środa, 23 sierpnia 2017

Zaćmienie

 Przygoda nas kocha a my lubimy przygodę. Już od samego początku coś wisiało w powietrzu. Pomimo tego, że wyjechaliśmy o wyznaczonym wcześniej czasie to i tak nie dojechaliśmy tego samego dnia na miejsce z którego mieliśmy obserwować zaćmienie słońca. Zupełnie nieprzewidziane okoliczności zmusiły nas do spędzenia nocy jakieś 100 kilometrów wcześniej. Nie przewidzieliśmy, że chętnych będzie aż tylu, że zapchają autostradę na wiele mil. Mieliśmy pokonać trasę w ciągu 5 godzin a okazało się, że po siedmiu godzinach byliśmy właśnie 100 kilometrów od celu. Gdy dzień zamienił się w noc postanowiliśmy dojechać nad jezioro rankiem aby po nocy nie błądzić po wiejskich drogach.
Tylu chętnych wyległo na drogi USA, że zablokowali miasta i miasteczka w pasie całkowitego zaćmienia. W mieście Marion policjanci sterowali ruchem aby można było wyjechać z autostrady. Czegoś podobnego nie doświadczyłam jeszcze w życiu. Ja chyba nie byłam jedyną zaskoczoną osobą bo ludziska z innych aut również jak my wznosili oczy w stronę ku niebu ale jakoś pomoc nie przychodziła od wszechmogącego, auta stały w korkach długich na 80 kilometrów.
 Dodatkowym utrudnieniem były roboty drogowe. Wystarczyło zamknięcie jednego pasa ruchu aby spowolnić ruch kołowy do zera.  
Tak się złożyło, że upał dopisał jak nigdy w tym roku. 36 stopni w cieniu, zamieniło się w ponad 40 na rozgrzanym asfalcie. Wszędobylska wilgoć dodała swoje kilka stopni i w środku pojazdu panowała atmosfera pralni piekielnej. Klimatyzacja dmuchała zimnym powietrzem z wylotów w desce rozdzielczej i po godzinie musiałam założyć koszulę z długim rękawem co wręcz zakrawało na szaleństwo. Zimne powietrze skierowane gdzieś z dala od mojego ciała, tylko sobie znaną drogą owiewało mój kark. Byłam tak umęczona, że było mi już wszystko jedno jaką ilość potu wydzieli moje ciało ale nie mogłam pozwolić sobie na letnie przeziębienie. Jest to chyba najgorsza forma tej choroby bo nie ma, teoretycznie, jak się wychorować.
Poranek przywitał nas bezchmurnym niebem i raźnie świecącym słońcem. Temperatura podnosiła się o jeden stopień na pół godziny i o godzinie dwunastej dojście do nasłonecznionego miejsca z którego mieliśmy oglądać to wyjątkowe zjawisko wymagało ode mnie zagryzania zębów na języku aby nie wrzeszczeć z obrzydzenia. Jak można lubić spacer gdy każdy oddech może zakończyć się śmiercią przez utonięcie. Wdychać tyle wilgoci może tylko ryba a nie człowiek!
Przez liście drzewa podglądaliśmy czy przypadkiem nie nastąpił początek wielkiego zaćmienia.
To była dobra kryjówka bo po porannym spacerze mieliśmy wrażenie, że naszym ciałom  zaaplikowaliśmy trzydniową porcję słońca.
Gdy księżyc stanął na drodze promieni słonecznych byliśmy gotowi. Skryci w cieniu wielkiej gałęzi i uzbrojeni w aparaty oraz domowej roboty filtry. Jestem wielką miłośniczką blogów i prawdopodobnie nie zamienię bloga na fejsa. Blog daje większy kontakt z osobami zostawiającymi komentarze. Tutaj nadarza się okazja do podziękowania Pellegrinie za podzielenie się prostym i zarazem genialnym pomysłem na oglądanie Słońca. Zdobycie kliszy z prześwietlenia okazało się wyzwaniem ponad możliwości współczesnych szpitali. Po poruszeniu wszystkich sznurków które mogły mieć cokolwiek wspólnego ze szpitalem okazało się, że dzisiaj już nie używa się kliszy fotograficznej do prześwietleń. Po wykonanym prześwietleniu jego wynik od razu jest dostępny na ekranie komputera. Kasety z filmami i wywoływanie zdjęć poszły w zapomnienie. Jako cud uważam znalezienie czterech prześwietlonych zdjęć w garażu jednego z naszych znajomych. Pojechały z nami i p. podczas oczekiwania na zaćmienie wyciął “profesjonalny” filtr. Do jego zamocowania użył mikroskopijnych gumek recepturek stosowanych w ortodoncji. Patrzyłam na to wszystko z powątpiewaniem w pomyślny efekt super fotografii. Jednak jego zadowolona i pewna mina świadczyła o tym, że wie co robi. Nie byłam jednak zupełnie przekonana o cudownych możliwościach amatorskiego sprzętu i delikatnie, tak od niechcenia poruszyłam ten temat. Otrzymałam solenne zapewnienie o pozytywnym wyniku eksperymentu ale na moje “co będzie jeśli zdjęcia się nie udadzą”, p. westchnął głęboko i z mało wesołą miną oświadczył.
- Jeżeli spierniczę robotę dzisiaj to za dwa lata, 2 lipca powtórzymy tę sesję w Chile lub Argentynie. Jeżeli i tam coś się nie uda to będziemy koczować w Andach do 14 grudnia 2020 roku. - Pierwszą myślą która mi zaświtała było utopienie aparatów w pobliskim jeziorku. Od razu jednak odrzuciłam ją w zapomnienie bo druga myśl goniąca tą pierwszą to był widok topionej Ataner przez p.. A niech tam zrobi zdjęcia ale nie takie super o jakich marzy bo wycieczka w Andy bardzo przypadła mi do gustu.

Jak widać moje prośby trafiły w przestrzeń kosmiczną bo filtr Pellegriny zadziałał wprost idealnie i zdjęcia na mój gust są bardzo dobre.
 Kolejne fazy zaćmienia nie fascynowały nas tak bardzo jak oczekiwanie na moment gdy Księżyc zasłoni całe Słońce.
Gdy pozostał cienki rogalik rozżarzonej bomby atomowej na niebie, ziemię opanował przedziwny mrok. Zrobiło się zimno i jednocześnie przerażająco. p. dostał gęsiej skórki i włosy stanęły mu dęba.

Sądzę, że to częściowo z przejęcia i częściowo z nagłego ochłodzenia. To nie była noc do której organizm przygotowuje się wraz z nadejściem zmierzchu.
Przed zaćmieniem...
i podczas dwóch minut zaćmienia.
 Raptowny brak promieni słonecznych i ciemność w południe wywołały we mnie lekki niepokój. Nie jestem w stanie opisać co czułam poza zachwytem nad zjawiskiem które trwało zaledwie niepełne dwie minuty.

 Promienie słoneczne znów zaczęły docierać do powierzchni Ziemi i mogłam przekonać się jaką energię niosą ze sobą. Znów zrobiło się upalnie i po chwili świat wrócił do normy.
Zabraliśmy statyw i nie bacząc na strugi potu płynące nam po plecach żwawym krokiem ruszyliśmy aby jak najprędzej obejrzeć zdjęcia.
 Gdy znaleźlismy się w naszym domu na kołach od razu wgraliśmy zdjęcia do komputera. Nikt nie mógł doczekać się zdjęć korony słonecznej podczas całkowitego zaćmienia. 
 Jednak najbardziej lubię to zdjęcie poniżej gdy Księżyc wreszcie pozwolił Słońcu na dominację w ciągu dnia.
 Rozumiałam lekkie zdenerwowanie p. bo przecież obiecał...
 Dech w piersiach nam zatkało bo efekt naszych poczynań przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zdjęcia wyszły fenomenalnie!!! Nawet lepsze niż na stonie Canona (http://learn.usa.canon.com/resources/articles/2017/solar-eclipse/solar-eclipse-photography-intro.shtml) i jedne z lepszych jakie oglądaliśmy w internecie przed wyjazdem.
 To są najcenniejsze zdjęcia w naszym zbiorze którymi mogę się pochwalić i z przyjemnością pochwalę p. za naukowe podejście do tematu i perfekcyjnie wykonaną pracę. 
- I co z koczowaniem? - p. wpatrzony w ekran laptopa dopiero po dłuższej chwili spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem. Poczekałam z uproszczoną wersją pytania mając nadzieję, że p. powróci do realnego świata w miarę szybko. Nic nie wskazywało, że wie o co go pytam. - Co z kolejnym zaćmieniem w Argentynie?
- No tak. Nie, nie. - Długa pauza wskazywała, że zaćmienie Słońca w jakiś cudowny sposób przyćmiło inteligencję męża. - Zdjęcia są OK ale czuję niedosyt. Minuta z groszami to wyzwanie ponad moje siły. Sądzę, że mogłyby być lepsze. 
 - Czy dwa lata ci wystarczą na lepsze przygotowanie się do zdjęć?
- Pewnie, że tak przecież to szmat czasu a jak znajdziemy miejsce na pustyni w Argentynie gdzie nie ma grama wilgoci w powietrzu i widoczność jest o wiele lepsza niż tutaj to ... - p. już tam był i nawet nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze nawet nie dotarliśmy do domu z tej wyprawy.
- To może Chile, gdzieś tam, wysoko w górach...
- Jeszcze nie wiem ale jedno jest pewne. - p. zamilkł i zapadła cisza urozmaicana jedynie brzękiem cykad. Wydawało się, że temat jest skończony a ja nie istnieję. 
- Jedziemy? - Nie mogłam doczekać się jednoznacznego stwierdzenia czy ma zamiar podjąć rękawicę i walczyć o lepsze zdjęcia, było mi obojętne gdzie ta walka będzie miała miejsce, czy w Argentynie czy w Chile.
- Oczywiście, że jedziemy nawet na rowerach dojedziemy na czas. 
 Co bardziej niecierpliwi natychmiast wsiedli do aut aby zatłoczonymi drogami dotrzeć do domu. 
Minęło pół godziny zachwytu przed ekranem komputera i również ruszyliśmy w drogę powrotną. Autostrada w przeciwnym kierunku była zupełnie pusta. Podążaliśmy na północ a wraz z nami mieszkańcy północnych stanów. Poniedziałek 21 sierpnia 2017 roku udowodnił, że Ameryka oszalała na punkcie zaćmienia słońca i miliony szaleńców do których i my się zaliczamy było w stanie poświęcić trzy czy cztery dni aby znaleźć się w pasie całkowitego zaćmienia.
Zmęczeni koszmarną drogą w obydwie strony i paskudnym upałem nawet nie rozmawialiśmy. Każde z nas przeżywało wydarzenie wczesnego popołudnia i pewna jestem, że p. myślał jak ja; warto było. Zobaczenie dwuminutowego spektaklu kosmicznego warte było poświęcenia czasu i pieniędzy. Zapewniają was o tym; Renata i p.