czwartek, 26 czerwca 2014

Prawie śmiertelny relaks.

- Nie, nie i nie! Nie wstaję, nie chcę, nie mogę.
- Błagam cię wstawaj mamy przecież w planie rowerową wycieczkę.
- Daj mi spokój jest jeszcze wcześnie. Zdążymy. Pół godziny i wstaję. - Czułam, że nie mam ani rąk ani nóg tylko uśpiony głęboko sam korpus. Nie mogłam wstać nie mając kończyn więc zacisnęłam oczy i uszy i zapadłam w końcówkę snu. Dziad podły czynił zgiełk nieopisany. Kąpał się, golił i coś gadał na tyle głośno abym przypadkiem nie zasnęła na kolejne osiem godzin. Wychodził trzaskając drzwiami i wchodził powtarzając tą samą czynność domykając drzwi tak dokładnie, że aż ściany się trzęsły. Po chwili poczułam zapach kawy który zwiastował koniec snu. Udawałam, że chrapię i nic do mnie nie dociera ale uparty mąż nie poddawał się w swych niecnych i niegodnych poczynaniach. Zaczął kolejny etap wyrywania mnie ze snu i gaworząc jak dzieciak opowiadał sobie co nas czeka dzisiaj. Troszkę głośniej zakomunikował, że kawa gotowa i stygnie w piorunującym tempie bo nawiew ochładzania skierowany był na stół.
- Kim ty jesteś podły człowieku, że w środku nocy mnie wyrywasz z łóżka? - Zapytałam gdy dotarło do mnie, że nie mam najmniejszych szans na odpoczynek. 

- Twoim ukochanym mężem który już zapakował auto i zrobił kawę. Wystarczy jak przemieścisz się do łazienki i wypijesz kawę. - Otworzyłam usta aby zrugać go za poranne wygłupy gdy raptem jasność pokoju mnie oniemiała. Musiało być późno bo promienie słońca wpadały do pokoju tak natarczywie jakby świeciły już od kilku godzin. 
- Nie mam siły. - Próbowałam ale nadaremno. 
- To ja cię zaciągnę pod zimny prysznic. - Zupełnie spokojnie i bez emocji mój mąż ukazał mi moją mało świetlaną przyszłość. Wolałam już odnaleźć swoje ręce i nogi i poczłapać do łazienki pijąc po drodze chłodną kawę.
Napis „Brak wolnych miejsc” przed wjazdem na parking wcale nas nie zaskoczył bo docierając do celu po południu niczego innego nie mogliśmy się spodziewać. Wierząc w szczęśliwą gwiazdę wjechałam wąską drogą na parking gdzie wolnych miejsc było pod dostatkiem. Jeszcze przed zaparkowaniem auta wyskoczyłam z samochodu i pobiegłam w stronę aligatora wylegującego się w bliskiej odległości. p. przesiadł się i poprawnie zaparkował tam gdzie gdzie mnie nie było sądzone.
Pętlę pośród bagien o długości 24 km można pokonać piechotą, autobusem lub rowerem. My zdecydowaliśmy się na heroiczny wyczyn i wybraliśmy rowery. Przed wypożyczalnią kilka osób na różne sposoby zabijało czas oczekiwania na powrót turystów aby przejąć od nich rowery. Z tablic informacyjnych dowiedzieliśmy się, że jadąc rowerem jesteśmy zobowiązani do udzielenia pierwszeństwa autobusom zatrzymując się na poboczu. Aby ułatwić tą czynność rowery kręcą kółko w lewo a autobusy w prawo więc nie ma obawy, że rowerzysta zostanie rozjechany od tyłu. Kilka osób powróciło i kolejka oczekujących lekko zmalała. Potem nastąpił długi okres oczekiwania i do zamknięcia wypożyczalni pozostało niewiele ponad dwie godziny. W końcu powróciło tyle rowerzystów, że i my ruszyliśmy w trasę.

Kolejny jakby uśpiony okaz został uwieczniony w pamięci aparatu i dokładnie obejrzany z każdej możliwej strony. Przystanków było dużo bo jak tu raptem pominąć rodzinkę żółwi lub nie podglądać pewnej gwiazdy która osłaniała twarz przed wścibskim paparazzi.
Przystając przy drzemiących aligatorach nie raz miałam wrażenie, że to tylko atrapy starannie poukładane przez sprytnych pracowników parku aby uatrakcyjnić zwiedzanie. Ostrzeżenia przed zbytnim zbliżaniem się do nieruchomych gigantów ciągle tkwiło w mej świadomości ale chciałam przekonać sie czy to prawda, że aligatory są tak szybkie, że połkną twą rękę zamim poczujesz ból. Jak zwykle sceptyczny p. tym razem czuł respekt przed nieznanym i zachowywał nawet większą, bezpieczną odległość trzech metrów.
Aż trudno wyobrazić sobie, że takie małe i sympatycznie wyglądające krokodylki mogą po wielu latach przemienić się w potwory z pazurami którymi z łatwością rozszarpują ciało każdego przeciwnika. Skóra gada z upływem lat przemiania się w pancerz gruby i twardy jak stal.
- Czy wiemy która jest godzina? - Nasze przystanki przy atrakcjach ukrytych opodal drogi zajęły nam więcej czasu niż sądziliśmy a na pokonanie trasy mieliśmy dwie godziny. Sam przejazd nie stanowił problemu ale jak nie przystanąć gdy kolejny ogon na asfalcie oznajmia, że może właśnie tu napotkamy jakiś specjalny okaz. Zatrzymywaliśmy się zatem przy każdym ogonie aby nasycić się widokiem aligatorów których nigdy wcześniej nie widziałam na wolności. Wizyty w ZOO nie mają nic wspólnego ze spotkaniem na żywo pomimo tego, że te za szkłem są lepiej odżywione i większe i piękniejsze niż te żyjące na dziko. 
Wakacje mają jedną niezaprzeczalną zaletę; nie używam zegarka (p. również). Wystarczy tylko wstać odpowiednio wcześnie rano aby pózniej nie dbać o upłyający czas. p. zaczął grzebać w menu aparatu fotograficznego aby dotrzeć do zegarka i po chwili okazało się, że musimy ostro pedełować aby oddać rowery do wypożyczalni. 
Przed nami jeszcze 3/4 trasy a tu co chwila jest coś co zatrzymuje nas na dłuższy czas. Nie mogłam przejechać nie robiąc zdjęcia kolejnemu gadowi bo taka wycieczka nie zdarza się codziennie a o rowery będziemy się martwić gdy ewentualnie zastaniemy zamknięte drzwi składziku z rowerami.  
Przyszedł czas aby sprawdzić swoją formę i ostro nadawałam tempo naszemu dwuosobowemu zespołowi.
Po trzydziestu minutach krajobraz jakby zdziczał co nie znaczy, że zmienił sie drastycznie. Troche mniej krzewów przy drodze pozwalalo nam na dalsze wtargnięcie wzrokiem w bagna. Mało zachęcający widok gdy już się wie co żyje zaledwie kilka kroków od nas. Nigdy w życiu nie odważyłabym się na wejście w takie miejsce nawet w kaloszach po szyję.
Było ciepło i w promieniach zachodzącego słońca zrobiliśmy krótki odpoczynek aby złapać trochę oddechu. Bez specjalnego przyglądania się okolicy od razy dostrzegliśmy, że to tylko pozór spokoju. Wszędzie coś czaiło się wyczekując okazji do skonsumowania obiadu.
Kilka kroków do przodu i po drugiej stronie drogi znalezliśmy potwierdzenie faktu, że okolica w której przebywamy po zmroku może być niebezpieczna. W dzień przynajmniej widać co cię zje ale w nocy...
 Z zazdrością patrzyłam jak ptaki pokonują odległości bo przed nami niekoncząca się droga której długość zle oszacowaliśmy i pozostało nam bardzo niewiele czasu.
 p. zarządał sekundy przerwy aby mógł zrobić chociaż jedno ludzkie zdjęcie a nie tylko w pośpiechu z siodełka roweru. Zamieszczam je poniżej ale uważam, że to była strata czasu gdyż mnie na nim nie ma. Ja już pędziłam dalej bo droga  wiła się i końca nie było widać a sił ubywało bardzo szybko, szybciej niż się spodziewaliśmy.
 Udało się nam dotrzeć na pięć minut przed zamknięciem i odetchnęliśmy z ulgą siadając na krawężniku zupełnie wykończeni fizycznie. 
- Ale trasa. - p. spoglądał w dal w tym kierunku skąd przyjechaliśmy. Wachlowałam się kapeluszem aby choć lekko ochłodzić rozgrzaną i spoconą głowę. Pomyślałam sobie o sprincie przez ostanie kilometry ale on miał coś innego na myśli. - Tyle aligatorów w ciągu jednego dnia. Nie do wiary. Mam ich dość na długi czas. 
- Teraz na obiad z szampanem aby uczcić ten dzień i do hotelu bo jestem zupełnie wykończona. - Marzyłam o kąpieli i chłodnym pomieszczeniu aby spokojnie rozkoszować się dzisiejszym dniem. - No to mamy aligatory z głowy, jutro wracamy do domu. - Wakacje dobiegły końca i już nie spodziewaliśmy się atrakcji w najbliższej przyszłości. Jak nieprawdziwe były to myśli miałam przekonać się na własnej skórze już za pięć minut.
Bardzo zadowoleni z pobytu wyjeżdzaliśmy z parku Shark Valley gdzie zobaczyliśmy inny nieznany świat o którym wielokrotnie rozmawialiśmy, że warto byłoby tam wpaść bo to jedyne miejsce gdzie USA przemienia się w dżunglę pełną niespodzianek.
 - Zobacz! Pożegnalny aligator! - p. wskazał na cielsko tuż obok mnie. I byłby to pożegnalny aligator który pomógłby mi pożegnać się z życiem. - Zdjęcie na pamiątkę? Oczywiście, że nie możesz opuścić takiej okazji bo to paskudnik jest wyjątkowo wstrętny i wredny. - Ustawiłam się na pierwszym planie tak życzył sobie fotograf.  
Każde z nas ma swój sprzęt fotograficzny i odruchowo wzięłam od męża aparat choć nie miałam zamiaru już go używać. p. oparł się o samochód i myślami podążył do dzisiejszych przeżyć. Rzuciłam jeszcze raz okiem na aligatora i już chciałam iść do auta gdy p. popełnił pierwszy błąd. - Podejdz go od strony wody, może to bedzie fajna fotka. - Teraz ja popełniłam kolejny błąd. Głupia gęś, tak powinnam się nazwać, posłuchałam męża i włączając aparat starałam się wcisnąć w wąski pasek trawy oddzielający aligatora od tafli wody. Po prostu nastąpiło maksymalne odmózdzenie gdyż raptem pomyślałam, że wszystkie aligatory leżą sobie spokojnie i nic sobie nie robią ze zwiedzających ignorując ich poczynania.
Aligator zaczął otwierać paszczę. Ja zamarłam z przerażenia. 
- Zwiewaj!!! - Wrzask przywrócił mi zdolność myślenia. Aligator zaczął syczeć i kłapnął paszczęką. Po sekundzie otworzył ją ponownie.
- XXXXXX!!!!! - Sama czysta polszczyzna okraszona wulgaryzmami przywróciła mi zdolność reagowania. Aligator sycząc głośno ruszył w mym kierunku. Przycisnęłam spust migawki i rzuciłam się do ucieczki ratując swe życie.
Ustanowiłam niezaprzeczalny rekord świata w sprincie na super krótkim dystansie i wpadłam na trupio bladego p..

sobota, 14 czerwca 2014

Śmigło i zęby.

  Pogoda jak na zimę była zupełnie łaskawa. Lekki deszczyk nawet nie zmusił mnie do założenia kurtki przeciwdeszczowej która okazała się zupełnie zbytecznym zabezpieczeniem. 
 Było ciepło i kilka kropel nie mogło nam zaszkodzić czego nie można powiedzieć o pasażerach tylnej ławki. Chwilkę musieliśmy poczekać na jeszcze jedną parę łowców przygód więc przysunęłam się blisko p. i zanim jeszcze wypłynęliśmy zaplątałam swą rękę w jego prawe ramię aby nie wypaść podczas jazdy. 
Każdy uczestnik samobójczego przedsięwzięcia został wyposażony w nauszniki tłumiące hałas śmigła ale żądza prawdziwych doznań nie pozwoliła nam na ich użycie. Chcieliśmy odczuć wszystko w naturze więc niech będzie głośno i mokro bo dla nas to i tak atrakcja. Ławka była na tyle szeroka, że cztery osoby mieściły się wygodnie i mieliśmy swobodę ruchu. Ruszyliśmy  wolno nabierając prędkości. Według życzeń p. łódka okazała się wyśmienita i zwinna. Hałas silnika i śmigła sprawiał, że wydawało się iż płyniemy szybciej niż w rzeczywistości ale oceńcie sami klikając na film poniżej. 
Kilka kropel deszczu uderzyło mnie w twarz i wtedy dopiero uwierzyłam, że mkniemy z dużą prędkością. 
Nasz sprzęt fotograficzny nie należy do tych najdroższych ale jak dotąd sprawował się wyśmienicie. Dzisiaj jednak zostało rzucone wyzwanie gdyż tylko ja dzierżyłam wodoszczelny i wodoodporny aparat. p. przez chwilę zmarszczył czoło na myśl, że pęd powietrza wciśnie w jego sprzęt wodę i zamoczy wnętrze obiektywów. Wahał się tylko przez chwilę i podjął decyzję, że będzie robił zdjęcia bez względu na to czy aparaty będą się jeszcze kiedykolwiek nadawały do użytku. Jak się okazało jeden z nich chwycił lekką mgiełkę która zniknęła po krótkim czasie nie pozostawiając po sobie widocznych uszkodzeń. 
 Sternik, kierowca lub operator łodzi, nie wiem jak można poprawnie nazwać naszego kapitana i załoganta w jednej osobie, wyczyniał cuda aby nas przestraszyć wchodząc w  ostre zakręty i robiąc niespodziewane zwroty. Takie manewry zapierały dech w piersiach. Nie powiem, że siedziałam zrelaksowana z nogą na nodze podziwiając świat dookoła. Lewą ręką ściskałam ramię p. a prawa miażdżyła kolano pasażera po mojej prawej stronie. Nierozważna partnerka tegoż pasażera posadziła go obok mnie za co byłam jej wdzięczna bo bliskość dwóch mężczyzn dodawała mi otuchy i poczucia bezpieczeństwa. Gdy trasa była w miarę „normalna” robiłam zdjęcia i kręciłam filmy ale gdy łódź sunęła bokiem poprzez zarośla moje pazury bezlitośnie wbijały się w różne części gołego uda uczestnika tego zwariowanego popisu możliwości łodzi ze śmigłem. O tym, że tak spontanicznie i drastycznie dążyłam do zachowania swego marnego żywota, zorientowałam się dużo później gdy zasiadłam za kierownicą auta. Poczułam wtedy ból palców w prawej dłoni i od razu nie mogłam zrozumieć dlaczego palce mam tak obolałe a dłoń wydaje się jakby w ciągłym skurczu mięśni. Do dziś nie wiem czy mam dziękować pasażerowi za jego zimną krew, opanowanie i wyrozumiałość dla blondynki w panice chwytającej go za nogę, czy za brak reakcji na moje macanie bo był tak przestraszony jak ja i nie zwracał uwagi na moje poczynania. Jedno jest pewne, że siniaków będzie miał tysiące a jego żona czy narzeczona będzie domagała się wyjaśnień wieczorem. 
Po chwili straciłam rozeznanie gdzie północ bo słońce za chmurami skryło się całkowicie i zastanawiałam się jak prowadzący ten dziwny pojazd odnajduje drogę. Czy przez przypadek czy nie ale szczęśliwie dotarliśmy na wyspę gdzie mieliśmy chwilę oddechu i nieoczekiwane spotkanie z aligatorem. 
\
Moje igraszki z aligatorem zostały zauważone nie tylko przez turystów rządnych krwi i sensacji. Aby dać zadośćuczynienie oczekiwaniom podszedł do mnie inny kapitan łodzi, która dobiła do brzegu. Kucnął obok mnie i wydał z siebie gulgot połączony z gwizdem i aligator rozdziawił paszczę jakby oczekiwał smakowitego kąska. Zamiast tego otrzymał serię łaskotek w podgardle i wydawało się, że aligator rozkoszuje się kontaktem z człowiekiem. Czy miałby taką samą rozkosz z kontaktem ze mną nie odważyłam się sprawdzić.
 Powrót do bazy był tak samo ekscytujący i nawet upolowaliśmy dużego żółwia który szybkim kłusem skrył się pod powierzchnią wody. 
Gdy moje stopy znalazły się na lądzie odetchnęłam z ulgą. Teraz już nic mi nie grozi i od razu zapragnęłam popłynąć jeszcze raz. Gdy wyjawiłam swą chęć p. skrzywił się z grymasem rozcierając swą prawą rękę. Zapewnił mnie, że czekają nas jeszcze inne atrakcje i nie powinnam się ograniczać tylko do tych które przeżyłam. Kapitan szalonej łodzi zaprosił nas na pokaz fauny zamieszkującej bagna i z balii wydobył ogromnego żółwia znanego nam z posta „Gadam z gadem”. 
Trzymał go za ogon tłumacząc, że z łatwością odgryzie palec gdy znajdzie się wystarczająco blisko jego szczęk. 
Po chwili pokazał innego mieszkańca bagien, małego żółwia z miękkim pancerzem. Pan kapitan zapytał czy ktoś chciałby wziąć w rękę ten egzemplarz ale nikt nie rwał się ochoczo ani nie przepychał się łokciami aby być pierwszym. Za to mój mąż oświadczył głośno, że będę pierwszą bo zawsze marzyłam o dotykaniu żółwia. Kłamca i oszust wystawił mnie na pierwszy ogień. Zaklęłam nie wydając dźwięku i ujęłam paskudztwo bez wdzięku. Mały żółwik był rzeczywiście miękki i bardzo wygimnastykowany o czym miałam okazję przekonać się obserwując jego atak na mój palec. 
 Gad mały i podły tak samo jak p. wystrzelił głową w kierunku mojej dłoni i użarł mnie bez ostrzeżenia w serdeczny palec.
  Nikt poza mną nie wziął gada do ręki, oprócz p.. Prezentacja dwuletniego aligatora skupiła wszystkich ale ja trzymałam się lekko oddalona. Małe i gryzie, chodziło mi po głowie i nie mogłam odnależć w sobie odrobiny ochoty na kolejne ofiarowanie swego ciała żarłocznemu i dzikiemu stworzeniu. Myślałam, że rzucę torebką w kierunku p. gdy usłyszałam; ona pierwsza. p. stał rozpromieniony i wyciągniętą ręką wskazywał mnie. Zabiję cię jak przeżyję mówiły moje oczy. Teraz wszyscy odsunęli się na trzy kroki robiąc mi miejsce. Tak jak pokazywał kapitan wzięłam aligatorka w ręce i jakież było moje zdziwienie gdy poczułam delikatne i ciepłe ciało gada. 
Nauczona, że nie należy ufać niewinnemu zachowaniu trzymałam dwulatka z daleka od swego nosa i uszu zachowując je nienaruszone do dziś.