piątek, 21 kwietnia 2017

Bez Słońca w południe.

 Częściowe zaćmienie słońca bywa co kilka lat ale takie które trafia się nam w USA w tym roku to wydarzenie wieku. Ostatnie na tym terenie było widoczne 99 lat temu. Mowa oczywiście o całkowitym zaćmieniu słońca. 
 Pierwszy cień satelity Ziemi wpadnie na teren Oregonu z prędkością 4600 km/h i dość nieoczywistą drogą przemierzy całe Stany Zjednoczone w ciągu dwóch godzin. Opuści ląd w Południowej Karolinie z niewiele mniejszą prędkością 2700 km/h. 
Oczywiście nie możemy zaprzepaścić szansy która trafia się raz w życiu aby nie obserwować zjawiska wyjątkowo rzadkiego. 21 sierpnia będziemy w Carbondale w stanie Illinois około 5 godzin jazdy od Chicago aby obserwować wyjątkową konfigurację planet. Oczywiście moglibyśmy pozostać w domu i cieszyć się częściowym zaćmieniem ale jak już wszyscy znający mnie od strony zdecydowanych posunięć nie zdziwią się, że załatwię wolne w pracy i cały dzień poświęcę wraz z p. na przebywanie w strefie gdzie przez kilka minut zapanuje ciemność w samo południe. Będziemy podziwiać i przeżywać to zjawisko uzbrojeni w sprzęt fotograficzny i skrócone tabelki ustawień aparatów wycelowanych w samo Słońce.
Oczywiście zabieramy cały sprzęt fotograficzny. Dlaczego tyle zachodu i tyle aparatów? Nikt z nas nie jest zawodowym fotografem a jedynie jesteśmy amatorami o wygórowanych ambicjach. Nie wszystkie zdjęcia które zrobiliśmy w naszym życiu nadają się na wystawę ale kilka z nich bardzo lubimy i jesteśmy dumni z naszych osiągnięć. Przebywając w jednym miejscu będziemy mieć zaledwie dwie minuty na zrobienie zdjęć całkowitego zaćmienia Słońca. To zbyt mało na kombinowanie podczas zaćmienia i dlatego już wcześniej, zupełnie w “ciemno”, ustawione aparaty powinny uwiecznić to epokowe wydarzenie. 
Jestem przekonana, że chociaż jedno zdjęcie powinno nas zadowolić. Cokolwiek się nam przydarzy będziecie mogli obejrzeć już następnego dnia na blogu. Oprócz aparatów fotograficznych zabierzemy również komputery, nie jeden jak normalni ludzie tylko dwa; jeden mój i drugi dla p., bo każde z nas ma swoje ustawienia i upodobania. Dzięki temu zbytkowi jeszcze tego samego dnia będziemy mogli zamieścić post o całkowitym zaćmieniu Słońca na terenie USA. Gdy ja zacznę snuć opowieść o wielkim cieniu p. będzie pracował nad zdjęciami.
Trzymajcie kciuki już od dziś za powodzenie bo w to, że wyjedziemy w odpowiednim czasie w odpowiednie miejsce nie mam wątpliwości ale czy chmury deszczowe nie zepsują wszystkiego nie zależy od nas. Dlatego trzymajcie kciuki dwudziestego pierwszego sierpnia. Te górne i dolne:)))

środa, 12 kwietnia 2017

Tele trele

 O tym jak telefon komórkowy może skierować nasze zamiary na manowce przekonaliśmy się kolejnego dnia. Bardzo wcześnie rano zjedzone obfite śniadanie, które miało nam wystarczyć na kilka długich godzin, zwolniło moje ruchy. Jednak popędzana przez p. z bólem serca pożegnałam balkon kuszący lenistwem i ruszyliśmy na spotkanie kolorowych ptaków i niecodziennych zwierząt. Ledwo opuściliśmy samochód i weszliśmy do egzotycznego miejsca rozległ się dzwonek telefonu.
Gdzieś na dnie przepastnej torby znajdowało się niepokojące źródło dźwięku. p. podniósł oczy ku niebu wzywając nadprzyrodzone moce aby nie była to jedna z moich koleżanek której telefon przyrósł do ucha. Po dźwiękach wydobywających się pomimo wielu przeszkód tkwiących na drodze do ucha słyszałam, że to nie ona. Dzwonił syn. Byłam o tym święcie przekonana bo jego numer ma oddzielny dzwonek abym mogła go łatwo odróżnić. Wpadłam w panikę gdy moja ręka znalazła się w środku codziennego wyposażenia kobiety. Panika przybrała na sile gdy stwierdziłam, że to co upchałam do środka nie powinno znajdować się na codziennym wyposażeniu kobiety. Telefon dzwonił a ja już nie panikowałam tylko wpadłam w szał. Nie mogłam natrafić palcami na znany kształt telefonu i wiedziałam, że nie zdążę odebrać połączenia. Rzeczywiście nie zdążyłam i na powierzchnię wyciągnęłam środek do połączeń głosowych na znaczną odległość, zupełnie uśpiony jak na półce sklepowej. Natychmiast kliknęłam na imię syna i telefon zabrał się dziarsko do roboty usiłując pokonać dwa tysiące kilometrów w przeciągu sekundy.
- Witaj kochanie. - Mój głos lekko drżał gdyż byłam pewna, że stało się coś złego. Syn nigdy nie dzwonił do nas przed swoją pracą i byłam przekonana, że i dziś nie dzwonił aby życzyć nam kolejnego wspaniałego dnia. Odebrałam złą wiadomość treści; poszły dymy z silnika ale dojechałem do pracy.  

- Nic ci nie jest? - Z autem nie potrafię gadać jak mój mąż więc ograniczyłam się do sensownych pytań. Po usłyszeniu, że wszystko w porządku odetchnęłam z ulgą. Na autostradzie syn wjechał na jakąś blachę która spadła z ciężarówki jadącej przed nim i bez szans na raptowną zmianę pasa ruchu bo pędząc zderzak w zderzak i drzwi w drzwi, w porannym szale kierowców musiał jechać prosto na przeszkodę aby uniknąć totalnego karambolu. 
- Zaraz zadzwoni do ciebie tata.
- Wiktor miał wypadek. Dzwoń do niego! - Matka w obronie dziecka nie przebiera w środkach a mój podniesiony głos i rozkazujący ton był tego przykładem. p. prześwietlił mnie na wylot dokładniej niż rentgen i gdy nie znalazł obrażeń duszy, zdecydowanym ruchem wyjął swój telefon z kieszeni. To był ruch jak u żołnierza na wojnie chwytającego za broń. Jak podczas pojedynku dwóch kowbojów gdy każdy facet wie, że ułamek sekundy może zaważyć o jego życiu i odruchowo kieruje rękę tam gdzie z łatwością chwyta za rękojeść kolta. Ja też skierowałam rękę w dobrym kierunku tylko moja dłoń natrafiła najpierw na szminkę, potem na puder a na końcu zamiast rewolweru odnalazła zapasową apaszkę. Dziecko mądrze zagrało skrywając się za matczyną spódnicą i zadzwoniło do mnie jako do pierwszego koła ratunkowego. Po co narażać się na niemiłe uwagi mądralińskiego. 

p. już naciskał miejsce oznaczone zdjęciem syna na ekranie telefonu. Jeszcze zanim połączenie doszło do skutku dzieląca mnie od męża odległość zmniejszyła się do niezbędnego minimum czyli moje ucho dotykało telefonu od złej strony, ta poprawna strona była przyklejona do ucha p.. Stałam na palcach a p. przechylał głowę. Kilka pierwszych zdań zostało poprawnie artykułowanych więc lekko odsunęłam się od technicznie zainteresowanych stron.
Rozpoczęłam zwiedzanie terenu z asystentem poruszającym sprawy ubezpieczenia z naszym agentem. p. podążał za mną przez cały czas mało interesując się otoczeniem, duszą był daleko stąd. Nawet balansujący żółw nie rozchmurzył lica małżonka bo raptem okazało się, że serwis holowniczy nie może odnaleźć auta na parkingu.
Gdy drugi serwis rozpoczął poszukiwania samochodu zrobiło się tak groźnie, że mała małpka próbowała ustrzec się przed gniewnymi pomrukami szukając schronienia za małym kamieniem.
Olbrzymia jaszczura, natomiast miała wszystko gdzieś i obserwowała całe zajście z niezmąconym spokojem.
Baraszkujące żółwie wysłuchały rozmowy z mechanikiem oraz dowiedziały się dokładnego adresu "naszego" warsztatu samochodowego. Adresu którego nie znaliśmy pomimo korzystania z tego miejsca przez kilka lat.
O tym, że praca ogłupia wiemy od dawna i wcale się nie zdziwiłam gdy do moich uszu dotarł kolejny na to przykład.
- Weźmiesz na ten czas nasze auto. - Nie musiałam  wiedzieć o co pytał drugi rozmówca. Nawet nie chciałam bo po co się denerwować. Zajęłam się czarnym łabędziem który skutecznie unikał nas jak zarazy albo śmiertelnego wroga. Ustawiał się przez cały czas tyłem do obiektywu więc nie mam jego zdziwionej miny na zdjęciu. Jedynie jego kuper gdy odpływał od gadającego człowieka. Jeżeli zwierzęta mają bardziej wyczulone zmysły niż człowiek to wcale mu się nie dziwię bo mnie już zaczynała boleć głowa.
Potyczka z ubezpieczeniem trwała przez dobre dwie godziny i jestem pełna podziwy jak dobre są baterie w telefonach komórkowych. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek zakończy się zmaganie z problemem. Auta mamy ubezpieczone w jednej z trzech najleprzych firm na tutejszym rynku i jak do tej pory nie mieliśmy żadnego problemu. Żadnego problemu bo nie było problemu. Płacenie składek na czas było mile widziane przez ubezpieczyciela. Gdy przyszło do zadbania o klienta napotkaliśmy biurokrację ale nie niechęć. My chcieliśmy zakończyć całą tę sprawę jak najszybciej ale druga strona postępowała według wytycznych i rozmowy ciągnęły się w nieskonczoność. Ja miałam szczerze dość na dziś i chciałam znaleźć się na balkonie spoglądając na ocean. Spocona koszula p. i czerwona twarz jak u Indianina mówiły dobitnie, że nie jestem osamotniona w marzeniach. 
Przez dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy dzikiej świni gdy wydawało się, że to już koniec maratonu telefonicznego. Chwila trwała dziesięć minut i biedne zwierzę nie wytrzymało napięcia w głosie męża. Dzik padł na kolana jak podcięty toporem Wikinga i trwał w odrętwieniu.
 Auto w końcu dotarło do mechanika i wydawało się, że i p. może rozpocząć zwiedzanie wspólnie ze mną. Przed nami główna atrakcja dzisiejszego dnia i miałam nadzieję, że telefon więcej nie zadzwoni.

*****
Duże zdjęcia tutaj

środa, 29 marca 2017

Gusła i zabobony.

Jednoznacznie nie mogę stwierdzić, że nie jestem przesądna. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z p. który jak sam mówi nie wierzy w gusła i zabobony. Nie wierzy, akurat. On jest jak telewizja, co innego słyszysz a co innego widzisz. Nikt za żadne skarby nie zmusi p. do załatwienia sprawy urzędowej w poniedziałek, nigdzie nie zadzwoni do urzędu nie mówiąc o ruszeniu czterech liter do jednostki urzędu. W piątek trzynastego nie wychodzi z domu bo nigdy nic nie wiadomo. Pomimo tego, że nie przyzna się do wiary w zabobony to jego czyny świadczą o zupełnym zaprzeczeniu jego słów. Trzy lata temu czarny kot przeciął nam drogę, wtedy to przekonałam się o słuszności stosowania pasów bezpieczeństwa na codzień. Jadącemu za nami cudem udało się uniknąć zderzenia z naszym bagażnikiem i gdy jego dłoń z wyciągniętym środkowym palcem zniknęła przed nami w dali, ruszyliśmy teraz już bezpieczną trasą.
- Po co kusić los. - Z lekkim uśmiechem na ustach mój niezabobonny kierowca odjechał spod krawężnika i jakby nigdy nic się nie wydarzyło zapomniał o wszystkim.

 W erze fotografii cyfrowej dużo łatwiej jest wspominać. Fakt, że zamiast albumów z wklejanymi zdjęciami siedzimy przed ekranem komputera jakoś mi nie przeszkadza co wskazuje na moje przystosowanie się i akceptację rozwijającej się cywilizacji. Ilość zdjęć przywożonych z wakacji jest niekiedy tak duża, że aby podzielić je na poszczególne dni p. spędza przynajmniej dwa wieczory żeby wszystko było w miarę dokładnie poukładane. Dodatkowym problemem jest używanie kilku aparatów w tym samym czasie więc i nazwy i numerki sprawiają zawrót głowy. Jednak gdy już wszystkie zdjęcia zamknięte są w folderach oznaczonych datą zrobienia zdjęcia można z łatwością odszukać określony czas i miejsce z przeszłości. Wtedy pamięć zostaje pobudzona i wspomnienia ubiegłych lat stają przed oczami jak żywe.
Zupełnie niedawno podjęliśmy kolejne wyzwanie odnalezienia zagubionego zdjęcia sprzed lat. Fizycznie ono nie wyparowało ale ...
Dawno temu byliśmy w Kanionie Antylopy. Zupełnie przedziwne to miejsce, zauroczyło nas i skradło serca na zawsze. Nie będę opisywała naszej przygody jeszcze raz bo dzięki blogowi można z łatwością tam powrócić. Tak, tak, kolejne bo już kilka razy przeglądaliśmy cały zestaw fotografii z tego miejsca. 

Zaraz po przyjeździe z wakacji do domu zasiedliśmy przed telewizorem i na dużym ekranie rozpoczęliśmy ponowne ich przeżywanie. Konfiguracja czerwieni skał w tysiącu odcieni zapewniała dobrą zabawę w odszukiwaniu podobieństwa do istot żywych i tych z wyobraźni. Jedno zdjęcie szczególnie mnie zainteresowało. Nie podczas wizyty w kanionie ale dopiero teraz zauważyłam, że to zdjęcie zawiera dodatkową postać która nie była uczestnikiem wycieczki. Byliśmy w składzie dwunastoosobowym i nikt z nas tak nie był ubrany. Nikt o zdrowych zmysłach nie miał czarnej peleryny i szpiczastego kapelusza w kolorze głębokiej czerni.
- Czy widzisz to co ja? - Nie mogłam się zdecydować na określenie tej postaci. Widok był tak niesamowity i nierealny, że zwątpiłam nie tyle w moje zmysły postrzegania co w zdrowy rozsądek. p. akurat nie przyglądał się ekranowi na którym najwyraźniej było widać…
- Co takiego?
- To ja pytam co takiego widzisz na tym zdjęciu.

- Aaaa. - Wzrok p. podległ wyostrzeniu bo lekko przymrużył oczy gdy uważnie spoglądał na zdjęcie. Już nie miałam wątpliwości ale chciałam się upewnić czy nie muszę zamówić serię wizyt u psychiatry. Jakież było moje zdziwienie gdy po chwili usłyszałam stanowcze i zbywające stwierdzenie. - To jest normalna czarownica. - I po sekundzie dodał. - Też ją widzisz?
- Dlatego cię poprosiłam o twój osąd. Powiedz co wodzisz.
- Czarownicę jak z bajki. Gdzie ją cyknęłaś?
- Jak to gdzie! Przecież też tam byłeś zaraz obok mnie.
- Widziałaś ją? Dlaczego mi nic nie powiedziałaś.
- Bo wtedy jej tam nie było.

Jeszcze przez tydzień, codziennie przyglądałam się siedzącej na skale czarownicy ale później zdziwienie przeminęło i wiedząc, że mam najprawdziwszą czarownicę na zdjęciu odłożyłam sprawę ad acta. Nie pomnę dokładnie czy minął miesiąc czy dwa gdy powróciłam do wspomnień. Bez szans na kolejny wyjazd na przestrzeni trzech miesięcy z chęcią zafundowałam sobie powtórkę z wakacji na wygodnej kanapie. Rozkoszowałam się upałem panującym w Arizonie podczas naszego pobytu i jak zwykle wizytę w Kanionie Antylopy zostawiłam sobie na deser. Znałam na pamięć wszystkie zdjęcia i wiedziałam, że za chwilę znów przywitam czarownicę w moim domu. Przypatrywałam się uważnie kolejnym zdjęciom ale czarownicy nie było. Zniknęła ze zdjęcia. Gdy p. wrócił z pracy razem poddaliśmy wszystkie zdjęcia z kanionu wnikliwej i dokładnej analizie. Żadne z nas nie mogło jednak odnaleźć tajemniczej postaci.
- Przecież to niemożliwe! Była tu jak żywa! - p. zaczął wątpić w swe okulary ale ja bez okularów też jej nie mogłam odnaleźć. Rozpoczęły się poszukiwania na zapasowym nośniku pamięci ale efekt był ten sam. Po wiedźmie ani śladu. Sprawdziliśmy kolejność zdjęć i wszystkie numery w folderze. Sekwencja była idealna i nie brakowało ani jednego. - To nie może być. - p. tarł lekki zarost na szczęce jakby to mogło przywrócić znikniętą postać.
Minęło kilka lat od tego dnia w którym nasze zdjęcia przeszły niewytłumaczalną metamorfozę podczas której przypadkowo sfotografowana zjawa uciekła do swej krainy duchów. Przynajmniej co roku powracam do tej serii zdjęć ale zaginionego ducha nie mogę odnaleźć. Wygląda na to, że opuścił nas na zawsze. Jak to możliwe nie wiadomo bo halucynacje nie wchodzą w rachubę przy dwóch niedowiarkach skazanych na twarde stąpanie po ziemi.
Coś zaiste musi się kryć w fotografowaniu. Coś zupełnie niezrozumiałego skoro wiele ludzi nie lubi się fotografować. W wielu wypadkach dochodzi nawet do rękoczynów gdy fotografowana osoba dostrzeże chęć zrobienia jej zdjęcia. Aparat fotograficzny jest źle widziany w wielu częściach nawet cywilizowanego świata. Powiadają, że aparat kradnie duszę. Zawsze uważałam to za cwany wykręt aby nie pokazywać publicznie swej twarzy. Nie wiem czy to prawda, że można ukraść duszę innemu człowiekowi ale zapewniam, że można sfotografować ducha ale dowodów mi brak.

piątek, 24 marca 2017

Kolejny zwykły dzień.

 Chwilowo zamieszkując zurbanizowaną część wybrzeża nie mieliśmy okazji na spacer podczas którego otaczałaby nas dzika przyroda nie znająca okresu spoczynku. Czy to lato czy zima w okolicach Miami jest ciepło i zielono. Sąsiedztwo wieżowców chcieliśmy zastąpić drzewami i ich nieznanymi mieszkańcami. Aby pozostać przez chwilę sam na sam z szumem fal dzikiej plaży wybraliśmy się do parku oddalonego zaledwie o kilkanaście mil od zgiełku niekończącego się miasta. Napisałam “niekończącego się” nie bez powodu bo jedno miasto przechodzi w drugie bez wyraźnej granicy i na dobrą sprawę nie wiadomo gdzie się obecnie znajdujesz. Jadąc ulicami wzdłuż wybrzeża spotkać można kolejne drapacze chmur w sumie podobne do siebie jak stado flamingów. Kilka miejsc o odmiennym charakterze może zaskoczyć swym wyglądem nie pasującym do strzelistych i niedostępnych apartamentowców walczących o każdy centymetr dostępu do plaży. Dzięki temu jest ciekawie nawet w mieście.
 Z parkingu na plażę jest bardzo oryginalne dojście. Pomostem przez jeziorko w stronę wszędobylskich białych klocków zamieszkałych przez ludzi kochających bliskość oceanu. Mieszkańcy tak położonych mieszkań mają plażę na zawołanie a my mamy nogi które zaniosą nas do niej. Mogliśmy skorzystać z dogodniejszej formy transportu ciał niż mięśnie nóg bo pomostem kursował pojazd z wagonikiem dla leniwych albo tych którym chodzenie sprawia trudność. Pan kierowca zaoferował nam podwózkę ale wymigaliśmy się od tej formy relaksu tłumacząc się dość dobrą formą fizyczną w dniu dzisiejszym. Elektryczny pociąg mijał nas dwukrotnie a prowadzący go kierowca uśmiechał się do nas za każdym razem. Jakoś tak podejrzanie uprzejmie. Czyżby wątpił w zapewnienia o naszej tężyźnie fizycznej?
Fotografowanie przyrody to bardzo skomplikowane i trudne zajęcie. Szczególnie wtedy gdy fotografowane obiekty są zwinne a ich ruchy zaskakująco szybkie i trudne do przewidzenia.
Ładnie nurkującego pelikana nie ustrzeliłam w porę ale z panią błagającą na klęczkach o koniec udręki, poszło mi zupełnie przyzwoicie.
Odłożyłam temat polowania na nieprzewidywalną przyrodę na powrót z plaży bo jej bliskość kusiła spacerem po dziewiczym piasku. W końcu po to tutaj przyjechaliśmy. Chciwi inwestorzy nawet na samej granicy parku pobudowali domy i obojętnie gdzie nie spojrzeć horyzont upiększony jest ambicjami powiększenia zysku.
Dla takich szczurów lądowych jak my widok jachtów od razu przypomina czytane opowieści o piratach i ich bohaterskich wyczynach. Kiedyś to było inne życie, lepsze i ciekawsze. To można usłyszeć od dziadków w każdym okresie rozwoju ludzkości. No dobrze, skoro kiedyś było już lepiej to przychodzi pytanie czy będzie lepiej. Trudno odpowiedzieć i dlatego coś nas pcha w krainy nieznane w poszukiwaniu lepszego. Lepszego życia, lepszego widoku dzikiej plaży lub czegoś czego nie umiemy jednoznacznie nazwać. Właśnie pościg za nieznanym nauczył nas przemierzać oceany i podróżować w przestrzeni kosmicznej. Nas przywiódł do skrawka jeszcze nie zalanego betonem i upiększonym sztucznymi kwiatami.
Nie można już uciec od cywilizacji i jej ekspansji nawet na bezludne wyspy. Karaiby są przeludnione do tego stopnia, że chyba tylko Tokio je wyprzedza a okolice Miami dzikimi nazwać się nie da. Samotny ibis na plaży chyba uciekł z ZOO bo o dziwo nie odfrunął na nasz widok i spokojnie brodził sobie w poszukiwaniu jedzenia.
Z lekkim niedosytem zagubienia się w samotności opuszczaliśmy plażę. Spacer był przyjemny i zrelaksował nas oddalając stres dnia codziennego. Powrót do samochodu uświadomił mi jak bardzo jesteśmy nieprzystosowani do życia w odmiennych warunkach klimatycznych. Chociaż to nie dżungla amazońska to zejście z wyznaczonej ścieżki wyłożonej deskami jest prawie niemożliwe. Wszędzie gdzie tylko się da rośliny chcą wyrosnąć a te którym to się udało swe miejsce zagospodarowały w 100%.
 Rozglądając się dookoła przystanęłam aby dokładniej widzieć gęstwinę której bez maczety w silnych i zaprawionych dłoniach nie da się zgłębić.
- Wolno, bez paniki odwróć się i spójrz na pień drzewa przy którym stoisz. - Jaki pień? Nie zdawałam sobie sprawy, że stoję blisko drzewa. Mam przecież tylko dwoje oczu  i na dodatek umieszczonych tak niedogodnie, że nie widzę co dzieje się poza mną. Co może czychać tuż za mną wolałam nie wiedzieć i zamiast odwrócić się wolno zrobiłam dwa kroki w przód aby oddalić się od ewentualnego zagrożenia. Gdy wydawało mi się, że teraz już jestem bezpieczna od zasięgu jadowitego węża odwróciłam się w stronę tak niebezpieczną, że aż rodzony mąż ostrzegał mnie przed nią. Szukałam czegoś strasznego i dużego które może mnie połknąć na deser. Nic nie widziałam co mogłoby zwalić mnie z nóg. Przy drzewie stał p. i wpatrywał się w coś, w jakiś punkt na korze drzewa. Widok zaiste przerażający ale, że znam męża od wielu lat to i widok jego już mi nie taki straszny. Chyba przed sobą mnie nie ostrzegał. Cichym głosem aby nie sprowokować czegoś groźnego do ataku spytałam czego mam szukać.
- No spójrz tutaj. - p. wydawał się zupełnie poirytowany moim zachowaniem i nie odwrócił głowy nawet o milimetr w moją stronę. Przezornie nie ruszyłam się z miejsca. - Frutti di mare.
- Co takiego? - Chyba postradał zmysły po ukąszeniu przez niewidocznego węża. Zbliżyłam się do p. bo może to ostatnie chwile jego marnego żywota i łatwiej mu będzie żegnać się z życiem w obecności kogoś bliskiego.
- Krab. - p. wpatrywał się w drzewo którego kora wydawała się śliska jakby jej tam nie było. Nic nie widziałam i podejrzenie o zły stan zdrowia mówiącego przybierało na sile. Raptem kawałek drzewa poruszył się tak szybko, że wydawało mi się, że to złudzenie. Teraz wiedziałam przynajmniej na który kawałek pochyłego pnia mam spoglądać. Nie do wiary! Z dala od wody na drzewie siedział mikro krab wielkości paznokcia kciuka. Męskiego kciuka.

Zwierzątko okazało się mało groźne ale za to wyjątkowo trudne do złapania. Zmieniało miejsce postoju jakby teleportując się a nie przemieszczając swe ciało za pomocą mięśni. Teraz było tutaj a za chwilę w zupełnie innym miejscu oddalonym o jakieś kilka centymetrów. Zanim zrobiłam zdjęcie upłynęło trochę czasu. Najpierw musiałam go zagonić w pobliże obiektywu gdyż robal krył się po drugiej stronie drzewa gdzie nie było ścieżki. Nie chciałam ryzykować i wchodzić w sandałkach w nieznane miejsca.
 - O, albo tam. - Słowa p. wcale mnie nie uradowały ale odwróciły mą uwagę od krabika sprintera. Odruchowo spojrzałam w prawo skąd dochodził głos p.. Nic nie widziałam oprócz plątaniny gałęzi i cienkich pni.
- Od razu mów co widzisz! - Bardziej zapiszczałam niż powiedziałam. Nastrój niepewności i zagrożenia brał górę nad, wydawałoby się, spokojną rzeczywistością. Rzeczywistość jednak mogła kryć wiele dziwnych i nieznanych stworzeń więc wolałam wiedzieć zawczasu czego mam się obawiać i przed czym mam uciekać. - Co to jest? - Może nie trwoga ale niepewność zatrzęsła moimi strunami głosowymi i nieoczekiwanie okazało się, że przemawiam nieludzkim głosem.
- Jaszczurka. - p. oznajmił zupełnie bez emocji jakby oprowadzał wycieczkę trasą pośród kamieni a nie żywych i podstępnych zwierząt. Hmm, jaszczurka może być mała, może być duża albo nawet gigantyczna jak na Galapagos. Wolno, tak na wszelki wypadek, stanęłam obok p. aby patrzeć z jego perspektywy. Może teraz zobaczę to co i on widzi. Nic z tego, żadnej jaszczurki nie widziałam przed sobą. - Zrób jej zdjęcie bo mój automat nie może złapać ostrości w odpowiednim miejscu. - Już chciałam zapytać czy mój aparat będzie wiedział to czego jego nie wie ale zaniechałam wszczynania sporu. Przypomniałam sobie o zaletach jeszcze nie odkrytych i o tym, że mój aparat widzi więcej niż ja. “Wystarczy zrobić zdjęcia a później oglądając je na ekranie odkryjesz tysiące niewidocznych szczegółów”, tak do mnie przemawiał p. gdy zaznajamiał mnie z kolejnym aparatem fotograficznym. Nie mogę przestawić się na robienie zdjęć w ciemno ale, że mój nowy przyjaciel jest ze mną od niedawna postanowiłam wypróbować jego możliwości. Podniosłam aparat na wysokość oczu i spojrzałam na jego ekran. Refleksy promieni słonecznych spowodowały, że na nim już nic nie było widać. Jeszcze jedna myśl przeleciała jak błyskawica przez moją głowę, może p. robi mnie w konia? Może tam nie ma żadnej jaszczurki i dopiero wieczorem jego żarty zepsują mi smak szampana. Zawahałam się przez chwilę niepewna sytuacji w jakiej się znalazłam. Wydawać by się mogło, że z wiekiem wszystko jest już poukładane i znane jak to bywa u innych, w naszym życiu jednak nie. Pomimo tego, że wiele sytuacji mogę przewidzieć to p. nie daje gwarancji na spokojną starość. Tak jakby miała ona nigdy nie nastąpić nie mogę być pewna, że dzisiejsze mycie zębów będzie dokładnie takie samo jak wczorajsze.

 - Cyknij ze trzydzieści sztuk a potem coś wybierzesz. - Głos wydawał się zupełnie spokojny i bez ukrytej ironii. Zaufałam. Po serii jakby z biodra coś poruszyło się w rozwidleniu drzewa i wtedy dostrzegłam szarą jaszczurkę. Gdy zmieniła miejsce stała się w miarę łatwym celem na tle jaśniejszego drugiego planu. Złapałam się na tym, że słysząc o jaszczurce przyzwyczajenie zrobiło mi psikusa. Zaciemniło lub zniekształciło odbierane bodźce powodując niewidoczność zwierzęcia. Gdy usłyszałam “jaszczurka” to umysł pokazał mi zdjęcia z encyklopedii jaszczurki na piasku lub na dużym kamieniu. Głowa z lewej strony lub z prawej a ogon po przeciwnej. Tutaj zwierzę było do góry nogami albo bardziej obrazowo głową w dół.
Jeszcze tylko opłukanie nóg z pajęczyn o których już nie chcę pamiętać bo nie ustrzegłam się od kontaktu z nimi pomimo rozglądania się na boki. 
Pozostawiliśmy gąszcz roślin zamieszkałych być może przez tysiące niewidocznych zwierząt i skierowaliśmy się w stronę auta aby pojechać gdzie oczy poniosą.
Gotowa do dalszej drogi, zanim znaleźliśmy się w blaszanym pudełku na kółkach, zapytałam stojącego obok męża.
- Chcesz przeżyć coś ekscytującego?



*****
Duże zdjęcia tutaj.

piątek, 17 marca 2017

Głaskanie plaży.

 Rzadko kto wychodząc na plażę myśli o jej przygotowaniu dla turystów. Plaża jaka by nie była kojarzy się z morzem i wylegiwaniem się w promieniach słonecznych. Rozkładamy koc lub duży ręcznik i już jesteśmy gotowi do rozkoszowania się wolnym od pracy czasem. Jednak w miejscach gdzie na plażę wychodzą specjalni goście, tacy jak my, plaża powinna zaspakajać nawet tych najwybredniejszych którym nierówny piasek przeszkadza i psuje pobyt. Jakoś nigdy mi do głowy nie przyszło, że tak może być ale, że podróże kształcą i nauczyłam się czegoś nowego. Fakt, że plaża codziennie jest ładna i równa akceptowałam bez szczególnego zainteresowania. Tak jest tutaj i już. Byłam bardzo daleko od prawdy, że to natura jest tak łaskawa i wokół nas plaża jest równa jak stół.
Jeszcze zanim zrobiło się jasno wyspecjalizowane ekipy ruszały ciężkim sprzętem aby taki mało istotny szczegół jak piasek przygotować dla wypielęgnowanych stóp milionerów zamieszkujących okolicę. Nie tylko dla gości naszego hotelu ale prawdopodobnie w większej mierze dla mieszkańców sąsiadujących wieżowców dzień dzisiejszy nie powinien różnić się od poprzedniego. Okolica powinna wyglądać tak jak w folderze reklamowym gdy sprzedawano mieszkania za grube miliony.
 Zupełnie nie wiem jak nazwać pojazdy jeżdżące po plaży ale mogę trochę pofantazjować nie znając fachowego nazewnictwa.
Nie pomnę również wszystkich odmian spycharko-gładziarek albo przesiewarek piasku ale wynik ich codziennej pracy dało się łatwo zaobserwować i rzeczywiście nie była to praca pozbawiona sensu. Wszystkie glony wyrzucone przez fale oceanu dostawały się do zbiorników tych dziwacznych pojazdów a czysty piasek powracał na plażę.

Nikogo nie raziły kosze na śmieci dość gęsto poustawiane dla wygody użytkowników plaży i nie udało mi się zaobserwować fruwających śmieci przez cały czas pobytu. Świadomość społeczeństwa dała tutaj znak o sobie i gdy w weekendy plaża aż roiła się od już opalonych ciał jak i tych jeszcze rażących biurową bielą to śmieci lądowały w pojemnikach do tego przeznaczonych a nie bezpośrednio na piasku. Oczywiście nie brakowało również i śmieciarek opróżniających owe pojemniki. Przez cały czas było czysto i przyjemnie. Szczególnie rano gdy ruch kołowy na plaży ucichł widok aż zapierał dech w piersiach. Dobrze wydane dolary po raz kolejny uczyniły cud a przyroda wydawała się zadowolona z takiego obrotu wydarzeń. Budzące się północne przedmieścia Miami witały kolejny poranek gdzie ani wiatr ani ludzka ingerencja nie może zaburzyć poukładanego, dostatniego życia.

czwartek, 9 marca 2017

Senne poranki.

 O tym, że nawet najbardziej zwariowane pomysły można urzeczywistnić przekonał sie chyba każdy. Szybka decyzja wprowadzona w czyn zaowocowała pobytem w hotelu na plaży. Nasz relaks miał być wzmocniony porannymi emocjami. Oczami wyobraźni widziałam obiecane najładniejsze wschody słońca w moim życiu.
Pierwsza noc po podróży wydała mi się zdecydowanie za krótka gdy p. wybudzał mnie ze snu.
- Która to godzina?
- Wstań chociażby na chwilkę.
- Jest ciemno.
- Całe moje ciało buntowało się przed rozkoszami kolejnego dnia.
- Wiem, wiem. Zwykle tak jest zanim wzejdzie słońce. - Nadludzkim wysiłkiem uniosłam się na łokciach aby spojrzeć na przemądrzałego geniusza oznajmiającego mi tak oczywiste prawdy. Odruchowo mrużyłam powieki przyzwyczajona do domowych warunków gdzie zwykle wstawaj idzie w parze z zapalaniem światła aby przyspieszyć proces pożegnania snu. Wąziutkie szparki powstałe przez uchylenie odrętwiałych powiek nie pozwalały moim oczom dostrzec czy p. ma zadowoloną minę z budzenia żony czy nie. Czy w ogóle zwraca na mnie uwagę. W każdym razie ktoś chodził po pokoju. Brak p. w łóżku wskazywał, że to on przemierza przestrzenie gdzieś w ciemności. Upewniłam się gdy usłyszałam twój aparat już gotowy. Czy ten piekielny stwór nie daruje mi ani jednego poranka? Czy po to przemierzyłam dwa i pół tysiąca kilometrów aby być zrywaną z łóżka przed wschodem słońca!? Czy nasze wakacje zawsze będą harówką ponad ludzkie siły? Nie czekając na podpowiedź sama odpowiedziałam TAK i opadłam odsuwając łokcie na boki. Głowa walnęła w poduszkę z impetem którego nie powstydziłby się meteor tunguski i cichutko jęknęłam ze zrezygnowaniem.

- No szybciej. - Ktoś poganiał kogoś. Ten drugi ktoś postawił bose stopy na podłodze i skierował się w stronę drugiego łóżka na którym leżała moja walizka. Zamierzałam wydobyć z niej jakieś stosowne okrycie. Wyciągnęłam rękę i zrezygnowałam. Kto z plaży będzie wpatrywał się w jeden z balkonów hotelowych na ósmym piętrze.  Nikt nie zwróci uwagi na postacie na balkonie i nikomu nie przyjdzie do głowy analizowanie mojego stroju lub jego braku w niektórych miejscach. Musiałam wyglądać koszmarnie bo zatroskana gęba męża wypowiedziała najpiękniejsze słowa w tym miesiącu.
- To tylko pięć minut a potem możesz spać jak długo zechcesz. Przyjechaliśmy abyś wypoczęła. - Litości czemu mi to mówisz o piątej rano! Dlaczego nie usłyszałam tego nigdy o piątej po południu. Może p. nie wpadnie na pomysł budzenia mnie o czwartej rano aby dowiedzieć się czy śpię. Za obiecany relaks nawet chciałam go ucałowac ale na przeszkodzie tkwił mój aparat fotograficzny oczekujący rąk właścicielki. Zważywszy na to, że to dopiero drugi dzień miesiąca słowa p. potraktowałam jako nagrodę za wieloletnie męki z jego trudnym charakterem. Może nadchodzi zmiana?

Wprost wyśnione miejsce na poranki ze wschodem słońca. Idealne do robienia zdjęć. Siedząc w fotelu na wysokości moich oczu była barierka chroniąca zaspanych przed upadkiem w okolice basenu. Niestety musiałam wstać aby podziwiać pierwsze sekundy nowego dnia. Prawie czarne chmury na horyzoncie nie zapowiadały spektakularnego pojawienia się ognistej kuli nad oceanem.
Czerwone promienie wdzierały się pomiędzy chmury ciągnące się od lewej ku prawej studząc nasze zapały i oczekiwania na bezchmurne niebo. Pierwszy poranek przywitał nas ładnym, nie powiem oszałamiającym, wschodem. Pocieszaliśmy się, że kolejne będą bardziej kolorowe a któryś z nich zapamiętam do końca życia.
Innych poranków nie było. Nie, nie. Były ale ten pierwszy był najładniejszy o czym wiem dziś. Wtedy z nadzieją budziliśmy się rano i pijąc szampana klęliśmy na głos, że chmury które magicznie ginęły po wschodzie słońca całkowicie przesłaniały jego wschód. 

Codzienne pobudki już mi nie przeszkadzały bo po kolejnym nieudanym polowaniu na cudowne widoki wskakiwałam do jeszcze ciepłego łóżka aby rozkoszować się sennymi porankami.