1

sobota, 10 listopada 2018

Trzecia rano (w nocy).

 Jednak nie dotrzymałam słowa i nie użyłam inwektyw gdy zadzwonił budzik. p. zerwał się jak oparzony aby tłuc się po chałupie a ja doleżałam swoje pięć minut i wstałam na czas gdy kawa była gotowa. Gdy ja pozbywałam się nocnego odrętwienia siedząc półprzytomna na kanapie, p. zapakował samochód. Według mnie niepotrzebnie się tak spieszył bo ja nawet nie mogłam jeszcze zebrać się w sobie.
- Gotowa? - Zapytał uśmiechając się radośnie.
- Zaraz. - Nie byłam gotowa i nie mogłam tego ukryć. Szukałam jakiegoś sposobu aby odwlec wyjazd chociażby o piętnaście minut. Wolno pozbywam się sennego rozmarzenia i nie sposób zaliczyć mnie do skowronków. Przynależę do mrocznej braci sów gdyż nawet późnym wieczorem zapominam, że już najwyższa pora iść spać.
- Jedź w pidżamie a na miejscu przebierzesz się w ciepłe ciuchy. - Takie podejście do schorowanej żony bardzo przypadło mi do gustu i bez dłuższego ociągania się wskoczyłam w buty i już w drzwiach zarzuciłam na ramiona zimową kurtkę. Silnik pracował już przez jakiś czas i w środku auta było przytulnie ciepło. Nie siadałam nawet na siedzeniu pasażera tylko przez drzwi bagażnika wsunęłam się na rozłożony materac przykryty grubym kocem z polaru. Dwie poduszki zapewniały idealne ułożenie głowy a kołdra puchowa przypieczętowała całość. Usnęłam prawie natychmiast.
Krótki postój zaplanowany przez p. przedłużył się znacznie ze względu na moje przebieranie i przeobrażenie porannego czupiradła w kobietę przed którą nie uciekną wszyscy mieszkańcy naszej planety.
Dojechaliśmy na miejsce dwadzieścia minut przed siódmą o której miało rozpocząć się zwiedzanie farmy żurawinowej.

 Na parkingu stało już kilka samochodów i po zakupieniu biletów wstępu brakło miejsca dla nas w pierwszym autobusie. Nie wierzyliśmy własnym oczom, że tylu chętnych przyjechało aby dowiedzieć się jak wygląda zbiór żurawin.
 W oczekiwaniu na kolejny pojazd p. zajął się przygotowaniem kamery którą mieliśmy zamiar użyć do ujęć podwodnych. Wyglądał jakby czytał smsy i nie mógłby odczepić się od telefonu. Jego spoglądanie w ekran telefonu nie miało nic wspólnego z plotkowaniem. Właśnie tam miał podgląd tego co widzi kamera. Sprytne połączenie dwóch urządzeń dało nam możliwość podglądania miejsc zupełnie niedostępnych bez tego udogodnienia.
 Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie z roślinami których owoce znane są wszystkim.
 W specjalnie zaprojektowanych basenach (których ta firma ma 50) rosną zupełnie niepozorne roślinki. Owoce są gdzieś ukryte pod liśćmi i na pierszy rzut oka wcale ich nie widać.
 Dzięki soczewkom umocowanym przy aparacie byliśmy w stanie dojrzeć jak obficie owocuje żurawina. Roślina ta lubi mieć mokre korzenie ale suche łogygi. Na takim podłożu zbiór ręczny wydaje się niemożliwy.
 Człowiek jest jednak bardzo sprawny umysłowo i wymyślił zadziwiwjący sposób na zbiór żurawin. Baseny zalewane są wodą i całe rośliny chwilowo są utopione. Do pracy ruszają traktory ze specjalnymi bronami które wzruszają rośliny i uwalniają w ten sposób owoce. Zobacz film tutaj.
Uwolnione owoce pływają na powierzchni wody gdyż każy z nich ma cztery pęcherzyki powietrzne. Krajobraz w sekundzie ulega zmianie i czerwień zaczyna królować i świetnie kontrastuje z otaczającą zielenią. Zbiór odbywa się późną jesienią aby świerze owoce trafify do sklepów w okresie obżerania się indykiem. Święta Bożego Narodzenia również nie mogą się obejść bez żurawiny serwowanej pod wieloma postaciami.
 (Wspomnę skromnie, że ja wymyśliłam nalewkę z żurawiny która jest rewelacyjna!!!)
Teraz p. ruszył do akcji i efekty jego poczynań można zobaczyć (filmy tutaj) poniżej.
Teraz następuje najbardziej widowiskowa część zbioru. Pływające owoce trzeba zagonić w jedno miejsce aby je załadować na ciężarówki. Sposób znów jest bardzo prosty. Na jednym końcu rzuca się grubą pływającą linę która w połowie unosi się na powierzchni.
Zagonione w kozi róg żurawny są wysysane z wody i transportowane bezpośrednio do kontenerów na ciężarówkach. Pomysłowe i proste zbiory. Ponoć w Europie amerykańska odmiana wielkoowocowa nie jest zbytnio popularna. 
Jednak główną atrakcją zostawiono nam na sam koniec. Chodzenie po kolana w wodzie pośród żurawin sprawiło nam wielką frajdę. Chętnych do brodzenia w lodowatej wodzie było wielu i na kalosze na szelkach musieliśmy chwilkę poczekać. p. w akcie rozpaczy wbił się w ten sam rozmiar co ja i wyglądał jak jajko na miękko serwowane na naparstku. Uszanowałam zakaz publikowania jego zdjęć w takim ubiorze ale trochę można zobaczyć na filmach które można obejrzeć tutaj.
Kichanie i smarkanie przeszło, minęło i ani razu nie pomyślałam o tym, że jestem mało zdrowa. Ruch na świeżym powietrzu wyleczył mnie z dolegliwości której nie mogłam pozbyć się przez trzy tygodnie. 
Jeszcze jedno; im zimniej przed zbiorem tym bardziej czerwone są owoce. Białe i różowe są mniej atrakcyjne niż czerwone ale są identyczne pod względem zawartości witamin. Są tak samo zdrowe a jedynie mają inny kolor.
 Bardzo zadowolona z wycieczki popełniłam nietakt w stosunku do samej siebie. Podziękowałam p. za wyrwanie mnie z łóżka o trzeciej rano a przecież była to trzecia w nocy. No coż jakoś to przeżyję. 

*****
Jeżeli ktoś jeszcze nie obejrzał filmów to przypominam, że są tutaj.

czwartek, 11 października 2018

Żurawiny nadszedł czas.

 Moje sfatygowane zdrowie uniemożliwiło nam wyjazd do krainy przygód na wielką skalę. Nie będę opisywała czego nie przeżyłam dzięki francowatej grypie bo jak nie byłam to nie nie mam o czym pisać a zmyślać nie będę. Smarki u nosa nie dodawały mi otuchy gdy na pytanie czy jedziemy na wakacje musiałam odpowiedzieć niechciane “nie”. Grymas niezadowolenia wykrzywił twarz męża a wzroku pozazdrościłaby sama Meduza. Miałam trzy tygodnie na wyleczenie się z bardzo dokuczliwej choroby ale pomimo moich usilnych starań jesienne przeziębienie ciągle więziło mnie w łóżku. Tony tabletek nie pomagały, hektolitry syropów spowodowały biegunkę a na antybiotyki było zbyt późno. Pierwsze półtora tygodnia wskazywało na lekką poprawę i rychły powrót do zdrowia. Antybiotyków nie brałam bo przeziębienie trwa tydzień więc gdy po 10 dniach nastąpił nawrót dolegliwości, tak powszechnych pod koniec lata, byłam załamana. Gdyby to miały być zwykłe wakacje nie byłoby problemu ale w tym roku zaplanowaliśmy uczestnictwo w zwariowanej imprezie odbywającej się w dniach 5-10 października.
Czułam się winna choć to nie moja wina, że mężowskie zarazki tak świetnie sobie radziły w moim organizmie. Tak, to właśnie p. przywlókł tę zarazę do domu i pozbył się jej w przewidywanym terminie. Gdy on wyzdrowiał ja zachorowałam. Wahania temperatury panującej aury nie pomogły w procesie zdrowienia i gdy zbliżał się termin wyjazdu wściekłość na samą siebie narastała w tempie jak przybiera górski potok na wiosnę.
- No dobrze… - p. szybko opanował mimikę twarzy i o dziwo przemienił się w troskliwego dziadunia. - …to może pojedziemy na jednodniową wycieczkę. Na zbiór żurawiny. Zrobię spanie i będziesz mogła całą drogę spać wygodniej niż w domu. Jak sama królowa. - Pozbyłam się nadmiaru wydzieliny z nosa smarkając tak głośno jak tylko mogłam. Chciałam przerazić męża swym stanem zdrowia i pozostać w łóżku cały weekend.
- Wstaniemy jutro o trzeciej rano… - On chyba oszalał. O której?! - …i po szybkim śniadaniu ruszymy w drogę. - Już to widzę, jak jem śniadanie o trzeciej "rano". 

- Nie będę jadła w środku nocy. - Tego byłam pewna, że trzecia na zegarze to trzecia w nocy a nie trzecia rano. Ranek przychodzi wraz ze słońcem! Podświadomie już zgodziłam się na wyjazd jedynie pora pobudki wydawała mi się niewiarygodna i od razu wściekłam się na samą siebie. 
 Jaka ja głupia jestem. Głupia do kwadratu. Stara i głupia. Wytarłam, wiecznie cieknący katar z nosa wierzchem dłoni i odrzuciłam pierzynę na bok.
- Skoro jestem zdrowa lub za takową mnie uważasz to zrób mi drinka. Dużego i mocnego poproszę. - Dałam się podpuścić i sama zatrzasnęłam niedźwiedzi potrzask na swojej woli. Nie mam sił na nic i na życie mi nie szło przez trzy tygodnie smarkania, kasłania i wycierania potu z czoła a tu proszę ukochany mąż zaprasza mnie na brodzenie w lodowatej wodzie aby popatrzeć jak słabnę i tonę w brunatnych odmętach.

 Wyglądało, że p. zrozumiał, że nie mam zdrowia na dwa tygodnie włóczęgi ale nie mógł uwierzyć w to, że nie pojadę na krótki wypad.
- Dobrze. - Usłyszałam jak chrypię. Zwlekłam się z łóżka które przypominało barłóg na którym walały się poduszki i dwie pierzyny. Wszystko przepocone i pogniecione. Z przyjemnością opuściłam sypialnię i zasiadłam przy ławie. Wiedziałam, że wódka mnie nie uzdrowi ale jeden drink życia mnie nie pozbawi również. Chciałam odmiany niż wieczne narzekanie. Może to dobry pomysł aby klin klinem. Zakręciło mi się w głowie po drinku i zanim udałam się aby dać nura w pióra poprosiłam p. aby nie zważał na mój sprzeciw, przekleństwa i wyzwiska którymi go obrzucę w nocy.
- Spoko dziecinko. - Zrób mi miejsce gdzieś w tym wyrku bo rano muszę być wypoczęty.
- W nocy. - Szepnęłam i ciągu dalszego nie pamiętam. Sen przyszedł natychmiast.

 ***
Poniżej zwiastun tego co widzieliśmy i co pokażę w kolejnym poście.


piątek, 28 września 2018

Cwana krowa


- Co dziś na obiad? - Jak mnie wkurzają takie pytania. Czy mam wyliczać składniki które użyłam do przygotowania posiłku. Czy po prostu opisać to co będzie na talerzu. Nie daj boże aby któryś mi się skrzywił po pierwszym kęsie podstawionego pod nos dania. Nie zawsze wzbijam się na wyżyny moich umiejętności kulinarnych i przyznaję, że np. dzisiejszy schabowy był inny od tego sprzed dwóch tygodni. Dla mnie jest to zrozumiałe i dozwolone gdyż raz kupuje się mięso takie a raz siakie. Niby i to i to schabowe ale z innego sklepu i z innego uboju więc i smak może być odmienny. 
Zakupy to jednak duże wyzwanie i sztuka nie lada. W dobie szpikowania produktów spożywczych zaawansowanymi środkami chemicznymi odechciewa się robienia zakupów w sklepach. Marzy mi się targ ze świeżymi warzywami i owocami. Świeżo ubite mięso wisi sobie na hakach i sprzedający odcina taki kawałek mięsa który wskaże kupujący. Wokół mnie nie ma takiego miejsca i zanim coś kupię to nagłówkuję się nie lada. Macam zanim kupię, przyglądam się przez dłuższą chwilę i wczytuję się w skład produktu który mam zamiar wrzucić do koszyka. Kiwam głową z niedowierzaniem, że jem takie rzeczy ale nic innego kupić się nie da więc z ciężkim sercem płacę za coś czego tak naprawdę nie chciałabym jeść ale jeść trzeba nawet to czego nie uznaję za super żarcie. Już wielokrotnie zadawałam sobie pytanie czy nie przesadzam i nie jestem paranoicznie przeczulona nie kupując wszystkiego jak leci. O ile byłoby łatwiej wejść do sklepu i wyjechać z niego koszem na kółkach wypełnionym po brzegi. Jeden sklep, wszystkie zakupy i do domu. Nie umiem tak, jeżdzę zatem w poszukiwaniu przynajmniej zadawalającego pożywienia i kilka godzin mam wyjętych z życiorysu. Dlatego nie znoszę grymasów, że coś nie pasuje gdy już gotowe do spożycia leży przed nosem. Trujące nie jest a, że jaśnie państwu nie smakuje to już zupełnie inna historia. Każdy ma dwie ręce i dostęp do internetu gdzie zwariowanych przepisów nie brakuje. Proszę bardzo kuchnia wolna!
Przynajmniej podczas wakacji lub krótkich wypadów nie słyszę, że mogłoby być bardziej dosolone albo odrobina pieprzu dodałaby smaku. Taco Bell czy byle jaka pizza smakuje wtedy wyśmienicie i jeszcze nie zdarzyło się aby p. nie zjadł wszystkiego co kupiliśmy w fast foodzie. (Jedyny wyjątek to La Granja w Miami)
Jak jeść to ze smakiem i tylko najlepsze kawałki. 
 Całe to moje pisanie nie wzięło się z braku uwielbienia milionów czy poczucia niedowartościowania. Moje ego nie cierpi i nigdy nie pojawiło by się gdyby nie krowa.
Zatrzymałam auto aż zadziałały ABSy. p. rzucony na pasy spiorunował mnie zadziwionym i niechętnym wzrokiem. Już szykował się do zbesztania mnie jak szczeniaka który znów zsikał się na dywan ale uprzedziłam jego brzydkie zachowanie. 
- Krowa! - Wskazałam stado krów za drutem kolczastym. 
- Krowa. - Powtórzyłam gdy nie dojrzałam zrozumienia w oczach męża. 
- Co krowa? - p. wydawał się zbulwersowany i gotowy wściec się jak nigdy. Postanowiłam jeszcze go trochę wkurzyć. O tym, że nastąpi wybuch nie wątpiłam i byłam pewna, że nastąpi to za pięć sekund. 
- No, krowa. - Spokojnie odrzekłam i pokiwałam głową. Palcem wskazującym celowałam w krowę najbliżej ogrodzenia. 
- Co do cholery krowa. Krowa. Krowa. Co krowa? - Wybuch nastąpił według schematu. Szkoda, że nie mogę przewidywać tsunami z taką dokładnością, wtedy kasy miałabym pod dostatkiem. - Co krowa? - Pomyślałam, że mój ukochany mąż zaciął się jak płyta na 45 obrotów na minutę. - Krowa sra i co z tego. - p. wzruszył ramionami i chwycił za klamkę drzwi aby wyjść z auta. 
- Zanim się zesra to co robi? - Zatrzymał się w bezruchu jakby nie rozumiał języka którym posługujemy się codziennie. - No, co robi krowa wcześniej? - Nie chcę wiedzieć co siedziało na końcu języka zdezorientowanego i wyprowadzonego z równowagi męża. - Co robi krowa? - Powiedziałam łagodnie i kiwnęłam głową w stronę którą wskazywał mój palec. Wtedy p. podążył wzrokiem w tym kierunku. Z zaniepokojeniem odkryłam trochę głupawy uśmiech na jego twarzy. 
- Żre trawę.  
- Gówno prawda. - Zrobiłam przerwę aby kolejne słowa dotarły jasno i oczywiście. - Ona zdobywa lepsze kąski. Widzisz naraża swoje życie aby skubnąć lepszego jedzenia. Popatrz jaka cwana. Zachowuje się zupełnie jak ja. 
- Gdy wychodzisz przed dom to rzucasz się na trawę i jesz do syta? - Takiego p. uwielbiam, nie odpuszcza nawet w kryzysowych sytuacjach. Jej zachowanie to istny majstersztyk. Musi przekrzywić głowę aby nie raniąc się sięgnąć tam gdzie inne nie potrafią. Zdobywa smakowite kąski używając mózgu a mawiają ludziska, że krowa jest głupia.

piątek, 29 czerwca 2018

Prawdziwy Szkot

 Ostatnio Diana Gabaldon wskoczyła na drugie miejsce po Wilburze Smith w rankingu ulubionych pisarzy. Nigdy nie zajmie pierwszego miejsca bo im dalej w las tym akcja się rozwleka i posmak sensacji przechodzi w nudę. Tak to się dzieje gdy autor tworzy kolejną książkę w celach finansowych zapominając o tym, że czytelnik może się znudzić i nie kupić kolejnego tomu niekończącej się powieści pod tytułem “Outlander”. W Polsce kolejne tomy posiadają jakieś odmienne tytuły ale, że początek był najlepszy niech więc pozostanie “Obca”.
Nie będzie to recenzja bo moje słowo nikogo i tak nie zachęci ani nie zniechęci do czytania więc nadmieniłam jedynie co ostatnio przeżywałam razem z bohaterami powieści. Jest jeszcze kręcony serial więc kto nie chce męczyć się nad literkami może obejrzeć bardzo dobrą ekranizację powieści.


 p. poszedł na stację benzynową aby uzupełnić zapasy papierosów i napojów chłodzących więc z przyjemnością te kilkanaście minut postanowiłam spędzić rozprostowując plecy. Niech tylko ktoś nie pomyśli, że wysiadłam i zaczęłam spacerować aby pobudzić krążenie krwi. Gdzie tam, pochyliłam oparcie fotela aby nie siedzieć w pozycji jak przy biurku. Jak to w podróży bywa ja odwalam większą część trasy a p. zmienia mnie o zmroku bo jakoś niepewnie się czuję w nocy za kółkiem. Pomimo tego, że mam lepszy wzrok niż małżonek to jazda nocą szybko mnie męczy i nie sprawia przyjemności. Trochę przesadziłam z rozkładaniem oparcia więc uniosłam się lekko aby je poprawić. Teraz powinno być dobrze i nawet pięć minut w takiej pozycji zadowoli mnie na kilka kolejnych godzin.

Oko jako obiektyw a mózg jako procesor rejestrują miliony informacji których nie jesteśmy świadomi do końca. Zamknęłam oczy aby oddać się relaksacyjnej chwili gdy zdałam sobie sprawę, że przed chwilą widziałam Szkota przy ciężarówce która stała jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Nie otwierając oczu pomyślałam, że to wpływ lektury której poświęcałam ostatnio zbyt dużo czasu. Jednak coś mi nie dawało spokoju. Czyżby aż tak źle było ze mną, że mam wizje i książkowe przygody mieszają się z rzeczywistością? Uniosłam ciało i otworzyłam oczy. Widziałam Szkota jak żywego i nic nie wskazywało na to, że mam przywidzenia. Być może ze mną aż tak źle, że żaden lekarz mi już nie pomoże. Aby się o tym przekonać postanowiłam zrobić zdjęcia i przekonać się czy bezduszna maszyna utrwali to co mogło być wytworem mojej fantazji.
Po dostawie czipsów do sklepiku stacji benzynowej kierowca w niecodziennym stroju zamknął drzwi naczepy i zmierzał do szoferki. W książkach Szkoci nie noszą bielizny pod spódnicami więc chciałam się przekonać na własne oczy czy to tylko literacka fikcja. Przy wsiadaniu powinnam zobaczyć całą nagą prawdę.

 Jednym okiem kontrolowałam ekranik aparatu a drugim wpatrywałam się w gołe kolana kierowcy. Przewidywałam, że gdy podniesie nogę żeby wejść na wysoki stopień to spódnica zsunie się po udzie na tyle aby mnie usatysfakcjonować.
To musiał być prawdziwy Szkot bo wprawnie wskoczył na stopień nie dając widowni szans na potwierdzenie tego co wypisują w książkach.

  Jedno jest pewne; nie miał takich amerykańskich gaci do kolan!

sobota, 19 maja 2018

Coś za nic

 Wydaje mi się, że większość ludzi nie lubi pracować ponad miarę nie mając w zamian sowitego wynagrodzenia. Podziwiam zatem ludzi którzy poświęcają swój czas na pracę w instytucjach niedochodowych, oddają część swego życia nie otrzymując nic wymiernego. Jedynie satysfakcja z ofiarowania komuś swej pomocy lub zdolności może wytłumaczyć takie postępowanie.
Dzięki internetowi poznałam ludzi którzy mają bakcyl tworzenia i ofiarności. W życiu rzeczywistym wokół mnie nie ma takowych bo każdy patrzy przez pryzmat konta w banku. Im więcej upchnie tam dolców tym szerszy uśmiech zakwita na jego twarzy. Po chwili uśmiech ten gaśnie i znów na twarzy maluje się przygnębienie bo przecież mogłoby zmieścić się tam o wiele więcej. Myślę, że artystyczne dusze są bardziej podatne na dzielenie się sobą z bliźnim. Tak sobie myślę, że tworzenie jakiegoś dzieła po to tylko aby zdobyć dyplom uznania albo wyróżnienie w konkursie to właśnie dawanie światu coś za nic.

 Takie myśli plątały mi się po głowie od momentu gdy przy drodze ujrzeliśmy gadające drzewo. Komuś chciało się przyciągnąć w pobliże drogi to arcydzieło jakby żywcem z “Gry o trony”. W wersji oryginalnej drzewa były białe ale kto zabroni artyście widzieć inaczej. Ponoć podróże kształcą ale zapewne tylko tych z otwartymi oczami.
Przejeżdżaliśmy przez jakąś odległą wioskę w pobliżu granicy kanadyjskiej gdy taki widok pobudził nas do myślenia i rozmowy na temat dlaczego komuś się chce a innemu nie.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Górale z Kolorado mawiają, że...

- Mawiają, że w Polsce dziewczyny w bikini chodzą po ulicach. A u nas mróz. Brrr.
- Zimno jest jak diabli i nawet w aucie nie ma odrobiny wiosny. Zlituj się i zrób trochę cieplej. - Zawinięta byłam w gruby, wełniany koc i dodatkowo nogi okryte miałam drugim kocem. Stanik, podkoszulka, cienki wełniany sweterek i bluza z polaru miały mi zapewnić komfort od pasa w górę. Nogi również miałam zabezpieczone jak na wyprawę poza koło podbiegunowe a i tak marzłam. Chyba źle napisałam, że marzłam, było mi po prostu zbyt chłodno.
- Nie mogę bo zaraz zacznę ziewać i będziesz musiała prowadzić.
- No to niech już tak będzie ale gdy pojawi się stacja benzynowa to poproszę o kawę, dużą i gorącą.
- A co nie wyjdziesz do toalety?
- Nie. Posikam siedzenie jak nie zrobisz cieplej o jeden stopień a najlepiej o dwa. O dwa i pół.
- W końcu p. ulitował się nad zrzędzącą małżonką i zrobiło się o wiele sympatyczniej bo przestałam utyskiwać na dręczący mnie chłód.

Przedstawiałam obraz wychudzonego zawodnika sumo, bo taki prawdziwy do naszego auta nie miał szans wejść. Taka bezkształtna sterta gałganów na siedzeniu pasażera. Jechaliśmy do dalekich znajomych na zachód i niestety na północ. W Chicago wiosny jeszcze nie ma i póki co jeszcze nie było a już połowa kwietnia. p. zaczął ziewać raz za razem. Ziewał tak zaraźliwie, że i ja ziewnęłam raz albo dwa. Nie było rady sama zmniejszyłam ilość ciepła wpadającego do wnętrza samochody. Nie miałam pojęcia dlaczego tak dokucza mi chłód bo na zewnątrz było plus trzy a aucie względnie znośnie. Patrząc na p. który miał cienkie spodnie dresowe z bawełny jak na podkoszulki, letnie tenisówki na stopach i cieniuśki, rozpięty polar wiedziałam, że wokół mnie jest ciepło. Gdzieś było ale skutecznie mnie omijało. Długa zima w tym roku dała mi się we znaki bo wielokrotnie klęłam, że już wolę jesień, tą smutną i deszczową niż cudowną wiosnę. Zimno, mokro i bez słońca taka pogoda nastała od grudnia i trwa po dzień dzisiejszy. Stanowczo mam dość takiej pogody i wyjazd na pogranicze Kanady, Minnesoty i Północnej Dakoty, wcale ale to wcale, nie przypadł mi do gustu.
Zgniła, paskudna pogoda ciągnęła się za nami od samego domu i spoglądając w niebo będzie nam towarzyszyła prawdopodobnie przez cały tydzień.
Zbliżaliśmy się do Minneapolis i zaczęło lekko sypać śniegiem a po chwili dość mocno wiać. Minęło może pięć minut i znaleźliśmy się w tak koszmarnym wirze śniegowym, że nie było wiadomo gdzie jest droga. Utworzył się gigantyczny korek bo prędkość podróżna spadła prawie do zera jak i widoczność.

Podjęliśmy ożywioną dyskusję czy nie wrócić do domu bo ujechaliśmy ledwo pięć godzin. Nie muszę chyba przekonywać nikogo, że byłam za powrotem do domu. p. kląskał i mlaskał. Przeżuwał przekleństwa a potem je wypowiadał i pieklił się niemiłosiernie. Zrobiłam jedno zdjęcie samego początku piekła. Gdy bramy piekła się rozwarły nikt z nas nawet nie myślał o niczym innym tylko o tym aby calło wyjechać z miasta. Auta jak na złość rozbijały się o siebie i wiele z nich wylądowało na poboczu. Głęboko zakopane w śniegu będą musiały długo poczekać na serwis który wyciągnie je z pułapki. Jechaliśmy bardzo wolno ale ciągle jechaliśmy. Inni mniej cierpliwi już nie mieli drogi pod kołami.
p. chyba spocił się z nerwów bo uchylił okno o wiele za nisko. Zawirowało w środku śniegiem ale nic się nie odezwałam bo w naszej rodzinie kierowca to święta krowa i wolno mu wszystko, no prawie wszystko.
- To musi kiedyś minąć. Takie burze to normalka na wiosnę tylko, że my mamy jeszcze pięćdziesiąt kilometrów obwodnicy zapchanej jak rybny przed wigilią za komuny.
- Zamknij okno! - Krzyknęłam bo śnieg wleciał mi za kołnierz. Chciałam dodać odrobinę szantażu, że wysiądę ale zrezygnowałam z oczywistych przyczyn, tak dobrze widocznych na zdjęciu.

- Czy przypadkiem twoi dziadowie nie byli Eskimosami? - Tak na wszelki przypadek zapytałam bo nigdy nie wiadomo kiedy dowiem się całej prawdy.
- Eee tam. To zwyczajni ludzie. Dziadka pamiętasz a babkę też widziałaś. Nawet mnie trochę znasz i chyba nie jestem podobny do Eskimosa.
- Jeżeli nie dziadkowie to na pewno pradziad był do dziś poszukiwanym Yeti. Nie jest ci zimno?

Brnęliśmy przez białą pustynię przez kolejne cztery godziny i ujechaliśmy zaledwie osiemdziesiąt kilometrów. Robiło się ciemno i nie mieliśmy szans na dojechanie do celu o przyzwoitej godzinie. Zatrzymaliśmy się w podłym hotelu bo w tych lepszych nie było miejsca!!! Mój nastrój sięgnął rynsztoka i klęłam aż p. zwrócił mi uwagę.
- Bo co? Baba jestem i nie mogę sobie ulżyć? Tylko ty możesz? - Miałam rację bo odpowiedziała mi cisza zagłuszana poświstywaniem wściekłego wiatru za oknem. Wskoczyłam do łóżka w ubraniu obrażona na cały świat a najbardziej na tą cholerną wiosnę.

Wczorajszy błąd spowodował poranne skutki. Obudziłam się zlana potem. Czułam, że leżę w wannie wypełnionej po brzegi ukropem. Ubranie przylepione do ciała stanowiło mokrą opokę która krępowała moje ruchy i oddech. Czułam, że za chwilę zemdleję. p. stał przy oknie i wpatrywał się gdzieś w dal.
- Już nie śpisz? Którajestgodzina. - Bełkotnęłam coś bez sensu jakbym miała natychmiast lecieć do roboty.
- Późno. - Jak zwykle oszczędny w słowach p. stał niewzruszony i palił papierosa pomimo tego, że w hotelach palić nie wolno.
- Dawno nie śpisz? - Ciekawa byłam dlaczego mnie nie obudził.
- Nie, ale tak się wierciłaś i jęczałaś, że już wolałem wstać.
- Jestem cała spocona, musiałam mieć koszmary a ty oczywiście wolałeś abym się męczyła niż obudzić swą ukochaną żonkę. - Usłyszałam lekkie cmoknięcie którego znaczenia nie odgadłam do dziś. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do łazienki aby zrzucić z siebie tonę mokrego ubrania. 

Przywitałam dzień już w dobrym nastroju przebrana po gorącej kąpieli w lekkie, tym razem ciuchy. Postanowiliśmy po drodze poszukać wiosny o której tak głośno w radio i telewizji. W Polsce ponoć kwitną kwiaty a za szybą samochodu takie oto widoki. Dojrzałam gdzieś bardziej zielone miejsca obok śniegu ale chyba nie tak wygląda wiosna.
- Skoro nie ma jej przy drodze to może pójdziemy na krótki spacer i znajdziemy ciepły powiew wiatru. - Po kolejnych trzech godzinach monotonii za oknem potrzebowałam jakieś odmiany, trochę ruchu i dużego omleta na południowy posiłek. Mijane miasto nie urzekło nas urodą i posiłek postanowiliśmy odłożyć do kolejnego na mapie. Tutaj wiosenne wiatry przygnały śmieci których spora ilość przypominała jeszcze nie stopniały śnieg.
W kolejnym mieście było już trochę czyściej więc i jedzenie smakowało wyśmienicie. Syci i leniwi zmusiliśmy nogi do pracy od której już zupełnie odwykły. Za restauracją było sporo miejsca na spacer więc ochoczo skorzystaliśmy z nadażającej się okazji. Gdy rozejrzałam się dookoła nie dostrzegłam nawet śladu wiosny. Zastanowiłam się czy warto iść pośród zeszłorocznych traw i zielska. Kwiecień to burzowy miesiąc pełen niespodzianek jak wczorajsza śnieżyca i porywczych wiatrów które daleko unoszą świadectwo niechlujstwa obywateli. Nie należę do buntowników chroniących przyrodę za cenę własnego życia i z umiarem wdrażam recycling. Śmieci wyrzucam do śmietnika ale jak widać nie wszyscy są tak minimalnie zdyscyplinowani jak ja.
Gdy stopnieje śnieg pozostaje obraz tak bardzo niechciany i skrywany przez białą kołderkę zimowego puchu. Trochę to niemiłe ale albo wiatr poniesie to dalej albo służby porządkowe zapełnią pokaźną ilość kontenerów na śmieci. 
Poszukiwania wiosennych kolorów postanowiliśmy poszukać z dala od cywilizacji i nasz krótki spacer przerodził się w prawdziwe poszukiwania. Coś przyciągnęło naszą uwagę ale to nie był kwiat tylko kran po środku ugoru. Gdy pokręciliśmy się wokół niego aby zrobić zdjęcie jaskrawych kolorów znaleźliśmy w końcu wiosnę.
 Wiosna tego roku nie rozpieszcza nas kolorami ani optymistycznymi temperaturami. Gdy inni ocierają pot z czoła kryjąc się w cieniu, my z lupą na kolanach, pazurami rozgarniamy uschniętą trawę w poszukiwaniu świeżej zieleni. Kilka źdźbeł nowego życia napełniło nas otuchą i zadowoleni z faktu, że to już wiosna powróciliśmy do auta.
Minęły trzy dni.
Wracaliśmy do domu i świecące słońce jakby krzyczało słowo lato. Lato mieliśmy w aucie bo zaraz za szybą hulał zimny wiatr.
Wczoraj byliśmy już w Wisconsin i od umiłowanego łóżka dzieliły nas trzy godziny jazdy. Trochę przysypiałam trochę gadałam ale o śnie mogłam tylko i wyłącznie pomarzyć. Z przeciwka jechały auta całe oblepione śniegiem.
- Górale z Kolorado mawiają, że w kwietniu jeszcze tylko dwie burze śnieżne i już wiosna. Albo w maju. Nie pamiętam. - p. jak zwykle jest pełen optymizmu, nic tylko wyć ze strachu. Po niezbyt długiej chwili jak nie sypnie śniegiem jak nie dmuchnie wiatrem. Świat znów oszalał a mnie aż zachciało się płakać. Dwie burze śnieżne w czasie jednego krótkiego wyjazdu okazały się nie do zniesienia. - Hotel czy dom?

- Dom. Oczywiście dom. Mój ty rycerzu jedź i zawieź mnie całą do domu. Szybko proszę. Możesz nawet otworzyć okno. - Uśmiech na naszych ustach wyrażał zdeterminowanie i wiarę w to, że górale z Kolorado mówili o kwietniu. Co będzie w maju nikt nie wie ale mamy nadzieję, że przecież i najstarsi górale mogą się pomylić.
Aż trudno uwierzyć, że gdzieś tam za górami, za lasami jest już wiosna i dziewczyny chodzą po ulicach w bikini.