sobota, 30 grudnia 2017

Nowy Rok, kolejny krok ku Antarktydzie

 Gdy do końca roku pozostały dwa dni nachodzą nas refleksje i planujemy wydarzenia na kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Zeszłoroczne postanowienie spełniliśmy w stu procentach i choć jakoś na północ nigdy nas nie ciągnęło, oprócz końca Europy którym jest Nordkapp, to Alaska wyszła nam jak mało co. Siedząc na kanapie opatulona kocem i z podwiniętymi nogami aby nigdzie ciepełko nie uciekało snuliśmy dzisiaj wizje co poczniemy w 2018 roku. Za oknem zimno jak diabli bo na termometrze około -20 stopni Celsjusza i pierwszym moim wyborem wycieczki w przyszłym roku była gorąca plaża. Zamiast śniegu który zaległ niezbyt grubą ale ciągle powiększającą się warstwą, chciałabym widzieć wokół biały piasek i upalne słońce. Pomimo mojej nadwrażliwości na promienie ultrafioletowe zdecydowanie upierałam się nad wyborem gorącego klimatu. Kapelusz z dużym rondem już nie raz obronił mnie przed spaleniem się na skwarek więc i w przyszłości mogę zastosować ten środek zapobiegawczy. Powinniśmy pojechać tam gdzie ciepło, krzyczała moja dusza i powtarzały te słowa moje usta. 
Już chyba wszystkim wiadomo, że planujemy coś niesamowitego bo zamiast sportowego Porsche pojawił się Ślimak czyli usilnie przerabiany motorhome. Nie będzie to pojazd jakich jest wiele w USA, Ślimak przechodzi taką metamorfozę, że gdy prace dobiegną końca nikt nie rozpozna pierwotnej jego wersji.
p. oczywiście buja w obłokach i jego plany wybiegają daleko w przyszłość, jego wizje są niezrozumiałe ale po dokładnym zapoznaniu się z nimi uważam je za bardzo pożyteczne lecz niestety nie są łatwe do wprowadzenia w czyn. Właśnie Ślimak pochłonął nas na tyle, że zwolniliśmy z wyjazdami w tym roku. Co będzie w przyszłym? Duuużo pracy w pracy i jeszcze więcej pracy przy Ślimaku. Nazwa Ślimak przyszła sama z siebie bo prace adaptacyjne idą wolno, bardzo wolno aby nie powiedzieć, że w ślimaczym tempie. 

Tajemniczy Don Pedro czyli mój p. spoglądał na leniwie padający śnieg i po kolejnym łyku herbaty z rumem (w celu zapobiegawczo leczniczym, oczywiście) z tym paskudnym lekko drwiącym uśmiechem zapytał; “A może tak Antarktyda?”. Dech mi zaparło bo marzyć o ekstremalnych mrozach w samym środku zimy nie jest zjawiskiem powszechnym pośród ludzi w miarę normalnych. “Mamy Ślimaka i możemy pojechać na sam kraj Argentyny i … i już prawie tam jesteśmy. Czytałem, że całkiem łatwo zwerbować się na rosyjski statek zaopatrzeniowy i nim dotrzeć na Antarktydę. Znam język rosyjski jak swój własny…”. Wszystko to prawda co p. przedstawiał ale takie przedsięwzięcie trochę mnie wytrąciło z równowagi. Przecież to zajmie przynajmniej rok jak nie dwa. Dwa, jak będziemy się spieszyć bo po drodze będzie tysiące miejsc do zobaczenia. Cała Ameryka Południowa po drodze do krainy pingwinów to wyzwanie nie lada. Również i ja podgrzałam się łykiem wzmocnionej herbaty i popadłam w zadumę. Czy przypadkiem od dłuższego czasu nie jestem oszukiwana lub utrzymywana w nieświadomości i p. konsekwentnie pracuje nad wyprawą na samo południe? Wyrwało mi się zwykłe “ale co będzie z…”. Gdy nagle usłyszałam chyba najsmutniejsze słowa które mogły pojawić się dnia dzisiejszego: “przyszły rok poświęcimy na ciężką pracę i w 2019 w styczniu ruszamy w nieznane”.
Zrzuciłam koc z nóg i siadłam prosto jakbym połknęła kij od szczotki.
- Ty gadzie podły wszystko knułeś od kilku lat. Kłamałeś jak najęty klakier! Nie wybaczę ci tego do końca życia.
- Czego? Przygody życia?
- p. wydawał się zaskoczony moim zachowaniem.

sobota, 23 grudnia 2017

W świątecznym nastroju

 Spoglądając na ruch uliczny wydaje się, że wszystkich zaskoczyły Święta. Na parkingach przed sklepami trudno znaleźć miejsce na kolejny samochód. Karty kredytowe zrobiły niesamowite spustoszenie na regałach sklepowych i daję słowo, że niektóre sklepy wyglądają jakby nie miały co sprzedawać. To co pozostało jeszcze na sprzedaż jest poukładane w taki sposób aby puste półki nie raziły nabywców. Sprzedawcy jeszcze są uprzejmi ale widać po nich zmęczenie uciążliwej pracy.
 Pagoda w grudniu nie nastraja do optymizmu bo jest chłodno i szybko zapadający zmrok zniechęca do aktywności fizycznej. O spacerach nie ma mowy więc lekko zgnuśnęliśmy w tym okresie. Znajome cztery ściany stały się lekko deprymujące gdy dwadzieścia cztery godziny na dobę są naszymi jedynymi sąsiadami. Postanowiliśmy lekko odmienić wczorajszy wieczór i pojechać na spacer. Tak, tak pojechać a nie pójść. Pomysł mało oryginalny, przyznaję, ale zadania postawionego przed nami nie dało się wykonać na piechotę. O dziewiętnastej jest już ciemno jak o północy więc uznaliśmy, że najwyższa pora wyruszyć. Wzięliśmy do podróżnego kubka świeżo zaparzoną kawę i walizkę numer dwa z aparatami fotograficznymi. Ruszyliśmy na zwiady aby dowiedzieć się czy świąteczny nastrój to tylko choinka w domu czy może jeszcze coś co dodaje uroku domostwu. Tradycja oświetlania domów jest bardzo widowiskowa ale nie wszyscy jej hołdują. Na cel wzięliśmy dwa osiedla i tam właśnie się skierowaliśmy. Efekt naszego samochodowego spaceru przeszedł najśmielsze oczekiwania.

 Wiele domów było wspaniale oświetlonych ale ten wydał się nam najbardziej pomysłowy. Uśmiechnęty bałwan który stanowi jedyną dekorację jest oczywiście synonimem zimy a kolorowy śnieg jakby przynagleniem pogody która jak do tej pory poskąpiła nam białego puchu.
 O gustach ponoć lepiej nie dyskutować aby nie wywołać karczemnej awantury i sprzeczki ciągnącej się w nieskończoność. Czy to ładne czy nie ładne nie ma znaczenia bo według mnie każda dekoracja jest ładna gdyż taką wystawił i taką lubi właściciel posesji co mu się chwali. Ja mogę jedną lubić bardziej niż drugą ale czy skromna jak na zdjęciu powyżej czy wystawna jak na zdjęciu poniżej każda warta jest pochwały.
 Wszyscy wiemy, że w USA najpopularniejszym stworzeniem jest dinozaur więc i on niektórym dziecim przynosi prezenty bo Święty Mikołaj do niektórych domów ma zakaz wchodzenia przez komin.
 Lekko się rozmarzyłam i nie wiadomo kiedy znalazłam się w bajkowym krajobrazie który był pełen kolorowych światełek i domków z piernika.
Jednak nie wszystkich Święta zaskoczyły bo ilość włożonej pracy w przygotowanie iluminacji i pomysłowaść wskazują na to, że od dłuższego czasu goszczą one w naszych sercach.

           Życzę wszystkim Wesołych Świąt!

piątek, 15 grudnia 2017

Gryzę nuty

 Do Świąt pozostało już kilka dni więc zwożę do domu nadmiar zakupów spożywczych. Wczoraj zahaczyłam o sklep z wyrobami z Polski w którym zaopatrzyłam się w większość potrzebnych i zupełnie zbytecznych artykułów. Gdy całość znalazła się w domu, p. pomógł mi poukładać wszystko w śpiżarni i w lodówce. Dobrze używać dwóch głów bo gdy jedna z nich zapomni to być może druga zapamięta co i gdzie jest upchane. Naszą uwagę skupiliśmy nad jednym wyrobem. Dla dobra wytwórcy nie ujawnię nazwy producenta.
 Kolejny plasterek żółtego sera żułam niezwykle dokładnie i rzeczywiście oprócz znikomych walorów smakowych i wściekle żółtego koloru nic nie zasługiwało na zapamiętanie nazwy aby ponownie zakupić ten ser. W tym wyrobie jednak było coś czego nie zapomnę do końca swego życia. Podczas gryzienia ser wydawał dźwięki. Piszczał na zębach! Coś jakby styropianem po mokrej szybie.
- Ciekawe z czego zrobiony jest ten ser? - p. wkładał kolejny plasterek gryząc go ze zdwojoną prędkością. Uchylił lekko usta aby świszczenie rozchodziło się echem po mieszkaniu. Zbliżył usta do mojego ucha i ponowił serię szybkich ugryzień sera. Usłyszałam lekkie zgrzyty ale gdy ja gryzłam dźwięk był inny. Pewnie dlatego, że dochodził z wnętrza mojej jamy ustnej. - Ile tu mleka a ile plastiku? - Grymas obrzydzenia na twarzy męża i otwarte usta z kawałeczkami sera wywołały mą szybką reakcję.
- Nie jedz tego. - Zawyrokowałam i już otwierałam drzwi szafki kuchennej pod zlewozmywakiem gdzie umieszczony jest kosz na śmieci. Miałam zamiar wyrzucić świszczący ser.
- Poczekaj, ludzie to przecież jedzą więc i my możemy.
- Jak chcesz to proszę bardzo. Ja tego więcej nie zjem.
- Poczułam, że ten jeden plasterek który również piszczał będzie siedział w brzuchu przez kilka dni i nie strawię go nigdy. Zęby mamy jeszcze swoje więc nie może to być wywołane materiałem użytym na sztuczne szczęki.
 Przypomniałam sobie ladę sklepową przed którą stałam gdy wybierałam sery. Było ich tam chyba ze trzydzieści i każdy z nich wyglądał bardzo poprawnie. Miał odpowiedni kolor i dziury. Nazw wszystkich nie zapamiętałam bo są tak wymyślne, że można się uśmiać. Podlaski? No dobrze niech będzie, że jest produkowany na Podlasiu czyli gdzieś w okolicach Białegostoku. Gouda. Może licencja na nazwę i smak zostały zakupione wiele lat temu i po dzień dzisiejszy ser gouda ma tysiące odmian bo można go kupić chyba w każdym kraju. Morski. Ta nazwa od dawna mnie zastanawia i doszłam do wniosku, że ser morski jest wyrabiany z mleka syren albo krów morskich. Gdy wyobraziłam sobie udój to łzy śmiechu popłynęły mi po policzkach. Nazwy nie mają nic wspólnego ze smakiem wyrobu oraz jego zawartością.
Czy grający żółty ser jest rzeczywiście serem czy wielkim oszukaństwem opartym na ściśle przestrzeganych wytycznych Unii? Wolę jednak pozostać przy sprawdzonych producentach i eksperymenty pozostawić odważnym.
Nie oznacza to, że przestanę jeść bo wszystko dookoła jest niezdrowe. Trochę trucizny może posłużyć jako lekarstwo ale zdrowy rozsądek mówi, że nasze ciało zbyt wolno przystosowuje się do zachodzących zmian jadłospisu i w pogoni za kolorową etykietą możemy skończyć jak na załączonym obrazku.

sobota, 2 grudnia 2017

Bolesne ssanie

 Jeszcze raz spojrzałam na obrzydlistwo które trzymałam w dłoni. Przymknęłam oczy i włożyłam je do ust. Od razu poczułam jak żołądek zwinął się w malutką kulkę a gardło zacisnęło się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Paskudny smak rozszedł się po jamie ustnej i byłam pewna, że za chwilę zwymiotuję. Nie był to pierwszy raz i skutek moich poczynań był łatwy do przewidzenia. Dzisiaj jednak miało być inaczej, zgodnie z moim silnym postanowieniem postanowiłam wytrwać do końca bez zbytnich ceregieli.
- No ssij ty nieszczęsna kobieto! - Gdy podniosłam wzrok na stojącego przede mną p. i spojrzałam na jego zdegustowane oblicze łzy napłynęły mi do oczu. Wiem, duża ilość śliny powinna mi pomóc. Nie mogłam wdać się w konwersację bo obawiałam się iż za chwilę utopię się we własnej ślinie. Jej nadmierna ilość wypływała mi kącikiem ust. Tymczasem żołądek zaczął podnosić się tak wysoko, że czułam go już w klatce piersiowej.
- A co robię? - Udało mi się wybulgotać te słowa bo o normalnej artykulacji nie było mowy ze względu na wypełnione usta. - Idź do pracy i zostaw mnie w spokoju. - O dziwo to zdanie wypowiedziałam zrozumiale.
- Pocieraj językiem to szybciej pójdzie. - p. zaczął przestępować z nogi na nogę co wskazywało na jego zniecierpliwienie. Jeszcze raz popatrzyłam w górę i grymas obrzydzenia na jego twarzy wyprowadził mnie z równowagi. To, że niektórzy czerpią przyjemność w takiej sytuacji nie ulegało wątpliwości.
- Sadysta! - Wyrzuciłam z siebie piętrzące się zło i splunęłam na swą lewą dłoń. Cała zawartość mojej jamy ustnej zaczęła skapywać pomiędzy palcami. Prawą dłonią wytarłam usta i z obrzydzeniem osuszyłam ją o koszulę nocną. Później zwyzywałam męża. Przez cały czas lewą dłoń trzymałam przed sobą i gdy ślina kapała sobie na ławę przepułkałam usta kawą. Wreszcie uwolniłam się od tych cholernych pastylek i ich obrzydliwego smaku.
- Może nie bierz tyle na raz? - p. chciał jakoś mi  pomóc ale na nie wiele się to zdało i na wiele się to zda w przyszłości. Nie umiem łykać pigułek, tabletek i pastylek. Na sam widok leżących przede mną lekarstw dostaję odruchu wymiotnego. Obecnie zwykłe twarde jak kamień tabletki zastąpiłam żelkami ale to tylko połowicznie ułatwia mi zadanie. Odruch pozostał a smak tych nowości i tak pozostawia wiele do życzenia.

Ciekawa jestem czy i wy macie podobne problemy z łykaniem lekarstw bo dla mnie jest to na prawdę wielkie wyzwanie i wolałabym nigdy nie stosować tabletek ale jak wszystkim wiadomo żyć bez suplementów się nie da. 
Nadchodzi zima i obecnie częściej niż do tej pory będę skazana na męki zażywania pigułek w postaci stałej lub gęstej galarety. Brrr!