czwartek, 31 grudnia 2015

Niezwykła końcówka.

Szczęśliwego Nowego Roku
                            życzy 
                           Ataner 

Dlaczego dopiero teraz przesyłam życzenia? 
Przeczytajcie poniższy tekst.

 Ledwo zdążyliśmy na Święta do domu i w ekspresowym tempie udało nam się wszystko przygotować. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy po niezbyt udanym wypadzie do głębokiego lasu. Po wigilijnej wieczerzy gdy wokół ucichło a ciemna noc zagoniła do łóżek tych co to nie chcieli wyjść z domu przed północą zabrałam się do posprzątania kuchni aby pierwszy (i jedyny u nas) dzień Świąt nie przywitać niepotrzebnym bałaganem. p. jak zwykle ruszył z pomocą aby szybciej zakończyć sprzątanie bo we dwie osoby robota idzie zdecydowanie szybciej. Akurat tego dnia było przeciwnie i jakoś utrudnialiśmy sobie pracę wchodząc sobie w drogę i starając się robić dokładnie to samo co ta druga osoba. Wolałam sama stawić czoła zadaniu i przegoniłam męża na kanapę. 
- Pomogę ci. - Zapewniał p.. 
- Pooglądaj sobie telewizję a ja w tym czasie ogarnę kuchnie. Zajmie mi to góra dziesięć minut. 
- Telewizję? - p. jest chyba jedyną osobą która nie wyrobiła w sobie nawyku podglądania świata przez ekran telewizora. Dla niego telewizja nie istnieje. 
- Zrobię ci drinka i popatrz jak sama uwinę się w kilka minut. - Lodówka wydawała się zapchana po same brzegi i wydobycie toniku wymagało wyładowania połowy jej zawartości. Wreszcie litrowa butelka ujrzała światło dzienne i od razu wyślizgnęła się z mojej ręki upadając na podłogę. Szklanka, trzy kostki lodu i gin. Do tego jeszcze tonik. Chwyciłam napój w pośpiechu aby jak najprędzej zająć p. czymś innym niż przypatrywanie się mojej pracy. Odkręciłam butelkę. Nastąpiła eksplozja spienionego toniku który zalał prawie całą kuchnię i ogromna kałuża zaczęła rozlewać się w stronę living room. Zrobił się zamęt. Cała mokra pobiegłam do łazienki aby zmyć z siebie klejący płyn i przebrać się w coś suchego a p. tymczasem ratował podłogę. Wypadki przy pracy zdarzają się każdemu więc nie winiłam się zbytnio. Powinnam jednak pamiętać, że tak samo ostrożnie jak z szampanem trzeba obchodzić się z napojami gazowanymi, szczególnie tymi które zostały przed chwilą wstrząśnięte. Tak to jest gdy w głowie co innego a ręce wykonują polecenia rdzenia kręgowego.
Święcie przekonana, że cały świat pracuje na takich samych obrotach jak ja i z tą samą dokładnością już ogarnięta biegłam do kuchni. Raptem stała się rzecz tak niespodziewana i bolesna, że odjęło mi zmysły na chwil kilka. Na pominiętej przez p. plamie napoju zaliczyłam poślizg niekontrolowany i nakryłam się nogami lądując na kości ogonowej. Prawym uchem musnęłam kant połączenia ścian i dopiero po chwili opadły nogi. p. wysunął głowę do przodu i wyglądał jak żółw. Przypatrywał się w zdumieniu na mą pozycję i chyba zaczynał rozumieć, że jego zamach na moje życie zawiódł. Jęknęłam podnosząc głowę i w tym momencie p. ruszył w mym kierunku. Posadzona na kanapie dochodziłam do siebie. Przygotowanego w połowie drinka dla p. i dokończonego przez niego dostałam ja. Prawdopodobnie na znieczulenie. Siedziałam i jęczałam z bólu bo szok dawno już minął.
Co tu owijać w bawełnę, dnia następnego jak mumia bez ruchu trwałam w łóżku. Ładne Święta. Białe Święta w białej pościeli. Do dziś jestem wyłączona z życia a siniak na czterech literach (zdjęcia nie będzie) jest rozległy, bolesny i siny! Boli mnie kręgosłup i zmiana pozycji na drugi bok wyciska ze mnie siódme poty i jęki jak z sali tortur za czasów Inkwizycji.
Dzisiaj już mogę siedzieć i opisać to zdarzenie bo sumienie mnie gryzie. Nie złożyłam życzeń Wam wszystkim w odpowiednim czasie. W pośpiechu, rzutem na taśmę składam życzenia noworoczne ale i tak nie jest tak jak być powinno. 

Sylwester oczywiście w domu:(((

sobota, 26 grudnia 2015

Bisti/De-Na-Zin ponownie.

 Czy powroty w to samo miejsce mają sens postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze. Bisti/De-Na-Zin to wyjątkowe miejsce o zróżnicowanym krajobrazie. Teren jakby wyrwany z kosmicznej opowieści jest tak rozległy, że zanim przyjdzie znudzenie to zmęczenie zmusi strudzone nogi do powrotu. Przyjechaliśmy w to miejsce aby odszukać jedną niewielką skałkę. W 2014 roku szukaliśmy jej po wschodniej stronie i zamiast niej znaleźliśmy tysiąc innych równie ciekawych. 
p. nie lubi powrotów do miejsca porażki i długo musiałam prosić abyśmy znów podjęli próbę odnalezienia miejsca tak dobrze skrywanego przez wzgórza i małe kaniony. Auto zaparkowaliśmy w znanym już miejscu i ruszyliśmy tym razem zachodnim skrajem bo ponoć właśnie tam odnajdziemy "zgubę" z łatwością. 
Jak zwykle pewność p. zmyliła moją czujność i bez specjalnego przygotowania ruszyliśmy na krótki spacer.
- To jest banalnie proste. - Zapewniał. - Pójdziemy wzdłuż wyschniętej rzeki jakiś kilometr i na stoku po naszej prawej odnajdziemy to czego nie udało się znaleźć w zeszłym roku.
Ruszyliśmy raźnym krokiem przeskakując uschnięte rośliny w pobliżu miejsca gdzie kiedyś płynęła rzeka. Ponoć jeszcze kilka minut i pośród pagórków które już były w zasięgu wzroku znajduje się poszukiwana skałka. 
Już nigdy nie uwierzę temu kłamliwemu stworzeniu. Weszliśmy na szczyt aby lepiej widzieć przestrzeń przed nami i okazało się, że nie ma nawet wspomnienia o cudownej formacji skalnej. 
Później było kolejne wzgórze i kolejne i kolejne. Cudu przyrody ani widu ani słychu.
- To gdzie w końcu jest ta skała? - Spacer przerodził się w uciążliwą wędrówkę w górę i w dół. Rozpoczęło się błądzenie przypominające do złudzenia nasz zeszłoroczny pobyt.
Umordowani "relaksującym" spacerkiem wracaliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy auto. Oczami wyobraźni widziałam siebie odpoczywającą na łóżku w hotelu z nogami ułóżonymi na poduszce. Znów cały dzień nie przyniósł powodzenia a humor p. znajdował się poniżej normy akceptowanej nawet przez żonę, bardzo wyrozumiałą żonę. Pożegnaliśmy po raz drugi kosmiczny krajobraz który wyprowadził nas w maliny. Ostatni rzut oka zatrzymał nas w pół kroku. Stałam na jednej nodze i przecierałam oczy ze zdziwienia. Za nami w dali widoczne były skały których poszukiwaliśmy cały dzień.
Zzieleniały ze złości p. wycedził: "wracamy tutaj jutro".
 Uśmiechnęłam się skrycie bo polubiłam to nieziemskie miejsce a skrzydła widoczne w dali zapowiadały jeszcze ciekawszy dzień wędrówki.



Zdjęcia poniżej są w dużej rozdzielczości aby lepiej poznać tą okolicę. Tylko przez miesiąc.

wtorek, 22 grudnia 2015

Przed Świętami do lasu

W tym roku ulegliśmy czarowi opowieści naszego kolegi. Tak cudownie opowiadał o swoim domku w lesie, że postanowiliśmy zaszyć się w głuszy Wisconsin na Święta. Oczami wyobraźni widziałam bajeczne choinki uginające się pod ciężarem puchu skrzącego się w poświecie księżyca ale oczekiwał nas koszmar zamiast bajki.
Zima za pasem więc auto wypakowaliśmy po sam dach ciepłymi ciuchami. Przy rozpakowaniu samochodu już na miejscu zadziwiła mnie ilość posiadanej garderoby na taką pogodę. Niektórych jej części nie używałam od lat i już nigdy nie założę bo jakieś to niemodne albo o dziwo zbyt obcisłe.
Trzy ogromniaste torby i prowiant zabrany na kilka dni oraz tysiąc przydatnych w takich warunkach przedmiotów zapełniły podłogę niewielkiego jak się okazało living room. Dwie sypialnie zapraszały nowoprzybyłych pustką i zimnem. 
Ale tu wilgotno i ponuro. -  Roztarłam ramiona i wsadziłam dłonie do kieszeni grubego swetra. Wszystko się zgadza, ogrzewanie jest. Dwie farelki na próżno mieszały swe ciepłe powietrze z tym zalegającym w najskrytszych kątach o temperaturze minus pięć Celsjusza. Po trzech godzinach w pokoju z ust ciągle unosiła się para. Sypialnie pozostawiliśmy zamknięte i postanowiliśmy spać tu gdzie jest równie zimno jak wszędzie. Do dyspozycji była jeszcze kuchenka gazowa więc zaraz po wypiciu herbaty z podwójną porcją rumu wyszliśmy na romantyczny spacer. Śnieg zalegał gdzie niegdzie ale nie na choinkach których w ponurym liściastym lesie po prostu nie było. Po dwóch tygodniach od ostatniego opadu pozostało go jak na lekarstwo. Krótki i smutny spacer zakończyliśmy otwierając drzwi do pustelni w głębokim lesie. 
W środku było już o pół stopnia cieplej. Powietrze dodatkowo nasączyło się wilgocią od palników gazowych. Po kolejnych dwóch wzmocnionych herbatkach ubrani w najcieplejsze ciuchy weszliśmy do śpiworów. Noc była wyjątkowo krótka i bajki Andersena i braci Grimm prześladowały mnie przez te parę godzin. Pisnęłam z obrzydzenia gdy rano wkładałam zimne obuwie. Gdy p. smarzył jajecznicę ja piłam herbatkę połykając wrzątek który wcale mnie nie parzył. 
Minął dzień podczas którego zdecydowaliśmy, że jutro o świcie wracamy do domu na Święta. 
Będę wreszcie miała internet i znośne warunki w których żyję na codzień od lat a kolejny wypad przewiduję gdy będzie CIEPŁO!

sobota, 5 grudnia 2015

Pasek

 Mamy niespodziewaną przerwę w odnawianiu sprzętu fotograficznego. Już zaczęłam przyzwyczajać się do tego który został mi przydzielony ale wiem, że za dwa lata nastąpi całkowita zmiana i znów będę miała jakiś inny. Jeszcze dokładnie nie wiemy jaki bo technologia obecnie galopuje i firmy co roku wprowadzają na rynek nowe modele. 
Aby ułatwić użytkowanie aparatu fotograficznego p. zakupił cudowny pasek. W domu nastąpiła prezentacja przemyślnego sposobu noszenia aparatu. Wyglądało to imponująco i bardzo łatwe w użyciu. Od tej pory aparat został uwolniony z pasków po jego bokach i umocowany do nowego tam gdzie przykręca się statyw. Czyli od spodu. Koniec z podskakującym aparatem na brzuchu, teraz będzie w pozycji zawsze gotowy do strzału jak rewolwer w kaburze. Popatrzyłam, pochwaliłam i jego cudowne ułatwienia miały nas zaskoczyć przy jego ponownym użyciu w terenie.
Przebywając w północnej części Nowego Meksyku zmusiłam p. do kolejnej wizyty w Bisti-De-Na-Zin. Usłyszałam wiele razy nie, nie, w odpowiedzi. Argumentów było bardzo dużo a najczęściej powtarzanym był ten, że już tam byliśmy i niepowodzenie w odnalezieniu jednego głazu za pierwszym razem pozbawiły p. ochoty na kolejne próby. Nie dawałam za wygraną i po godzinnym praniu mózgu mąż uległ.
Zaparkowaliśmy w znanym nam miejscu i ruszyliśmy tym razem innym skrajem rozległego terenu z krajobrazem ukradzionym Księżycowi.
Nastąpiło uroczyste przykręcanie nowego paska do aparatu.

- Okropnie długi ten pasek. - Język aż mnie świerzbił aby skrytykować to co widziałam. - I jakiś niebywale szeroki. - Wypowiadając te słowa położyłam dłoń na swoim aparacie który w tradycyjny sposób wisiał na szyi.
- Poczekaj chwilę a zobaczysz jak to cudownie proste urządzenie ułatwia życie fotografowi. - Optymizm p. jest oczywiście zarażający ale to co wyczyniał nie wskazywało na łatwość użytkowania. Gdy walka przedłużała się w nieskończoność ruszyliśmy w drogę.
- Tylko się nie zabij. Patrz również pod nogi. - Szłam za p. i podziwiałam „łatwość” którą z przyjemnością uwieczniłam na zdjęciach aby później p. mógł sam zobaczyć swoje wyczyny.
Chyba ze dwa kilometry uleciały mi z pamięci bo byłam zafascynowana widokiem człowieka prześladowanego pętlą która za żadne skarby nie chciała ułożyć się poprawnie. 
- Na pewno i ty polubisz ten sposób noszenia aparatu. - p. nie zdawał sobie sprawy, że wprowadzał mnie w osłupienie faktem, że można w taki sposób wyginać ręce nie wyrywając ich ze stawów. Aparat fotograficzny częściej znajdował się nad głową posiadacza niż gotowy do użycia i ja niby miałabym polubić taki sposób noszenia. Rechotałam ze śmiechu ale tłumiłam dźwięki aby nie doprowadzić do rozpaczy męża. 
W końcu upór przyniósł od dawna oczekiwany skutek i rzeczywiście wszystko zaczęło mi się podobać. Aparat spoczywał przy udzie łatwy do chwycenia i nie przeszkadzał podczas spaceru. Jednak poczekam rok albo dwa zanim sama skorzystam z tego udogodnienia bo mnie aparat noszony w starym stylu wcale nie przeszkadza.

sobota, 28 listopada 2015

Spacer na stojąco.

 Petronelę opętała chęć rozkoszowania się naturą czyli spacerów na świeżym powietrzu. Kilkumiesięczne milczenie zostało zamienione na cotygodniowe spotkania. Pierwszy nasz spacer rozpoczęłyśmy w czasie lanczu w restauracji. Tam gdzie spacer miał się rozpocząć tam się też zakończył bo Petronela tyle zjadła, że nie mogła podnieść się z krzesła nie mówiąc już o spacerowaniu czy lekkim truchcie o którym tak wiele wcześniej opowiadała. Drugie spotkanie również przyniosło niespodziankę. W drodze do parku wstąpiłyśmy do zespołu sklepów tylko na sekundę aby Petronela mogła kupić nowe perfumy. Był to konieczny zakup w ostatniej chwili gdyż wieczorem szła na randkę. Nowy zapach miał oszołomić mężczyznę. Perfumy w końcu wybrała ale na spacer brakło czasu gdyż podjęcie decyzji przeciągało się w nieskoczoność. Wizyty w kolejnych sklepach zmęczyły nas do tego stopnia, że każda z nas po zakupach udała się do domu zamiast do parku.
- Szykuj się na spacer będę za pół godziny jedziemy do parku. - Usłyszałam w telefonie Petronelę która mówiła bez przecinków na jednym tchu i całość brzmiała jak rozkaz generała. Ja szeregowiec nawet nie starałam się protestować bo Petronela nie słucha, Petronela gada. - Teraz nie mogę rozmawiać bo jestem zajęta bo wiesz... - przez kolejne dziesięć minut wysłuchałam skróconej wersji o podrywie kolejnego partnera. Czas mijał a ja słucham tej bredni nie mając szans na ewentualne przygotowanie się do wyjścia. Napisałam ewentualne bo przecież nie mogłam zebrać myśli i zdecydować czy wychodzić z domu w tak niesympatyczną pogodę. Jesień za oknem w jej typowej odsłonie czyli ciemno bo słońce za chmurami, od czasu do czasu pada i kanapa naprzeciw telewizora wydaje się najlepszym kumplem w takim dniu. 
- Muszę założyć buty. - Udało mi się wtrącić swoje krótkie zdanie podczas gdy Petronela ze szczegółami opowiadała o przemeblowaniu mieszkania w związku z zamiarem sprowadzenia narzeczonego. 
- No co ty! Za wcześnie nie przyjadę wcześniej niż o dwunastej. - Odparła oburzona i również zdziwiona moim postępowaniem. Spojrzałam na zegarek stojący w zasięgu wzroku i jeszcze raz przyjrzałam się wskazówkom. Dziesiąta naście odczytałam bo okulary oczywiście gdzieś są w domu ale gdzie nikt nie wie. Jak ryba wyjęta z wody niemo chwyciłam głęboki haust powietrza. 
- Będziesz w południe? 
- No tak ci mówiłam. Jak zwykle mnie nie słuchasz. 
- Słuchaj muszę kończyć bo ktoś usiłuje się do mnie dodzwonić dokończysz jak się spotkamy. - Nie czekając na zgodę rozmówcy przerwałam połączenie. Miało być pół godziny od dziesiątej czyli według Petroneli południe. Z matematyki byłam bardzo słaba ale do dziesięciu jeszcze nawet dzisiaj potrafię liczyć i za nic nie wymyśliłabym takiego wyniku. Przygotowałam kurtkę i grube buty na solidnej podeszwie bo przecież nigdy nie wiadomo do którego parku pojedziemy i którą drogą pójdziemy. Zbliżała się dwunasta i grzebałam się w kuchni aby przygotować kawę i herbatniki na poczęstunek. Woda w czajniku już miała wrzeć gdy usłyszałam otwierające się drzwi od patio i rozmowę dwóch osób. 
- Wchodź wchodź, Ataner pewnie nie jest gotowa to poczekamy. - Petronela kogoś zapraszała do środka. Nie wybiegłam na spotkanie ale chwilę poczekałam na rozwój wypadków. Moje ukrywanie się na niewiele się zdało bo od razu do kuchni wpadł Alfons czyli Al czyli pies Anki. Jednym liźnięciem pochłonął jedzenie Helgi i wychłeptał miniaturową miseczkę wody. Teraz przywitał się ze mną skacząc na tylne łapy i usiłując mnie polizać po paszczy. W takiej sytuacji szybko zebrałyśmy się do wyjścia. Kawę przelałam do kubka podróżnego i wyszłyśmy na parking. Anka ma auto przystosowane do przewożenia psów z kratką oddzielającą bagażnik od przedziału pasażerskiego ale kłaków nie brakowało w każdym możliwym zakamarku auta. Syknęłam z obrzydzeniem ale powstrzymałam się przed uwagą na temat czystości bo w moim aucie też nie jest idealnie ale różnica była zaskakująca. Od razu byłam wściekła na Petronelę, że nie uprzedziła mnie o takim szczególe, że również Anka będzie brała udział w spacerze i, że będzie z psem. Szybkie oględziny wnętrza okazały się próżnym zabiegiem i usiadłam z tyłu a za mną w bagażniku do ucha dyszał mi Alfons. Zaczęło lekko mżyć i przysłuchiwałam się rozmowie z rzadka wtrącając swego jednego grosza anie jak to się mawia „trzy grosze”.  Zerknęłam za okno i z lekka zgłupiałam. Jechałyśmy autostradą do Wisconsin pozostawiając wszystkie znane mi parki w tyle. 
- Dokąd jedziemy? - Postanowiłam jednak zapytać bo może źle wyrokowałam. W odpowiedzi dowiedziałam się, że oczywiście nie jedziemy do parku tylko w dzikie miejsce ale tylko pół godziny za granicą. Byłam bez szans na uśmiech radości. Rozumiem, że pies musi się wybiegać ale dlaczego ja akurat mam mu w tym pomagać nie miałam pojęcia. Wyjście do parku zdecydowanie się różni od wyprawy na bezkresne łąki specjalnie zachowane w swym dziewiczym stanie. No trudno niech tak będzie, ukręcę łeb Petroneli później ale teraz kolej na czerpanie korzyści z niespodziewanej wycieczki. Rzeczywiście w ciągu niespełna trzech kwadransów byłyśmy na miejscu. Jakby ktoś chciał poznać uroki jesieni to akurat to miejsce byłoby idealnym przykładem smutku i beznadziei. Wysoka trawa która umarła przed dwoma miesiącami była mokra i wyższe jej gatunki miały pióropusze kwiatów pochylone do ziemi pod ciężarem deszczu. Jakby kładły swe głowy na katowski pień. Drzewa bez liści tego dnia wydawały się mieć zupełnie czarne pnie. Lekka mgła przemieszczała się z miejsca na miejsce i nie mogła sobie znaleźć kępki krzaków aby zakotwiczyć na stałe. Iście wisielczy krajobraz bez wisielca na pobliskim drzewie. Gdy tylne drzwi zostały otwarte pies ruszył w pogoń za niewidocznym zwierzem, śladem widocznym tylko dla jego węchu. Zrobil jedno duże koło i po chili przybiegł sprawdzić czy już ruszyłyśmy w drogę. Postawiłam kołnierz kurtki bo wilgoć już lizała mnie po szyi. Ręce do kieszeni i już byłam gotowa na spacer gdy raptem bardzo blisko nas z wysokiej kępy traw rozległ się skowyt psa. 
zdjęcie z internetu
Wszystkie głowy skierowały się w tamtą stronę i trzy pary oczu zobaczyły spokojnie oddalającego się skunksa. 
Po chwili dopiero Al zataczając się jak pijak skierował swe kroki w naszym kierunku. Anka pisnęła przeraźliwie i ruszyła na jego spotkanie. Pies położył się na trawie i usiłował zetrzeć z siebie obezwładniającą woń straszliwej broni skunksa. Stałam zupełnie martwa wpatrując się jak właścicielka psa wyciera mu pysk swoją bluzą i dłońmi. Na nic zdały się próby ratunku. Smród już do nas dotarł a pies wyglądał jak oszalały. Raz chciał dopaść sprawcę a po chwili padał na ziemię tarzając się w trawie. Ponownie chciał gonić już niewidocznego skunksa by zaraz wdrapywać się na Ankę szukając pomocy. 
- Musimy jechać do domu. - Oznajmiła Anka. - Nic tu nie poradzimy. - Chciałam chwycić klamkę drzwi które przed kilkoma sekundami zamknęłam ale Anka odepchnęła mnie stanowczo i usadowiła się na tylnim siedzeniu z psem na kolanach. 
- No szybciej, jedźmy! - Anka była zdenerwowana bo pies znajdował się jakby w omdleniu. - Zahaczymy jeszcze o sklep. Potrzebuję sok pomidorowy
- A wódkę masz? - Z zadziwiającym zainteresowaniem spytała Petronela.  
- Muszę go w nim umyć. - Petronela patrzyła na Ankę bez cienia zrozumienia. 
- Psa w soku. - Prychnęła Anka zdegustowana głupim pytaniem. Obróciłam się w stronę drzwi pasażera ale tam stała Petronela zaciskająca nos dwoma palcami. 
- No jedźmy! - Powtórzyła rozkaz i wskoczyła do środka. W tej samej chwili zrobiło mi się niedobrze bo smród również zaczął działać na mój organizm. Ludzki nos wyczuwa ten zapach w stężeniu tylko 10 części w miliardzie. Czułam, że zemdleję i padnę bez czucia tam gdzie stałam. Co przeżywał pies nie byłam w stanie sobie wyobrazić. „No jedźmy” zakołatało mi w głowie i resztka zdrowego rozsądku przywróciła mnie do życia. Chwyciłam za klamkę i otworzyłam drzwi za którymi Petronela kryła twarz za golfem swego swetra. 
- Szybciej bo zdechnę od tego smrodu. - Ryknęła Anka. 
- Czemu ty nie pojedziesz? - Skierowałam pytanie do Petroneli. - Ja za chwilę umrę a na dodatek kręci mi się w głowie i prawie nic nie widzę. 
- To jest biegówka. - Przerażenie w oczach Petroneli znów lekko mnie ocuciło ale wciąż wpatrywałam się w skurczoną postać koleżanki. Przeczuwałam wyrok bez możliwości odwołania się od niego. - Nie umiem na biegi. - Jęknęła Petronela i głęboko odetchnęła świeżym powietrzem które wdarło się do wnętrza auta. Klęłam w myślach jak szewc w poniedziałek rano i z kopyta ruszyłam za kierownicę. Fotel oczywiście za daleko więc przybliżam go tak aby sprzęgło wcisnąć do końca. Kiedy ostatni raz jechałam autem z mechaniczną skrzynią biegów nie mogłam sobie przypomnieć. Nie było czasu na wspomnienia bo już robiło mi się gorąco. 
- No jedź. - Wrzasnęła Petronela. - Ruszaj!!! - Dodała z wyrzutem w głosie. Biegi. Rysunek przedstawiał znany układ tylko było ich sześć do przodu zamiast czterech. Włączyłam silnik i natychmiast otworzyłam okna. Jedynka, i ruszamy jak na rajdzie bo o koordynacji ruchów nikt nie pomyślał w chwili gdy życie uchodzi tak szybko, że czujesz zmiany prawie namacalnie. Dojazd do autostrady w rozpaczliwym stylu zajął mi dużo mniej czasu niż Ance w odwrotnym kierunku, gnałam nie patrząc na innych użytkowników drogi aby jak najwięcej świeżego powietrza wpadało do środka. Czułam, że za chwilę zwymiotuję prosto na kierownicę i samą siebie. Wtedy umrę z obrzydzenia. Autostrada zapewniła mi w miarę komfortu ale otwarte okna przez które wdzierało się zimne powietrze stanowiły nie lada atrakcję dla wyprzedzających nas kierowców. Było piekielnie zimno i czułam, że mój najkrótszy spacer w życiu, bo zrobiłam jedynie kilka kroków przy aucie, zakończę przeziębieniem. Na zewnątrz było +5C i hulający wiatr w aucie zamienił nas w trzy sople lodu. Pies tymczasem ożył i wykazywał objawy powrotu do życia. My zdechniemy z zimna a pies przeżyje. Powstanie nowe powiedzenie; pacjent przeżył ale lekarz umarł.

środa, 18 listopada 2015

Extremalny manicure

 - Jeszcze piętnaście minut. - Z głupawym uśmiechem na twarzy oznajmiła miła Chinka. Siedzę jak głupia w poczekalni salonu SPA. p.zawsze mawiał, że szacunek dla człowieka, tak mawiał p., objawia się w punktualności. Jeżeli masz umówioną wizytę na 15:00 to o 15:00 powinnaś widzieć przed sobą osobę z którą byłaś umówiona. Nie ma pięciu minut ani dziesięciu. 15 jest piętnastą i nie ma o czym gadać. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Więc siedzę i czekam. Wreszcie przyszła moja kolej i kładę na stolik moje dłonie paznokciami do góry. Chinka podejrzliwie spogląda na moje spracowane dłonie i pyta się jaki lakier sobie życzę.Może i te Chińczyki są szybkie w biznesie i guzik im z tego wychodzi ale ja jestem w "starym stylu". Zanim pomyślę o lakierze to najperw chciałabym mieć delikatnie usunięte skórki i wypiłowane paznokcie. I jeszcze wypoleronane paznokcie. Wymasowane palce i dłonie i jak jestem usatysfakcjonowana z zabiegu  mogę pomyśleć o kolorze lakieru. Gdy wracam do domu po zabiegu to p. jak zawsze krytycznie spogląda na wyczyny za dwadzieścia dolarów i opowiada mi jak powinno się piłować paznokcie i jaki ich kształt powinnam mieć aby moja dłoń wyglądała smukle i ponętnie. No miech mnie gęś kopnie skąd ten typ wie jak pielęgnować damskie ręce. Zawsze lub prawie zawsze jest komentarz w stylu; french wyszedł z mody teraz nosi się paznokcie owalne, teraz nosi się paznokcie szpiczaste. Niby ja nie nadążam za modą?
 Teraz zacznę pisać na temat ale wstęp był długi i konieczny bo....
Zima już jutro ma zabić wszystkie kwiaty które radowały nas przez siedem miesięcy i ostatni ciepły dzień poświęciliśmy na zabicie pelargonii i petunii wyrzucając je na śmietnik. Zrobiło się szaro i ponuro w ogrodzie i pod oknami. p. zrobił wszystkie fizyczne prace gdy ja zadbałam w tym czasie o strawę dla ducha czyli muzykę na cały gaz i łagodne drinki. Tak mniej więcej wygląda jesień i wiosna w naszym ogrodzie. Gdy p. podnosił szklankę ze wspaniałym porto, kieliszki mamy ale w takich warunkach wino pijemy w szklankach, jego brudne ręce nie mogły zostać niezuważone. Ręce pal licho ale jego pazury wręcz prosiły się o manicure. 
- No proszę jak łatwo krytykować bliźniego! - Nie mogłam oprzeć się pokusie aby nie porozmawiać o idealnie opiłowanych paznokciach. 
- Przecież ja to robię z przyjemnością. - Wyraz twarzy p. był lekko zakłopotany i byłam przekonana, że nie wiedział co go czeka. Wskazałam na jego brud pod paznokciami. Jeden paznokieć miał go więcej niż inne i już zaczęłam swoje pięć minut
zdjęcie z internetu
- Niby taki ideał a jednego pazura obgryzłeś jakoś nieudolnie. - O kuchnia wcale nie chciałam tak powiedzieć. - p. spoglądał na mnie z pozycji "położony na łopatki" i starał się zaskoczyć co bliźni ma coś wspólnego z brudem za paznokciami. Nie czekałam aż zaskoczy tylko odpaliłam rakietę wynoszącą satelitę na orbitę okołoziemską. Opuściłam patio i po chwili wróciłam z aparatem fotograficznym. 
- Zrobię ci zdjęcie jak ciężko pracujesz. 
- Oj, nie trzeba akurat dzisiaj bo jak już chcesz dokumentować moją ciężką pracę to powinnaś ze mną być 24 godziny na dobę i nie tylko robić zdjęcia ale kręcić video abyś nie uroniła ani jednej sekundy mojego życia. - Franca nie facet. Wściekła małpa zawsze gotowa do odparcia ataku. Na ekranie aparatu fotograficznego pokazałam ułomność perfekcji zadbania o paznokcie. p. gapił się i nic a nic nie zrozumiał. Nie mogłam już dłużej wytrzymać i zupełnie spokojnie choć śmiech chciał się wydrzeć z na zewnątrz powiedziałam. 
- Krytykować łatwo a ty perfekcjonisto masz jednego pazura dłuższego! - Minęła dłuższa chwila bez odpowiedzi i pewnie nie doczekałabym się odpowiedzi bo wyraz twarzy męża nie wskazywał nawet na odrobinę zrozumienia tematu. 
- Paznokcie! Paznokcie! Jakiej długości powinny być paznokcie? Jakiego kształtu? 
- Czyje? - Chyba zaczął ze mną grać w słówka. Zanim odparłam atak, widziałam w jego oczach zapał. Morderczy zapał przeciwnika gladiatora- Paznokcie kobiet powinny zdecydowanie różnić się od paznokci mężczyzny. - p. spojrzał na swe brudne pazury i stwierdził; jak następnym razem będziesz szła na manicure spytaj mnie o radę.

czwartek, 12 listopada 2015

Rosyjska zemsta

 Dziki Zachód to naprawdę „dzikie” miejsce na globie. Mieszkają tam ludzie i owszem jak w każdym zakątku świata ale spotkać ich jest naprawdę trudno. Odległości dzielące domostwa poza miastami i wsiami są tak duże, że nazwanie najbliższego człowieka w okolicy sąsiadem to dla nas duża przesada. Takie stany jak Nevada, Wyoming, Południowa Dakota, Texas, Arizona, Nowy Meksyk spokojnie można nazwać wyludnionymi. W takich miejscach ma gdzie pohulać wiatr. Szczególnie jesienią i wiosną gdy układy atmosferyczne zderzają się z na dużych przestrzeniach wieje niemiłosiernie. Porywy wiatru mogą być tak silne, że przewracają ciężarówki a śmieci i lekkie przedmioty przemierzają setki mil zanim wiatr ucichnie albo jego moc osłabnie. 
Piasek wciska się wszędzie i jak za długo się czemuś dziwisz to potem trzeszczy w zębach.
Właśnie wiatr jest sprzymierzeńcem rosyjskiej zemsty. Tak nazwałam tumbleweed czyli rosyjski oset. Historia pojawienia się tego super chwastu do końca nie jest wyjaśniona ale przypuszcza się, że nasiona jego zostały przywiezione do Południowej Dakoty razem z nasionami lnu z Rosji w 1870 roku. Innym równie prawdopodobnym zdarzeniem mogło być przywiezienie nasion przez ukraińskich emigrantów. Które z tych wydarzeń jest prawdą nie jest istotne w tej chwili bo i tak pospolita nazwa Russian thistle wskazuje na miejsce pochodzenia. Oset ten zrobił wielką karierę filmową bo prawie w każdym westernie można zauważyć turlające się kule różnych rozmiarów. 

Te które pokazuję na moich zdjęciach są przeciętne ale widziałam również dwa razy większe okazy. Roślina bardzo dobrze zaaklimatyzowała się na amerykańskiej ziemi i pomimo zwalczania jej różnymi sposobami ma się świetnie i nierozerwalnie kojarzona jest z Dzikim Zachodem. Fenomen tej rośliny polega na tym, że umierając (roślina jednoroczna) zielona część oddziela się od korzenia i turlając się gubi na swej drodze przeciętnie 250 tysięcy nasion. Oset rosyjski przyczynia się do pustynnienia terenu gdyż jest wyjątkowo usposobiony do przetrwania na suchym terenie. Pomimo tego, że tam gdzie rezyduje nie ma wody to i tak jest w stanie wyssać z suchej ziemi 167 litrów wody pozbawiając w ten sposób możliwości na przeżycie innych roślin.
Jako ciekawostkę mogę jeszcze dodać, że czasami takich martwych kul jest tyle, że trzeba używać sprzętu mechanicznego do ich usunięcia kiedy zaatakują wieś lub miasto.
Pomimo tego, że wiem jak bardzo jest szkodliwa ta roślina dla ekosystemu to i tak lubię ją za jej widowiskową wszędobylskość.

sobota, 7 listopada 2015

Szyfranci

 Niektórzy uważają, że język plemienia Navajo jest nie do nauczenia się gdy nie jesteś jednym z nich. Inni natomiast są bardziej powściągliwi i zaliczają ten język do bardzo trudnych. Podczas II Wojny Światowej posłużono się nim do szyfrowania komunikacji radiowej w Marynarce Wojennej. Rewelacyjni w łamaniu kodów radiowych Japończycy nie dali sobie rady z codziennym językiem jednego z najliczniejszych plemion Indian północnoamerykańskich.
Miejsce na pomnik uwieczniający udział Navajo w wojnie na Pacyfiku umiejscowiono w bardzo ładnym miejscu które samo w sobie przyciąga licznych turystów. Sławna dziura w skałe pod jakże trafną nazwą Window Rock znajduje się w Arizonie zaraz przy granicy z Nowym Meksykiem i jest bardzo łatwo dostępna dla nawet leniwych osób przejeżdzających przez Gallup. Zaledwie pół godziny jazdy od uczęszczanej autostrady I-40.
Osobiście, nasz język polski uważam za trudny i nie chciałabym uczyć się go za żadne skarby świata nie wspominając o tym na którym połamali sobie zęby specjaliści wojskowi.
Jak wynika z tablicy na pomniku dopiero w 2001 roku władze uhonowały członków sprawnej komórki szyfrującej oraz ich rodziny. Trochę późno ale jak wiadomo; lepiej późno niż wcale. 
 Uczmy się języków obcych bo co prawda wprawne ręce mogą przydać się w "rozmowie" tak dobrze, że nieznany język staje się nagle dobrze zrozumiany a wielokrotnie butelka alkoholu przełamuje bariery nie do pokonania w odmienny sposób. 

sobota, 31 października 2015

Shiprock

 Wierzenia i legendy to bardzo ciekawa część naszego bytu. Skąd taka fantazja pośród ludów zamieszkujących tą bardzo niesamowitą planetę? Oddalone od siebie narody zawsze spoglądają w niebo wyczekując czegoś nadnaturalnego, czegoś co wymykało się ich zrozumieniu. Nie potrfili tego zjawiska nazwać bo brakło im słów na opisanie tego co wydarzyło się na Ziemi dawno temu. 
W Chinach powstały ogniste smoki, w Indiach ogniste rydwany w Ameryce olbrzymie ptaki. Do dziś orzeł cieszy się szacunkiem i uwarzany jest za króla ptaków pomimo to, że nie jest ani najładniejszy ani największy. Może dlatego, że zamieszkuje niedostępne dla ludzi szczyty skał ciagle owiany jest mgiełką tajemnicy. 
Shiprock samotna skała wznoszaca się 482 metry ponad otaczającą ją równinę. Święta skała Indian Navajo którzy wierzą, że owa skała przeniosła Indian z dalekiej północy na obecnie zamieszkiwane przez nich tereny i dlatego nazywana jest Tsé Bitʼaʼí czyli skała ze skrzydłami lub uskrzydlona. 
Legenda jest taka, że szczyt był zamieszkiwany przez Olbrzymie Ptaki (Tsé Ninájálééh) które żywiły się ludźmi. Pewnego razu starszy z Wojowniczych Bliźniaków (to już inna historia) zgładził dwa dorosłe osobniki a pozostałe dwa małe ptaki zamienił w orła i sowę. Na dodatek szczyt skały ma być zamieszkiwany przez duchy.
- Sprawdzę czy one tam rzeczywiście są. - p. jak zwykle z wielką wprawą miesza domysły z rzeczywistością. 
- Chyba nie masz zamiaru wdrapać się na sam szczyt! - Już sobie wyobraziłam konsekwencje takiego czynu.
- Nie czuję się na siłach aby po tak niebezpiecznych trasach męczyć się na próżno. - p. najwidoczniej nie miał zamiaru znaleźć się na samym szczycie aby zweryfikować  opowiadania Indian.
- Oglądając skałę z jednej strony nie masz pewności, że nie ma ich z drugiej. 
- Jakich ich?  Oprócz nas nikogo nie ma. - No niech mnie jasna ciasna przecież o duchach mowa a p. udaje nieobecnego.
- Duchów! Sprawdź czy nie ma tam duchów. 
- Nie ma. Jak nawet są to my ich nie zobaczymy, są za cwane. 
- Sprawdź bo czuję się niepewnie. - W takich miejscach jak to gdzie wiadomo, że duchy od lat zamieszkują lepiej się mieć na baczności i nie wchodzić im w drogę a tym bardziej drażnić.
Chociaż mędrca szkiełko czyli teleobiektyw mojego osobistego fotografa nie odkryło zmieszkujących na szczycie duchów to ja czułam ich obecność. W miarę zbliżania się do niej czułam coraz wyraźniej dziwne lizanie po plecach a w głowie myśli kotłowały się i kłębiły. Na skałę nie wolno wchodzić, wspinać się ani wylądować na jej wierzchołku helikopterem. 
Dojazd nie jest specjalnie trudny ale wymaga czasu aby ominąć wertepy i wybrać dróżki znane tylko niewielkiej grupie ludzi zamieszkujących ten obszar.
Dziwne ale p. który jest wielkim fanem duchów przenikających przez ściany, paranormalnych możliwości zwykłego Kowalskiego nie bardzo wierzy w świętość przybyszów z kosmosu.
Zamiast Tsé Ninájálééh pasowała tutaj wysnuta przez p. historia rzeczywista. Otóż jak on twierdzi na skałę która miała płaski szczyt i była o wiele wyższa wylądowali ludzie z przyszłości. Statek ledwo zmieścił się na niewielkiej przestrzeni szczytu ale lądowanie nie przysporzyło szczególnego problemu. To co wyprawiali przybysze pozostanie przez jakiś czas tajemnicą bo nie o tym przecież piszę.
Gdy nadszedł czas powrotu po dwóch latach, oczy ziemian były zwrócone w stronę samotnej skały wyraźnie rysującej się na horyzoncie. Przybysze zabrali ze sobą kilkoro ludzi i wielki smutek pozostałych stowarzyszył wzmagającemu się odgłosowi ze szczytu. Po chwili nastąpił przerażający huk i porażające światło oślepiło na chwilę obserwatorów. Dopiero po miesiącu grupka odważnych udała się w to miejsce. Zdziwienie i strach ogarnął umysły przybyłych. Ze skały pozostały tylko nędzne resztki które do dziś możemy podziwiać. Takiej potęgi nie widziano wcześniej ani nie słyszano o podobnym przypadku. Zwykłe dla innych lądowanie zaczęło obrastać w historię i jej kolejną wersję uznano za obowiązującą do dziś i ponoć duchy mają strzec tajemnicy po wieki. Czy tak było czy nie nigdy się nie dowiemy ale postrzępiona część szczytu pasuje do opowiadania p.. Być może jestem zabobonna i łatwowierna ale wolę historię opowiadaną przez Indian niż tą wymyśloną na prędce. 
Dziwna i samotna skała strzeże tajemnicy przed wścibskimi turystami a to, że duchów nie widzieliśmy wcale nie oznacza, że ich tam nie ma. Aby było im przyjemniej w swej samotności pustynny teren co roku daje im kolorowy dywan kwiatów a te najpiękniejsze są ode mnie bo przecież lepiej żyć z duchami w zgodzie.