sobota, 31 grudnia 2011

2012

Kilka dni minęło jak jeden dzień i już końcówka roku. Całuję Was wszystkich i dziękuję za życzenia świąteczne na blogu oraz te upchane w skrzynce e-mailowej.
Dziś zabawa i szaleństwo do białego dnia, jutro wypoczynek i szperanie po internecie wiec już teraz życzę wam wszystkiego najlepszego w Nowym 2012 Roku.
Gorący całus od Ataner.

***

Widać, ze Ataner już prawie gotowa na bal sylwestrowy i tylko pozostało jej dopieszczenie ust. Bez mojej pomocy się nie obędzie.
Zostaje w domu i będę Was całował
247365
No i prawie zapomniałem; wszystkiego najlepszego!!!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Warto spróbować.

Czy to na pewno już Święta? Nie mogę się powstrzymać od wyświechtanego stwierdzenia "jak ten czas leci". Tak to już najwyższy czas na prezenty i aby zdążyć wynajęłam zupełnie innego św. Mikołaja. Ci starzy ledwo się wyrabiali i czasami nie przynosili wszystkim prezentów.
Ten powinien podołać zadaniu. Przeciśnie się przez każdy komin i dotrze w najodleglejsze pustkowia Afryki.
Już go wypatruje z niecierpliwością aby nie przegapić podkładania przez niego prezentów i zatrzymać św. Mikołaja na chwile dłużej niż to wypada.
        
           Wesołych Świąt życzy Ataner.

niedziela, 11 grudnia 2011

W nagrode za kratki.

   Nie raz tuliłam policzek do szorstkiej kory. Nie raz szczere łzy bólu i zachwytu płynęły jedna za druga uciekając w przestrzeń zapomnienia. Tak właśnie zawierzałam drzewu swoje sekrety, dzieliłam się z nim radościami i niepewnością. Kocha, lubi, szanuje. Wstrzymuje dech w obawie, ze żartuje. Niewzruszone wydawałoby się konary chyliły się by ochronić mnie przed złem życia. "Zostań tu chwilkę dłużej" słyszałam nieme słowa drzewa, które szeptało słowa otuchy dając wytchnienie mej duszy. Dłońmi objęłam je mocniej by te mile chwile zatrzymać na zawsze. Do końca życia, niech tak będzie zawsze, niech nic się nie zmienia niech kocha.
 Ataner
 Po takim ostrym wejściu wspanialej Ataner ja też muszę ostro. Noże, nożyczki, obcęgi wszystko to do kaleczenia. Wszystko najwyższej klasy zgrabnie nazwane narzędziami do tworzenia bonsai. Gdy masz słabe serce to nie oglądaj z bliska bonsai wrzeszczącego z bólu i przerażenia, ze nie może umrzeć. Człowiek potrafi zadawać ból z klasa i dla przyjemności. Nie piszemy tego tekstu aby protestować przeciwko ścinaniu choinek bo nie ma nic bardziej świątecznego niż pachnąca choinka pod sam sufit. Zastanawiam się czy takie traktowanie drzew nie jest okrutniejsze niż wyrycie scyzorykiem serca z napisem "Kocham Ewę".
 Tyle zachodu aby przez chwile zrobić na kimś wrażenie. Wszystko owiane mgiełką twórczości i wielkich pieniędzy. Jeżeli to tylko dla efektu to rozrywana czaszka przez kule pistoletową tez robi niesamowite wrażenie i jest już nawet legalne i nazwane wojną prewencyjną.
Widok na Ogrod Japonski w Chicagowskim Ogrodzie Botanicznym.
Kajdany dla niesfornego.
 Cały ten kicz z Ogrodem Japońskim z bliska wygląda jakby rosnące tutaj drzewa miały za chwile odfrunąć w przestrzeń kosmiczna nie zostawiając po sobie nawet jednej szyszki. Pod każdym drzewem skazanym na uznanie go japońskim jest plątanina linek utrzymujących okaleczone gałęzie w odpowiedniej pozycji. Za wyrzniecie serca można niezle oberwać od Policji i sadu a być może temu twórcy w nagrodę zafundować kratki?
Wscieklemu psu wystarczy jedna stalowa linka a zwyklej choince, ktora nie jest grozna dla otoczenia ile? 5 lub wiecej tylko dlatego, ze "nibyartysta" tak sobie wymyslil.



Znów wspólnie zamieściliśmy jeden post. Jest on wynikiem narzekania i walki z obłudą. Pozdrawiają; Ataner i 247365

poniedziałek, 28 listopada 2011

Sól

Jadąc z Las Vegas na północ musieliśmy przejechać przez pustkowie. Nie przez jakąś znaną pustynię ale zwykłą Nevadę czyli góry, piasek i sucha trawa rosnąca dosłownie wszędzie tam gdzie nic innego nie może wyrosnąć.
Był to wyjątkowy dzień jak na Nevadę bo padał deszcz a nasz wyjazd z Las Vegas uczciła nawet tęcza. 
Zaraz po deszczu na nieboskłon triumfalnie powróciło słońce i piekło nasze skory do samego wieczora. Miłosierne chmury czasami kryły nas w swym cieniu i nawet udało im się wycisnąć kilka kropel deszczu w czasie naszej jazdy. 
Naszym głównym celem dnia dzisiejszego jest słone jezioro w Salt Lake City w Utah. Po drodze do granicy stanów będzie za oknem nudno. Na samej granicy stanów Nevady i Utah mam dostać czkawki z zachwytu. Pożyjemy zobaczymy. Taki jest scenariusz na cały dzień. Od czasu do czasu przytrafi się jakaś stacja benzynowa na której lepiej nie kupować nic oprócz paliwa. Tak będzie przez następne 6 godzin.
Otaczające nas widoki znudziły się nam prawie natychmiast. Pagórki i szarość potęgowały monotonię. Za 350 mil zobaczę zapierający dech w piersi widok. P. nie chcial uchylić rąbka tajemnicy i moje prośby na nic się zdawały. Skuliłam się w fotelu pasażera i zapadłam w letarg. Od czasu do czasu dowiadywałam się od zawiadowcy-kierowcy jak długo jeszcze do celu. Za którymś razem usłyszałam, że już prawie jesteśmy na miejscu i w zasadzie mogę powrócić do świata żywych. 
Ucieszyłam się, że wreszcie coś będzie się działo.
- Za chwilę jak znajdziemy się na samym szczycie wzgórza przed nami będzie stan Utah. Widoku tego nie zapomnisz do końca życia, jest taki nierealny, zobaczysz. - Dobrze, że wreszcie dotarliśmy do tajemniczego miejsca. Z najwyższego miejsca na autostradzie przed nami rozpościerał się widok na równinę będącą kiedyś dnem słonego jeziora.
- Cóż za diabelski pech, wyschło jezioro i nie ma soli. Tutaj gdzie nie spojrzysz powinno być biało jak zimą. - Nie zostałam zaskoczona drogą wiodąca w krainę śniegu. W tym roku susza również zawitała i tutaj płatając złośliwe figle. Normalnie po obydwu stronach autostrady jest około 5-10 cm wody gęstej od soli i białej od soli. Urok miał polegać na kontraście pomiędzy bielą soli i czernią asfaltu. Teraz szary piasek zniszczył cały efekt. Nie dostałam obiecanej czkawki z zachwytu ani mi szczeka nie opadła ale jedno jest pewne, ze po takim dlugim wyczekiwaniu nie zapomne tego przecietnego widoku. Gdyby bylo bialo dookoła to rzeczywiscie mogłabym westchnac na widok niby śniegu w srodku lata.
Jedna z atrakcji spaliła na panewce ale czy druga rownież pokaże nam środkowego palca?  Ciagle podekscytowani zupelnie nieziemskim krajobrazem zjechalismy z autostrady aby wjechać na tor wyscigowy i ustanowić własny rekord prędkości.
Emocje rosły w miarę zbliżania się do miejsca o którym marzy każdy kierowca. Nie obowiązują tam żadne przepisy ani ograniczenia. Jesteśmy sami na dnie słonego jeziora w Salt Lake City.
Jedziemy torem Bonneville gdzie ustanawiano rekordy świata. Tyle swiatła nie widziałam w życiu albo mialam takie zludzenie bo zima śnieg jakoś inaczej odbija promienie słońca albo jest go duzo wszedzie i wzrok zdazy sie przyzwyczaic do razacej bieli. Tutaj slońca było w nadmiarze aż po odległy horyzont.  Przyjechaliśmy tutaj aby pojeździć do woli aby szaleć jak nigdy przedtem. Pierwsze spostrzeżenie to niesamowicie dobra przyczepność białej nawierzchni. Przy ruszaniu opony piszcza jak na asfalcie ale krócej a w czasie jazdy mozna puścić kierownicę bez obawy, że auto zboczy w lewo lub w prawo. W tak komfortowych warunkch wycisnelismy bez problemu 115 mil na godzinę i ani grosza więcej. Elektroniczna blokada działała bez zarzutu i nie byla czuła na moje i p. błagania aby pozwolila nam jechac jeszcze szybciej. Po chwili przyzwyczaiłam się do takiej prędkości. Brak punktu odniesienia sprawił, że 185 km/godz było tylko wskazaniem licznika. Idealnie gładka nawierzchnia oszukiwała nas i tylko wycie silnika świadczyło o tym, ze się poruszamy.
Tak na prawdę to nic mi tu nie pasowało. Latem biało dookoła zamiast zieleni. Jesteśmy w górzystym terenie a płasko jak okiem sięgnąć. Z jednej strony horyzontu ani jednej chmurki a za plecami pochmurno jak na deszcz.
Tyle soli nie widzialam wcześniej i trudno mi było sobie wyobrazić, że to białe dookoła to sól kuchenna. Dotychczas rekordowa iloscia była porozsypywana sól na blacie kuchennym przy napełnianiu solniczek. Tutaj natomiast nieograniczona jej ilości wprawiala w zaklopotanie. Aby przekonać się jak zachowuje się sol w warunkach naturalnych zagarnęłam ręką niewielka jej ilość. Była mokra i grubokrystaliczna jak śnieg po odwilży, ciężki i dający łatwo skleić się w kule.
Łatwość klejenia widać również na samochodzie. Zdjecie to do złudzenia przypomina podobne  zrobione prawdziwa zima.
Polecam każdemu to miejsce gdy jesteście w Salt Lake City, Utah lub pobliżu. Najnudniejsza i najprostsza droga w Stanach jest prosta i nudna. Zgadzam się z ta opinia w stu procentach.
W tych okolicach znajdują się fabryki soli co jest zupełnie oczywiste bo słone jezioro w łatwy sposób dostarcza tego surowca. Nie potrzeba kopać na duże głębokości tylko zbierać z powierzchni.
Oczy same się otwierały gdy przejeżdżali obok nas harleyowcy. Ich pojazdy bez tłumików potrafią obudzić nawet umarlaka więc i mnie wytrącały z odrętwienia. Z podziwem zawsze spoglądam na motocyklistów bo mile przejechane przez nich są znacznie dłuższe niż nasze.
Nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę niewygody robienia zdjęć prowadząc motocykl. Oczywistym był dla mnie fakt, ze zatrzymuje motor na poboczu i robię zdjęcie. Ta prostota myslenia wzięła w łeb gdy zbliżyliśmy się do pana słonecznika. Ten bardzo niechlujnie załadowany motocykl okazał się jednym z kilku które zapamiętam do końca życia. Zasłużył się temu słonecznik, taki miły i niespodziewany akcent. Druga rzeczą, która zwróciła moja uwagę to wygibasy kierowcy. Wiercił się i kręcił jak dręczony niemiłosiernym bólem brzucha. Okazało się, ze nieszczęśnik usiłował złożyć się do zdjęcia i stad jego nienaturalne trzymanie lewej reki na wysokości głowy i bardzo mała prędkość. Wszystkie aparaty fotograficzne są dla praworęcznych a prowadząc motor nie możesz puścić prawej reki z manetki gazu bo pojazd szybko wytraci prędkość.
Dla zabawy wzięłam aparat w lewa rękę i zaczęłam przysposabiać się do jednoręczności ale nie udało mi się co opisuje ze wstydem. Zabawiając się obserwowaniem świata który migał nam za szyba samochodu dojechaliśmy do przedmieść stolicy stanu. Tam wyszukaliśmy miejsce do zaparkowania samochodu i wyruszyliśmy na krotki rekonesans w stronę jeziora. Widoczne na zdjęciu jezioro znacznie zmniejszyło swa powierzchnie pozostawiając pas odsłoniętego dna.
Z lekkim uśmiechem na ustach pożegnaliśmy Słone Jezioro oraz jego atrakcje. Były one uwieńczeniem naszego trzytygodniowego polowania na cuda natury zachodnich stanów. Zmaltretowani urlopem kierujemy się prosto w stronę domu. Ta trasę już znamy więc nic nas nie zaskoczy. Samo miasto pominęliśmy i wspinając się na wysokie góry mieliśmy okazje na podziwianie widoków okolicy.

Niedaleko stolicy w Park City wybudowano wspaniala wioskę olimpijska ale braklo nam sil na zbaczanie z obranego kursu.  Po drodze udalo się nam przypadkowo wpasc pod skocznie narciarskie teraz latem nikomu nie potrzebne. 
Chciałabym wykonać skok z tego miejsca wprost do domu:)

niedziela, 20 listopada 2011

(247365) Na skróty.

  Jesień osiedliła się w parku i będzie tam mieszkała przez kilka tygodni więc z przyjemnością popatrzę na to co zamieściliście w swoich postach. 
Są ładne krajobrazy całe w czerwieni a liści pod nogami tyle, ze aż szkoda nowych butów. Park, ten najbliżej mego miejsca zamieszkania jest tak duży, ze nigdy go nie okrążyłem na piechotę. W nim mam swój skrót i wykorzystując go przemierzam jakieś 20% trasy.
Tyle mi właśnie wystarcza i nie będę się wygłupiał w parku przy ludziach. Trzeba nie mieć krztyny samokrytyki aby latać w majtkach, dyszeć jak suchotnik w czasie ataku i uśmiechając się przez łzy pozdrawiać obcych tym zakłamanym „miłego dnia”.
Wszyscy tutaj są w celu polepszenia stanu zdrowia więc dochodzę do wniosku, ze wszyscy są chorzy. Ja spaceruje sobie spokojnie i zaliczam się do tych zdrowych którzy mają czas przystanąć i popatrzeć na liście kąpiące się w rzece, na harcujące wiewiórki i tak ogólnie widzieć park a nie zaliczyć go. Oprócz mnie jeszcze jeden pan na wózku inwalidzkim nigdzie się nie spieszy  .
Opuściłem asfaltowa ścieżkę aby dalsza część drogi pokonać pośród krzaków i małych drzewek. Znów padłem ofiara przyrody, tym razem jej uroku. Patrząc na różnorakie kolory liści na drzewach wcale nie zwracałem uwagi na trawę po której przyszło mi stąpać. Otóż wdepnąłem w gówno.
Nie jedno ale setka wokół mnie przypomniała mi o pladze Gęsi Kanadyjskich. Nie znajdziesz psiego ale gesie niewiele mniejsze sa wszedzie. Przylatują tu na zimę stadami i sieja postrach na autostradzie. Jadąc 65 mil na godzinę nie przejedziesz gęsi na drodze bo zaraz jakiś wariat zadzwoni tam gdzie trzeba powiadamiając służby, ze jest taki kierowca który nie potrafi ominąć przeszkody na drodze …. itd. itd. 
Nie raz udało mi się tkwić w korku gdy cała autostrada podążała za stadkiem gęsi z małymi gąskami. To istna plaga panosząca się bezczelnie w każdym zakątku parku lub na skrawku trawnika. 
To właśnie one powodują katastrofy samolotowe wpadając do silników odrzutowych. Teoretycznie nie boją się niczego a mieszkańcy pozwalają im na wszystko.
Zatem tkwię w guanie prawie po kostki i z obrzydzeniem myślę o drodze powrotnej. Zaciskając zęby z wściekłości stąpam tam gdzie mniej ptasich odchodów. Nie rozglądam się dookoła aby znaleźć obejście tego terenu tylko brnę do domu najprostszą drogą.
Kupię gęs na obiad i będę robił to regularnie aby zmniejszyć populacje znienawidzonego ptactwa.
(247365)

sobota, 12 listopada 2011

Mamy omamy.

   W niedalekich okolicach Las Vegas jest taka wydma, ze ta z Doliny Śmierci niech się chowa. Widoczna przez dlugi czas wydma w końcu zmusiła nas do opuszczenia drogi i skierowania się prosto do niej. Im bliżej byliśmy tym bardziej się radowaliśmy bo rozmiarami przewyższała ta poprzednia kilkukrotnie. Na chwile wysiedliśmy aby sfotografować piaskowego giganta i z bólem serca uklonilismy się wydmie w pożegnaniu. Miękkie podłoże nie pozwalało nam dotrzeć w pobliże wydmy.
Auto zapadało się na głębokość kilku centymetrow i żadne z nas nie było na tyle nierozważne aby przeforsować dalszą jazdę nieutwardzona droga. Ja akurat wcale nie marzyłam o kolejnym udarze słonecznym i z przyjemnością radowałam się takim widokiem z daleka od rozgrzanego piachu. Nie byliśmy sami na tym, wydawałoby się, pustkowiu. 
Na krzaku przedziwnej pustynnej rośliny siedziała jaszczurka o długich palcach i nieznanym mi wcześniej kształcie głowy. Uciekła chowając się w mgnieniu oka pod krzak pokaźnych rozmiarów. Spojrzałam na podgląd w aparacie i oceniłam, ze zdjęcie jest zadowalające i jaszczurka nie wymaga tropienia i dręczenia.  Powróciliśmy zatem na utwardzoną nawierzchnie szutrowej drogi i znów zaczęliśmy podskakiwać przy wtórze obijających się kamieni o podwozie. Przystanęliśmy na skrzyżowaniu ulic aby nasz GPS mógł się odnaleźć bo do tej pory pokazywał białą plamę i nas w samym jej środku.
- To zupełnie oczywiste, ze nie ma mapy ani tych ulic. Tubylcy nie potrzebują systemu satelitarnego aby wrócić do domu. Tu są dwie ulice na krzyż. 
- To proszę cie bardzo wybierz ta właściwą.
- Czy myślisz, ze to takie oczywiste. Gdzie nie pojedziesz to droga skręca na południe wzdłuż asfaltowej. - Gdzieś  prawie na horyzoncie widać auta ale nie ma jak do nich dojechać. Nasze próby jechania w kierunku asfaltowej drogi spełzły na niczym i ciągle mieliśmy okazje podziwiać tutejszą zabudowę.
- W sumie to obojętne którą pojedziemy. Jak będziemy mieć w zasięgu wzroku normalną drogę to jesteśmy na dobrej drodze. - Wreszcie udało się nam powrócić do cywilizacji i zaczęliśmy podążać za pojazdem załadowanym ponad miarę.
Lepiej takiego dziwaka wyprzedzić bo jeszcze mu coś z dachu spadnie szczególnie, ze dozwolone 70 mil na godzinę celebrował z zadziwiającą dokładnością. Po kilkunastu minutach w jakimś miasteczku napadła na mnie "fatamrugana". Spotkac Passata to rzadkosc bo marka VW nie nalezy do popularnych w USA. Na domiar drugie auto tez bylo granatowe i załadowane.
- Przed chwila wyprzedzaliśmy to auto? Czy mam omamy wzrokowe? - Zbiłam z tropu p. który jakoś nie był taki nieziemsko pewny.
- Nie, tamten był inny. Miał znak rejestracyjny z innego stanu. Tak sadze.
Kolejnego przeładowanego Passata zostawiliśmy poza sobą i zaczęliśmy delektować się woln
ą przestrzenią przed nami do momentu gdy wydłużyły się nam szyje a twarze przybrały wyraz zdziwienia i niedowierzania. 
Wiele widziałam przemierzając tysiące mil samochodem ale oceńcie sami czy to co widzicie na zdjęciu poniżej nie bije wszystkich rekordów absurdu. Czy zrobiło to się samo czy przy ludzkiej pomocy w sumie nie jest ważne. Powiem wam z ręką na sercu, ze dezorientuje!!!!

piątek, 4 listopada 2011

Czy mi już odbiło?

Siadam do komputera z doza nieufności bo komputer ma swoje własne życie i może się zawiesić albo powiesić albo pożreć komentarz, częściej wtedy gdy komentarz jest długi i wypieszczony. Domowy techniczny zamontował znów inny screen saver albo wygaszacz ekranu. Usiadłam przed komputerem. Zupełnie bezwiednie prawa ręka już miała ruszyć myszkę jednak cofnęłam dłoń. Zafascynowały mnie obrazy na monitorze. Od czasu kiedy swój laptop pożyczyłam synowi po awarii jego własnego pożegnałam się na zawsze z moim ulubionym komputerem. Jestem jak sierota i nie czuję się swobodnie posługując się innym. Obrazy na ekranie składały się ze wszystkich kolorów świata tworząc krajobrazy jak z filmu science fiction. Czasami zmieniały się w niepojęte formy ale bardzo ładne i uspokajające i takie bajeczne. Dałam się przyłapać na wpatrywaniu się w screen saver.
- Mama rusz myszą! - Brutalnie zwrócił uwagę na siebie mój syn.
- Tak, wiem ale tu są takie fajne widoczki. - Spojrzałam na latorośl i zamarłam. Patrzyły na mnie przerażone oczy.
- Mama rusz myszą. - Tym razem mówił ciepło i spokojnie. Położyłam dłoń na kawałku plastiku i cały czar nieistniejącego świata ulotnił się w sekundzie. Syn pokręcił głowa z niedowierzaniem i poszedł do swojego pokoju.

wtorek, 25 października 2011

Wścieklizna

Sama prawie w to nie wierzę więc nie zdziwię się jeżeli pokiwacie głowa z politowaniem i pomyślicie, że powinnam znaleźć się w zakładzie dla obłąkanych. Jeszcze niedawno pisałam o dziwnych spotkaniach z tutejszymi zwierzętami i o braku przezorności w obcych krajach o zupełnie odmiennym klimacie. Chciałam pokazać, że beztroska może być niebezpieczna. Owszem może zdarzyć się, że spotkamy się z niedźwiedziem albo z wężem ale do tego musi zaistnieć specyficzna sytuacja jak przebywanie w dziewiczych lasach lub włażenie w miejsca nie używane przez człowieka. Dzisiaj natomiast opiszę zupełnie niecodzienne zdarzenie zaistniałe zaledwie kilka dni temu w moim własnym domu. Jak wiecie mieszkam w okolicach Chicago w miarę przyzwoitym miejscu. W domu nie mamy karaluchów, mrówek ani innych insektów. Bliskość pola golfowego i niedużego lasku sprawia, że nie dziwi nas widok skunksa, sarny czy szopa. Taka namiastka dzikości w pobliżu miasta.  Nie ma tutaj jednak żadnego niebezpiecznego zwierzęcia dla istoty ludzkiej. Ani dużego ani małego. Nikomu nic złego nie może się przytrafić dopóki nie jest Atanerem.
Zwykły dzień rozpoczął się tak jak setka poprzednich zwykłych dni, poranna kawa, później śniadanie i obowiązki domowe. Pomyślałam sobie, że zacznę w końcu generalne sprzątanie razem z segregacja ubrań. Nie jest to moja wymarzona rozrywka w czasie wolnym ale nie mogę zwlekać w nieskończoność bo braknie powietrza w domu. Odkurzyłam ekspresowo i po zmyciu podłogi w całej chałupie wyszłam do samochodu po ipoda bo chciałam uprzyjemnić sobie kilkugodzinna pracę słuchaniem książki.
Do domu wchodzimy przez okno/drzwi a nie przez drzwi z prawdziwego zdarzenia. Ten sposób jest szybszy i dodatkowo ma ta zaletę, ze wchodząc od strony trawnika przechodzimy obok kwiatów i innych roślin ozdobnych. Drzwi wejściowych prawie nie używamy i tak już się utarło, że znajomi też tak robią. 
Szczególnie latem po domu chodzę boso bo tak mi jakoś pasuje a że ciągle mi gorąco w stopy więc przy okazji chłodzę się. 
Wracając od auta z ipodem rozplątywałam zawsze poplątane kabelki od słuchawek. Przystanęłam w progu aby zdjąć klapki w których chodzę na zewnątrz. Czyniłam to zupełnie automatycznie skupiając się na pętelkach i mini kłębkach utworzonych na białych kabelkach. Prawa nogę przełożyłam przez próg i bosą stopę postawiłam na nietoperzu zamiast na gołej podłodze. Poczułam ostry ból ugryzienia i pisk uciekającego pod komodę stworzenia. Dostałam szału ze strachu i obrzydzenia, krzykiem szukalam pomocy. Nigdy w życiu nie wpadłabym na to, ze coś takiego przytrafi mi się w domu. Na wakacjach jestem jakaś czujniejsza i bardziej spostrzegawcza. W miejscu które dobrze znam spotkanie z dzikim zwierzakiem wytrąciło mnie z równowagi na długi czas. Jeszcze długo nie mogłam dojść do siebie po tym nerwowym wstrząsie. Później zaraz przyszła refleksja, ze nietoperz jest wściekły skoro wszedł do domu razem ze mną. Może tylko dobrze wychowany i zaczekał na właściciela. P. ujął sprawce zamieszania i nieopatrznie wyrzucił go w liście niedaleko naszego okna. Po rozważeniu możliwości zarażenia się wścieklizną postanowiliśmy wysłać nietoperza na badania (koszt 150 dolarow). Przeszukiwanie sterty liści w poszukiwaniu nietoperza to kolejna dyscyplina sportowa w której nie chciałabym ponownie brać udziału. Znaleziony nietoperz nie był wściekły jak po trzech dniach nerwowego oczekiwania zaopiniowało laboratorium firmy zajmującej się dzikimi zwierzętami w mieście. Domownicy jednak obserwują mnie dokładnie doszukując się u mnie objawów wścieklizny z jakimi zaznajomili się w internecie. Są jakoś nad wyraz mili i troskliwi.

środa, 19 października 2011

5:00-12:00-20:00

Kto nie ma spania niech sie bierze do fotografowania. Oto ponizej dwa wschody slonca zupelnie rozniace sie od siebie. Ten pierwszy pomimo tego, ze zdjecie zrobione bylo w ciagu lata jest taki siny i mglisty zupelnie jak jesienia.
Drugi natomiast osiagnal czerwien wscieklego indora poprzez ustawienia aparatu cyfrowego.
Zabawa z fotografowaniem slonca trwa bez konca od samego rana do wieczora. Hola! ale co z poludniem. Okazalo sie, ze malo kto fotografuje slonce o 12:00. Odwazylam sie na takie pionierskie ujecie i efekt przypadl mi do gustu.
Przy zachodzie slonca wielu amatorow i profesjonalistow wzdychalo wielokrotnie aby wlasnie to zdjecie bylo najlepsze na swiecie. Dobrych ujec jest coraz wiecej wiec ja szybciutko pstrykam i umykam.
A jak wasze sloneczka?