piątek, 25 listopada 2016

Tęcza nocą.

Miejsce akcji: Crete, Nebraska, USA.
Czas akcji: Dla nas noc a w rzeczywistości 21:00 albo trochę później. Połowa lipca.

 Gdy sił brakuje a ochota na dalszą podróż dawno już z nas wyparowała rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania hotelu. Trwałam w półśnie patrząc przed siebie zupełnie nieświadoma miejsca gdzie się znajdowaliśmy. Jedyne co zapadło w mej pamięci to odległość od domu. Byliśmy około ośmiu godzin od własnego łóżka ale żadne z nas nie miało już siły na kontynuowanie jazdy bez przynajmniej godzinnej drzemki. Godzina zadowoliłaby nas na kilka godzin ale później powinniśmy odespać zarwaną noc. Po krótkiej kalkulacji doszliśmy do wniosku, że lepiej spać w nocy a nadchodzący dzień potraktować tak jak mu to się należy. Spanie w dzień to strata zdrowia i działanie wbrew naturze. Pozostaje nam obojętnie jaki hotel i kilka godzin snu w porze ku temu przeznaczonej. p. wręczył mi telefon i poprosił abym znalazła najbliższy hotel. Wsadzony w mą śpiącą dłoń telefon tkwił przez kilka chwil. Nie wykonałam najmniejszego ruchu ręką i nic nie wskazywało na zmianę jego pozycji przez najbliższe godziny.

- Możesz znaleźć hotel? - p. nie przestawał mnie dręczyć. 
- Mogę znaleźć hotel. - Jak echo powtórzyłam prośbę. Po chwili bezruchu zmieniłam zdanie. - Nie mogę znaleźć hotelu. Nie mam siły. Nic nie widzę. - Rzeczywiście widoczność była ograniczona przez leciutką mżawkę która jak mgła spowiła cały świat siną zasłoną. 
- A możesz jechać jak cię pokieruję? 
- Mogę. - Nikt by nie wierzył w moje słowa wypowiedziane bez nutki trzeźwości w głosie ale p. przyzwyczajony do moich nadludzkich wyczynów wspieranych jego słowami zaufał mi po raz kolejny. Na autostradzie nie wolno się zatrzymywać ale zrobiliśmy wykroczenie i szybko zamieniliśmy się miejscami. Przykleiłam się do świateł pojazdu jadącego przed nami i o dziwo jechałam w miarę poprawnie. Tymczasem p. zajął się poszukiwaniami.
Wpatrywał się w mały ekran telefonu i rozpoczął zdalne sterowanie zupełnie nieodpowiedzialnym kierowcą. 
- Następny zjazd i w prawo. - Głos brzmiał zwodniczo przytomnie. Dlaczego p. nie chce jechać dalej w tej chwili nie moglam zrozumieć. - Są trzy obok siebie. - Wymienił nazwy hoteli których nie przypomnę sobie do dziś. - Który wolisz? 
- Człowieku płać złotem albo brylantami jest mi to zupełnie obojętne. Chcę spać już teraz. - P. coś zamruczał i skupił się na trasie. Usłyszałam, że druga w lewo i po chwili czwarta w prawo. Skręciłam w lewo i czerwone światła kolejnego auta zahipnotyzowały mnie zupełnie, ruszyłam ich śladem. Auto przede mną nie skręciło w czwartą w prawo a ja prułam ich śladem. Mogłabym tak jechać i jechać bez końca. 
- O kurczę gdzie my jesteśmy! Zatrzymaj się. - p. chyba nie był tak przytomny jak jego głos. Zatrzymałam samochód i rozejrzałam się dookoła. Hotelu ani śladu. Latarnie rozświetlały wodną zawiesinę w powietrzu sprawiając wrażenie otuliny ciepłej i paraliżująco sennej. Czułam, że mdleję i wyszłam z ciepłego wnętrza pojazdu. p. opracowywał drogę powrotu mającą nas zaprowadzić w tym sennym miasteczku do zagubionego gdzieś noclegu. 
- Tęcza. - Powiedziałam zaskoczona i nie pewna tego zjawiska w nocy. Może to tylko omamy sennego umysłu. - Tęcza. - Powiedziałam jeszcze raz jakby szukając potwierdzenia moich zwidów w słowach męża. - WIDZĘ TĘCZĘ. 
- A ja nie widzę hotelu. 
- To nic, popatrz na to zjawisko bo nie jestem pewna czy ono rzeczywiście istnieje. - p. wydawał się lekko poirytowany swą żoną zachowującą się jak niespełna rozumu. Tęcza nocą nie istnieje bo nie ma jak powstać więc po co zawracam głowę strapionemu mężowi. Jednak nie poddałam się i zmusiłam p. do wyjścia z samochodu. Jak prędko wyszedł aby mnie zrugać za bzdury tak szybko zniknął w środku auta. Po sekundzie wyskoczył jak oparzony błędnie bełkocząc "masz i rób zdjęcia". Tym razem zamiast telefonu wcisnął mi do ręki aparat fotograficzny a sam już przymierzał się swoim do uwiecznienia niecodziennego zjawiska.
Podziwiałam odporność na stresy i gotowość do przystosowania się do zaistniałej sytuacji. Przyznam się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, stałam i patrzyłam aby w pamięci uwiecznić to zjawisko. Resztę zostawiłam w rękach bardziej odpowiedzialnych w zaistniałej sytuacji.
Tęcza jest zjawiskiem pospolitym i znanym wszystkim ale pojawienie się jej nocą w zasnutej deszczem okolicy zakrawało na zakpienie z natury.

sobota, 19 listopada 2016

Grudzień na leniwo.


 Nawet nie przypuszczałam, że moje słowa kończące poprzedni post staną się rzeczywistością w ciągu kilku dni. Pozwolę sobie zacytować jedno z ostatnich zdań; ”Wydawało się, że p. już zapomniał o tym co było przed chwilą i już obmyśla jakiś kolejny podstęp.” Zostałam pozbawiona tchu gdy zdałam sobie sprawę z tego, że zostałam wpuszczona w maliny, bezlitośnie potraktowana i użyta dla czyjeś przyjemności. Zaczęłam mieszać wydarzenia więc powinnam zacząć od samego początku.
Końcówkę roku potraktowaliśmy bardzo serio pracując ze zdwojoną wydajnością gdyż postanowiliśmy zrobić sobie cały grudzień wolny od pracy. Zwykle były to wolne dwa ostatnie tygodnie roku ale postanowiliśmy zwiększyć dawkę odpoczynku. Cały grudzień wolny!!! Jak zwykle stanęliśmy przed dylematem gdzie pojechać i po chwili wymiany pomysłów p. zgodził się na Florydę bo tam w grudniu ciepło. Drugim miejscem były okolice Houston ale wybrzeże Zatoki Meksykańskiej jest po prostu brzydkie na tyle, że atrakcyjne miejsca przegrywają z wybrzeżem Atlantyku. Po chwili „wędrowania” po plaży wraz z Google Maps znaleźliśmy hotel na samej plaży i uruchomiliśmy odłożone dolary aby zrealizować postanowienie. Poszło gładko i składnie z samolotem i wynajęciem auta. Po trzydziestu minutach zakończyliśmy organizowanie wyjazdu. p. jeszcze zadzwonił do hotelu aby upewnić się, że nasz pokój będzie miał widok na ocean. Otrzymaliśmy potwierdzenie, że tak ale nie gwarantują ostatniego piętra. Zadowoleni z wyboru odłożyliśmy ten temat do grudnia. Gdy emocje minęły pomyślałam, że p. coś za szybko zgodził się na mój pomysł.
 Zaczęłam się zastanawiać co skłoniło męża do zamieszkania w hotelu na plaży i dodatkowo nie dawało mi spokoju to najwyższe piętro. Dla mnie było wszystko super. Balkon z którego widok na ocean bez żadnych ograniczeń oprócz barierki. Wytężyłam swój skromny umysł blondynki i w końcu poskładałam elementy łamigłówki w jedną spójną całość. Pod przykrywką romantycznej eskapady krył się jednak podstęp. Nie odważyłam się na pytanie wprost bo i tak zostałabym uraczona zwodnym i pokrętnym wyjaśnieniem zastosowałam kobiecy urok. 
- Będzie okazja na cudowne i niepowtarzalne wschody słońca. 
- Oj tak. - Odparł zadowolony mąż. Wszystko jasne, p. jest wielkim amatorem wschodów słońca a ja jego zachodów. Na dowód mojej awangardowej teorii odszukałam nasze zdjęcia sprzed kilku tygodni. Gdy ja ledwo trzymałam się na nogach p. prowadził samochód usiłując jednocześnie robić zdjęcia. Wyręczyłam go wyrwana ze snu. Zachwycona kolorami świeżej krwi na niebie zaledwie kilka chwil zanim słońce oślepiło nas swą gorejącą kulą. Nie przyłożyłam się do zdjęć i tylko klikałam bardziej rozkoszując się widokiem niż zastanawiając się nad ustawieniami aparatu. Co za szalony pomysł aby być zupełnie przytomnym przed wschodem słońca. Ja tego nie potrafię więc wolę zachody które są dla mnie jeszcze bardziej malownicze i łatwiejsze do zobaczenia.
p. zgodził się na pobyt przez trzy tygodnie w hotelu nie tylko dlatego żeby odpocząć ale również (aby nie napisać przede wszystkim) dlatego, że trafia się nam niezła gratka na upolowanie wyjątkowego widoku gdyż balkon nie tylko będzie miał widok na ocean ale również jego usytuowanie jest takie, że patrzymy z niego na wschód.

piątek, 11 listopada 2016

Miękkie siusiaki.

 Może i Cysorz to ma klawe życie jak to było w piosence ale sprzedawca na pewno nie. Szczególnie gdy p. towarzyszy mi w zakupach. Jakoś nie przepadam za myszkowaniem po sklepach aby coś kupić, wręcz przeciwnie jest to dla mnie udręką. Gdy już bieda mnie przyciśnie i okazuje się, że nie mam co na grzbiet założyć w złym nastroju ruszam na ciuchowe sklepy. O tym aby z jednego krańca miasta jechać na jego drugi koniec bo tam może coś akurat wpadnie mi w oko w ogóle nie ma mowy. Najdalej mogę pojechać kilka mil do zespołu sklepów pod jednym dachem czyli tak zwanego „mall”. Jest to kolos z wszelkimi wygodami a różnorodność sklepów zapewnia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Na co dzień poruszam się raczej spokojnie a tempo moich kroków można by nazwać powolnym aby nie użyć określenia „ślimacze”. Gdy już wchłania mnie atmosfera szeleszczących banknotów i dojonych kart kredytowych włącza mi się podwójne turbo. Wzrok się wyostrza a krok wydłuża na tyle, że p. drobi za mną aby dotrzymać towarzystwa żonie. Idę jak taran który ma sforsować zamkniętą bramę do krainy szczęśliwych posiadaczy nowych rzeczy. Mój krok w sklepie ma nawet swoją historyczną nazwę w naszym domu. p. nazywa go jako „chód pijanego bosmana” bo ponoć nienaturalnie długi krok rzuca moim ciałem na boki. A niech tam mu będzie, że tak jest w rzeczywistości bo ja tego nie zauważam. Gdy przychodzi mi kupić nową kieckę czy bluzkę to po prostu idę i patrzę, świdruję wzrokiem wystawione egzemplarze i przeważnie nic nie kupuję, dlatego też zabieram p. ze sobą bo to on mnie spowalnia i dzięki temu czasami wyjście na zakupy mogę nazwać udanym i do domu wnosimy torby z ciuchami.
Zupełnie inaczej natomiast zachowuję się w sklepach z kosmetykami. Tam to nawet żółw bez zbytniego wysiłku może mnie zdystansować na kilku metrach.
Kraina zapachów, kremów i tego co kobietę upodabnia do człowieka spowalnia moje ruchy. Jakaś magia przykleja podeszwy moich butów do wykładziny podłogowej i trzyma tak mocno, że nie mogę się ruszyć.
Nagła pustynność mojej toaletki cudownym trafem zbiegła się z moimi urodzinami więc p. stanął na wysokości zadania i udał się ze mną zapewniając, że nie pożałuję jego obecności w sklepie bo będzie szastał kasą aby mnie zaspokoić. On to ujął trochę inaczej wspominając o próżności kobiet ale lepiej udać przygłuchą aby nie polała się krew.
Dotrzymał słowa i ku mojemu zdziwieniu nawet nie mruknął ani razu gdy rachunek przyprawił mnie o lekki zawrót głowy. Koniec roku to również zakupy dla bliskich więc znając gust teściowej postanowiliśmy od razu kupić coś dla niej. Poszło gładko bo która kobieta pogardzi nową butlą Chanel 5 gdy poprzednia straszy dnem.
Wtedy zaczął się koszmar który jest tematem tego posta. Mam kilka (zaledwie) ulubionych zapachów i w zależności od pory roku zmieniają mi się upodobania. Wiadomo, że damskie zapachy powinny przyciągać mężczyzn więc p. stanowi jakby laboratorium doświadczalne i swoim nochalem podpowiada co na mnie pachnie ładnie. Jakoś nigdy nie mogłam go przekonać do L'Eau D'Issey i nigdy nie posiadałam tego pachnidła. Sprzedawczyni uwodzicielsko zadowolona z klienta zdawała się być ślepa na innych kupujących bo p. wpadł w trans zaspakajania potrzeb. Raptem przypomniał sobie, że i on nie ma nowego wabika na kobiety i wskazał paluchem co chce zakupić dla siebie. Zapłaciłam i jego ulubiony zapach w malutkiej torebeczce schowałam do tej większej z moimi kosmetykami. Po chwili, gdy już byliśmy w drodze do wyjścia zaskoczył, że to koniec roku i prezent pod choinkę należy się jego przyjacielowi. Znowu zapłaciłam i nowy zapach upchnęłam  w torbie obok poprzedniego. Już zaczęłam się denerwować bo ilość dobrej woli przeznaczonej na przebywanie w sklepie wyczerpałam dokumentnie. Ponieważ miałam wiele nowych odcieni cieni, różnych kremów bez liku i inne pierdoły chciałam nacieszyć się nimi najprędzej i gnało mnie do domu. Wolałam wszystko rozłożyć na stole i napawać się zdobyczami niż robić za bankomat i płacić za każdą rzecz oddzielnie. Warknęłam jak lwica gdy p. poprosił panią sprzedającą o kolejną buteleczkę dla naszego wspólnego znajomego. Znowu musiałam sięgnąć po portfel, wyciągnąć kartę bankową i po raz kolejny przeżyć całą transakcję. Miałam szczerze dość bo czułam się wykorzystana. Nie chodziło o to kto płaci ale ja stałam przy kasie a p. przechadzał się po sklepie i wybierał. Pomyślałam, że wyjdę z siebie gdy po schowaniu portfela do torebki p. nie drgnął nawet widząc, że chwyciłam torbę i zamierzam opuścić to miejsce gdzie zapachy najwyraźniej pomieszały zmysły mężowi. Z drugiej strony przyznałam mu rację, że warto od razu zrobić zakupy teraz niż przyjeżdżać tu znów za miesiąc. Moje „idziemy?” nie wywarło na nim spodziewanej reakcji i aż oparłam się o ladę gdy p. machnął na uśmiechniętą panią przywołując ją do siebie. Uchwyciłam jego diabelskie spojrzenie którym omiótł swoją żonę. Znamy się dobrze i mogę czytać w jego myślach jak w otwartej księdze ale tym razem pomyliły mi się strony. Sprzedająca pani stanęła przy p. w wyczekującej pozie z zawodowym uśmiechem na ustach i promieniującej zadowoleniem twarzy. Szlag mnie trafi za chwilę. Stoję objuczona co prawda moimi zakupami a tutaj książę jakiś podrywa sprzedawczynię. Postanowiłam pozbyć się tobołów kładąc je na ladzie bo jak widać nie wiadomo jak długo jeszcze będę sterczała przy kasie. O mały włos nie wypuściłam ciężkiej papierowej torby na szklaną ladę gdy uslyszałam mniej więcej coś takiego. 

- And two miękkie siusiaki please. - Kobieta o dziwo kiwnęła głową ze zrozumieniem a ja zrobiłam zdziwioną żyrafę i czułam, że spalę się ze wstydu. Chicago i okolice to wieża Babel gdzie różne narodowości mieszają się bez przerwy a angielski tylko zwyczajowo jest używany potocznie i czasami trzeba się nagłówkować aby zrozumieć co znaczy dane słowo wypowiedziane jakoś dziwacznie.
 Sprzedająca ominęła ladę i z półki zdjęła dwa opakowania „moich” nigdy nie posiadanych perfum. p. kiwnął głową przyzwalając na dokończenie transakcji a po sekundzie odwrócił się do mnie. Uśmiech odmłodził go o czterdzieści lat a mnie coś posmyrało w żołądku. Nie powiedziałam ani słowa tylko jakiś bełkot sprzeciwu wyrwał mi się z ust gdy pośpiesznie i z zadowoleniem po raz nie wiem już który z rzędy uiszczałam należną opłatę. Dam się pociąć żywcem na plasterki za to, że gad podły wszystko miał przemyślane i specjalnie rozgrywał akcję dramatu wolno wytrącając mnie z równowagi po to aby wzmocnić efekt zaskoczenia.
p. wziął teraz ciężką torbę w jedną dłoń a mnie pod pachę drugą ręką i wyszliśmy ze sklepu. 

- Jakie miękkie siusiaki? Co ci do łba przyszło? 
- Nie wiem ale sama nadałaś tym perfumom swoją nazwę więc idąc już dawno utorowaną drogą ja nadałem im swoją. Issey Miyake! Jak to poprawnie wypowiedzieć? Ajsej Majejki?  Ajsi Majaki? - Wydawało się, że p. już zapomniał o tym co było przed chwilą i już obmyśla jakiś kolejny podstęp. Nie przewidzę zagrożenia i zaskoczenia bo tak się złożyło, że kobieta, a ja w szczególności, jest jak glina w rękach mężczyzny i nie wiadomo czy garncarz ulepi przepiękną amforę czy tylko pod nią czasami niepotrzebny podstawek.