Znim wyruszymy na podbój miasta pojawia się problem z naszym autem. Tam gdzie atrakcji dużo zwykle parkingu brak lub jest wypełniony po brzegi wcześniej zaparkowanymi pojazdami.
W starej części Albuquerque nie można parkować na ulicy gdyż są one wąskie i według mnie zamiast zaparkowanych aut bardziej tutaj pasują powozy zaprzężone w żywy napęd niż obecnie używane środki lokomocji.
Zagadnięty przechodzień podpowiedział nam gdzie znajduje się tani parking, który zwykle jest tylko do połowy zapełniony. Skorzystaliśmy z rady mieszkańca miasta i odnaleźliśmy miejsce dla aut. Miejsca dużo, że aż trudno się zdecydować na to jedyne. O pozostawieniu auta w cieniu można było tylko pomarzyć więc poszło nam w miarę gładko. Torebka przerzucona przez ramię i kapelusz na głowę to moje podstawowe wyposażenie a p. jedynie wziął aparat fotograficzny.
Już nie raz głowiliśmy się nad opłatą za parking bo pomysłów właścicielom parkingów nie brakuje. Czasami po zaparkowaniu trzeba odnaleźć budkę z siedzącym i drzemiącym stróżem a czasami jest tylko automat na karty kredytowe. To ostatnie urządzenie jest w stanie wykończyć człowieka nerwowo bo nie dość, że myśli długo to nie zawsze wydrukuje kwitek potwierdzający opłatę który trzeba, po ponownym dotarciu do auta, umieścić w widocznym miejscu na desce rozdzielczej.
Tutaj zastosowano pomysł sprzed stu lat czyli opłata gotówką.
Stanęliśmy przed metalową skrzynką i przyznam się, że zgłupieliśmy oboje. Wrzucić forsę i pójść? Tak bez żadnego papierka? Dowodem na zapłatę są trzy dolary w odpowiedniej "dziupli" z numerem miejsca na którym znajduje się auto. Proste i łatwe w obsłudze. Zanim ogarnęliśmy i pojęliśmy prostotę urządzenia minęło kilka minut. Bez banku, bez dostępu do internetu też jak widać można zapłacić w dwudziestym pierwszym wieku.
Najbardziej spodobało się nam popychadło dolarów. Taki kawałek blachy na stalowej lince. Dokładnie złożone banknoty, tak jak pokazywała instrukcja przyklejona taśmą klejącą, ledwo mieściły się w szparce nad każdym pojemnikiem. Właśnie w tym celu było popychadło aby ułatwić opłatę i dokładnie wsunąć pieniądze do samego końca.
To genialne rozwiązanie jest już reliktem muzealnym w dobie płacenia telefonem lub plastikiem. Kolejne przypomnienie, że bez gotówki nie wolno wychodzić z domu!
1
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Mexico. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Mexico. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 lipca 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Koszmarny drób.
Drzwi auta zamknęły się za nami i od razu zrobiło się weselej gdy oddzieliliśmy się od zimnej i niesympatycznej mgły. Być może dlatego, że znajdowaliśmy się wysoko ponad poziomem morza bo około 2500 npm to mgła nie ustąpiła a wręcz przeciwnie zgęstniała i jazda stała się udręką gdyż widoczność teoretycznie spadła do granic resztek rozsądku. Podróżna prędkość spadła do 30 km na godzinę i wydawało się, że nigdy nie wyjedziemy z mglistej krainy.
Moje obawy o mało co a by się spełniły bo raptem wjechaliśmy w przestrzeń zamieszkałą przez spacerujące sarny po asfalcie. Było ich na tyle dużo, że zdążyliśmy wygrzebać odłożone aparaty i uwiecznić ostatnią z nich. Jeżeli znak drogowy jest wystarczająco czytelny to widać na nim niebezpieczny zakręt a jeżeli nie to musicie uwierzyć mi na słowo, że droga zaczęła się wić pomiędzy lasami i polami.
Gdy oczy zaczęły mnie już boleć od wypatrywania mgła lekko się przerzedzała i brakowało mi atutu na zamianę miejsc z pasażerem. Jednak gdy zaatakowało nas stado dzikich indyków zatrzymałam pojazd. p. od razu wyskoczył z auta uważając, że jestem aż tak wspaniałomyślna i zatrzymałam się aby on mógł zrobić lepsze zdjęcia indykom. Nic bardziej mylnego gdyż miałam szczerze dość wypatrywania kształtów zwierząt w sinej mgle i interesowanie się kolejnym gatunkiem samobójczych zwierząt spacerujących asfaltową drogą. Wyszłam na chwilę na świerze powietrze aby rozprostować kręgosłup od łopatek w górę gdyż czułam, że tam właśnie mam napięte mięśnie od mimowolnego wysuwania głowy do przodu. Tym czasem p. zniknął w lesie w pogoni za indykami. Kilka ruchów rękami zaspokoiło moje zapotrzebowanie na ruch i uznałam te pięć minut jako gimnastykę relaksacyjną. Dodatkowym efektem było nawilżanie cery wodą unoszącą się w powietrzu. Wróciłam do auta z przyjemnością. Połowa samochodu znajdowała się na asfalcie i pomimo tego, że nikogo nie spotkaliśmy jak do tej pory to światła awaryjne miały ostrzegać o przeszkodzie na drodze kogoś udającego się w tym samym kierunku co my. Spojrzałam w kierunku gdzie zniknął mąż i ciarki przeszły mi po plecach bo upiorny las niknący we mgle przypomniał mi wszystkie horrory obejrzane do tej pory. Patrzyłam na lekki stok porośnięty drzewami bez liści o szarych brzydkich pniach. Tam w górze wszystko już traciło kształty i zlewało się w jednolitą szarą masę. Typowa sceneria aby kogoś przestraszyć a, że nie było kogo straszyć więc wystraszyłam samą siebie. Patrzyłam tam gdzie wydawało mi się skąd powinien wrócić p. ale nie zbyt dużo było widać więc zaczęłam się rozglądać dookoła i wtedy serce przestało bić. Tylko na sekund kilka. Od tyłu stokiem na ukos w stronę auta szły same nogi. Widoczne były same nogi gdyż cala reszta, jeżeli takowa była, skryta była we mgle gęstej jak mleko. Już chciałam zablokować drzwi od środka gdy zdałam sobie sprawę, że to połowa męża idzie w moim kierunku. Takiego upiornego widoku nie widziałam na żadnym filmie. Teraz widziałam jeszcze charakterystyczną bluzę, tzn jej ściągacz w pasie i byłam przekonana, że to p. we własnej osobie. No, w połowie swej własnej osoby. Idące ubranie męża wcale mnie nie uspokoiło ale jedynie wprowadziło w zamęt myślowy. Cudów na świecie nie ma i nikt zdrowy na umyśle męża z doświadczeniami nie ukradnie, ubranie samo nie spaceruje w Nowym Meksyku gdzie nic nie spaceruje oprócz wielkich ptaków i saren. Krótka gimnastyka uczyniła dużo dobrego bo spoglądałam przez ramię w tył skąd nadchodził mąż bez głowy. Zatrzymał się a ja aż podskoczyłam na siedzeniu. Nacisnęłam przycisk blokujący drzwi. Ubranie męża wskoczyło na asfalt i ruszyło w moim kierunku. Już było widać ramiona ale głowy ciągle nie. Dopiero jakieś kilka metrów przed autem dostrzegłam znane rysy twarzy która wreszcie zmaterializowała się jako ostatni element chodzącego upiora. p. chwycił za klamkę drzwi ale palce zsunęły się z niej nie otwierając drzwi.
- Oszalałaś! Zamykasz drzwi przede mną? A jakby „coś” mnie goniło? - O kurczę nie odblokowałam drzwi.
- Zamknęłam aby to „coś” mi nie wlazło do środka. - Szybko odparowałam aby nie wyszło na jaw, że przestraszyłam się własnego małżonka a już na pewno nie chciałabym aby dowiedział się jakie negatywne wrażenie sprawia widok jego chodzącego ubrania.
- Straszy tam niemiłosiernie i gdybym to nie ja gonił drób a stado wielgaśnych ptaków mnie to wiałbym jeszcze szybciej niż największy indor.
- Przyznaj się, przestraszyłeś się kurczaka, duży chłopczyk boi się kaczuszki. - Parsknęłam śmiechem. p. jednak nie chwycił przynęty tylko zaczął opowiadać mi jak indyki wyprowadziły go w pole, w tym przypadku w las. Gdy ruszył za całym stadem to ono zaczęło się dzielić na mniejsze aż w końcu p. podążał za jedną sztuką.
- Nie nawidzę chodzącego drobiu. Nie nawidzę drobiu na żywo. W garnku jego miejsce a nie straszyć po lasach. Czy wiesz jak koszmarnie wygląda indycza gęba? - Prawdę mówiąc to wiem jak wygląda głowa drobiu domowego ale nigdy jakoś nie interesowało mnie szczególnie zapamiętywanie widoku głowy dzikiego indyka.
- Trochę pamiętam.
- To najbrzydsza gęba z koszmarnego snu, to jak wyrzut sumienia albo istota nie z tej ziemi. Sama popatrz jak upiornie wygląda indyk. Ma silne, szaro-zielone łapy, długie i zakończone ostrymi pazurami. Przypomnij sobie jego dziób i niewiarygodnie obrzydliwy nos. Oj spotkać coś takiego w czarnym lesie na swojej drodze to po prostu strach i nie pomoże potrójne spluwanie przez lewe ramię. - Rzeczywiście natura nie obdarzyła tego gatunku urodą. Gdy przyszedł czas na fantazjowanie p. ja miałam już dość bo jednak byłam w stanie wyobrazić sobie głowę indyka na szczycie wędrującego ubrania sprzed kilku chwil. Jakoś nie mogłam powstrzymać lawiny straszliwych obrazów tym bardziej, że moją fantazję podsycały wizje p.. Mgła wcale nie ustąpiła i jeżeli to możliwe była gęstrza. Sina i nieprzyjazna okolica zaczęła wydawać się groźną. Zupełnie bezwiednie p. wprowadzał mnie w paranoję strachu swymi opowieściami o wampirzych indykach których czerwone korale są czerwone bo ubrudzone krwią ofiary. Takie głupie gadanie potrafilo napędzić mi stracha ale tylko i wyłącznie dlatego bo ciągle przed oczami miałam "idące ubranie". Zaklełam szpetnie i zdecydowanie bo już dłużej nie mogłam słuchać bzdur o straszliwym drobiu wydziobującym oczy staremu farmerowi. Zaległa martwa cisza. p. urażony i wpatrzony w mglistą przestrzeń na pewno nadal rozmyślał o brzydkim i koszmarnym drobiu a ja starałam się pomyśleć o czymś zupełnie innym niż o stadzie dzikich indorów goniących nasze auto.
Gdy oczy zaczęły mnie już boleć od wypatrywania mgła lekko się przerzedzała i brakowało mi atutu na zamianę miejsc z pasażerem. Jednak gdy zaatakowało nas stado dzikich indyków zatrzymałam pojazd. p. od razu wyskoczył z auta uważając, że jestem aż tak wspaniałomyślna i zatrzymałam się aby on mógł zrobić lepsze zdjęcia indykom. Nic bardziej mylnego gdyż miałam szczerze dość wypatrywania kształtów zwierząt w sinej mgle i interesowanie się kolejnym gatunkiem samobójczych zwierząt spacerujących asfaltową drogą. Wyszłam na chwilę na świerze powietrze aby rozprostować kręgosłup od łopatek w górę gdyż czułam, że tam właśnie mam napięte mięśnie od mimowolnego wysuwania głowy do przodu. Tym czasem p. zniknął w lesie w pogoni za indykami. Kilka ruchów rękami zaspokoiło moje zapotrzebowanie na ruch i uznałam te pięć minut jako gimnastykę relaksacyjną. Dodatkowym efektem było nawilżanie cery wodą unoszącą się w powietrzu. Wróciłam do auta z przyjemnością. Połowa samochodu znajdowała się na asfalcie i pomimo tego, że nikogo nie spotkaliśmy jak do tej pory to światła awaryjne miały ostrzegać o przeszkodzie na drodze kogoś udającego się w tym samym kierunku co my. Spojrzałam w kierunku gdzie zniknął mąż i ciarki przeszły mi po plecach bo upiorny las niknący we mgle przypomniał mi wszystkie horrory obejrzane do tej pory. Patrzyłam na lekki stok porośnięty drzewami bez liści o szarych brzydkich pniach. Tam w górze wszystko już traciło kształty i zlewało się w jednolitą szarą masę. Typowa sceneria aby kogoś przestraszyć a, że nie było kogo straszyć więc wystraszyłam samą siebie. Patrzyłam tam gdzie wydawało mi się skąd powinien wrócić p. ale nie zbyt dużo było widać więc zaczęłam się rozglądać dookoła i wtedy serce przestało bić. Tylko na sekund kilka. Od tyłu stokiem na ukos w stronę auta szły same nogi. Widoczne były same nogi gdyż cala reszta, jeżeli takowa była, skryta była we mgle gęstej jak mleko. Już chciałam zablokować drzwi od środka gdy zdałam sobie sprawę, że to połowa męża idzie w moim kierunku. Takiego upiornego widoku nie widziałam na żadnym filmie. Teraz widziałam jeszcze charakterystyczną bluzę, tzn jej ściągacz w pasie i byłam przekonana, że to p. we własnej osobie. No, w połowie swej własnej osoby. Idące ubranie męża wcale mnie nie uspokoiło ale jedynie wprowadziło w zamęt myślowy. Cudów na świecie nie ma i nikt zdrowy na umyśle męża z doświadczeniami nie ukradnie, ubranie samo nie spaceruje w Nowym Meksyku gdzie nic nie spaceruje oprócz wielkich ptaków i saren. Krótka gimnastyka uczyniła dużo dobrego bo spoglądałam przez ramię w tył skąd nadchodził mąż bez głowy. Zatrzymał się a ja aż podskoczyłam na siedzeniu. Nacisnęłam przycisk blokujący drzwi. Ubranie męża wskoczyło na asfalt i ruszyło w moim kierunku. Już było widać ramiona ale głowy ciągle nie. Dopiero jakieś kilka metrów przed autem dostrzegłam znane rysy twarzy która wreszcie zmaterializowała się jako ostatni element chodzącego upiora. p. chwycił za klamkę drzwi ale palce zsunęły się z niej nie otwierając drzwi.
- Oszalałaś! Zamykasz drzwi przede mną? A jakby „coś” mnie goniło? - O kurczę nie odblokowałam drzwi.
- Zamknęłam aby to „coś” mi nie wlazło do środka. - Szybko odparowałam aby nie wyszło na jaw, że przestraszyłam się własnego małżonka a już na pewno nie chciałabym aby dowiedział się jakie negatywne wrażenie sprawia widok jego chodzącego ubrania.
| Zdjęcie z Wikipedii |
- Przyznaj się, przestraszyłeś się kurczaka, duży chłopczyk boi się kaczuszki. - Parsknęłam śmiechem. p. jednak nie chwycił przynęty tylko zaczął opowiadać mi jak indyki wyprowadziły go w pole, w tym przypadku w las. Gdy ruszył za całym stadem to ono zaczęło się dzielić na mniejsze aż w końcu p. podążał za jedną sztuką.
- Nie nawidzę chodzącego drobiu. Nie nawidzę drobiu na żywo. W garnku jego miejsce a nie straszyć po lasach. Czy wiesz jak koszmarnie wygląda indycza gęba? - Prawdę mówiąc to wiem jak wygląda głowa drobiu domowego ale nigdy jakoś nie interesowało mnie szczególnie zapamiętywanie widoku głowy dzikiego indyka.
- Trochę pamiętam.
- To najbrzydsza gęba z koszmarnego snu, to jak wyrzut sumienia albo istota nie z tej ziemi. Sama popatrz jak upiornie wygląda indyk. Ma silne, szaro-zielone łapy, długie i zakończone ostrymi pazurami. Przypomnij sobie jego dziób i niewiarygodnie obrzydliwy nos. Oj spotkać coś takiego w czarnym lesie na swojej drodze to po prostu strach i nie pomoże potrójne spluwanie przez lewe ramię. - Rzeczywiście natura nie obdarzyła tego gatunku urodą. Gdy przyszedł czas na fantazjowanie p. ja miałam już dość bo jednak byłam w stanie wyobrazić sobie głowę indyka na szczycie wędrującego ubrania sprzed kilku chwil. Jakoś nie mogłam powstrzymać lawiny straszliwych obrazów tym bardziej, że moją fantazję podsycały wizje p.. Mgła wcale nie ustąpiła i jeżeli to możliwe była gęstrza. Sina i nieprzyjazna okolica zaczęła wydawać się groźną. Zupełnie bezwiednie p. wprowadzał mnie w paranoję strachu swymi opowieściami o wampirzych indykach których czerwone korale są czerwone bo ubrudzone krwią ofiary. Takie głupie gadanie potrafilo napędzić mi stracha ale tylko i wyłącznie dlatego bo ciągle przed oczami miałam "idące ubranie". Zaklełam szpetnie i zdecydowanie bo już dłużej nie mogłam słuchać bzdur o straszliwym drobiu wydziobującym oczy staremu farmerowi. Zaległa martwa cisza. p. urażony i wpatrzony w mglistą przestrzeń na pewno nadal rozmyślał o brzydkim i koszmarnym drobiu a ja starałam się pomyśleć o czymś zupełnie innym niż o stadzie dzikich indorów goniących nasze auto.
niedziela, 27 marca 2016
Gdzie góry, gdzie chmury?
Wyrosłam z wieku gdy wierzyłam w Św. Mikołaja ale do dziś nie wiadomo co tam na niebie zobaczyć można i kto lub co tam mieszka. Latanie samolotem wysoko nad ziemią nie załatwia sprawy bo głośne silniki są w stanie wystraszyć każdego. Zupełnie inaczej przedstawia się zwiedzanie chmur powolutku. Spokojnie bez pośpiechu dostrzec można bardzo wiele szczegółów ale tylko na odległość kilku kroków.
Mniej lub bardziej białe obłoczki na niebie uatrakcyjniają monotonnie niebieskie niebo. Kuszą swymi kształtami do wylegiwania się na nich a niektórzy nawet posunęli się do takiej abstrakcji, że umieścili w nich aniołki z pupciami nieosłoniętymi.
Od momentu gdy Oregon pokazał jakimi w rzeczywistości są chmury nie wierzę nawet w kupidyny. Kolejne spotkanie z wulkanem (tym razem w Nowym Meksyku) miało przechylić szansę na naszą korzyść. Okrągły jak stożek wulkan jest odosobniony na otaczającej go płaszczyźnie i żeby nie wiem co się działo nie sposób go nie zobaczyć.
Ruszyliśmy zatem w jego kierunku bo przecież chciało się nam wulkanu jak nie wiem co po porażce w Oregonie. Tam gęsta mgła odebrała nam możliwość obejrzenia Crater Lake więc tym bardziej byliśmy napaleni na spotkanie z prawdziwym wulkanem, wolno stojącym i łatwo dostępnym.
Chmurki na niebie lekko się zagęszczały nad nami i z upalnego dnia zrobiło się chłodne popołudnie. No cóż tam przecież nie zamarzniemy. Dzieliło nas może jeszcze tylko pół godziny gdy zrobiło się dookoła sino i paskudnie. p. gryzł zęby i gniótł aparat fotograficzny ze złości bo widoczność zmniejszyła się na tyle, że nie wiadomo było co przed nami. O horyzoncie mogliśmy zapomnieć gdyż skryty był pośród niskich chmur które przyfrunęły nie wiadomo skąd. Akurat o horyzont nikt z nas nie dbał i nikt z nas nie był zainteresowany co gdzieś daleko przed nami. Nie mogę przysiąc ale p. zaczął chyba jęczeć jak na mękach za czasów Inkwizycji i gdy już było wiadomo, że wulkanu nie zobaczymy zaczął bełkotać niezrozumiałe słowa.
Moje spokojne słowa; daj spokój przecież to nie koniec świata, mające na celu złagodzić ból porażki wywołały nagłą i niespodziewaną erupcję wulkanu. Nie tego zupełnie niewidocznego za szybą samochodu ale tego siedzącego obok mnie.
- Zatrzymaj się! - Głosem niecierpiącym zwłoki odezwał się p.
- Gdzie? - Zapytałam bo jedynie rów przydrożny nadawał się w tej chwili do zaparkowania. Już nie pytałam po co zatrzymywać się skoro i tak nie widać nic ponad pięć metrów w górę.
- Zatrzymaj to nieszczęsne i śmieszne blaszane pudełko w dowolnym miejscu ale w miarę prędko. - Tekst trochę mnie rozśmieszył ale również zaniepokoił bo takimi słowy p. zwykle nie rozmawia. Zamiast zjechania do rowu zatrzymałam się na asfalcie. Szybko jak chciał p. i w miarę bezpiecznie bo ruchu kołowego zero. Stojąc na wolnej przestrzeni poza śmiesznym blaszanym pudełkiem p. zaczął pomstować tak głośno, że słyszałam prawie wszystko. Sami przyznacie, że miał trochę racji wytykając Naturze przewrotność i okrucieństwo skazując nas na kolejną sromotną porażkę. Obiecał na głos, że pojedziemy na najwyższy wulkan świata i tam gdy pogoda okaże się ponownie, delikatnie parafrazując słowa dolatujące do mych uszu, zła to będziemy tam koczować nawet kilka lat aż w promieniach słońca nacieszymy swój wzrok. Myślałam, że to przedstawienie będzie trwało w nieskończoność ale p. raptownie przestał i zupełnie opanowany usiadł na fotelu pasażera. - No cóż czeka nas jeszcze kawał drogi poprzez tą przeklętą mgłę. - p. zapiął pas i uśmiechnął się z otuchą do mnie. - Jak chcesz mogę cię zmienić. - O kurczę chłopa mi odmieniła "ta mgła przeklęta".
- Nie, nie. - Machnęłam ręką jakby opędzając się przed marą bo nie wierzyłam, że wszystko jest w porządku z mężem. - Ja pojadę, czuję się wypoczęta. - Ruszyliśmy nie wiedząc, że po godzinie to ja będę klęła jak szewc.
Mniej lub bardziej białe obłoczki na niebie uatrakcyjniają monotonnie niebieskie niebo. Kuszą swymi kształtami do wylegiwania się na nich a niektórzy nawet posunęli się do takiej abstrakcji, że umieścili w nich aniołki z pupciami nieosłoniętymi.
Od momentu gdy Oregon pokazał jakimi w rzeczywistości są chmury nie wierzę nawet w kupidyny. Kolejne spotkanie z wulkanem (tym razem w Nowym Meksyku) miało przechylić szansę na naszą korzyść. Okrągły jak stożek wulkan jest odosobniony na otaczającej go płaszczyźnie i żeby nie wiem co się działo nie sposób go nie zobaczyć.
![]() |
| Zdjęcie z Wikipedii |
Chmurki na niebie lekko się zagęszczały nad nami i z upalnego dnia zrobiło się chłodne popołudnie. No cóż tam przecież nie zamarzniemy. Dzieliło nas może jeszcze tylko pół godziny gdy zrobiło się dookoła sino i paskudnie. p. gryzł zęby i gniótł aparat fotograficzny ze złości bo widoczność zmniejszyła się na tyle, że nie wiadomo było co przed nami. O horyzoncie mogliśmy zapomnieć gdyż skryty był pośród niskich chmur które przyfrunęły nie wiadomo skąd. Akurat o horyzont nikt z nas nie dbał i nikt z nas nie był zainteresowany co gdzieś daleko przed nami. Nie mogę przysiąc ale p. zaczął chyba jęczeć jak na mękach za czasów Inkwizycji i gdy już było wiadomo, że wulkanu nie zobaczymy zaczął bełkotać niezrozumiałe słowa.
Moje spokojne słowa; daj spokój przecież to nie koniec świata, mające na celu złagodzić ból porażki wywołały nagłą i niespodziewaną erupcję wulkanu. Nie tego zupełnie niewidocznego za szybą samochodu ale tego siedzącego obok mnie.
- Zatrzymaj się! - Głosem niecierpiącym zwłoki odezwał się p.
- Gdzie? - Zapytałam bo jedynie rów przydrożny nadawał się w tej chwili do zaparkowania. Już nie pytałam po co zatrzymywać się skoro i tak nie widać nic ponad pięć metrów w górę.
- Zatrzymaj to nieszczęsne i śmieszne blaszane pudełko w dowolnym miejscu ale w miarę prędko. - Tekst trochę mnie rozśmieszył ale również zaniepokoił bo takimi słowy p. zwykle nie rozmawia. Zamiast zjechania do rowu zatrzymałam się na asfalcie. Szybko jak chciał p. i w miarę bezpiecznie bo ruchu kołowego zero. Stojąc na wolnej przestrzeni poza śmiesznym blaszanym pudełkiem p. zaczął pomstować tak głośno, że słyszałam prawie wszystko. Sami przyznacie, że miał trochę racji wytykając Naturze przewrotność i okrucieństwo skazując nas na kolejną sromotną porażkę. Obiecał na głos, że pojedziemy na najwyższy wulkan świata i tam gdy pogoda okaże się ponownie, delikatnie parafrazując słowa dolatujące do mych uszu, zła to będziemy tam koczować nawet kilka lat aż w promieniach słońca nacieszymy swój wzrok. Myślałam, że to przedstawienie będzie trwało w nieskończoność ale p. raptownie przestał i zupełnie opanowany usiadł na fotelu pasażera. - No cóż czeka nas jeszcze kawał drogi poprzez tą przeklętą mgłę. - p. zapiął pas i uśmiechnął się z otuchą do mnie. - Jak chcesz mogę cię zmienić. - O kurczę chłopa mi odmieniła "ta mgła przeklęta".
- Nie, nie. - Machnęłam ręką jakby opędzając się przed marą bo nie wierzyłam, że wszystko jest w porządku z mężem. - Ja pojadę, czuję się wypoczęta. - Ruszyliśmy nie wiedząc, że po godzinie to ja będę klęła jak szewc.
środa, 27 stycznia 2016
Kuszenie dolara.
Wyjazd na wakacje to nie tylko łażenie po górach i wylegiwanie się na plaży. Bywa też tak, że zabłądzimy do sklepu. Już dawno nie kupuje się kartek z życzeniami z ciekawych miejsc naszego pobytu bo internet i SMSy zabiły bezpowrotnie ten zwyczaj, a szkoda. Miło było pooglądać pocztówki z naprędce skrobniętym tekstem; "Pozdrawiamy gorąco z mokrych Mazur, leje jak z cebra. Jola i Heniek". Elektroniczne pozdrowienia nikną gdzieś na zawsze nie pozostawiając po sobie śladu.
Przyznam szczerze, że jestem mało kreatywna przy wybieraniu pamiątek tak dla innych jak i dla siebie. Oczy kierują ciało w miejsca gdzie znajdują się przedmioty które mi się podobają. Dotykam przymierzam i po chwili już mam taki galimatias w głowie, że nie mam pojęcia co komu kupić bo dla siebie jestem w stanie wybrać przynajmniej dziesięć sztuk garderoby.
W sklepach z pamiątkami przeżywam istny koszmar. Tak wielki jak bogaty jest asortyment.
Czasami bywa tak, że nawet nie mogę się skoncentrować bo wydaje mi się, że wszystko w sklepie jest zupełnie niepotrzebne. Jednak biznesy funkcjonują co oznacza, że są kupujący którzy znajdują ciekawe rzeczy pośrób tysiąca oferowanych przez sprzedawcę.
Pamiątki z reguły są mało praktyczne i bardzo szybko trafiają do kosza na śmieci w domach obdarowanych. Sombrera zatrzymały mnie na dłuższą chwilę bo ich swoisty urok był nie do odparcia. Musiałam pomacać i przymierzyć. Co z takim przedmiotem zrobić gdy nie ma się podróżniczego pokoju w domu? Nosić tego się nie da na codzień a bal przebierańców zdarza się bardzo rzadko. Odkładam zatem takie cudo i żałuję głęboko, że nie mam pałacu z tysiącem pokojów i kilku garderobianych.
Gdyby przyszło mi ubrać się jak "cowgirl" w odróżnieniu od cowboya to oczywiście wybrałabym te najbardziej kolowe buty a te powyżej... No właśnie co z nimi?
Wszystko kolorowe i gdy przychodzi mi na myśl zakupienie wszystkiego co jest w sklepie z odsieczą przychodzi p. który wyciąga mnie za rękaw jak nieznośne dziecko.
Z bolącym sercem opuszczam sklep bez ani jednej torby z zakupami. W drodze na parking już z dala od centrum nie mogę się oprzeć pokusie aby nie wstąpić do kolejnego tym razem na piętrze.
Przyznam szczerze, że jestem mało kreatywna przy wybieraniu pamiątek tak dla innych jak i dla siebie. Oczy kierują ciało w miejsca gdzie znajdują się przedmioty które mi się podobają. Dotykam przymierzam i po chwili już mam taki galimatias w głowie, że nie mam pojęcia co komu kupić bo dla siebie jestem w stanie wybrać przynajmniej dziesięć sztuk garderoby.
W sklepach z pamiątkami przeżywam istny koszmar. Tak wielki jak bogaty jest asortyment.
Czasami bywa tak, że nawet nie mogę się skoncentrować bo wydaje mi się, że wszystko w sklepie jest zupełnie niepotrzebne. Jednak biznesy funkcjonują co oznacza, że są kupujący którzy znajdują ciekawe rzeczy pośrób tysiąca oferowanych przez sprzedawcę.
Pamiątki z reguły są mało praktyczne i bardzo szybko trafiają do kosza na śmieci w domach obdarowanych. Sombrera zatrzymały mnie na dłuższą chwilę bo ich swoisty urok był nie do odparcia. Musiałam pomacać i przymierzyć. Co z takim przedmiotem zrobić gdy nie ma się podróżniczego pokoju w domu? Nosić tego się nie da na codzień a bal przebierańców zdarza się bardzo rzadko. Odkładam zatem takie cudo i żałuję głęboko, że nie mam pałacu z tysiącem pokojów i kilku garderobianych.
Gdyby przyszło mi ubrać się jak "cowgirl" w odróżnieniu od cowboya to oczywiście wybrałabym te najbardziej kolowe buty a te powyżej... No właśnie co z nimi?
Wszystko kolorowe i gdy przychodzi mi na myśl zakupienie wszystkiego co jest w sklepie z odsieczą przychodzi p. który wyciąga mnie za rękaw jak nieznośne dziecko.
Z bolącym sercem opuszczam sklep bez ani jednej torby z zakupami. W drodze na parking już z dala od centrum nie mogę się oprzeć pokusie aby nie wstąpić do kolejnego tym razem na piętrze.
czwartek, 7 stycznia 2016
Osiemnaście tysięcy hektarów.
Od samego rana starannie wcierałam krem ochronny aby wczorajsza opalenizna nie zamieniła się dzisiaj w czerwone poparzenie. Zamiast prawie plażowego ubioru którym skąpo okryłam ciało dnia wczorajszego, dzisiaj jedynie dłonie zostały nieosłonięte.
Krytyczny wzrok małżonka nie uszedł mej uwadze więc uprzedziłam jego zapewne zjadliwą uwagę na temat mojego ubioru.
- Tak właśnie kobiety dwieście lat temu zdobywały dziki Zachód. - p. uśmiechnął się i zaakceptował moją decyzję ale nie mógł powstrzymać się przed kląśnięciem niedowierzania.
Pierwsze kroki w dniu dzisiejszym skierowaliśmy w kierunku gdzie zakończyliśmy dzień poprzedni.
p. rwał do przodu jak oszalały koń, że ledwo mogłam za nim nadążyć. Wreszcie znaleźliśmy miejsce które poszukiwaliśmy od tak długiego czasu. Skałki znajdujące się w naszej bliskości wręcz nas oczarowały. Po prostu biegaliśmy od jednej do drugiej jak w ukropie.
18000 hektarów takich widoków! Kiedy i w jaki sposób można to zwiedzić? Nigdy, to przestrzeń nie do ogarnięcia umysłem a na pewno nie do zwiedzenia piechotą w ciągu jednego dnia.
Szukamy skałki wielkości człowieka z "czapką" w krztałcie skrzydła. Rozglądając się dookoła zrodziło się zwątpienie w trwałość tych filigranowych konstrukcji i może skrzydło zsunęło się tak jak inne i poszukujemy dawno już nieistniejącej formacji.
Sowa mogłaby pozazdrościć nam zdolności obracania głowy na karku bez śmiertelnego urazu kręgosłupa. Co jakiś czas któreś z nas odnajdowało ciekawe miejsce.
Nie zważając na przeszkody i odległości odwiedzaliśmy każdą skałę zasługującą na obejrzenie jej z bliska. Łabędziodaktyl widziany z daleka poczekał na nas łaskawie aby podziwiać jego urok z bliska. Zupełnie abstrakcyjne skojarzenie z prehistorycznym latającym stworem pasowało nam najbardziej.
Oj byli tu ludzie i o czymś bardzo ważnym zapomnieli. Zapomnieli zadbać o usunięcie śladów swej bytności bo właśnie takiego widoku nie spodziewaliśmy się w tym miejscu. Prawdopodobnie człowiek jest istotą myślącą ale trudno w to uwierzyć gdy widzi się coś tak ohydnego.
Nie dbaliśmy o przemijanie czasu i o to, że już niedługo powinniśmy zacząć wracać. Odkryliśmy takie wspaniałe miejsce które zatrzymało nas na tyle długo, że słońce zaczęło się chylić ku zachodowi a chmury prawie całkowicie przesłoniły chabrowe do tej pory niebo.
p. zupełnie stracił głowę na widok kolejnej kolekcji skrzydeł. Strome podejście to nie problem, pionowa ściana na drodze też nie problem. On swoją drogą, ja swoją na wyścigi podążaliśmy do kolejnego figla przyrody.
Dopiero po pięciu godzinach zrobiliśmy odpoczynek. Z torebki wyjęłam wysoko kaloryczne batony i dwie butelki wody. Ulżyło mi i raptem okazało się, że torebka jednak może ważyć o dwa kilogramy mniej.
- Czy któreś z tych skrzydeł jest tym poszukiwanym od lat? - Miałam zupełny galimatias w głowie i zapomniałam jak wyglądała skała oglądana na zdjęciu w komputerze dnia poprzedniego.
- Niestety ale nie. - Smutno oznajmił p.. - Ale nie przejmuj się tym zbytnio. Zobaczyliśmy tyle zaskakujących widoków, że już nie pragnę więcej. - Lekko mnie zaskoczyło takie stwierdzenie. - A ponad wszystko chcę znaleźć się już w hotelu. Nogi mi za chwilę odpadną, jestem wykończony. Poddaję się, przegrałem, zostałem pokonany ale jestem zadowolony.
- Nie przejmuj się tym zbytnio. - Musiałam się odgryźć. - Dopilnuję abyśmy przyjechali tu za jakieś dwa lata i wtedy znajdziemy to wymarzone skrzydło.
- Dobrze niech tak będzie. - p. uśmiechnął się i spojrzał w stronę gdzie prawdopodobnie stało nasze auto. - Prowadź do domu. - Dodał i wskazał prostą drogę powrotną.
Krytyczny wzrok małżonka nie uszedł mej uwadze więc uprzedziłam jego zapewne zjadliwą uwagę na temat mojego ubioru.
- Tak właśnie kobiety dwieście lat temu zdobywały dziki Zachód. - p. uśmiechnął się i zaakceptował moją decyzję ale nie mógł powstrzymać się przed kląśnięciem niedowierzania.
Pierwsze kroki w dniu dzisiejszym skierowaliśmy w kierunku gdzie zakończyliśmy dzień poprzedni.
p. rwał do przodu jak oszalały koń, że ledwo mogłam za nim nadążyć. Wreszcie znaleźliśmy miejsce które poszukiwaliśmy od tak długiego czasu. Skałki znajdujące się w naszej bliskości wręcz nas oczarowały. Po prostu biegaliśmy od jednej do drugiej jak w ukropie.
18000 hektarów takich widoków! Kiedy i w jaki sposób można to zwiedzić? Nigdy, to przestrzeń nie do ogarnięcia umysłem a na pewno nie do zwiedzenia piechotą w ciągu jednego dnia.
Szukamy skałki wielkości człowieka z "czapką" w krztałcie skrzydła. Rozglądając się dookoła zrodziło się zwątpienie w trwałość tych filigranowych konstrukcji i może skrzydło zsunęło się tak jak inne i poszukujemy dawno już nieistniejącej formacji.
Sowa mogłaby pozazdrościć nam zdolności obracania głowy na karku bez śmiertelnego urazu kręgosłupa. Co jakiś czas któreś z nas odnajdowało ciekawe miejsce.
Nie zważając na przeszkody i odległości odwiedzaliśmy każdą skałę zasługującą na obejrzenie jej z bliska. Łabędziodaktyl widziany z daleka poczekał na nas łaskawie aby podziwiać jego urok z bliska. Zupełnie abstrakcyjne skojarzenie z prehistorycznym latającym stworem pasowało nam najbardziej.
Oj byli tu ludzie i o czymś bardzo ważnym zapomnieli. Zapomnieli zadbać o usunięcie śladów swej bytności bo właśnie takiego widoku nie spodziewaliśmy się w tym miejscu. Prawdopodobnie człowiek jest istotą myślącą ale trudno w to uwierzyć gdy widzi się coś tak ohydnego.
Nie dbaliśmy o przemijanie czasu i o to, że już niedługo powinniśmy zacząć wracać. Odkryliśmy takie wspaniałe miejsce które zatrzymało nas na tyle długo, że słońce zaczęło się chylić ku zachodowi a chmury prawie całkowicie przesłoniły chabrowe do tej pory niebo.
p. zupełnie stracił głowę na widok kolejnej kolekcji skrzydeł. Strome podejście to nie problem, pionowa ściana na drodze też nie problem. On swoją drogą, ja swoją na wyścigi podążaliśmy do kolejnego figla przyrody.
Dopiero po pięciu godzinach zrobiliśmy odpoczynek. Z torebki wyjęłam wysoko kaloryczne batony i dwie butelki wody. Ulżyło mi i raptem okazało się, że torebka jednak może ważyć o dwa kilogramy mniej.
- Czy któreś z tych skrzydeł jest tym poszukiwanym od lat? - Miałam zupełny galimatias w głowie i zapomniałam jak wyglądała skała oglądana na zdjęciu w komputerze dnia poprzedniego.
- Niestety ale nie. - Smutno oznajmił p.. - Ale nie przejmuj się tym zbytnio. Zobaczyliśmy tyle zaskakujących widoków, że już nie pragnę więcej. - Lekko mnie zaskoczyło takie stwierdzenie. - A ponad wszystko chcę znaleźć się już w hotelu. Nogi mi za chwilę odpadną, jestem wykończony. Poddaję się, przegrałem, zostałem pokonany ale jestem zadowolony.
- Nie przejmuj się tym zbytnio. - Musiałam się odgryźć. - Dopilnuję abyśmy przyjechali tu za jakieś dwa lata i wtedy znajdziemy to wymarzone skrzydło.
- Dobrze niech tak będzie. - p. uśmiechnął się i spojrzał w stronę gdzie prawdopodobnie stało nasze auto. - Prowadź do domu. - Dodał i wskazał prostą drogę powrotną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































