sobota, 28 marca 2015

Pożegnanie Alaski

 Życie wokół Fairbanks toczy się przy drodze albo setki kilometrów od niej. Wiem, że pomyślicie iż mnie porąbało ale tak jest. Kilka przykładów uwieczniłam na zdjęciach ale nie mam ani jednego dowodu na życie gdzieś w oddali dlatego też pozostanę blisko asfaltu.
To chyba kraina niedowiarków. Wszędzie indziej są tablice reklamowe a biznes znajduje się gdzieś na uboczu. Tutaj jest inaczej; jak nie zobaczysz to nie uwierzysz bo wypożyczalnia wszelakich pojazdów jest przy samej drodze aby każdy mógł ją zobaczyć. Przy okazji poznajesz cały inwentarz i jak nie widzisz takiego pojazdu który chciałbyś wynająć to nawet nie musisz się zatrzymywać.
Jak mieszkać blisko drogi to tak aby dom było widać z daleka i nawet ostro zamroczony kierowca nie będzie miał problemu z dojazdem do domu bo nie ma ogrodzenia a jak minie podjazd to nic się nie stanie. Zatrzyma się na chałupie albo na drzewach rosnących za domostwem.
Temu mieszkańcowi udało się albo chciało się wykarczować tyle lasu aby zamieszkać z daleka od drogi i zmieścić jeszcze ciężarówkę.
Kramy przydrożne powinny stać blisko przejeżdzających czyli tutaj nic dziwnego. Kilka zaskakujących i dziwnych rzeczy dowiedzieliśmy się od Susan podczas naszego krótkiego spotkania. Nie mieliśmy zamiaru wypytywać jej o trudy życia na tym odludziu ale jedna rzecz przeważyła, że zadaliśmy kilka niewygodnych pytań i o dziwo otrzymaliśmy odpowiedź zupełnie naturalną. 
Zainteresowała nas studnia w centrum miasta przy której kilka aut brało wodę do zbiorników różnej maści i wielkości. Akurat nie byłam przyklejona do aparatu fotograficznego i zanim wróciliśmy w to samo miejsce aut już nie było. Studnia pozostała i pytanie; po co?
50% populacji Alaski mieszka w Anchorage a cała reszta w zakątkach tak odległych, że elektryczność, telefon i bieżąca woda to zupełnie nieznany rarytas. Infrastruktura poza miastami nie istnieje i jak wspomniała Susan wiele domostw musi na własną rękę dbać o opał, świeżą wodę do picia i całą resztę aby przeżyć. Nawet ci którzy dojeżdzają do pracy do miasta a mieszkają poza nim od czasu do czasu muszą się umyć. Z pomocą przychodzą władze miasta które jak przed wiekami dotują łaźnię miejską. Szokujące ale prawdziwe. Bardziej cywilizowani zapisują się do klubów fitness aby nie koniecznie stać się kulturystami ale żeby mieć dostęp do pryszniców.
 Słuchaliśmy tych opowieści z lekkim niedowierzaniem ale co kraj to obyczaj więc nie mieliśmy podstaw do zaprzeczenia tego, że; kilku znajomych naszej rozmówczyni zbiera deszczówkę aby w niej kąpać dzieci i siebie samych.
Życie na Alasce nie jest łatwe i nie dla wszystkich. Od razu napiszę, że nie widzę siebie w tym kraju. Przyjechać pooglądać owszem ale spędzić tam całe życie to nie. 
Nasz pobyt przypadł na martwy sezon i aż trudno uwierzyć, że istnieją miasteczka zamknięte na klucz gdy ilość turystów zmniejsza się drastycznie. Dosłownie na klucz i nawet okna są zabite dechami. 
Opowieści mogą nie być wiarygodne bo czasami ludzie opowiadają historie wyssane z palca ale gdy słowa są poparte zdjęciami to trzeba uwierzyć.
Alaska to chyba jedyny Stan gdzie kierowcy jeżdzą poniżej dozwolonej prędkości. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że to nie dlatego, że kierowcy tam są wyjątkowo oszczędni i jeżdzą wolno bo wtedy auto mniej pali ale ze względów bezpieczeństwa.
Nie jeden mieszkaniec zapewne przeżył zderzenie z łosiem i do dziś oczy ma dookoła głowy aby coś podobnego nie wydarzyło się ponownie. Wielkie zwierzę na wysokich nogach w razie zderzenia wpada do środka auta nad maską stanowiąc poważne zagrożenie życia kierowcy i pasażerów. Nam udało się uniknąć spotkania na asfalcie z tym niebezpiecznym gatunkiem całe i zdrowe zwierzęta umknęły do lasu a my odetchnęliśmy z ulgą.
 Spokojnie przemierzaliśmy gościnne przestrzenie bacznie przyglądając się okolicy.
 Przylecieliśmy na Alaskę po sezonie turystycznym i zarówno przed sezonem głównych atrakcji jakimi są wyścigi psich zaprzęgów. Śniegu jeszcze było niewiele ale przygotowania do zawodów trwają cały rok. Gdy nie ma białej pokrywy aby używać sań do treningu zmyślni właściciele psów zaprzęgli je do quadów aby nie wypadły z formy.
 Alaska kusi i nęci. Jest tak daleko od tętniących życiem wielkich miast, że wieści o niej jest mało i wydaje się zapomniana przez pospolitego Kowalskiego. Dla turystów z grubym portfelem otwiera swe przeurocze i prawie niedostępne zakamarki. Na tłumach nikomu tam nie zależy i wypożyczonym sedanem daleko nie zajedziesz bo asfalt kończy się niedaleko na północ od Fairbanks i dalej droga to podróż na własne ryzyko. Najłatwiej i najszybciej można poznać ten zakątek świata podróżując małym samolotem bo dróg w zasadzie brak. Powierzchniowo to 1/5 całej reszty USA i życia by brakło na zwiedzanie takiej przestrzeni konno lub na piechotę.
"Alaska area compared to conterminous US" by Eric Gaba (Sting - fr:Sting) - Own workData:NGDC World Coast Line (public domain)NGDC World Data Bank II (public domain). Licensed under CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons - http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Alaska_area_compared_to_conterminous_US.svg#/media/File:Alaska_area_compared_to_conterminous_US.svg
Nas nie było stać na przelot do Prudhoe Bay i zanurzenie stóp w lodowatym Morzu Beauforta.
 Alaska to koniec świata a przynajmniej koniec USA. Kilkadziesiąt kilometrów dzieli ją od Rosji i stanowi dobrze strzeżony przyczułek przed inwazją ze wschodu. Jawnych baz wojskowych jest ... dużo aby nie napisać bardzo dużo. Tych nie zaznaczonych na mapach jest jeszcze więcej i może dlatego turystycznie ląd ten jest niedostępny a mapy Alaski na Alasce nie uświadczysz.
Pomimo wielu niedogodności które czekają na nowo przybywających miejsce to kojarzy się z osiągnięciem drugiej strony tęczy i rajem na ziemi. Powstają nowe biznesy i umierają tak szybko jak powstały.
Mieszkańcy Zielonej Góry będą zadowoleni z faktu, że i w odległej krainie mają swoją zieloną górę. To ani mchy ani porosty pokryły górę odległą o jakieś 100 kilometrów od Fairbanks to po prostu jest zielona góra i już.
Pogoda nam sprzyjała bo chmur na niebie nie było i mogliśmy oglądać niebywałe zjawisko zorzy polarnej ale w ciągu dnia krew krążyła szybciej gdy niespodziewane mgły były tak gęste aby pochłonąć nas razem z autem i pokryć cały świat siną i gęstą zasłoną.
Noce jednak były pogodne czego nie zapowiadały chmury towarzyszące zachodowi słońca.
Liznęłam tylko odrobinę tego co można zobaczyć na Alasce ale zapraszam na blog Susan Stevenson pod nazwą Living in Alaska bo tam znajdziecie informacje z pierwszej ręki i tyle zdjęć, że poznacie Alaskę tak dobrze jak swoją okolicę.

****
It's a little bit of what we have seen in Alaska but I invite you to Susan Stevenson's blog under the name "Living in Alaska" because that's where you will find first-hand information and images so that you will know Alaska as well as your own neighborhood.


Zapomnialam na śmierć napisać o przeżytym pierwszy raz w życiu trzęsieniu ziemi. Zatrząsł się pewnego wieczoru cały hotel a my zamarliśmy w przestrachu. Nie było to bardzo silne trzęsienie ale wywarło baaardzo silne wrażenie!!! Kiedyś może jeszcze o tym napiszę.

środa, 18 marca 2015

Chena Hot Springs

 Oprócz marznięcia po nocach aby pooglądać zorze polarne Alaska dała nam również trochę wytchnienia. Za radą Susan spędziliśmy popołudnie i póżny wieczór na zabawie i rozrywce. Nasze ciała wymagały relaksu więc ruszyliśmy się do znanego ośrodka wypoczynkowego Chena Hot Springs.
Zbyt wiele atrakcji tam na nas nie czekało bo... Alaska to dziwny Stan po którym zbyt wiele nie powinniśmy się spodziewać. Widoki owszem ale cała reszta jest bardzo specyficzna i ciekawostki eksponowane jako zabytki znaleźć można w wielu innych miejscach na ziemi.
 Minęliśmy hangar zbudowany z brył lodu i oczywistym było, że tam mieści się lodowe muzeum. Aby kupić bilety wstępu udaliśmy się do centrum turystycznego mieszczącego się w hotelu. Okazało się, że mamy dość czasu aby coś zjeść więc nie zwlekając udaliśmy się do restauracji na prawdziwy obiad.
Wnętrze restauracji w całości z drewna trochę zaskoczyło i po chwili okazało się męczące natłokiem gadżetów. Wszystko w jednym kolorze umykało pamięci i gdyby nie zdjęcie nie potrafiłabym odtworzyć go z pamięci.
Jedzenie nie powaliło na kolana ale dało się zjeść obiad ze smakiem i na deser zafundowaliśmy sobie krótki spacer po terenie ośrodka.
Gorące źródła są atrakcją szczególnie zimą. Woda jest bardzo ciepła i nie zamarza przez cały rok, dzięki temu służy jako miejsce wodopoju dzikich zwierząt zamieszkujących okolice. Widok dla mnie był trochę odrażający i za żadne skarby nie zanużyłabym swego ciała w takim bajorze z glonami koloru brązowo-zielonego.
 Jednak miejsce kąpieli wyglądało zupełnie przyzwoicie i przez dalszą część spaceru nie obawiałam się kąpieli w algach i glonach.
 Nogi poniosły nas trochę za daleko i ledwo zdążyliśmy na godzinę wejścia do muzeum lodu.
Miła obsługa poczekała z zamknięciem drzwi przed nosem ostatniego spóźnialskiego i od razu ruszyliśmy do baru Aurora na martini z lodowego kieliszka.
Wszystko w środku tego igloo jest z lodu, ściany, kolumny i wszystkie rzeźby. Temperatura utrzymywana jest w granicy +8C i aby jak najdłużej zachować okazy nie wolno ich dotykać. Oczywiście nie byłam jedyną osobą która nie zastosowała się do zakazu i własnoręcznie przekonałam się, że to lód.
 Bar z lodu, krzeseło barowe z lodu, podstawka na kieliszek z lodu i sam kielich wyrzeźbiony z lodu.
Uciekłam od pijącego towarzystwa aby podzielić się niecodzinnym drinkiem z Panterą a dopiero później z p..
Pantera z przyjemnością liznęła jednego łyczka i śmiech zagościł na jej obliczu pokazując ostre kły. 
Pozostałe resztki z uwielbieniem wylizał konik morski swoją długą na pół metra mordką.
 Lekki niedosyt szalonych rzeźb zaskoczył nas oboje bo spodziewaliśmy się natłoku fantazji ale nic z tego. Jedyną godną uwagi i podziwu była rzeźba pojedynkujących się rycerzy. Więcej lodowych atrakcji można znaleźć na blogu Susan która zamieszcza co roku relacje z odbywających się zawodów rzeźby lodowej w Fairbanks. Zapraszam do poszperania w jej zasobnym blogu w okolicach marca. Zdjęć dużo a to co zobaczycie potwierdzi mą opinię, że troszkę pusto w muzeum.
Dziesięć minut wystarczyło aby dotknąć zapoznać się ze wszystkimi okazami udostępnionymi dla zwiedzających. Organizatorzy byli na tyle krytyczni do ekspozycji, że zaraz zaczęto wypraszać nas z igloo bo czas zwiedzania już się zakończył.
Drzwi lodowej krainy zamknęły się za nami z lekkim sykiem odsysanego powietrza aby zachować odpowiednią temperaturę w środku muzeum a my biegiem ruszyliśmy w stronę przeciwności wiecznej zmarzliny.
Aaaaa!!!! Ale gorąco! Woda była tak ciepła, że z ulgą wynurzałam się z otmętów upalnych źródeł aby nie ugotować się żywcem.
I kto by przypuszczał, że przyda mi się kostium kąpielowy zimą na Alasce.