czwartek, 14 września 2017

Lato

 Bez promieni słonecznych życie nie pojawiłoby się na Ziemi, przynajmniej w takiej formie abyśmy mogli egzystować w naszych ciałach. Należę do ludzi którzy z przyjemnością zamienią zimę na lato lub przynajmniej na wiosnę. Nie dziwnym zatem jest, że mieszkańcy ciepłych Stanów nie chodzą w samych kostiumach kąpielowych a są poubierani jak zimą. Noszą długie spodnie i koszule z długimi rękawami i jak zaobserwowałam, niekiedy nawet lekkie kurtki. Wszystko to jakby kłóci się ze zdrowym rozsądkiem bo jak gorąco to teoretycznie powinniśmy pozbyć się okrycia aby ulżyć ciału.
Jest wielu ludzi którzy jednak czerpiąc przyjemność z letnich upałów kryją się w cieniu parasolek, kapeluszy czy czegokolwiek co mają pod ręką aby uchronić się przed udarem słonecznym. Na własnej skórze doświadczyłam nadmiaru promieniowania które w ciągu pięciu minut zwaliło mnie z nóg mieszając zmysły. Dobrze, że nie byłam sama i pomoc p. okazała się nieoceniona. Od tego zdarzenia z rozmysłem dobieram ubiór do pogody.
Przy temperaturze w granicach +40C zupełnie obojętnym jest co chroni cię przed słońcem. Jest tak gorąco, że okrycie głowy ręcznikiem czy podkoszulką jest idealnym wyjściem a wiadro na głowie to już na pewno szczyt desperacji ale rozumiem i takie podejście do zadbania o zdrowie.
Preria to zadziwiające miejsce, urocze ale bardzo zdradliwe. W zimowe dni wszystko jest oczywiste bo na prerii jest zimno i wieje wiatr który dodatkowo wychładza ciało. Latem natomiast, fenomen temperaturowy nie jednego podróżnika przyprawił o zawrót głowy. O wschodzie słońca jest przyjemnie chłodno bo to przecież najzimniejsza godzina doby. Gdy Słońce wyskoczy zza horyzontu zwiastując kolejny dzień robi się cieplej. Dookoła nie ma nic aby skryć się w cieniu i wydawałoby się, że gdy przeżyjemy południowy skwar to z godziny na godzinę będzie chłodniej. Nic bardziej mylnego. Temperatura rośnie pomimo tego, że bezlitosne promienie dosłownie palą ziemię pod dużym skosem. Robi się coraz cieplej gdy spodziewamy się zachodu słońca. Nazwałam to zjawiskiem zepsutego żelazka które rozgrzewa się bez końca powodując niekiedy pożar. Najgoręcej jest podczas zachodu słońca i gdy zapada ciemność upał jest zupełnie nieznośny. Doświadczyliśmy ponad czterdzieści stopni o zmierzchu i o spaniu w namiocie nie było mowy. Ziemia bardzo szybko oddaje ciepło powietrzu i około dwudziestej drugiej już można pomyśleć o spaniu. Trzeba spać szybko i wydajnie bo rankiem +5C wytrąca cię z rytmu spokojnego snu zamieniając go w koszmar zziębniętego ciała.
Płonącą prerię udało mi się sfotografować w Dakocie Południowej. Było to dla mnie duże przeżycie bo od razu wyobraziłam sobie jak płomienie docierają do miejsca naszego pobytu. Płonęła sucha trawa na prerii a pożar był po drugiej stronie autostrady. Na nic zdały się zapewnienia p. że nic nam nie grozi i zamiast udać się do hotelu w pobliskim miasteczku wymusiłam kolejne dwieście mil aby spokojnie zanocować.
Ekstremalne temperatury nie wprawiają człowieka w dobry nastrój a ja czuję się wtedy zagrożona z każdej możliwej strony. Koczując w lasach gdzie o cywilizacji można tylko pomarzyć rozkosz obcowania z naturą jest zawsze podszyta odrobiną niepewności. Wilki, mrówki albo niedźwiedzie to potencjalne zagrożenie życia o którym wiemy i godzimy się na nie zapuszczając się w dzikie ostępy. Jednakże nigdy nie brałam pod uwagę znalezienia się w sytuacji naprawdę bez wyjścia jaką jest pożar lasu. Ledwo opuściliśmy miejsce pożaru prerii aby na drugi dzień, w Montanie natknąć się na świadectwo czyhającego niebezpieczeństwa. Czarny dym z daleka obwieszczał o tym, że płonie las.
Po trzech tygodniach od upałów na dzikim zachodzie dni zrobiły się znacząco krótsze. Rano pojawiają się mgły ścielące się nisko nad ziemią co wskazuje, że już niebawem jesi…. , nie, nie, nie mogę napisać tego słowa! Ujmę to inaczej; “Rano pojawiają się mgły ścielące się nisko nad ziemią co wskazuje, że już niebawem koniec lata.”

 Duże zdjęcia tutaj.

środa, 23 sierpnia 2017

Zaćmienie

 Przygoda nas kocha a my lubimy przygodę. Już od samego początku coś wisiało w powietrzu. Pomimo tego, że wyjechaliśmy o wyznaczonym wcześniej czasie to i tak nie dojechaliśmy tego samego dnia na miejsce z którego mieliśmy obserwować zaćmienie słońca. Zupełnie nieprzewidziane okoliczności zmusiły nas do spędzenia nocy jakieś 100 kilometrów wcześniej. Nie przewidzieliśmy, że chętnych będzie aż tylu, że zapchają autostradę na wiele mil. Mieliśmy pokonać trasę w ciągu 5 godzin a okazało się, że po siedmiu godzinach byliśmy właśnie 100 kilometrów od celu. Gdy dzień zamienił się w noc postanowiliśmy dojechać nad jezioro rankiem aby po nocy nie błądzić po wiejskich drogach.
Tylu chętnych wyległo na drogi USA, że zablokowali miasta i miasteczka w pasie całkowitego zaćmienia. W mieście Marion policjanci sterowali ruchem aby można było wyjechać z autostrady. Czegoś podobnego nie doświadczyłam jeszcze w życiu. Ja chyba nie byłam jedyną zaskoczoną osobą bo ludziska z innych aut również jak my wznosili oczy w stronę ku niebu ale jakoś pomoc nie przychodziła od wszechmogącego, auta stały w korkach długich na 80 kilometrów.
 Dodatkowym utrudnieniem były roboty drogowe. Wystarczyło zamknięcie jednego pasa ruchu aby spowolnić ruch kołowy do zera.  
Tak się złożyło, że upał dopisał jak nigdy w tym roku. 36 stopni w cieniu, zamieniło się w ponad 40 na rozgrzanym asfalcie. Wszędobylska wilgoć dodała swoje kilka stopni i w środku pojazdu panowała atmosfera pralni piekielnej. Klimatyzacja dmuchała zimnym powietrzem z wylotów w desce rozdzielczej i po godzinie musiałam założyć koszulę z długim rękawem co wręcz zakrawało na szaleństwo. Zimne powietrze skierowane gdzieś z dala od mojego ciała, tylko sobie znaną drogą owiewało mój kark. Byłam tak umęczona, że było mi już wszystko jedno jaką ilość potu wydzieli moje ciało ale nie mogłam pozwolić sobie na letnie przeziębienie. Jest to chyba najgorsza forma tej choroby bo nie ma, teoretycznie, jak się wychorować.
Poranek przywitał nas bezchmurnym niebem i raźnie świecącym słońcem. Temperatura podnosiła się o jeden stopień na pół godziny i o godzinie dwunastej dojście do nasłonecznionego miejsca z którego mieliśmy oglądać to wyjątkowe zjawisko wymagało ode mnie zagryzania zębów na języku aby nie wrzeszczeć z obrzydzenia. Jak można lubić spacer gdy każdy oddech może zakończyć się śmiercią przez utonięcie. Wdychać tyle wilgoci może tylko ryba a nie człowiek!
Przez liście drzewa podglądaliśmy czy przypadkiem nie nastąpił początek wielkiego zaćmienia.
To była dobra kryjówka bo po porannym spacerze mieliśmy wrażenie, że naszym ciałom  zaaplikowaliśmy trzydniową porcję słońca.
Gdy księżyc stanął na drodze promieni słonecznych byliśmy gotowi. Skryci w cieniu wielkiej gałęzi i uzbrojeni w aparaty oraz domowej roboty filtry. Jestem wielką miłośniczką blogów i prawdopodobnie nie zamienię bloga na fejsa. Blog daje większy kontakt z osobami zostawiającymi komentarze. Tutaj nadarza się okazja do podziękowania Pellegrinie za podzielenie się prostym i zarazem genialnym pomysłem na oglądanie Słońca. Zdobycie kliszy z prześwietlenia okazało się wyzwaniem ponad możliwości współczesnych szpitali. Po poruszeniu wszystkich sznurków które mogły mieć cokolwiek wspólnego ze szpitalem okazało się, że dzisiaj już nie używa się kliszy fotograficznej do prześwietleń. Po wykonanym prześwietleniu jego wynik od razu jest dostępny na ekranie komputera. Kasety z filmami i wywoływanie zdjęć poszły w zapomnienie. Jako cud uważam znalezienie czterech prześwietlonych zdjęć w garażu jednego z naszych znajomych. Pojechały z nami i p. podczas oczekiwania na zaćmienie wyciął “profesjonalny” filtr. Do jego zamocowania użył mikroskopijnych gumek recepturek stosowanych w ortodoncji. Patrzyłam na to wszystko z powątpiewaniem w pomyślny efekt super fotografii. Jednak jego zadowolona i pewna mina świadczyła o tym, że wie co robi. Nie byłam jednak zupełnie przekonana o cudownych możliwościach amatorskiego sprzętu i delikatnie, tak od niechcenia poruszyłam ten temat. Otrzymałam solenne zapewnienie o pozytywnym wyniku eksperymentu ale na moje “co będzie jeśli zdjęcia się nie udadzą”, p. westchnął głęboko i z mało wesołą miną oświadczył.
- Jeżeli spierniczę robotę dzisiaj to za dwa lata, 2 lipca powtórzymy tę sesję w Chile lub Argentynie. Jeżeli i tam coś się nie uda to będziemy koczować w Andach do 14 grudnia 2020 roku. - Pierwszą myślą która mi zaświtała było utopienie aparatów w pobliskim jeziorku. Od razu jednak odrzuciłam ją w zapomnienie bo druga myśl goniąca tą pierwszą to był widok topionej Ataner przez p.. A niech tam zrobi zdjęcia ale nie takie super o jakich marzy bo wycieczka w Andy bardzo przypadła mi do gustu.

Jak widać moje prośby trafiły w przestrzeń kosmiczną bo filtr Pellegriny zadziałał wprost idealnie i zdjęcia na mój gust są bardzo dobre.
 Kolejne fazy zaćmienia nie fascynowały nas tak bardzo jak oczekiwanie na moment gdy Księżyc zasłoni całe Słońce.
Gdy pozostał cienki rogalik rozżarzonej bomby atomowej na niebie, ziemię opanował przedziwny mrok. Zrobiło się zimno i jednocześnie przerażająco. p. dostał gęsiej skórki i włosy stanęły mu dęba.

Sądzę, że to częściowo z przejęcia i częściowo z nagłego ochłodzenia. To nie była noc do której organizm przygotowuje się wraz z nadejściem zmierzchu.
Przed zaćmieniem...
i podczas dwóch minut zaćmienia.
 Raptowny brak promieni słonecznych i ciemność w południe wywołały we mnie lekki niepokój. Nie jestem w stanie opisać co czułam poza zachwytem nad zjawiskiem które trwało zaledwie niepełne dwie minuty.

 Promienie słoneczne znów zaczęły docierać do powierzchni Ziemi i mogłam przekonać się jaką energię niosą ze sobą. Znów zrobiło się upalnie i po chwili świat wrócił do normy.
Zabraliśmy statyw i nie bacząc na strugi potu płynące nam po plecach żwawym krokiem ruszyliśmy aby jak najprędzej obejrzeć zdjęcia.
 Gdy znaleźlismy się w naszym domu na kołach od razu wgraliśmy zdjęcia do komputera. Nikt nie mógł doczekać się zdjęć korony słonecznej podczas całkowitego zaćmienia. 
 Jednak najbardziej lubię to zdjęcie poniżej gdy Księżyc wreszcie pozwolił Słońcu na dominację w ciągu dnia.
 Rozumiałam lekkie zdenerwowanie p. bo przecież obiecał...
 Dech w piersiach nam zatkało bo efekt naszych poczynań przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zdjęcia wyszły fenomenalnie!!! Nawet lepsze niż na stonie Canona (http://learn.usa.canon.com/resources/articles/2017/solar-eclipse/solar-eclipse-photography-intro.shtml) i jedne z lepszych jakie oglądaliśmy w internecie przed wyjazdem.
 To są najcenniejsze zdjęcia w naszym zbiorze którymi mogę się pochwalić i z przyjemnością pochwalę p. za naukowe podejście do tematu i perfekcyjnie wykonaną pracę. 
- I co z koczowaniem? - p. wpatrzony w ekran laptopa dopiero po dłuższej chwili spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem. Poczekałam z uproszczoną wersją pytania mając nadzieję, że p. powróci do realnego świata w miarę szybko. Nic nie wskazywało, że wie o co go pytam. - Co z kolejnym zaćmieniem w Argentynie?
- No tak. Nie, nie. - Długa pauza wskazywała, że zaćmienie Słońca w jakiś cudowny sposób przyćmiło inteligencję męża. - Zdjęcia są OK ale czuję niedosyt. Minuta z groszami to wyzwanie ponad moje siły. Sądzę, że mogłyby być lepsze. 
 - Czy dwa lata ci wystarczą na lepsze przygotowanie się do zdjęć?
- Pewnie, że tak przecież to szmat czasu a jak znajdziemy miejsce na pustyni w Argentynie gdzie nie ma grama wilgoci w powietrzu i widoczność jest o wiele lepsza niż tutaj to ... - p. już tam był i nawet nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze nawet nie dotarliśmy do domu z tej wyprawy.
- To może Chile, gdzieś tam, wysoko w górach...
- Jeszcze nie wiem ale jedno jest pewne. - p. zamilkł i zapadła cisza urozmaicana jedynie brzękiem cykad. Wydawało się, że temat jest skończony a ja nie istnieję. 
- Jedziemy? - Nie mogłam doczekać się jednoznacznego stwierdzenia czy ma zamiar podjąć rękawicę i walczyć o lepsze zdjęcia, było mi obojętne gdzie ta walka będzie miała miejsce, czy w Argentynie czy w Chile.
- Oczywiście, że jedziemy nawet na rowerach dojedziemy na czas. 
 Co bardziej niecierpliwi natychmiast wsiedli do aut aby zatłoczonymi drogami dotrzeć do domu. 
Minęło pół godziny zachwytu przed ekranem komputera i również ruszyliśmy w drogę powrotną. Autostrada w przeciwnym kierunku była zupełnie pusta. Podążaliśmy na północ a wraz z nami mieszkańcy północnych stanów. Poniedziałek 21 sierpnia 2017 roku udowodnił, że Ameryka oszalała na punkcie zaćmienia słońca i miliony szaleńców do których i my się zaliczamy było w stanie poświęcić trzy czy cztery dni aby znaleźć się w pasie całkowitego zaćmienia.
Zmęczeni koszmarną drogą w obydwie strony i paskudnym upałem nawet nie rozmawialiśmy. Każde z nas przeżywało wydarzenie wczesnego popołudnia i pewna jestem, że p. myślał jak ja; warto było. Zobaczenie dwuminutowego spektaklu kosmicznego warte było poświęcenia czasu i pieniędzy. Zapewniają was o tym; Renata i p.

sobota, 15 lipca 2017

Czy mnie też to czeka?


 Nerwowy czas poszukiwania pojazdu do zamieszkiwania i podróżowania mamy już za sobą ale niestety nerwówki czas wcale się nie skończył.
Zaczęliśmy modernizować wnętrze oraz system ogrzewania i ochładzania. Jakby tego było mało to do wymiany idzie piec i lodówka.
O zwykłej zamianie nie ma mowy bo również i miejsce umieszczenia tychże ulegnie zmianie.

 Czego się nie tknąć to teoretycznie powinno być ulepszone; krany, żarówki, blat kuchenny i można by wymieniać tak bez końca. Obecnie nasz pojazd dla staruchów wygląda gorzej niż w momencie zakupu i żadne z nas nie ma pojęcia kiedy ponownie będzie nadawał się do użytkowania.
 Właśnie gdy ręce moje spracowane zanurzałam w wannie pełnej piany i gdy wygniatałam brud z pokrowców na siedzenia przypomniałam sobie scenkę zaobserwowaną w Północnej Dakocie.
Porzuciłam pokrowce w łazience i z wielką przyjemnością zasiadłam przy komputerze aby odszukać zdjęcia które już wtedy poruszyły mnie na tyle, że uznałam za konieczne zatrzymanie ich na specjalną okazję. Wszystkiego p. nie zrobi sam i z wielką przyjemnością pomagam mu na tyle ile mogę i umiem. Powróciłam do moczących się pokrowców i piorąc je zastanawiałam się czy czeka mnie właśnie taki los. Czy będę latała ze szmatką dookoła pojazdu czyszcząc go do połysku. Czy dbanie o dom na kółkach nie przerodzi się w obsesję i każdą rozbitą muchę na szybie będę traktowała jako zamach na wysprzątany dom.  

 Taka kobieta jak na zdjęciach to marzenie każdego mężczyzny bo on naleje paliwa do zbiornika, skontroluje pracę żony i już jest gotowy aby znowu zasiąść na fotelu pasażera.
Wierzę, że zachowam dotychczasowy dystans do posiadanych rzeczy i nikt nie zrobi mi podobnych zdjęć.

niedziela, 2 lipca 2017

Latająca łódź.

 Jeżeli jeszcze pamiętacie nasze kupowanie biletów na łódkę ze śmigłem podczas poprzedniej wizyty to nie zdziwicie się, że i tym razem nie poszło jak po maśle. Pojechaliśmy tam gdzie łapownictwo nie popłacało. Miejsce jakieś wyludnione i być może właśnie przez to wyglądało mało przyjaźnie. Pomimo tego, że byliśmy jedynymi klientami nasza wizyta nie wywołała zachwytu na twarzy sprzedającego bilety. Zwykle, gdy potencjalny kupujący przekracza próg sklepu to witany jest szerokim uśmiechem, tak szerokim, że bez szczególnego przyglądania się widać szóstki w uzębieniu. Uśmiech numer sześć jest bardzo często stosowany przez sprzedających i mile widziany przez kupujących. Tutaj było inaczej. Znad książeczki z sudoku spojrzały na nas zamyślone oczy. Książka z łamigłówkami była otwarta gdzieś po środku co wskazywało niezbicie, że pan z ogryzionym ołówkiem w prawej dłoni jest w trakcie czegoś bardzo ważnego. Dodawanie i odejmowanie miał najwidoczniej dobrze opanowane bo przecież był już w połowie drogi do ostatniej strony tego frapującego wydawnictwa.
- Chcieliśmy dwa miejsca na małą łódkę. - Trochę wstyd tak przeszkadzać w pracy ale gdy już nieopatrznie wtargnęliśmy w życie nieznajomego przekraczając próg tego miejsca to po zwyczajowym przywitaniu powinnam zeznać bezwłocznie dlaczego tu jestem.
- Najbliższy wyjazd za godzinę. - Głos odpowiadającego był pozbawiony emocji. Przypominał nagranie powitania na poczcie głosowej.
- Acha. - Błysnęłam zębami w niemym uśmiechu. Nie wiedziałam czy powinniśmy być zadowoleni czy natychmiast znaleźć się po drugiej stronie drzwi. Zwróciłam głowę w stronę p. aby uzgodnić dalsze postępowanie bo sama nie byłam w stanie podjąć decyzji. Twarz męża była odbiciem twarzy pana za ladą. Jego emocje a raczej ich kompletny brak ział grozą znudzenia i beznadziei. p. spojrzał na mnie szklanym wzrokiem kamery przemysłowej i wolno wycedził krótkie słowo. Zaakcentował każdą literę z osobna i usłyszałam tyle niechęci w słowie “d-u-p-a”, że lekki mróz musnął mój kark. Wszystko proste. Decyzja podjęta.
- Dziękuję bardzo. - Wrodzona grzeczność w stosunku nawet do mało przyjaznych osób zadziwiła i mnie bo przecież wystarczyłoby samo dziękuję.
- Jeżeli będzie komplet. - Słowa skierowane w naszą stronę znad łamigłówki odebrały mi resztkę optymizmu którym tego dnia mogłabym zarazić nie jedno małe miasteczko. Jeszcze patrzyłam na znudzone lico p. i dlatego mogłam przekonać się, że w tej chwili nikt nie chciałby mieć takiego męża. Obawiałam się reakcji na “olewnictwo” ze strony obsługiwanego klienta. Chwyciłam p. za połę koszuli i pociągnęłam go w stronę drzwi.
- Przyjdziemy później. - Skłamałam gdy przekraczałam drzwi tego zapyziałego miejsca. Nie będę rozpisywała się na temat naszych dywagacji i dogłębnych przeżyć związanych z wizytą pod mało uprzejmą strzechą. Jedynie skwituję to zupełne nieporozumienie jednym już wcześnie przytoczonym słowem. Tym na cztery litery i zaczynającym się na “d”.

Jak to w życiu bywa czasami ponosimy porażki które dają nam kopa do działania. Ruszyliśmy dalej do następnego miejsca, tam gdzie kilka lat wcześniej orżnęłam kasjera bez mrugnięcia powieką. Drzwi do budynku były otwarte i panująca tam pustka rozprzestrzeniała się od przeciwległej ściany do samego wejścia. Żywej duszy w środku nie uświadczysz która przywitałaby nas serdecznie, za to na zewnątrz siedziało trzech mężczyzn gawędząc sobie w najlepsze. Poruszali jakiś ciekawy temat bo nasza obecność nie przerwała rozmowy i zdawało się, że nas nie zauważają. Znowu przyszła kolej na chwilę gdy czujemy się jakbyśmy mieli popełnić wielki nietakt przerywając pogaduszki. Tym razem p. podjął się tego niemiłego zadania. O dziwo po przywitaniu panowie zareagowali bardzo uprzejmie na propozycję zawiezienia nas daleko w nieprzebyte bagna. Wyszło na to, że mamy trzy możliwości podróżowania. Wybraliśmy jednak swoją wersję a nie jedną z oferowanych. Po przedstawieniu oferty brzmiącej jak żądanie i lekkim jej zmodyfikowaniu przez właściciela łódki zapłaciliśmy za godzinę jazdy bez innych pasażerów. Usta wyginały się nam w uśmiechu aż zabolały nas dawno nieużywane mięśnie policzków. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie i byliśmy gotowi do drogi.
Naszym kapitanem był bardzo sympatyczny dredziarz z Jamajki co nie zdziwiło nas zbytnio bo obecnie Indianie w USA mają mało indiańskie rysy. Zanim huk śmigła ogłuszył nas na tyle, że i myśli zdawały się nieme, kapitan ostrzegł nas, że nie będzie wygłupów w stylu obrotów o 360 stopni co przyjęłam za dobrą monetę bo ryzyko wywrotki w takim terenie jeżyło mi włosy na karku. 
Zanim rozpoczęliśmy bagienną przygodę tuż obok nas woda zawirowala i obserwator z bandy aligatorów ukrył się pod powierzchnią wody. Tych wodnych morderców jest wszędzie pod dostatkiem.
 Silnik naszej łodzi zaskoczył o dziwo od pierwszego razu i obawa, że to grat zupełny rozpierzchła się gdy sto decybeli uderzyło mnie obuchem w głowę. Mało zgrabna, płaskodenna łódź raźnie ruszyła do przodu i zgodnie z umową zaczęliśmy płynąć zdecydowanie zbyt szybko. Zadowolony p. odwrócił głowę w moją stronę i powiedział coś co mogłabym zrozumieć, że wreszcie płyniemy jak przystało na przeżycie przygody. 
Gdy zobaczyłam, że jego włosy wiatr zaczesał na tył głowy, mocniej nacisnęłam czapkę aby nie stracić jedynej ochrony przed słońcem.
Godzinna przejażdżka minęła szybciej niż się spodziewałam. Może dlatego, że kapitan urozmaicał nam każdą chwilę manewrami które mogłyby mnie wyrzucić za burtę gdybym nie trzymała się mocno siedzenia i nie zapierała się szeroko rozstawionymi nogami.
Chwila przerwy aby rozprostować nogi okazała się zbawienna aby wyrównać oddech. Podczas szalonej jazdy więcej pracy wkładałam w wydychanie powietrza wtłaczanego do moich płuc niż w jego zaczerpnięcie. Teraz, gdy stanęłam na ziemi wreszcie mogłam pooddychać normalnie.

Na spotkanie z nami przypłynęła córka starej znajomej sprzed lat. Dowiedzieliśmy się, że aligatory strzegą swego terytorium i żaden obcy nie ma prawa przebywać tam gdzie wcześniej zamieszkał inny. Ten teren był w posiadaniu dwóch pań i ta młodsza podpłynęła na nasze spotkanie. 
Mało ruchliwe aligatory są wbrew pozorom bardzo szybkie. Chwilowo mogą osiągnąć prędkość 24 mil na godzinę co równa się 38.5 km/godz. Tak szybko mogą się poruszać na lądzie jak i w wodzie. Atak jest natychmiastowy i następuje bez żadnego ostrzeżenia więc lepiej nie ufać naszym szybkim nogom i trzymać się z daleka od ospale wyglądających aligatorów. 
W drodze powrotnej wprawne oko kapitana dostrzegło aligatora który bardzo szybko ukrył się pośród traw i teren znów wydawał się niezamieszkały przez ludzi i zwierzęta.
Gdy powróciliśmy do miejsca wyjazdu bardzo serdecznie podziękowaliśmy za miłą i lekko zwariowaną wycieczkę wręczając suty napiwek uśmiechniętemu kapitanowi.

 
*** 
Duże zdjęcia znajdziesz tutaj.
Więcej zdjęć z bagien możesz obejrzeć w poście Śmigło i zęby.