sobota, 28 listopada 2015

Spacer na stojąco.

 Petronelę opętała chęć rozkoszowania się naturą czyli spacerów na świeżym powietrzu. Kilkumiesięczne milczenie zostało zamienione na cotygodniowe spotkania. Pierwszy nasz spacer rozpoczęłyśmy w czasie lanczu w restauracji. Tam gdzie spacer miał się rozpocząć tam się też zakończył bo Petronela tyle zjadła, że nie mogła podnieść się z krzesła nie mówiąc już o spacerowaniu czy lekkim truchcie o którym tak wiele wcześniej opowiadała. Drugie spotkanie również przyniosło niespodziankę. W drodze do parku wstąpiłyśmy do zespołu sklepów tylko na sekundę aby Petronela mogła kupić nowe perfumy. Był to konieczny zakup w ostatniej chwili gdyż wieczorem szła na randkę. Nowy zapach miał oszołomić mężczyznę. Perfumy w końcu wybrała ale na spacer brakło czasu gdyż podjęcie decyzji przeciągało się w nieskoczoność. Wizyty w kolejnych sklepach zmęczyły nas do tego stopnia, że każda z nas po zakupach udała się do domu zamiast do parku.
- Szykuj się na spacer będę za pół godziny jedziemy do parku. - Usłyszałam w telefonie Petronelę która mówiła bez przecinków na jednym tchu i całość brzmiała jak rozkaz generała. Ja szeregowiec nawet nie starałam się protestować bo Petronela nie słucha, Petronela gada. - Teraz nie mogę rozmawiać bo jestem zajęta bo wiesz... - przez kolejne dziesięć minut wysłuchałam skróconej wersji o podrywie kolejnego partnera. Czas mijał a ja słucham tej bredni nie mając szans na ewentualne przygotowanie się do wyjścia. Napisałam ewentualne bo przecież nie mogłam zebrać myśli i zdecydować czy wychodzić z domu w tak niesympatyczną pogodę. Jesień za oknem w jej typowej odsłonie czyli ciemno bo słońce za chmurami, od czasu do czasu pada i kanapa naprzeciw telewizora wydaje się najlepszym kumplem w takim dniu. 
- Muszę założyć buty. - Udało mi się wtrącić swoje krótkie zdanie podczas gdy Petronela ze szczegółami opowiadała o przemeblowaniu mieszkania w związku z zamiarem sprowadzenia narzeczonego. 
- No co ty! Za wcześnie nie przyjadę wcześniej niż o dwunastej. - Odparła oburzona i również zdziwiona moim postępowaniem. Spojrzałam na zegarek stojący w zasięgu wzroku i jeszcze raz przyjrzałam się wskazówkom. Dziesiąta naście odczytałam bo okulary oczywiście gdzieś są w domu ale gdzie nikt nie wie. Jak ryba wyjęta z wody niemo chwyciłam głęboki haust powietrza. 
- Będziesz w południe? 
- No tak ci mówiłam. Jak zwykle mnie nie słuchasz. 
- Słuchaj muszę kończyć bo ktoś usiłuje się do mnie dodzwonić dokończysz jak się spotkamy. - Nie czekając na zgodę rozmówcy przerwałam połączenie. Miało być pół godziny od dziesiątej czyli według Petroneli południe. Z matematyki byłam bardzo słaba ale do dziesięciu jeszcze nawet dzisiaj potrafię liczyć i za nic nie wymyśliłabym takiego wyniku. Przygotowałam kurtkę i grube buty na solidnej podeszwie bo przecież nigdy nie wiadomo do którego parku pojedziemy i którą drogą pójdziemy. Zbliżała się dwunasta i grzebałam się w kuchni aby przygotować kawę i herbatniki na poczęstunek. Woda w czajniku już miała wrzeć gdy usłyszałam otwierające się drzwi od patio i rozmowę dwóch osób. 
- Wchodź wchodź, Ataner pewnie nie jest gotowa to poczekamy. - Petronela kogoś zapraszała do środka. Nie wybiegłam na spotkanie ale chwilę poczekałam na rozwój wypadków. Moje ukrywanie się na niewiele się zdało bo od razu do kuchni wpadł Alfons czyli Al czyli pies Anki. Jednym liźnięciem pochłonął jedzenie Helgi i wychłeptał miniaturową miseczkę wody. Teraz przywitał się ze mną skacząc na tylne łapy i usiłując mnie polizać po paszczy. W takiej sytuacji szybko zebrałyśmy się do wyjścia. Kawę przelałam do kubka podróżnego i wyszłyśmy na parking. Anka ma auto przystosowane do przewożenia psów z kratką oddzielającą bagażnik od przedziału pasażerskiego ale kłaków nie brakowało w każdym możliwym zakamarku auta. Syknęłam z obrzydzeniem ale powstrzymałam się przed uwagą na temat czystości bo w moim aucie też nie jest idealnie ale różnica była zaskakująca. Od razu byłam wściekła na Petronelę, że nie uprzedziła mnie o takim szczególe, że również Anka będzie brała udział w spacerze i, że będzie z psem. Szybkie oględziny wnętrza okazały się próżnym zabiegiem i usiadłam z tyłu a za mną w bagażniku do ucha dyszał mi Alfons. Zaczęło lekko mżyć i przysłuchiwałam się rozmowie z rzadka wtrącając swego jednego grosza anie jak to się mawia „trzy grosze”.  Zerknęłam za okno i z lekka zgłupiałam. Jechałyśmy autostradą do Wisconsin pozostawiając wszystkie znane mi parki w tyle. 
- Dokąd jedziemy? - Postanowiłam jednak zapytać bo może źle wyrokowałam. W odpowiedzi dowiedziałam się, że oczywiście nie jedziemy do parku tylko w dzikie miejsce ale tylko pół godziny za granicą. Byłam bez szans na uśmiech radości. Rozumiem, że pies musi się wybiegać ale dlaczego ja akurat mam mu w tym pomagać nie miałam pojęcia. Wyjście do parku zdecydowanie się różni od wyprawy na bezkresne łąki specjalnie zachowane w swym dziewiczym stanie. No trudno niech tak będzie, ukręcę łeb Petroneli później ale teraz kolej na czerpanie korzyści z niespodziewanej wycieczki. Rzeczywiście w ciągu niespełna trzech kwadransów byłyśmy na miejscu. Jakby ktoś chciał poznać uroki jesieni to akurat to miejsce byłoby idealnym przykładem smutku i beznadziei. Wysoka trawa która umarła przed dwoma miesiącami była mokra i wyższe jej gatunki miały pióropusze kwiatów pochylone do ziemi pod ciężarem deszczu. Jakby kładły swe głowy na katowski pień. Drzewa bez liści tego dnia wydawały się mieć zupełnie czarne pnie. Lekka mgła przemieszczała się z miejsca na miejsce i nie mogła sobie znaleźć kępki krzaków aby zakotwiczyć na stałe. Iście wisielczy krajobraz bez wisielca na pobliskim drzewie. Gdy tylne drzwi zostały otwarte pies ruszył w pogoń za niewidocznym zwierzem, śladem widocznym tylko dla jego węchu. Zrobil jedno duże koło i po chili przybiegł sprawdzić czy już ruszyłyśmy w drogę. Postawiłam kołnierz kurtki bo wilgoć już lizała mnie po szyi. Ręce do kieszeni i już byłam gotowa na spacer gdy raptem bardzo blisko nas z wysokiej kępy traw rozległ się skowyt psa. 
zdjęcie z internetu
Wszystkie głowy skierowały się w tamtą stronę i trzy pary oczu zobaczyły spokojnie oddalającego się skunksa. 
Po chwili dopiero Al zataczając się jak pijak skierował swe kroki w naszym kierunku. Anka pisnęła przeraźliwie i ruszyła na jego spotkanie. Pies położył się na trawie i usiłował zetrzeć z siebie obezwładniającą woń straszliwej broni skunksa. Stałam zupełnie martwa wpatrując się jak właścicielka psa wyciera mu pysk swoją bluzą i dłońmi. Na nic zdały się próby ratunku. Smród już do nas dotarł a pies wyglądał jak oszalały. Raz chciał dopaść sprawcę a po chwili padał na ziemię tarzając się w trawie. Ponownie chciał gonić już niewidocznego skunksa by zaraz wdrapywać się na Ankę szukając pomocy. 
- Musimy jechać do domu. - Oznajmiła Anka. - Nic tu nie poradzimy. - Chciałam chwycić klamkę drzwi które przed kilkoma sekundami zamknęłam ale Anka odepchnęła mnie stanowczo i usadowiła się na tylnim siedzeniu z psem na kolanach. 
- No szybciej, jedźmy! - Anka była zdenerwowana bo pies znajdował się jakby w omdleniu. - Zahaczymy jeszcze o sklep. Potrzebuję sok pomidorowy
- A wódkę masz? - Z zadziwiającym zainteresowaniem spytała Petronela.  
- Muszę go w nim umyć. - Petronela patrzyła na Ankę bez cienia zrozumienia. 
- Psa w soku. - Prychnęła Anka zdegustowana głupim pytaniem. Obróciłam się w stronę drzwi pasażera ale tam stała Petronela zaciskająca nos dwoma palcami. 
- No jedźmy! - Powtórzyła rozkaz i wskoczyła do środka. W tej samej chwili zrobiło mi się niedobrze bo smród również zaczął działać na mój organizm. Ludzki nos wyczuwa ten zapach w stężeniu tylko 10 części w miliardzie. Czułam, że zemdleję i padnę bez czucia tam gdzie stałam. Co przeżywał pies nie byłam w stanie sobie wyobrazić. „No jedźmy” zakołatało mi w głowie i resztka zdrowego rozsądku przywróciła mnie do życia. Chwyciłam za klamkę i otworzyłam drzwi za którymi Petronela kryła twarz za golfem swego swetra. 
- Szybciej bo zdechnę od tego smrodu. - Ryknęła Anka. 
- Czemu ty nie pojedziesz? - Skierowałam pytanie do Petroneli. - Ja za chwilę umrę a na dodatek kręci mi się w głowie i prawie nic nie widzę. 
- To jest biegówka. - Przerażenie w oczach Petroneli znów lekko mnie ocuciło ale wciąż wpatrywałam się w skurczoną postać koleżanki. Przeczuwałam wyrok bez możliwości odwołania się od niego. - Nie umiem na biegi. - Jęknęła Petronela i głęboko odetchnęła świeżym powietrzem które wdarło się do wnętrza auta. Klęłam w myślach jak szewc w poniedziałek rano i z kopyta ruszyłam za kierownicę. Fotel oczywiście za daleko więc przybliżam go tak aby sprzęgło wcisnąć do końca. Kiedy ostatni raz jechałam autem z mechaniczną skrzynią biegów nie mogłam sobie przypomnieć. Nie było czasu na wspomnienia bo już robiło mi się gorąco. 
- No jedź. - Wrzasnęła Petronela. - Ruszaj!!! - Dodała z wyrzutem w głosie. Biegi. Rysunek przedstawiał znany układ tylko było ich sześć do przodu zamiast czterech. Włączyłam silnik i natychmiast otworzyłam okna. Jedynka, i ruszamy jak na rajdzie bo o koordynacji ruchów nikt nie pomyślał w chwili gdy życie uchodzi tak szybko, że czujesz zmiany prawie namacalnie. Dojazd do autostrady w rozpaczliwym stylu zajął mi dużo mniej czasu niż Ance w odwrotnym kierunku, gnałam nie patrząc na innych użytkowników drogi aby jak najwięcej świeżego powietrza wpadało do środka. Czułam, że za chwilę zwymiotuję prosto na kierownicę i samą siebie. Wtedy umrę z obrzydzenia. Autostrada zapewniła mi w miarę komfortu ale otwarte okna przez które wdzierało się zimne powietrze stanowiły nie lada atrakcję dla wyprzedzających nas kierowców. Było piekielnie zimno i czułam, że mój najkrótszy spacer w życiu, bo zrobiłam jedynie kilka kroków przy aucie, zakończę przeziębieniem. Na zewnątrz było +5C i hulający wiatr w aucie zamienił nas w trzy sople lodu. Pies tymczasem ożył i wykazywał objawy powrotu do życia. My zdechniemy z zimna a pies przeżyje. Powstanie nowe powiedzenie; pacjent przeżył ale lekarz umarł.

środa, 18 listopada 2015

Extremalny manicure

 - Jeszcze piętnaście minut. - Z głupawym uśmiechem na twarzy oznajmiła miła Chinka. Siedzę jak głupia w poczekalni salonu SPA. p.zawsze mawiał, że szacunek dla człowieka, tak mawiał p., objawia się w punktualności. Jeżeli masz umówioną wizytę na 15:00 to o 15:00 powinnaś widzieć przed sobą osobę z którą byłaś umówiona. Nie ma pięciu minut ani dziesięciu. 15 jest piętnastą i nie ma o czym gadać. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Więc siedzę i czekam. Wreszcie przyszła moja kolej i kładę na stolik moje dłonie paznokciami do góry. Chinka podejrzliwie spogląda na moje spracowane dłonie i pyta się jaki lakier sobie życzę.Może i te Chińczyki są szybkie w biznesie i guzik im z tego wychodzi ale ja jestem w "starym stylu". Zanim pomyślę o lakierze to najperw chciałabym mieć delikatnie usunięte skórki i wypiłowane paznokcie. I jeszcze wypoleronane paznokcie. Wymasowane palce i dłonie i jak jestem usatysfakcjonowana z zabiegu  mogę pomyśleć o kolorze lakieru. Gdy wracam do domu po zabiegu to p. jak zawsze krytycznie spogląda na wyczyny za dwadzieścia dolarów i opowiada mi jak powinno się piłować paznokcie i jaki ich kształt powinnam mieć aby moja dłoń wyglądała smukle i ponętnie. No miech mnie gęś kopnie skąd ten typ wie jak pielęgnować damskie ręce. Zawsze lub prawie zawsze jest komentarz w stylu; french wyszedł z mody teraz nosi się paznokcie owalne, teraz nosi się paznokcie szpiczaste. Niby ja nie nadążam za modą?
 Teraz zacznę pisać na temat ale wstęp był długi i konieczny bo....
Zima już jutro ma zabić wszystkie kwiaty które radowały nas przez siedem miesięcy i ostatni ciepły dzień poświęciliśmy na zabicie pelargonii i petunii wyrzucając je na śmietnik. Zrobiło się szaro i ponuro w ogrodzie i pod oknami. p. zrobił wszystkie fizyczne prace gdy ja zadbałam w tym czasie o strawę dla ducha czyli muzykę na cały gaz i łagodne drinki. Tak mniej więcej wygląda jesień i wiosna w naszym ogrodzie. Gdy p. podnosił szklankę ze wspaniałym porto, kieliszki mamy ale w takich warunkach wino pijemy w szklankach, jego brudne ręce nie mogły zostać niezuważone. Ręce pal licho ale jego pazury wręcz prosiły się o manicure. 
- No proszę jak łatwo krytykować bliźniego! - Nie mogłam oprzeć się pokusie aby nie porozmawiać o idealnie opiłowanych paznokciach. 
- Przecież ja to robię z przyjemnością. - Wyraz twarzy p. był lekko zakłopotany i byłam przekonana, że nie wiedział co go czeka. Wskazałam na jego brud pod paznokciami. Jeden paznokieć miał go więcej niż inne i już zaczęłam swoje pięć minut
zdjęcie z internetu
- Niby taki ideał a jednego pazura obgryzłeś jakoś nieudolnie. - O kuchnia wcale nie chciałam tak powiedzieć. - p. spoglądał na mnie z pozycji "położony na łopatki" i starał się zaskoczyć co bliźni ma coś wspólnego z brudem za paznokciami. Nie czekałam aż zaskoczy tylko odpaliłam rakietę wynoszącą satelitę na orbitę okołoziemską. Opuściłam patio i po chwili wróciłam z aparatem fotograficznym. 
- Zrobię ci zdjęcie jak ciężko pracujesz. 
- Oj, nie trzeba akurat dzisiaj bo jak już chcesz dokumentować moją ciężką pracę to powinnaś ze mną być 24 godziny na dobę i nie tylko robić zdjęcia ale kręcić video abyś nie uroniła ani jednej sekundy mojego życia. - Franca nie facet. Wściekła małpa zawsze gotowa do odparcia ataku. Na ekranie aparatu fotograficznego pokazałam ułomność perfekcji zadbania o paznokcie. p. gapił się i nic a nic nie zrozumiał. Nie mogłam już dłużej wytrzymać i zupełnie spokojnie choć śmiech chciał się wydrzeć z na zewnątrz powiedziałam. 
- Krytykować łatwo a ty perfekcjonisto masz jednego pazura dłuższego! - Minęła dłuższa chwila bez odpowiedzi i pewnie nie doczekałabym się odpowiedzi bo wyraz twarzy męża nie wskazywał nawet na odrobinę zrozumienia tematu. 
- Paznokcie! Paznokcie! Jakiej długości powinny być paznokcie? Jakiego kształtu? 
- Czyje? - Chyba zaczął ze mną grać w słówka. Zanim odparłam atak, widziałam w jego oczach zapał. Morderczy zapał przeciwnika gladiatora- Paznokcie kobiet powinny zdecydowanie różnić się od paznokci mężczyzny. - p. spojrzał na swe brudne pazury i stwierdził; jak następnym razem będziesz szła na manicure spytaj mnie o radę.

czwartek, 12 listopada 2015

Rosyjska zemsta

 Dziki Zachód to naprawdę „dzikie” miejsce na globie. Mieszkają tam ludzie i owszem jak w każdym zakątku świata ale spotkać ich jest naprawdę trudno. Odległości dzielące domostwa poza miastami i wsiami są tak duże, że nazwanie najbliższego człowieka w okolicy sąsiadem to dla nas duża przesada. Takie stany jak Nevada, Wyoming, Południowa Dakota, Texas, Arizona, Nowy Meksyk spokojnie można nazwać wyludnionymi. W takich miejscach ma gdzie pohulać wiatr. Szczególnie jesienią i wiosną gdy układy atmosferyczne zderzają się z na dużych przestrzeniach wieje niemiłosiernie. Porywy wiatru mogą być tak silne, że przewracają ciężarówki a śmieci i lekkie przedmioty przemierzają setki mil zanim wiatr ucichnie albo jego moc osłabnie. 
Piasek wciska się wszędzie i jak za długo się czemuś dziwisz to potem trzeszczy w zębach.
Właśnie wiatr jest sprzymierzeńcem rosyjskiej zemsty. Tak nazwałam tumbleweed czyli rosyjski oset. Historia pojawienia się tego super chwastu do końca nie jest wyjaśniona ale przypuszcza się, że nasiona jego zostały przywiezione do Południowej Dakoty razem z nasionami lnu z Rosji w 1870 roku. Innym równie prawdopodobnym zdarzeniem mogło być przywiezienie nasion przez ukraińskich emigrantów. Które z tych wydarzeń jest prawdą nie jest istotne w tej chwili bo i tak pospolita nazwa Russian thistle wskazuje na miejsce pochodzenia. Oset ten zrobił wielką karierę filmową bo prawie w każdym westernie można zauważyć turlające się kule różnych rozmiarów. 

Te które pokazuję na moich zdjęciach są przeciętne ale widziałam również dwa razy większe okazy. Roślina bardzo dobrze zaaklimatyzowała się na amerykańskiej ziemi i pomimo zwalczania jej różnymi sposobami ma się świetnie i nierozerwalnie kojarzona jest z Dzikim Zachodem. Fenomen tej rośliny polega na tym, że umierając (roślina jednoroczna) zielona część oddziela się od korzenia i turlając się gubi na swej drodze przeciętnie 250 tysięcy nasion. Oset rosyjski przyczynia się do pustynnienia terenu gdyż jest wyjątkowo usposobiony do przetrwania na suchym terenie. Pomimo tego, że tam gdzie rezyduje nie ma wody to i tak jest w stanie wyssać z suchej ziemi 167 litrów wody pozbawiając w ten sposób możliwości na przeżycie innych roślin.
Jako ciekawostkę mogę jeszcze dodać, że czasami takich martwych kul jest tyle, że trzeba używać sprzętu mechanicznego do ich usunięcia kiedy zaatakują wieś lub miasto.
Pomimo tego, że wiem jak bardzo jest szkodliwa ta roślina dla ekosystemu to i tak lubię ją za jej widowiskową wszędobylskość.

sobota, 7 listopada 2015

Szyfranci

 Niektórzy uważają, że język plemienia Navajo jest nie do nauczenia się gdy nie jesteś jednym z nich. Inni natomiast są bardziej powściągliwi i zaliczają ten język do bardzo trudnych. Podczas II Wojny Światowej posłużono się nim do szyfrowania komunikacji radiowej w Marynarce Wojennej. Rewelacyjni w łamaniu kodów radiowych Japończycy nie dali sobie rady z codziennym językiem jednego z najliczniejszych plemion Indian północnoamerykańskich.
Miejsce na pomnik uwieczniający udział Navajo w wojnie na Pacyfiku umiejscowiono w bardzo ładnym miejscu które samo w sobie przyciąga licznych turystów. Sławna dziura w skałe pod jakże trafną nazwą Window Rock znajduje się w Arizonie zaraz przy granicy z Nowym Meksykiem i jest bardzo łatwo dostępna dla nawet leniwych osób przejeżdzających przez Gallup. Zaledwie pół godziny jazdy od uczęszczanej autostrady I-40.
Osobiście, nasz język polski uważam za trudny i nie chciałabym uczyć się go za żadne skarby świata nie wspominając o tym na którym połamali sobie zęby specjaliści wojskowi.
Jak wynika z tablicy na pomniku dopiero w 2001 roku władze uhonowały członków sprawnej komórki szyfrującej oraz ich rodziny. Trochę późno ale jak wiadomo; lepiej późno niż wcale. 
 Uczmy się języków obcych bo co prawda wprawne ręce mogą przydać się w "rozmowie" tak dobrze, że nieznany język staje się nagle dobrze zrozumiany a wielokrotnie butelka alkoholu przełamuje bariery nie do pokonania w odmienny sposób.