czwartek, 23 kwietnia 2015

Ideał od połowy.

No i stało się!
Po długich zapowiedziach p. wreszcie zabrał się do roboty. Na początek poszedł ogród bo to przecież najwyższa pora gdyż rośliny wyłażą z ziemi i wyciągają szyje w poszukiwaniu promieni słonecznych a w naszych duszach jakby ciągle jeszcze śniegu po kolana. Nikomu nie chciało się ruszyć czterech liter aby zadbać o przyszły wygląd zieleni. Tak było do zeszłego tygodnia gdy raptem zostałam uprowadzona do sklepu z deskami. Byłam szefową a p. zamienił się w robotnika albo określając jego pozycję bardziej łagodnie, zamienił się w pomocnika. Wybraliśmy deski z cedru na skrzynię z ziołami oraz śruby, deseczki i jakieś inne kawałki drewna które według mnie nie były potrzebne. Całość zapakowaliśmy do auta i wkrótce sterta desek zaległa przed patio po rozpakowaniu w domu. Po dwóch dniach stękania, cięcia i skręcania mam wreszcie wymarzone miejsce dla bazylii, oregano i innych ziół. Całość przyozdobił niewielki płotek dla pnączy które już wypuściły pierwsze listki. Po robocie chłop z poobijanymi paluchami i wieloma zadrapaniami na dłoniach wyprostował się wolniutko bo plecy też miał obolałe i stwierdził, że koniec z leniwymi weekendami gdyż rozpoczyna gruntowny remont w domu. Zamarłam. Jeżeli prosta skrzynia zajęła mu dwa dni to malowanie i pewne drobne poprawki w domu zajmą mu cały rok. 
- Takie tempo pracy to istna tragedia kochanie. - Palnęłam bez ogródek bo nie ma to jak mówić całą prawdę i tylko prawdę.
- Kurczę wszystko mnie boli chyba nie nadaję się do pracy fizycznej. - p. jakoś mało optymistycznie podszedł do zapowiedzianych na kolejny weekend zadań. - Pomożesz, prawda?
- O... o... oczywiście, że tak. - Nie dokończyłam tylko, że może liczyć na moją pomoc przy wyborze kolorów na ściany. Cała reszta to już jego zadanie. 
Wolno, bardzo wolno w domu powstało wielkie zamieszanie i dobrze, że jest coraz cieplej bo mogę wyjść na zewnątrz i przez chwilę popatrzeć na miejsce gdzie nie ma puszek z farbami, papierów ściernych, wałków do malowania, pędzli w zlewozmywaku w kuchni i kilku ton kurzu na każdym centymetrze kwadratowym naszego mieszkania. 
Blog oczywiście ucierpi bo jak mam brać się do pisania gdy do pracy pozostała mi kanapa i laptop. Nie mam już swego kącika na chwilę wytchnienia.
- Długo taki burdel będzie w domu? 
- No nie wiem bo jak zauważyłaś remont przypadł na zupełny brak formy ale rozkręcę się już niebawem. Minie półmetek i ruszę pełną parą, będziesz zachwycona jak skończę. 
- Wiem, wiem mój ty robotniku i niech to będzie jak najprędzej!

sobota, 4 kwietnia 2015

Ruszamy w drogę


 Po powrocie z Alaski przepracowaliśmy sześć tygodni i gdy nadszedł świąteczny okres postanowiliśmy, jak to robimy od lat, wyjechać z domu  na trzy tygodnie. Nasze niepowodzenie w internetowym losowaniu wejścia na teren Coyote Buttes doprowadziło nas do rozpaczy bo limity wprowadzane przez BLM są dla nas zupełnie niezrozumiałe i postanowiliśmy przez trzy tygodnie uczestniczyć w losowaniu na żywo. Punktem docelowym naszego wyjazdu stało się miasteczko Kanab w którym odbywa się losowanie dziesięciu miejsc każdego dnia. Zamówiliśmy hotel poprzez internet aby mieć pewność, że po przyjeździe na miejsce nie zostaniemy na lodzie bez możliwości zakwaterowania. Kanab nie jest wyjątkowo urocze ale jego położenie jest bardzo atrakcyjne. Pomijając miejsce komedii-loterii to bliskość Wielkiego Kanionu, Bryce Canyon oraz Zion NP sprawiają, że hotele w Kanab, a jest ich dużo, nie narzekają na brak gości. Trzy tygodnie w mieścinie z dwoma sklepami wydawać by się mogły udręką ale ciekawa okolica miała zapewnić nam dostateczną ilość rozrywki na każdy dzień. 

Najgorsza częścią wakacji jest dojazd na miejsce. Do Kanab w Utah mieliśmy równo 3000 kilometrów. Trasa wiodła przez Illinois, Missouri, Oklahomę, Texas, Nowy Meksyk i Arizonę. Pomimo tego, że nie braliśmy letniego ekwipunku czyli całego bałaganu biwakowego to i tak auto zostało wypchane do granic jego objętości. Po krótkich modernizacjach ułożenia pakunków znalazło się miejsce na rozłożony materac na którym mieliśmy spać na zmianę w czasie trasy która miała trwać ponad 30 godzin. Szło nam dobrze do Albuquerque gdzie postanowiliśmy trochę odpocząć od auta i pospacerować po tym uroczym mieście.

 Nasze zamiary spędzenia tam połowy dnia okazały się na wyrost bo zmęczenie ograniczyło nasze zapędy do krótkiego spaceru po starym mieście bo przebyte 2000 kilometrów do tej pory wyssały z nas całą energię.
- Bez jedzenia ani jednej mili dalej! - Prawie krzyczał p. - Muszę coś zjeść ludzkiego i usiąść w ludzkim miejscu. Chodźmy do knajpy. Jestem głodny jak wściekły pies.
- Nie zjadaj dekoracji, bardzo cię proszę zachowuj się w miarę poprawnie. Po jednej papryce będziesz ział ogniem jak Bazyliszek a jedynym sposobem na pozbawienie się palącego uczucia jest mocny alkohol a to już nie wchodzi w rachubę dzisiaj bo czeka nas dalsza część podróży. - p. jednak polizał kurz zebrany na ostrych paprykach i rzewnym spojrzeniem pożegnał łakomy kąsek wiszący na ulicy.
 - Figa z makiem. Żadna knajpa bo dzisiaj w nocy musimy być w Kanab aby jutro rano uczestniczyć w loterii.
Szkoda było nam czasu na posiłek w restauracji więc skorzystaliśmy z byle jakiego jadła w Taco Bell aby żołądek nasycił się fasolą dając uczucie sytości.
Spacerkiem po uliczkach bez psa ale z p. zaglądałam do sklepów i sklepików pełnych zwykłego badziewia. Nie obyło się bez zakupienia "pamiątkowej" podkoszulki z Albuquerque z pięknymi, kolorowymi balonami. p. zamiast prawdziwego obiadu dostał coś zupełnie innego.
Pozostały tysiąc kilometrów rysował się trasą nie do pokonania i musieliśmy zmuszać się do zajęcia miejsca za kierownicą a nie na rozkosznie wygodnym materacu. Po wielu coraz krótszych zmianach dotarliśmy na miejsce. 
Gdy nadchodził upragniony sen pomyślałam, że od jutra zaczynają się kolejne wakacje i oby dopisało nam szczęście w losowaniu.  Czy i w jaki sposób dotarliśmy do upragnionego The Wave dowiecie się na samym końcu opowieści o tym Sylwestrowym wyjeździe.