środa, 29 marca 2017

Gusła i zabobony.

Jednoznacznie nie mogę stwierdzić, że nie jestem przesądna. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z p. który jak sam mówi nie wierzy w gusła i zabobony. Nie wierzy, akurat. On jest jak telewizja, co innego słyszysz a co innego widzisz. Nikt za żadne skarby nie zmusi p. do załatwienia sprawy urzędowej w poniedziałek, nigdzie nie zadzwoni do urzędu nie mówiąc o ruszeniu czterech liter do jednostki urzędu. W piątek trzynastego nie wychodzi z domu bo nigdy nic nie wiadomo. Pomimo tego, że nie przyzna się do wiary w zabobony to jego czyny świadczą o zupełnym zaprzeczeniu jego słów. Trzy lata temu czarny kot przeciął nam drogę, wtedy to przekonałam się o słuszności stosowania pasów bezpieczeństwa na codzień. Jadącemu za nami cudem udało się uniknąć zderzenia z naszym bagażnikiem i gdy jego dłoń z wyciągniętym środkowym palcem zniknęła przed nami w dali, ruszyliśmy teraz już bezpieczną trasą.
- Po co kusić los. - Z lekkim uśmiechem na ustach mój niezabobonny kierowca odjechał spod krawężnika i jakby nigdy nic się nie wydarzyło zapomniał o wszystkim.

 W erze fotografii cyfrowej dużo łatwiej jest wspominać. Fakt, że zamiast albumów z wklejanymi zdjęciami siedzimy przed ekranem komputera jakoś mi nie przeszkadza co wskazuje na moje przystosowanie się i akceptację rozwijającej się cywilizacji. Ilość zdjęć przywożonych z wakacji jest niekiedy tak duża, że aby podzielić je na poszczególne dni p. spędza przynajmniej dwa wieczory żeby wszystko było w miarę dokładnie poukładane. Dodatkowym problemem jest używanie kilku aparatów w tym samym czasie więc i nazwy i numerki sprawiają zawrót głowy. Jednak gdy już wszystkie zdjęcia zamknięte są w folderach oznaczonych datą zrobienia zdjęcia można z łatwością odszukać określony czas i miejsce z przeszłości. Wtedy pamięć zostaje pobudzona i wspomnienia ubiegłych lat stają przed oczami jak żywe.
Zupełnie niedawno podjęliśmy kolejne wyzwanie odnalezienia zagubionego zdjęcia sprzed lat. Fizycznie ono nie wyparowało ale ...
Dawno temu byliśmy w Kanionie Antylopy. Zupełnie przedziwne to miejsce, zauroczyło nas i skradło serca na zawsze. Nie będę opisywała naszej przygody jeszcze raz bo dzięki blogowi można z łatwością tam powrócić. Tak, tak, kolejne bo już kilka razy przeglądaliśmy cały zestaw fotografii z tego miejsca. 

Zaraz po przyjeździe z wakacji do domu zasiedliśmy przed telewizorem i na dużym ekranie rozpoczęliśmy ponowne ich przeżywanie. Konfiguracja czerwieni skał w tysiącu odcieni zapewniała dobrą zabawę w odszukiwaniu podobieństwa do istot żywych i tych z wyobraźni. Jedno zdjęcie szczególnie mnie zainteresowało. Nie podczas wizyty w kanionie ale dopiero teraz zauważyłam, że to zdjęcie zawiera dodatkową postać która nie była uczestnikiem wycieczki. Byliśmy w składzie dwunastoosobowym i nikt z nas tak nie był ubrany. Nikt o zdrowych zmysłach nie miał czarnej peleryny i szpiczastego kapelusza w kolorze głębokiej czerni.
- Czy widzisz to co ja? - Nie mogłam się zdecydować na określenie tej postaci. Widok był tak niesamowity i nierealny, że zwątpiłam nie tyle w moje zmysły postrzegania co w zdrowy rozsądek. p. akurat nie przyglądał się ekranowi na którym najwyraźniej było widać…
- Co takiego?
- To ja pytam co takiego widzisz na tym zdjęciu.

- Aaaa. - Wzrok p. podległ wyostrzeniu bo lekko przymrużył oczy gdy uważnie spoglądał na zdjęcie. Już nie miałam wątpliwości ale chciałam się upewnić czy nie muszę zamówić serię wizyt u psychiatry. Jakież było moje zdziwienie gdy po chwili usłyszałam stanowcze i zbywające stwierdzenie. - To jest normalna czarownica. - I po sekundzie dodał. - Też ją widzisz?
- Dlatego cię poprosiłam o twój osąd. Powiedz co wodzisz.
- Czarownicę jak z bajki. Gdzie ją cyknęłaś?
- Jak to gdzie! Przecież też tam byłeś zaraz obok mnie.
- Widziałaś ją? Dlaczego mi nic nie powiedziałaś.
- Bo wtedy jej tam nie było.

Jeszcze przez tydzień, codziennie przyglądałam się siedzącej na skale czarownicy ale później zdziwienie przeminęło i wiedząc, że mam najprawdziwszą czarownicę na zdjęciu odłożyłam sprawę ad acta. Nie pomnę dokładnie czy minął miesiąc czy dwa gdy powróciłam do wspomnień. Bez szans na kolejny wyjazd na przestrzeni trzech miesięcy z chęcią zafundowałam sobie powtórkę z wakacji na wygodnej kanapie. Rozkoszowałam się upałem panującym w Arizonie podczas naszego pobytu i jak zwykle wizytę w Kanionie Antylopy zostawiłam sobie na deser. Znałam na pamięć wszystkie zdjęcia i wiedziałam, że za chwilę znów przywitam czarownicę w moim domu. Przypatrywałam się uważnie kolejnym zdjęciom ale czarownicy nie było. Zniknęła ze zdjęcia. Gdy p. wrócił z pracy razem poddaliśmy wszystkie zdjęcia z kanionu wnikliwej i dokładnej analizie. Żadne z nas nie mogło jednak odnaleźć tajemniczej postaci.
- Przecież to niemożliwe! Była tu jak żywa! - p. zaczął wątpić w swe okulary ale ja bez okularów też jej nie mogłam odnaleźć. Rozpoczęły się poszukiwania na zapasowym nośniku pamięci ale efekt był ten sam. Po wiedźmie ani śladu. Sprawdziliśmy kolejność zdjęć i wszystkie numery w folderze. Sekwencja była idealna i nie brakowało ani jednego. - To nie może być. - p. tarł lekki zarost na szczęce jakby to mogło przywrócić znikniętą postać.
Minęło kilka lat od tego dnia w którym nasze zdjęcia przeszły niewytłumaczalną metamorfozę podczas której przypadkowo sfotografowana zjawa uciekła do swej krainy duchów. Przynajmniej co roku powracam do tej serii zdjęć ale zaginionego ducha nie mogę odnaleźć. Wygląda na to, że opuścił nas na zawsze. Jak to możliwe nie wiadomo bo halucynacje nie wchodzą w rachubę przy dwóch niedowiarkach skazanych na twarde stąpanie po ziemi.
Coś zaiste musi się kryć w fotografowaniu. Coś zupełnie niezrozumiałego skoro wiele ludzi nie lubi się fotografować. W wielu wypadkach dochodzi nawet do rękoczynów gdy fotografowana osoba dostrzeże chęć zrobienia jej zdjęcia. Aparat fotograficzny jest źle widziany w wielu częściach nawet cywilizowanego świata. Powiadają, że aparat kradnie duszę. Zawsze uważałam to za cwany wykręt aby nie pokazywać publicznie swej twarzy. Nie wiem czy to prawda, że można ukraść duszę innemu człowiekowi ale zapewniam, że można sfotografować ducha ale dowodów mi brak.

piątek, 24 marca 2017

Kolejny zwykły dzień.

 Chwilowo zamieszkując zurbanizowaną część wybrzeża nie mieliśmy okazji na spacer podczas którego otaczałaby nas dzika przyroda nie znająca okresu spoczynku. Czy to lato czy zima w okolicach Miami jest ciepło i zielono. Sąsiedztwo wieżowców chcieliśmy zastąpić drzewami i ich nieznanymi mieszkańcami. Aby pozostać przez chwilę sam na sam z szumem fal dzikiej plaży wybraliśmy się do parku oddalonego zaledwie o kilkanaście mil od zgiełku niekończącego się miasta. Napisałam “niekończącego się” nie bez powodu bo jedno miasto przechodzi w drugie bez wyraźnej granicy i na dobrą sprawę nie wiadomo gdzie się obecnie znajdujesz. Jadąc ulicami wzdłuż wybrzeża spotkać można kolejne drapacze chmur w sumie podobne do siebie jak stado flamingów. Kilka miejsc o odmiennym charakterze może zaskoczyć swym wyglądem nie pasującym do strzelistych i niedostępnych apartamentowców walczących o każdy centymetr dostępu do plaży. Dzięki temu jest ciekawie nawet w mieście.
 Z parkingu na plażę jest bardzo oryginalne dojście. Pomostem przez jeziorko w stronę wszędobylskich białych klocków zamieszkałych przez ludzi kochających bliskość oceanu. Mieszkańcy tak położonych mieszkań mają plażę na zawołanie a my mamy nogi które zaniosą nas do niej. Mogliśmy skorzystać z dogodniejszej formy transportu ciał niż mięśnie nóg bo pomostem kursował pojazd z wagonikiem dla leniwych albo tych którym chodzenie sprawia trudność. Pan kierowca zaoferował nam podwózkę ale wymigaliśmy się od tej formy relaksu tłumacząc się dość dobrą formą fizyczną w dniu dzisiejszym. Elektryczny pociąg mijał nas dwukrotnie a prowadzący go kierowca uśmiechał się do nas za każdym razem. Jakoś tak podejrzanie uprzejmie. Czyżby wątpił w zapewnienia o naszej tężyźnie fizycznej?
Fotografowanie przyrody to bardzo skomplikowane i trudne zajęcie. Szczególnie wtedy gdy fotografowane obiekty są zwinne a ich ruchy zaskakująco szybkie i trudne do przewidzenia.
Ładnie nurkującego pelikana nie ustrzeliłam w porę ale z panią błagającą na klęczkach o koniec udręki, poszło mi zupełnie przyzwoicie.
Odłożyłam temat polowania na nieprzewidywalną przyrodę na powrót z plaży bo jej bliskość kusiła spacerem po dziewiczym piasku. W końcu po to tutaj przyjechaliśmy. Chciwi inwestorzy nawet na samej granicy parku pobudowali domy i obojętnie gdzie nie spojrzeć horyzont upiększony jest ambicjami powiększenia zysku.
Dla takich szczurów lądowych jak my widok jachtów od razu przypomina czytane opowieści o piratach i ich bohaterskich wyczynach. Kiedyś to było inne życie, lepsze i ciekawsze. To można usłyszeć od dziadków w każdym okresie rozwoju ludzkości. No dobrze, skoro kiedyś było już lepiej to przychodzi pytanie czy będzie lepiej. Trudno odpowiedzieć i dlatego coś nas pcha w krainy nieznane w poszukiwaniu lepszego. Lepszego życia, lepszego widoku dzikiej plaży lub czegoś czego nie umiemy jednoznacznie nazwać. Właśnie pościg za nieznanym nauczył nas przemierzać oceany i podróżować w przestrzeni kosmicznej. Nas przywiódł do skrawka jeszcze nie zalanego betonem i upiększonym sztucznymi kwiatami.
Nie można już uciec od cywilizacji i jej ekspansji nawet na bezludne wyspy. Karaiby są przeludnione do tego stopnia, że chyba tylko Tokio je wyprzedza a okolice Miami dzikimi nazwać się nie da. Samotny ibis na plaży chyba uciekł z ZOO bo o dziwo nie odfrunął na nasz widok i spokojnie brodził sobie w poszukiwaniu jedzenia.
Z lekkim niedosytem zagubienia się w samotności opuszczaliśmy plażę. Spacer był przyjemny i zrelaksował nas oddalając stres dnia codziennego. Powrót do samochodu uświadomił mi jak bardzo jesteśmy nieprzystosowani do życia w odmiennych warunkach klimatycznych. Chociaż to nie dżungla amazońska to zejście z wyznaczonej ścieżki wyłożonej deskami jest prawie niemożliwe. Wszędzie gdzie tylko się da rośliny chcą wyrosnąć a te którym to się udało swe miejsce zagospodarowały w 100%.
 Rozglądając się dookoła przystanęłam aby dokładniej widzieć gęstwinę której bez maczety w silnych i zaprawionych dłoniach nie da się zgłębić.
- Wolno, bez paniki odwróć się i spójrz na pień drzewa przy którym stoisz. - Jaki pień? Nie zdawałam sobie sprawy, że stoję blisko drzewa. Mam przecież tylko dwoje oczu  i na dodatek umieszczonych tak niedogodnie, że nie widzę co dzieje się poza mną. Co może czychać tuż za mną wolałam nie wiedzieć i zamiast odwrócić się wolno zrobiłam dwa kroki w przód aby oddalić się od ewentualnego zagrożenia. Gdy wydawało mi się, że teraz już jestem bezpieczna od zasięgu jadowitego węża odwróciłam się w stronę tak niebezpieczną, że aż rodzony mąż ostrzegał mnie przed nią. Szukałam czegoś strasznego i dużego które może mnie połknąć na deser. Nic nie widziałam co mogłoby zwalić mnie z nóg. Przy drzewie stał p. i wpatrywał się w coś, w jakiś punkt na korze drzewa. Widok zaiste przerażający ale, że znam męża od wielu lat to i widok jego już mi nie taki straszny. Chyba przed sobą mnie nie ostrzegał. Cichym głosem aby nie sprowokować czegoś groźnego do ataku spytałam czego mam szukać.
- No spójrz tutaj. - p. wydawał się zupełnie poirytowany moim zachowaniem i nie odwrócił głowy nawet o milimetr w moją stronę. Przezornie nie ruszyłam się z miejsca. - Frutti di mare.
- Co takiego? - Chyba postradał zmysły po ukąszeniu przez niewidocznego węża. Zbliżyłam się do p. bo może to ostatnie chwile jego marnego żywota i łatwiej mu będzie żegnać się z życiem w obecności kogoś bliskiego.
- Krab. - p. wpatrywał się w drzewo którego kora wydawała się śliska jakby jej tam nie było. Nic nie widziałam i podejrzenie o zły stan zdrowia mówiącego przybierało na sile. Raptem kawałek drzewa poruszył się tak szybko, że wydawało mi się, że to złudzenie. Teraz wiedziałam przynajmniej na który kawałek pochyłego pnia mam spoglądać. Nie do wiary! Z dala od wody na drzewie siedział mikro krab wielkości paznokcia kciuka. Męskiego kciuka.

Zwierzątko okazało się mało groźne ale za to wyjątkowo trudne do złapania. Zmieniało miejsce postoju jakby teleportując się a nie przemieszczając swe ciało za pomocą mięśni. Teraz było tutaj a za chwilę w zupełnie innym miejscu oddalonym o jakieś kilka centymetrów. Zanim zrobiłam zdjęcie upłynęło trochę czasu. Najpierw musiałam go zagonić w pobliże obiektywu gdyż robal krył się po drugiej stronie drzewa gdzie nie było ścieżki. Nie chciałam ryzykować i wchodzić w sandałkach w nieznane miejsca.
 - O, albo tam. - Słowa p. wcale mnie nie uradowały ale odwróciły mą uwagę od krabika sprintera. Odruchowo spojrzałam w prawo skąd dochodził głos p.. Nic nie widziałam oprócz plątaniny gałęzi i cienkich pni.
- Od razu mów co widzisz! - Bardziej zapiszczałam niż powiedziałam. Nastrój niepewności i zagrożenia brał górę nad, wydawałoby się, spokojną rzeczywistością. Rzeczywistość jednak mogła kryć wiele dziwnych i nieznanych stworzeń więc wolałam wiedzieć zawczasu czego mam się obawiać i przed czym mam uciekać. - Co to jest? - Może nie trwoga ale niepewność zatrzęsła moimi strunami głosowymi i nieoczekiwanie okazało się, że przemawiam nieludzkim głosem.
- Jaszczurka. - p. oznajmił zupełnie bez emocji jakby oprowadzał wycieczkę trasą pośród kamieni a nie żywych i podstępnych zwierząt. Hmm, jaszczurka może być mała, może być duża albo nawet gigantyczna jak na Galapagos. Wolno, tak na wszelki wypadek, stanęłam obok p. aby patrzeć z jego perspektywy. Może teraz zobaczę to co i on widzi. Nic z tego, żadnej jaszczurki nie widziałam przed sobą. - Zrób jej zdjęcie bo mój automat nie może złapać ostrości w odpowiednim miejscu. - Już chciałam zapytać czy mój aparat będzie wiedział to czego jego nie wie ale zaniechałam wszczynania sporu. Przypomniałam sobie o zaletach jeszcze nie odkrytych i o tym, że mój aparat widzi więcej niż ja. “Wystarczy zrobić zdjęcia a później oglądając je na ekranie odkryjesz tysiące niewidocznych szczegółów”, tak do mnie przemawiał p. gdy zaznajamiał mnie z kolejnym aparatem fotograficznym. Nie mogę przestawić się na robienie zdjęć w ciemno ale, że mój nowy przyjaciel jest ze mną od niedawna postanowiłam wypróbować jego możliwości. Podniosłam aparat na wysokość oczu i spojrzałam na jego ekran. Refleksy promieni słonecznych spowodowały, że na nim już nic nie było widać. Jeszcze jedna myśl przeleciała jak błyskawica przez moją głowę, może p. robi mnie w konia? Może tam nie ma żadnej jaszczurki i dopiero wieczorem jego żarty zepsują mi smak szampana. Zawahałam się przez chwilę niepewna sytuacji w jakiej się znalazłam. Wydawać by się mogło, że z wiekiem wszystko jest już poukładane i znane jak to bywa u innych, w naszym życiu jednak nie. Pomimo tego, że wiele sytuacji mogę przewidzieć to p. nie daje gwarancji na spokojną starość. Tak jakby miała ona nigdy nie nastąpić nie mogę być pewna, że dzisiejsze mycie zębów będzie dokładnie takie samo jak wczorajsze.

 - Cyknij ze trzydzieści sztuk a potem coś wybierzesz. - Głos wydawał się zupełnie spokojny i bez ukrytej ironii. Zaufałam. Po serii jakby z biodra coś poruszyło się w rozwidleniu drzewa i wtedy dostrzegłam szarą jaszczurkę. Gdy zmieniła miejsce stała się w miarę łatwym celem na tle jaśniejszego drugiego planu. Złapałam się na tym, że słysząc o jaszczurce przyzwyczajenie zrobiło mi psikusa. Zaciemniło lub zniekształciło odbierane bodźce powodując niewidoczność zwierzęcia. Gdy usłyszałam “jaszczurka” to umysł pokazał mi zdjęcia z encyklopedii jaszczurki na piasku lub na dużym kamieniu. Głowa z lewej strony lub z prawej a ogon po przeciwnej. Tutaj zwierzę było do góry nogami albo bardziej obrazowo głową w dół.
Jeszcze tylko opłukanie nóg z pajęczyn o których już nie chcę pamiętać bo nie ustrzegłam się od kontaktu z nimi pomimo rozglądania się na boki. 
Pozostawiliśmy gąszcz roślin zamieszkałych być może przez tysiące niewidocznych zwierząt i skierowaliśmy się w stronę auta aby pojechać gdzie oczy poniosą.
Gotowa do dalszej drogi, zanim znaleźliśmy się w blaszanym pudełku na kółkach, zapytałam stojącego obok męża.
- Chcesz przeżyć coś ekscytującego?



*****
Duże zdjęcia tutaj.

piątek, 17 marca 2017

Głaskanie plaży.

 Rzadko kto wychodząc na plażę myśli o jej przygotowaniu dla turystów. Plaża jaka by nie była kojarzy się z morzem i wylegiwaniem się w promieniach słonecznych. Rozkładamy koc lub duży ręcznik i już jesteśmy gotowi do rozkoszowania się wolnym od pracy czasem. Jednak w miejscach gdzie na plażę wychodzą specjalni goście, tacy jak my, plaża powinna zaspakajać nawet tych najwybredniejszych którym nierówny piasek przeszkadza i psuje pobyt. Jakoś nigdy mi do głowy nie przyszło, że tak może być ale, że podróże kształcą i nauczyłam się czegoś nowego. Fakt, że plaża codziennie jest ładna i równa akceptowałam bez szczególnego zainteresowania. Tak jest tutaj i już. Byłam bardzo daleko od prawdy, że to natura jest tak łaskawa i wokół nas plaża jest równa jak stół.
Jeszcze zanim zrobiło się jasno wyspecjalizowane ekipy ruszały ciężkim sprzętem aby taki mało istotny szczegół jak piasek przygotować dla wypielęgnowanych stóp milionerów zamieszkujących okolicę. Nie tylko dla gości naszego hotelu ale prawdopodobnie w większej mierze dla mieszkańców sąsiadujących wieżowców dzień dzisiejszy nie powinien różnić się od poprzedniego. Okolica powinna wyglądać tak jak w folderze reklamowym gdy sprzedawano mieszkania za grube miliony.
 Zupełnie nie wiem jak nazwać pojazdy jeżdżące po plaży ale mogę trochę pofantazjować nie znając fachowego nazewnictwa.
Nie pomnę również wszystkich odmian spycharko-gładziarek albo przesiewarek piasku ale wynik ich codziennej pracy dało się łatwo zaobserwować i rzeczywiście nie była to praca pozbawiona sensu. Wszystkie glony wyrzucone przez fale oceanu dostawały się do zbiorników tych dziwacznych pojazdów a czysty piasek powracał na plażę.

Nikogo nie raziły kosze na śmieci dość gęsto poustawiane dla wygody użytkowników plaży i nie udało mi się zaobserwować fruwających śmieci przez cały czas pobytu. Świadomość społeczeństwa dała tutaj znak o sobie i gdy w weekendy plaża aż roiła się od już opalonych ciał jak i tych jeszcze rażących biurową bielą to śmieci lądowały w pojemnikach do tego przeznaczonych a nie bezpośrednio na piasku. Oczywiście nie brakowało również i śmieciarek opróżniających owe pojemniki. Przez cały czas było czysto i przyjemnie. Szczególnie rano gdy ruch kołowy na plaży ucichł widok aż zapierał dech w piersiach. Dobrze wydane dolary po raz kolejny uczyniły cud a przyroda wydawała się zadowolona z takiego obrotu wydarzeń. Budzące się północne przedmieścia Miami witały kolejny poranek gdzie ani wiatr ani ludzka ingerencja nie może zaburzyć poukładanego, dostatniego życia.

czwartek, 9 marca 2017

Senne poranki.

 O tym, że nawet najbardziej zwariowane pomysły można urzeczywistnić przekonał sie chyba każdy. Szybka decyzja wprowadzona w czyn zaowocowała pobytem w hotelu na plaży. Nasz relaks miał być wzmocniony porannymi emocjami. Oczami wyobraźni widziałam obiecane najładniejsze wschody słońca w moim życiu.
Pierwsza noc po podróży wydała mi się zdecydowanie za krótka gdy p. wybudzał mnie ze snu.
- Która to godzina?
- Wstań chociażby na chwilkę.
- Jest ciemno.
- Całe moje ciało buntowało się przed rozkoszami kolejnego dnia.
- Wiem, wiem. Zwykle tak jest zanim wzejdzie słońce. - Nadludzkim wysiłkiem uniosłam się na łokciach aby spojrzeć na przemądrzałego geniusza oznajmiającego mi tak oczywiste prawdy. Odruchowo mrużyłam powieki przyzwyczajona do domowych warunków gdzie zwykle wstawaj idzie w parze z zapalaniem światła aby przyspieszyć proces pożegnania snu. Wąziutkie szparki powstałe przez uchylenie odrętwiałych powiek nie pozwalały moim oczom dostrzec czy p. ma zadowoloną minę z budzenia żony czy nie. Czy w ogóle zwraca na mnie uwagę. W każdym razie ktoś chodził po pokoju. Brak p. w łóżku wskazywał, że to on przemierza przestrzenie gdzieś w ciemności. Upewniłam się gdy usłyszałam twój aparat już gotowy. Czy ten piekielny stwór nie daruje mi ani jednego poranka? Czy po to przemierzyłam dwa i pół tysiąca kilometrów aby być zrywaną z łóżka przed wschodem słońca!? Czy nasze wakacje zawsze będą harówką ponad ludzkie siły? Nie czekając na podpowiedź sama odpowiedziałam TAK i opadłam odsuwając łokcie na boki. Głowa walnęła w poduszkę z impetem którego nie powstydziłby się meteor tunguski i cichutko jęknęłam ze zrezygnowaniem.

- No szybciej. - Ktoś poganiał kogoś. Ten drugi ktoś postawił bose stopy na podłodze i skierował się w stronę drugiego łóżka na którym leżała moja walizka. Zamierzałam wydobyć z niej jakieś stosowne okrycie. Wyciągnęłam rękę i zrezygnowałam. Kto z plaży będzie wpatrywał się w jeden z balkonów hotelowych na ósmym piętrze.  Nikt nie zwróci uwagi na postacie na balkonie i nikomu nie przyjdzie do głowy analizowanie mojego stroju lub jego braku w niektórych miejscach. Musiałam wyglądać koszmarnie bo zatroskana gęba męża wypowiedziała najpiękniejsze słowa w tym miesiącu.
- To tylko pięć minut a potem możesz spać jak długo zechcesz. Przyjechaliśmy abyś wypoczęła. - Litości czemu mi to mówisz o piątej rano! Dlaczego nie usłyszałam tego nigdy o piątej po południu. Może p. nie wpadnie na pomysł budzenia mnie o czwartej rano aby dowiedzieć się czy śpię. Za obiecany relaks nawet chciałam go ucałowac ale na przeszkodzie tkwił mój aparat fotograficzny oczekujący rąk właścicielki. Zważywszy na to, że to dopiero drugi dzień miesiąca słowa p. potraktowałam jako nagrodę za wieloletnie męki z jego trudnym charakterem. Może nadchodzi zmiana?

Wprost wyśnione miejsce na poranki ze wschodem słońca. Idealne do robienia zdjęć. Siedząc w fotelu na wysokości moich oczu była barierka chroniąca zaspanych przed upadkiem w okolice basenu. Niestety musiałam wstać aby podziwiać pierwsze sekundy nowego dnia. Prawie czarne chmury na horyzoncie nie zapowiadały spektakularnego pojawienia się ognistej kuli nad oceanem.
Czerwone promienie wdzierały się pomiędzy chmury ciągnące się od lewej ku prawej studząc nasze zapały i oczekiwania na bezchmurne niebo. Pierwszy poranek przywitał nas ładnym, nie powiem oszałamiającym, wschodem. Pocieszaliśmy się, że kolejne będą bardziej kolorowe a któryś z nich zapamiętam do końca życia.
Innych poranków nie było. Nie, nie. Były ale ten pierwszy był najładniejszy o czym wiem dziś. Wtedy z nadzieją budziliśmy się rano i pijąc szampana klęliśmy na głos, że chmury które magicznie ginęły po wschodzie słońca całkowicie przesłaniały jego wschód. 

Codzienne pobudki już mi nie przeszkadzały bo po kolejnym nieudanym polowaniu na cudowne widoki wskakiwałam do jeszcze ciepłego łóżka aby rozkoszować się sennymi porankami.

piątek, 3 marca 2017

Prawie czapka niewidka.

Według specjalistów od marketingu zimy już nie ma. Skończyła się, koniec i kropka. Na zewnątrz jeszcze mroźno i czasami biało ale pod dachami sklepów zapanowała gorączka wyprzedaży zimowej odzieży. Wracając od znajomych którzy mieszkają od nas o godzinę jazdy samochodem postanowiliśmy odwiedzić trzy sklepy z ciuchami. Jeden z nich ma wiele innych działów ale o nim za chwilę. Dwa pierwsze zwiedziliśmy w moim sklepowym tempie czyli zbyt szybko jak na możliwości p.. Nic specjalnego nie wpadło mi w oko więc nie tracąc czasu ruszyliśmy do ostatniego aby tam złożyć zamówienie na japonki. Tak mi przypasowały te klapki, że nie chcę żadnych innych i co roku kupuję dwie pary aby jedną z nich poświęcić na codzienne człapanie w domu i wokół niego. Druga para jest na wypad do sklepu spożywczego lub gdzieś gdzie wypada pójść w japonkach. Obecnie sklepy jeszcze funkcjonują ale wybór oferowanych towarów które można dotknąć przed zakupem jest przerażająco znikomy. Prawdziwy asortyment znajduje się w internecie. Tam wybór jest tak wielki, że wydaje się niemożliwy do ogarnięcia. Mogłam zamówić obuwie z dostawą do domu ale nauczona doświadczeniem gdy sklep jest niedaleko domu wolę odebrać zamówiony towar ze sklepu. Dostawa do domu jest bardzo wygodna i darmowa ale zdarzają się pomyłki i wtedy trzeba buty numer 6.5 odesłać bo zamówiłam szóstkę. Całe udogodnienie dostawy do domu bierze wtedy w łeb i staje się pracochłonne, czaso-żerne i po prostu uciążliwe. Czasami dostarczony towar jest wadliwy i znów trzeba odsyłać. Wolę pomacać, pooglądać i wtedy kupić.
Ostatni sklep to gigant o profilu myśliwsko-sportowym. Kiedyś był obłędnie wspaniale zaopatrzony ale teraz drugie piętro jest zabite deskami i dla kupujących dostępny jest tylko parter. Buty zamówiłam i ruszyliśmy po wiórki z drzewa wiśniowego do naszej wędzarki. Jak się okazało nie było wiśni więc zdecydowaliśmy się na drewno hikorowe czyli coś co może być orzechem w wydaniu amerykańskim. Zawsze gdy odwiedzam ten sklep idę przywitać się z mieszkańcami dwóch olbrzymich akwariów. Lubię ryby jeść, lubię ryby oglądać i lubię wędkowanie. Obieranie ryb zostawiam mężowi który nie lubi wędkowania więc pozostaje mu patroszenie i cała reszta. Ryby podpłynęły do dzielącej nasz szyby i z zainteresowaniem przyglądały się moim poczynaniom.

Z tego miejsca tylko krok dzielił nas od wieszaków z odzieżą. Która kobieta oprze się pokusie spenetrowania zasobów rzadko odwiedzanego sklepu? No która? Ponieważ szafa ostatnio zupełnie bez uprzedzenia zmniejszyła swe rozmiary na tyle, że już się wejść do niej prawie nie da więc o zakupie ciuchów nie mogłam nawet skrycie pomyśleć aby p. nie wykopał wojennego toporka. Zainteresowałam się zatem nakryciami głowy. Tych nie mam za wiele a przecież to ważna część garderoby bo bardzo widoczna. Może okazać się nawet zbawienna w niektórych sytuacjach więc czemu by nie popatrzeć choćby przez chwilę na ofertę handlową w zasięgu ręki. Różnorodność czapek, kapeluszy i pończoch dla włamywaczy zamurowała mnie na chwilę ale dzielnie zabrałam się do przymierzania gdy zdziwienie minęło.
Czapka Daniela Boone'a. Futrzany toczek z ogonem lisa.
To też czapki. Byk na głowę?
Gdy chwyciłam byka za rogi p. wymiękł. Oznajmił, że znajdę go przy stoisku z pistoletami i kręcąc przecząco głową zniknął pomiędzy wieszakami. Zostałam sama ale zapał do przymierzania wcale nie zmniejszył się o połowę. Czapki z bykiem nie przymierzyłam zbita z pantałyku i bardzo tego żałuję. Macałam, oglądałam i nie liczyłam minut myśląc, że jak p. znudzi się pistoletami odnajdzie mnie bez trudu. Spojrzałam z niesmakiem na kościotrupa ubranego w czerń i pomyślałam o moim końcu zakupów. Jak nie przestanę to tak będę wyglądała gdy moje zakupy zakończy strzał z pistoletu. Brr, o czym ja myślę. Odszukam p.. Trudno było mi pożegnać się z kapelindrami ale dla niepoznaki założyłam na głowę czapkę ze sztucznymi szuwarami albo czymś podobnym. Ruszyłam na poszukiwania całkiem dobrze zamaskowana i myślałam, że jestem niewidoczna dla otoczenia.
p. oglądał właśnie sztucer gdy stałam jak duch obok niego. Obsługujący pan za ladą wlepił we mnie ślepia zdradzając tym samym moją starannie skrywaną obecność. p. lekko odwrócił głowę i ciałem jego wstrząsnął dreszcz panicznego strachu. Karabin nie wystrzelił w brzuch sprzedawcy tylko dlatego że spust miał zabezpieczony zamkiem. Oddał śmiertelną broń i chwycił mnie za ramię wściekły jak ranny ryś. Opowiedział mi jak się wystraszył bo trzymając Winchestera myślami był w Afryce osaczony zewsząd lwami. Widok ukochanej chyba żony z sitowiem na głowie tak go wystraszył, że prawie zmoczył portki (jak to tutaj mawiają). Moje zapewnienie, że miała to być czapka niewidka wcale go nie uspokoiło a nawet zawył wściekle, że nie doczeka kolejnego sylwestra jak mi głupoty z głowy nie wyparują. Na wszelki wypadek, skoro mój mąż taki strachliwy, powinnam uzbroić się w oręż obronny. Wybrałam kuszę bo i celna i cicha. Zyskałam pełną aprobatę. Taką bronią to każdego zwierza można położyć z dużej odległości bez względu na ilość nóg. Kusza miała lunetę i dobrze pasowała do mego wzrostu.
Obiecałam poprawę i utemperowanie swych zachcianek. Obiecałam, że jak się nie poprawię to sama zamknę się w sejfie aby nie czynić psot. Obiecałam.