niedziela, 27 marca 2016

Gdzie góry, gdzie chmury?

 Wyrosłam z wieku gdy wierzyłam w Św. Mikołaja ale do dziś nie wiadomo co tam na niebie zobaczyć można i kto lub co tam mieszka. Latanie samolotem wysoko nad ziemią nie załatwia sprawy bo głośne silniki są w stanie wystraszyć  każdego. Zupełnie inaczej przedstawia się zwiedzanie chmur powolutku. Spokojnie bez pośpiechu dostrzec można bardzo wiele szczegółów ale tylko na odległość kilku kroków.
Mniej lub bardziej białe obłoczki na niebie uatrakcyjniają monotonnie niebieskie niebo. Kuszą swymi kształtami do wylegiwania się na nich a niektórzy nawet posunęli się do takiej abstrakcji, że umieścili w nich aniołki z pupciami nieosłoniętymi.
Od momentu gdy Oregon pokazał jakimi w rzeczywistości są chmury nie wierzę nawet w kupidyny. Kolejne spotkanie z wulkanem (tym razem w Nowym Meksyku) miało przechylić szansę na naszą korzyść. Okrągły jak stożek wulkan jest odosobniony na otaczającej go płaszczyźnie i żeby nie wiem co się działo nie sposób go nie zobaczyć.
Zdjęcie z Wikipedii
 Ruszyliśmy zatem w jego kierunku bo przecież chciało się nam wulkanu jak nie wiem co po porażce w Oregonie. Tam gęsta mgła odebrała nam możliwość obejrzenia Crater Lake więc tym bardziej byliśmy napaleni na spotkanie z prawdziwym wulkanem, wolno stojącym i łatwo dostępnym.
Chmurki na niebie lekko się zagęszczały nad nami i z upalnego dnia zrobiło się chłodne popołudnie. No cóż tam przecież nie zamarzniemy. Dzieliło nas może jeszcze tylko pół godziny gdy zrobiło się dookoła sino i paskudnie. p. gryzł zęby i gniótł aparat fotograficzny ze złości bo widoczność zmniejszyła się na tyle, że nie wiadomo było co przed nami. O horyzoncie mogliśmy zapomnieć gdyż skryty był pośród niskich chmur które przyfrunęły nie wiadomo skąd. Akurat o horyzont nikt z nas nie dbał i nikt z nas nie był zainteresowany co gdzieś daleko przed nami. Nie mogę przysiąc ale p. zaczął chyba jęczeć jak na mękach za czasów Inkwizycji i gdy już było wiadomo, że wulkanu nie zobaczymy zaczął bełkotać niezrozumiałe słowa.

 Moje spokojne słowa; daj spokój przecież to nie koniec świata, mające na celu złagodzić ból porażki wywołały nagłą i niespodziewaną erupcję wulkanu. Nie tego zupełnie niewidocznego za szybą samochodu ale tego siedzącego obok mnie.
- Zatrzymaj się! - Głosem niecierpiącym zwłoki odezwał się p.
- Gdzie? - Zapytałam bo jedynie rów przydrożny nadawał się w tej chwili do zaparkowania. Już nie pytałam po co zatrzymywać się skoro i tak nie widać nic ponad pięć metrów w górę. 
- Zatrzymaj to nieszczęsne i śmieszne blaszane pudełko w dowolnym miejscu ale w miarę prędko. - Tekst trochę mnie rozśmieszył ale również zaniepokoił bo takimi słowy p. zwykle nie rozmawia. Zamiast zjechania do rowu zatrzymałam się na asfalcie. Szybko jak chciał p. i w miarę bezpiecznie bo ruchu kołowego zero. Stojąc na wolnej przestrzeni poza śmiesznym blaszanym pudełkiem p. zaczął pomstować tak głośno, że słyszałam prawie wszystko. Sami przyznacie, że miał trochę racji wytykając Naturze przewrotność i okrucieństwo skazując nas na kolejną sromotną porażkę. Obiecał na głos, że pojedziemy na najwyższy wulkan świata i tam gdy pogoda okaże się ponownie, delikatnie parafrazując słowa dolatujące do mych uszu, zła to będziemy tam koczować nawet kilka lat aż w promieniach słońca nacieszymy swój wzrok. Myślałam, że to przedstawienie będzie trwało w nieskończoność ale p. raptownie przestał i zupełnie opanowany usiadł na fotelu pasażera. - No cóż czeka nas jeszcze kawał drogi poprzez tą przeklętą mgłę. - p. zapiął pas i uśmiechnął się z otuchą do mnie. - Jak chcesz mogę cię zmienić. - O kurczę chłopa mi odmieniła "ta mgła przeklęta". 
- Nie, nie. - Machnęłam ręką jakby opędzając się przed marą bo nie wierzyłam, że wszystko jest w porządku z mężem. - Ja pojadę, czuję się wypoczęta. - Ruszyliśmy nie wiedząc, że po godzinie to ja będę klęła jak szewc. 

niedziela, 20 marca 2016

Krem na odchudzanie

 Nie lubię słodyczy i jedynie okazjonalnie zjem kawałek urodzinowego tortu. Jak zapewne domyślacie się naleźę do grona osób które od czekolady wolą śledzia i pięćdziesiątkę wódki. Nie umiem piec ciast bo nigdy nie nauczyłam się przygotowania domowych wypieków gdyż nie czułam takiej potrzeby. Życie zatem pędzę niedosłodyczone ale niedomiar pysznych kalorii uzupełniam w czasie podróży. Nie mam pojęcia skąd wykształcił się u mnie pociąg do czipsów. Ani toto dobre ani smaczne i zupełnie niezdrowe a jednak nawet stu mil nie ujadę bez dogryzania za kierownicą. Gdybym była zawodową kierowcą to tyłek miałabym tak wielki, że pośladki zwisałyby z każdej strony, brzuch miałabym tak nabrzmiały jak przy bliźniaczej ciąży a cycki też ogromniaste zasłaniałyby mi cały horyzont. Nie jestem zatem kierowcą wielkiej ciężarówki i nie będę. Od Chicago ciekawe miejsca są oddalone o co najmniej tysiąc mil a te naprawdę fajne jeszcze dalej. Dojazd zajmuje nam 24 godziny albo dwa dni z noclegiem. Przeważnie gdy jedno z nas prowadzi to drugie drzemie w bagażniku aby zmienić kierowcę zanim on uśnie na posterunku. Droga dłuży się niemiłosiernie już po godzinie bo autostrady są skonstruowane aby jechać sobie spokojnie i bezpiecznie. Jadę zatem spokojnie i beztrosko wpadam najpierw w odrętwienie aby po chwili być gotową do snu. Pomimo tego, że radio gra nie za cicho to sen atakuje  bezpardonowo. Chwytam wtedy coś do jedzenia a najprostszym rozwiązaniem są oczywiście czipsy. Najbardziej pasują mi te ziemniaczane o smaku kwaśnej śmietany i gdy się nie opamiętam w porę to jestem w stanie zmieścić w brzuchu całe największe opakowanie. Robi mi się wtedy niedobrze i najchętniej wszystko bym zwymiotowała.
Właśnie taka sytuacja zdarzyła się zupełnie niedawno. Po zatankowaniu pojazdu i nabyciu kawy dla kierowcy i czipsów na zapas dla mnie zajęłam miejsce dla pasażera i pierwszą czynnością po zapięciu pasów i wypiciu jednego łyka kawy z kubka p. było dokładne nasmarowanie rąk kremem.
Mydła w ogólnodostępnych toaletach są miernej jakości i już w drodze do auta czułam jak z rąk sypie się naskórek w takiej ilości, że moim śladem mógłby podążać ślepiec. p. gdy siada za kierownicą zwykle piekli się na mnie, że kierownica wysmarowana kremem jak patelnia gotowa do smażenia naleśników. Ograniczam zatem ilość kremu gdy siadam za kółkiem ale gdy on prowadzi to ja nakładam wtedy ilości niebotyczne aby nadrobić stracony czas na pielęgnację rąk. Poszalałam na stacji benzynowej i oprócz już wcześniej wymienionych w  torbie z zakupami znalazły się również czipsy o smaku dymu z ogniska. Aby zachować kruche czipsy w stanie niepokruszonym producenci dmuchają opakowania aby ciśnienie wewnątrz  torby równoważyło zgubne skutki transportu. Plastik opakowania jest wytrzymały i bardzo dokładnie zgrzany na złączeniu powierzchni. Zapaliłam papierosa aby w spokoju i bez obawy, że  popiół spadnie gdzie nie potrzeba, rozkoszować się zgubnymi dla zdowia nałogami.
- Czy mógłbyś otworzyć to cholerstwo! - Prawie krzyczałam, że nie mogę poradzić sobie z tak prostą czynnością od dobrych dwóch minut. Jak alkoholik na odwyku, jak narkoman w Monarze wpadłam prawie w szał. W jednej ręce papieros który akurat teraz mi przeszkadzał a w drugiej nieszczęsna torba która kolorowym opakowaniem wpędzała mnie w amok pożądania. - Otwórz  potworze. - Ponowiłam prośbę. Bez problemu i proszenia robiłam to nie raz ale śliski krem uniemożliwiał mi tak mało skomplikowaną czynność jak otworzenie czipsów. - Tak ładnie cię proszę, pomóż błagam.
- Właśnie ci pomagam.
- Jak mi pomagasz jak nic nie robisz.
- Czy wiesz jakie to niezdrowe i ile ma kalorii?
- W dupie mam kalorie jednego czipsa mi żałujesz!
- I tam pozostaną na wieki. - Wzrok męża zatrzymał się na sekundę dłużej na mych biodrach.
- Co może gruba jestem? - Zaczęłam wycierać dłoń o spodnie aby pozbyć się zdradzieckiego kremu.
- Po co ty jadasz takie rzeczy? - No i zostałam posądzona o jadanie czipsów codziennie. W domu takiego jedzenia nie ma i nigdy nie kupuję czipsów bo tego nikt u nas nie je. Jedynie jak jest jakaś impreza to i tak zostaje większość którą dnia następnego zjadają wiewiórki.  Autem jeżdżę codziennie ale nie mam zwyczaju konsumpcji za kierownicą więc śladu hamburgera ani czipsa nie znajdziesz w aucie. Gdy ruszamy na wakacje napada mnie ochota na cienko pokrojone kartofle usmażone na oleju.
Wyrzuciłam papierosa za okno nawet go nie odgaszając w popielniczce i dorwałam się oburącz do torebki ze smakowitymi kaloriami.  Musiałam nieźle przyłożyć się do roboty bo zaiste użyto chyba pancernego plastiku na opakowanie. Aż westchnęłam z ulgą gdy metalizowana folia puściła na szwach.
- Lubisz ten krem? Tak intensywnie pachnie. - Nagła zmiana tematu na kosmetyki była lepsza niż posądzenia o podjadanie.
- Tak, bardzo bo... - Już chciałam wygłosić pean na cudowne składniki kremu który został moim ulubionym kremem do rąk gdy usłyszałam jak bardzo mąż troszczy się o żonę.
- To może kupimy 200 pudełek. - p. uśmiechnął się i zgarnął pełną garść niezdrowych i smakowitych czipsów.

piątek, 11 marca 2016

Sezon na nerwy.

 Pogoda zupełnie wytrąciła nas z równowagi i cały sprzęt biwakowy nie nadawał się do użycia bo temperatura w okolicach zera. Musieliśmy sypiać w motelach i hotelach. Niby żadna kara ale jeden pobyt warto opisać bo wrył się w pamięć bardziej niż inne.
Zapowiadało się zupełnie zwyczajnie; późny obiad albo kolacja w McDonaldzie, najtańszy motel jaki będzie dostępny w mieście i to raptem koniec atrakcji jakie miały nas spotkać tego wieczoru. Z noclegami w USA jest prosta sprawa bo przeważnie hoteli jest pod dostatkiem więc nawet nie potrzeba rezerwować pokoju z kilkudniowym wyprzedzeniem. Ceny tych tańszych sieciowych noclegowisk są bardzo zbliżone do siebie i jedynie o wyborze może zadecydować usytuowanie hotelu lub jego nazwa. Reszta bowiem jest taka sama. 

- Ale francowata pogoda. - p. siedział sobie i jakby napuszał piórka aby zatrzymać uciekającą z jego ciała energię ale w aucie było ciepło. Zamarzający kapuśniaczek osadzał się na szybach i karoserii auta tworząc bardzo ciekawą kompozycję ze stali i lodu. - Wcale nie musimy spać we Flagstaff. Na wystawę możemy dojechać z każdego miejsca. - Pomiędzy Wielkim Kanionem a Phoenix leży Flagstaff więc miejsce jak najbardziej odpowiednie na planowanie kolejnego wypadu na zwiedzanie. Tym razem znaleźliśmy się w Arizonie aby zaciągnąć języka u wystawców z różnych dziedzin życia niecodziennego. O tym będzie przy okazji relacji z wystawy. Zrobiło się dookoła szaro bo na niebie szaro, słońce gdzieś utonęło w szarości chmur i ani jeden promyk nie rozświetlał tego ponurego dnia. Jest połowa maja i wiosna powinna szaleć na całego kwiatami w różnych kolorach a wszystko wskazuje na to, że będzie padał śnieg. 
Torby podróżne jak zwykle są zbyt ciężkie i ogromniaste. Ja otworzyłam drzwi do pokoju a p. wtoczył się z tobołami. 

- Ale tu zimno. - Dreszcz wilgotnego zimna przeszył mnie na wylot. Ruszyłam w stronę termostatu aby wyregulować temperaturę. Spoglądałam na kratki w ścianie i wsłuchiwałam się w głuszę gdy z kolejną porcją wyposażenia pojawił się p.. 
- Klimatyzacja nie działa. - Zrezygnowana wzruszyłam ramionami i lewą dłonią zwróconą do góry wskazałam termostat. Blondynki czasami gubią się w zawiłościach techniki ale kręcić pokrętłem to jeszcze umiem. Próby złagodzenia szoku termicznego którym mieliśmy ulec już niebawem spełzły na niczym i p. ruszył w stronę drzwi. Oj nie mogę go puścić samego do recepcji w takim stanie nerwów bo zrobi awanturę na pół miasta. Jako remedium na wszelkie dolegliwości sprawdzam się od lat i nawet jako cudowny środek uspokajający działam niezawodnie na nerwy męża. Po wysłuchaniu zupełnie nieprawdopodobnych dwóch zdań z ust recepcjonistki staliśmy jakby resztka energii która jeszcze tkwiła w nas, z naszej strony lady przeskoczyła na drugą stronę pozostawiając nas w głębokim szoku niezdolnych do jakiegokolwiek czynu. 
- To nie może pani włączyć na jedną noc? Jest przecież poniżej zera! - p. usiłował jakoś negocjować pomimo tego, że na pewno wypatrywanego lądu nie zobaczymy tej nocy. 
- Sezon grzewczy skończyliśmy ostatniego dnia kwietnia. - Po raz wtóry usłyszeliśmy, że są mądrzejsi od nas na świecie którzy wiedzą kiedy ma być ciepło a kiedy zimno nie dbając o zawirowania klimatyczne. Najważniejsze, że statystyka wskazuje iż od dwudziestu lat pierwszego maja jest wręcz idealnie na spanie przy otwartym oknie. 
- Mamy dodatkowe koce. - Wskazała przygotowany zestaw dwudziestu koców byle jakiego koloru i już wyciągała rękę aby uradować nas jednym albo dwoma a może nawet trzema kocami gdy razem zaczęliśmy machać rękami w geście obrzydzenia powtarzając na głos „nie, nie dziękuję”. Poszliśmy do auta, usiedliśmy tam gdzie siedzieliśmy przed trzydziestu minutami. Silnik nie zdążył całkowicie wystygnąć i po chwili w aucie było rozkosznie ciepło. Wszystkie troski powróciły gdy zdaliśmy sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Nocy w samochodzie nie spędzimy więc pora wracać do hotelu. Powróciliśmy niosąc ze sobą pojemnik z kuchnią a w nim; rum, herbatę, cukier i inne cuda które potrafią z byle jakiego żarła stworzyć raj dla podniebienia. Dodatkowo nieśliśmy turystyczną kuchenkę gazową i dwie zapasowe butle z gazem.
Zrobiliśmy biwak w pokoju. Herbata po zbójnicku rozgrzała nas od wewnątrz tworząc barierę której nie pokonało przeziębienie. Druga herbatka zwaliła nas z nóg a palący się bez przerwy palnik wytworzył temperaturę tropiku znad Amazonki, było wilgotno, duszno i pachniało stęchlizną.