piątek, 17 listopada 2017

Niby zwykły Grześ

  Uwaga tekst z wulgarnymi słowami!

 Cisza która zapanowała po ostatnim zdaniu p. chciała rozerwać mi głowę. Wpatrywałam się  w talerz siedzącego przede mną Grześka nie śmiąc spojrzeć mu w oczy.  Obok niego siedział mój mąż który stworzył sytuację której wolałabym nie przeżyć. Lekko chrząknęłam i podniosłam wzrok na dwóch mężczyzn o wprost embrionalnym rozwoju umysłowym ale gorszym przypadkiem dzisiaj, był mój mąż.
 Grzesiek nie ma na imię Grzegorz tylko Jan. Jest naszym znajomym od wielu lat a z p. znają się od ponadą dwudziestu. Nie zawiązała się wielka przyjaźń na przestrzeni lat co żadnej ze stron nie dziwi i do dnia dzisiejszego pozostawaliśmy kolegami którzy wiedzą o sobie bardzo dużo. Janek chyba nie lubi swego imienia bo po wylądowaniu za oceanem nie chciał być pospolitym Johnem więc wymyślił Grzegorza którego z łatwością  można odnaleźć w nazwisku Janka.
Wyżej wspomniany Jan G. podjął pracę w magazynie i taką pracę wykonuje do dziś. Jest wykfalifikowanym pracownikiem i takim zostanie do emerytury bo brak znajomości angielskiego jest oczywistą przeszkodą w awansie. Ze względu na to, że większość jego  kolegów w pracy pochodzi zza południowej granicy, Grzegorz może jedynie poduczyć się brukowego hiszpańskiego.
Grzegorz wygląda zupełnie inaczej niż przeciętni latynosi i gdy ktoś go raz zobaczy nie zapomni do końca życia tego niecodziennego widoku. Trudno mi określić jego nietypową urodę więc opiszę jego wygląd.
Gdyby nie zaczerwieniony nos od codziennego picia które kontynuuje od szesnastych urodzin można nawać jego cerę jako białą. Długie do łopatek włosy też ma białe więc pasuje jak ulał słowo albinos. Albinos z różowymi policzkami i różowym nosem.
Już kiedyś dawno wspominał o swojej ksywie w pracy ale żadne z nas nie zadało sobie minimum wysiłku umysłowego aby zapamiętać jak Grześka nazywają koledzy w pracy.
Ostatnio, może dwa tygodnie temu wspomniany wyżej typ wpadł do nas na papierosa. Mieszkamy na jego trasie do sklepu w którym robi zakupy raz w tygodniu i chyba jedynie dlatego widujemy się co jakiś czas. Ubrany był w swój firmowy mundurek koloru brudnego granatu. Nie to, że ubranie było brudne bo Grzesiek jest pedantycznie czysty i gdy jest w swoim domowym stroju to ani pyłka nie znajdziesz na nim, używając nawet szkła powiększjącego. Pracowniczy ubiór po prostu ma taki mało wyrazisty kolor. Natomiast naszywki na prawej piersi nie da się przeoczyć. Piękną czerwoną nicią widniało wyhaftowane imię, tak widoczne jak czerwone Ferrari na skrzyżowaniu.
Papo. Tak właśnie nazywają Grześka w pracy. Po przywitaniu się gość usiadł na kanapie obok p. a ja zaproponowałam, kawę, herbatę, zsiadłe mleko z imbirem czy cokolwiek innego do picia. Grzesiek odmówił wstrząsany dreszczem obrzydzenia na dźwięk tego ostatniego, tłumacząc się, że pędzi na zakupy i nie ma zbyt dużo czasu. Rozumiem go dobrze bo ten obowiązek nie należy do miłych i krótkotrwałych. Chłopy zapalili po papierosie a ja przysiadłam na pufie po drugiej stronie ławy. Grzesiek w nawet w tak nietwarzowym kolorze wyglądał o wiele lepiej niż w swoich ciuchach; przeważnie biała koszulka i sprane do białości dżinsy.
- Fajne masz imię w pracy. - Wtrąciłam się do rozmowy bo nie mogłam oderwać oczu od natarczywej naszywki.
- Tak mnie nazywają od ponad dwudziestu lat. - Grzesiek, albo już teraz Papo, wyprężył się aby lepiej zaprezentować naszywkę.
- A co to znaczy? - p. zwykle lubi znać rozwiązania zagadek i byłam pewna, że tajemniczy Papo okaże się jakimś zdrobnieniem od papy czyli dobrodusznie nazwany tatuśkiem. Tak sobie szybko przetłumaczyłam to imię i zadowolona z siebie straciłam zainteresowanie grześkową ksywą. Ponoć myślenie ma przyszłość ale okazało się, że nie w moim przypadku. Nic bardziej mylnego nie mogłam sobie wykombinować i jak bardzo się myliłam okaże się za chwilę.
- Nie wiem, tak mnie nazwali w pierwszej pracy i ciągnie się za mną przez Chicago i okolice. Znają mnie wszędzie. - Grzesiek jakby nabrał rumieńców z zadowolenia, że taki sławny.
- Powiadasz, że Meksykanie cię tak nazwali, tak? -  p. jakoś podejrzliwie spoglądał z ukosa na Grześka. Rzucił również krótkie, dziwne spojrzenie w moją stronę.
- Tak, przyczepiło się do mnie i tak mnie wszyscy nazywają.
Kłęby dymu papierosowego unosiły się nad głowami mężczyzn i we dwójkę tworzyli jakby zjawy z innej planety. p. wziął do ręki telefon i zaczął coś w nim włączać i dźgać palcem w ekran.
- Papo, tak? - Mąż bez pardonu przerwał opowieść Grześka o wakacjach w Polsce. Ja i Grzesiek popatrzyliśmy ze zdumieniem na p. bo akurat opowieść doszła do bardzo interesującego punktu, gdzie pić jak nie wolno pod sklepem. Zaległa cisza. p. wpatrywał się w ekran telefonu zupełnie bez ruchu. Nawet powieką nie mrugnął. Dostrzegłam, że telefon pokazuje aplikację słownika angielsko-hiszpańskiego. Uśmiechnęłam się bo p. zawsze musi mieć w zanadrzu tłumacza bo jak wszystkim wiadomo wzięliśmy się za naukę hiszpańskiego ale ja traktuję to jako hobby. Zupełnie inaczej jest w przypadku p. który postanowił “gadać jak tam-bylcy” i wkuwa słowa i zwroty w chwilach zupełnie dla mnie nieoczekiwanych. No cóż jest okazja do nauczenia się kolejnego słówka.
- Papo po hiszpańsku znaczy głupek albo pizda. - p. podniósł wzrok znad ekranu telefonu i … odwrócił całe ciało w stronę Grześka. Myślałam, że urodziłam się po to aby rozpaczać po zbyt szybkim i nagłym zgonie ukochanego mężczyzny. Czułam, że zemdleję aby skupić na sobie uwagę obecnych i uchronić p. przed śmiertelnym prawym sierpowym. Zerknęłam na Grześka i odniosłam wrażenie, że blada cera jesze bardziej pobladła co prawdopodobnie jest niemożliwe albo lekko poszarzała. p. jednak nawet nie pomyślał o zagrożeniu bo z lekkim grymasem niesmaku powrócił do swej pozycji sprzed dwóch sekund i czytał dalej. - O kurczę pieczone nazwali cię kumplem albo głupkiem albo piździskiem.
Czułam jak trafia mnie jasna cholera. Siedzę na wprost dwóch kretynów i jeden z nich oznajmia drugiemu, że przez dwadzieścia lat nosi emblemat oznajmiający wszystkim, że jest głupią pizdą. Krew odpłynęła do samych stóp i byłam bliska spotkania się z podłogą w bardzo bolesny sposób. Położyłam dłoń na blacie ławy aby nie stracić równowagi bo zdrowy rozsądek już dawno straciłam. Wiem o tym, że mężczyźni są bardzo wybaczający gdy chodzi o używanie grubych słów ale to grubiaństwo nie mieściło mi się w głowie. Grzesiek jednak najwidoczniej nie przejął się zbytnio interpretacją znaczenia swego zawodowego imienia i spokojnie zaciągnął się swym ulubionym Marlboro. 

p. dopiero po chwili zrozumiał w jak idiotycznej sytuacji postawił kolegę. Nie podnosił głowy i tępo patrzył w ekran telefonu. Długo tak nie posiedzi w zupełnym bezruchu bo za chwilę papieros upali mu palce.
Jan, Grzesiek, Papo po chwili wstał i oznajmił, że już najwyższa pora aby pojechał do sklepu. O dziwo nikt z nas go nie zatrzymywał. Nie opiszę tego co było po wyjściu gościa ale wspomnę jedynie o tym, że wytknęłam mężowi brak rozumu i dobrego taktu. p. wszystko przyjął ze zrozumieniem i pokorą ale jednak musiał się odciąć od moich przynaglań.
- Masz rację, tylko jak można z taką naszywką iść między ludzi, tam gdzie 90% obsługi w sklepie to latynosi. No powiedz mi jak?