarownice palono na stosie i ponoć spalono wszystkie. Tak głoszą oficjalne dokumenty sporządzane przez sumiennych skrybów ale okłamali historię bo jedna z nich żyje do dziś na Alasce. Właśnie mieliśmy okazję ją spotkać przy kawie.
 Zacznę od podłogi. Buty w postaci gumiaków ubłocone po samą górę były tylko dodatkiem do całej postaci. Dużo obuwia nie widziałam bo większa ich część była ukryta pod wymiętą niemiłosiernie spódnicą. Stan wyprasowania aż tak bardzo mnie nie zaskoczył bo sama czasami zakładam podkoszulkę wyjętą z torby podróżnej i nawet przez głowę mi nie przechodzi myśl o prasowaniu. Zatem rozumiem, że wstręt do prasowania może iść w parze ze schludnością co może budzić sprzeciw niewielu czytających. Plama na plamie tworzyły interesujący deseń i nawet trudno było zgadnąć jaki kolor miała spódnica przed wiekami kiedy była ostatni raz prana. Jakieś kawałki suchej trawy i być może resztki sierści z oprawianego jelenia dodawały posmaku niesamowitości osadzonej w rzeczywistości. Kobieta owa zdobyła przewagę nie tylko nad p. który wpatrywał się niemo w owo zjawisko ale również nade mną bo ja tylko trwałam, byłam ale nie reagowałam. Lubimy poznawać nowe miejsca i spotykać nowych ludzi. Nauczyliśmy się wyrozumiałości do granic przyzwoitości i do tej pory sądziłam, że mnie już nic nie zadziwi. Jakże mylny to był pogląd. Stałam jak na rozstaju dróg nie mogąc zdecydować się czy w lewo czyli rzucić się na nią czy w prawo czyli stać i podziwiać uroki nieznanego mi świata magii i czarów.
 p. nerwowo (tylko ja jestem w stanie rozpoznać jego ukrywane uczucia) utrzymywał bezpieczną odległość od napastnika niby przestępując z nogi na nogę ale niezauważalne drobne kroczki moje oko dostrzegło. Teraz, aby nie wchodzić w kolizję p. zaczął się interesować przykrywkami do styropianowego kubka które umieszczono na drugim stole po przeciwnej stronie niż kawa. Przecież nic w życiu nie jest łatwe i nawet pokrywki są daleko od kawy. Atakująca kobieta ubrana w czarno czerwony sweter w którym tkwiło świadectwo posiadania starej pierzyny lub odpieprzania upolowanego ptactwa napełniwszy największych rozmiarów kubek odwróciła się w stronę gdzie stał p. aby dosypać cukru, dolać śmietany i przykryć całość przykrywką. Poruszała się jak w transie nie bacząc, że oprócz niej jest jeszcze jakaś żywa i spragniona picia osoba na świecie. p. skrzywił się co oznaczało, że jego nerwy już nie wytrzymują i prawie odskoczył w tył aby nie mieć ponownego kontaktu z warstwą ochronną na ubiorze kobiety. Gdy p. stał oparty o drzwi lodówki z napojami do kobiety dołączył członek jej rodziny pod postacią małolata płci męskiej. No od razu było widać, że to syn bo jego gumiaki po ojcu pasowały do całości jak ulał. Pasowały do całości ale nie do jego stóp bo były za duże o trzy albo cztery numery. Czy na zmianę z ojcem czy ze starszym bratem używają to obuwie to mało znaczący fakt ale zbyt duża bluza z polaru wskazywała, że jest to odzienie przechodnie a nie kupowane na rozmiar. Chłopak zachowywał się zupełnie przeciwnie niż jego rodzicielka bo jego przykurczona postać i świdrująco przenikliwe oczy aż krzyczały, że czuje się niepewnie. Miał dwa opakowania ciastek położone jedno na drugim, po dwanaście w każdym. Szybka analiza niemytych od tygodni włosów kobiety wskazywała na pochodzenie tych ludzi z odległego buszu gdzie kontakt z ludźmi jest ograniczony a takie udogodnienia jak bieżąca i ciepła woda nie istnieją. Czy jest to możliwe przekonacie się gdy opiszę nasze spotkanie z Susan która mieszka w Fairbanks od wielu lat i zna Alaskę od samej podszewki. Matka zamieniła dwa słowa z synem i p. rozluźnił się na tyle, że zbliżył się do wymarzonej kawy. Już miał chwycić kurek aby napełnić kubek kawą gdy nastąpił nieoczekiwany zwrot sytuacji i przez kolejne parę chwil p. pozostał wyłączony z akcji stając się czynnym jej obserwatorem. 
Młodzian też miał ochotę na kawę i zgodę matki więc położył pudła na skrawku blatu chwycił kubek i łypnął na p. okiem wygłodniałego szakala. Byłam tak blisko całego zajścia, że mogłam wręcz wyczuć napięcie jakie otaczało te trzy metry kwadratowe na których znajdowały się cztery osoby. Ułamek sekundy zadecydował, że chłopak nalał sobie kawy a p. znów usunął się o pół kroku. Desperacja wzięła górę nad uprzejmością. Przeważnie w sklepach nie wolno robić zdjęć więc nie zabieramy ze sobą aparatów nawet na stacje benzynowe aby nie wchodzić w słowne pojedynki z właścicielami takowych przybytków. Teraz jednak żałowałam, że nie mogę sfotografować tego zajścia. Z drugiej strony może lepiej, że nie mogłam bo pewnie oprócz nieodwracalnego uroku jaki rzuciłaby na mnie czarownica to dodatkowo zabrałaby mi aparat. 
- K... widziałaś coś podobnego? - p. jakoś musiał odreagować i wcale się nie dziwię, że sobie ulżył gdy opisane osoby znalazły się przy kasie. - Pędzę bo muszę zrobić im zdjęcie.
- Jak nie widziałam! Ja to opiszę! - p. pofrunął do auta i pozostawił mnie przy stanowisku z kawą i z pustym kubkiem. Znów cała robota na mojej głowie.

piątek, 6 lutego 2015

Ropa w zasięgu ręki.

  Powrót do hotelu zawsze pozostawał pod znakiem zapytania gdyż nie byliśmy przekonani do końca, że już nie będzie więcej zórz tej nocy ale zmęczenie dawało się we znaki i rozsądek zaganiał nas do łóżka na kolejną porcję snu. Dnie były krótkie i chciał nie chciał ale nie mogliśmy przespać choćby jednego bo również słoneczna część doby miała swoje atrakcje. Postanowiliśmy pobłądzić po okolicach miasta aby choć trochę liznąć ten odległy świat i poczuć jego smak.
Alaska ropą stoi i jest to jej główne bogactwo naturalne na które jest niekończące się zapotrzebowanie. Jej wydobycie odbywa się na Morzu Beauforta i przez cały stan transportowana jest taką rurą na jego południową stronę. Na długości 1287 kilometrów jest tylko jedenaście pomp które zapewniają przepływ ropy z Prudhoe Bay do Valdez.
Ciekawostką zapewne jest fakt, że amerykańskie firmy nie były w stanie wyprodukować rury o średnicy 122 cm ze stali o odpowiednich właściwościach. Z pomocą nadeszły trzy firmy japońskie które wspólnie podjęły się tego niełatwego przedsięwzięcia. W latach 1974-1977 powstało połączenie dwóch miast zupełnie nietypowym "środkiem transportu". Funkcjonuje do dziś i wydawałoby się, że na Alasce benzyna będzie najtańsza na świecie ale jest zupełnie odwrotnie. Ceny końcowe są wyższe niż w innych stanach bo surowej ropy nie wlejesz do auta a ponowny transport z rafinerii w okolice wydobycia podnosi jej cenę bardzo znacznie.
Nie wlazłam na rurę i nie wywierciłam dziury aby zdobyć trochę ropy na pamiątkę pomimo usilnych próśb p., który mnie do tego namawiał twierdząc, że Ataner siedząca okrakiem na strumieniu ropy byłaby widokiem zupełnie niecodziennym. Mnie wystarczyła jednak tylko świadomość, że przez tą rurę tłoczone są miliardy dolarów i z bólem serca tankowaliśmy na stacjach benzynowych już przetworzony wyrób.