1

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michigan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michigan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 maja 2020

Obiad z dymem i popiołem

 Od pierwszego dnia pobytu i oczywiście od pierwszej wizyty na plaży zainteresowała nas prymitywna konstrukcja prawie na wprost schodów którymi schodziło się z kempingu by znaleźć się bliżej wielkiego jeziora.


Nie mogło być inaczej, bo zwykle nadajemy jakąś nazwę absurdalnym rzeczom do opisania których potrzeba długiego wywodu. Dla nas oczywistą i zrozumianą od zaraz.

Mały bufet i siedzisko dla czworga nasuwały przeznaczenie tego miejsca na myśl bez zastanowienia. Być może ze względu na podłą pogodę nie było obsługi i chętnych do wypicia drinka na plaży. Znalazła się jedna osoba do obsługi ale i tak nikt nie trafił do baru dla umarlaków. Tak właśnie nazwaliśmy to opustoszałe miejsce które dzielnie stawiało czoła niszczycielskim siłom natury.

Ktoś kiedyś zbudował bar na plaży i może nawet został raz użyty na potrzebę pewnej dzikiej imprezy. Echa zabawy dawno już przeminęły a dzieło wprawnych cieśli pozostało do dziś.
- Skoro tutaj nic na ząb nie dostaniemy to może coś upichcimy w domu. - Śmiać mi się zachciało bo jak kemping można nazwać domem. Ale, ale jednak można co przyszło mi do głowy z lekkim opóźnieniem. Jesteśmy we dwójkę jak w domu, jesteśmy na spacerze co w domu również się zdarza a, że naszym domem obecnie jest dom na kółkach to przecież właśnie nasz dom. Bardzo to pokrętne nazywać duże auto domem ale wiele osób żyje w takich albo nawet gorszych warunkach. Podróżując po niezliczonych miejscach spotykaliśmy taką biedę, że żaden przewodnik nie wspomni o tym, że ludzie w tym ponoć zasobnym kraju żyją na skraju przepaści pomiędzy życiem a śmiercią.

 Z zapasami bywa tak, że niewiem co miałabyś w spiżarni to i tak czegoś braknie, albo akurat masz na coś ochotę czego w domu nie ma. Zabraliśmy ze sobą bardzo urozmaicony prowiant. W pojemnikach z żywnością możnaby znaleźć kabanosy, próżniowo zapakowaną kiełbasę, warzywa wszelakie które więdły pomimo tego, że leżały w działającej lodówce (chyba kupiłam stare), masło, sery w dwóch kolorach: żółtym i białym. Mieliśmy pieczywo i innych puszek tyle, że mały sklep mógłby handlować przez cały dzień. I co z tego? Nic a nic. Żadne z nas nie miało ochoty na “domowe” jedzenie gdy dookoła widoki jednak nie jak w domu. Chciałoby się czegoś innego ale nikt nie wiedział czego.


Wróciliśmy ze spaceru około trzeciej po południu i p. nerwowo palił papierosy. Widocznie głód zżerał go od środka. Rano nie mieliśmy ochoty na śniadanie bo po wczorajszej kolacji byliśmy jeszcze najedzeni. Ruch na świeżym powietrzu poruszał naszymi wnętrznościami i ja również czułam, że mogłabym coś wrzucić na ruszt.
- W czym ci pomóc?  Korzystaj póki mam siłę. Za chwilę zdechnę z głodu.
- Masz dzisiaj wolne. Nic nie rób. - Lubię jak mąż pomaga mi w kuchni ale nie cierpię gdy zaczyna się rządzić i ustawiać mi robotę.
- To co będziemy jeść?
- Kłaki.
- Flaki?
- Flaki! Chyba twoje. Skąd ja mam wziąć flaki?! Kłaki, włosy! Rozumiesz co mówię? Palisz swoje włosy to możesz je zjeść.
- p. nie zwracał uwagi, że szalejący wiatr targał jego włosami i czasami zakrywały całą twarz. Nie mogłam zrozumieć, że on nawet nie zauważał, że razem z ustnikiem wpycha do ust włosy. Chyba głód pomieszał mu zmysły.

- Nic nie musisz robić bo dzisiaj obiadu nie będzie. Jedynie jarska przekąska. - Wiadomo wszem i wobec, że tygrysa trawą nie nakarmisz i tak właśnie jest z moim mężem. Obiad bez mięsa to nie obiad. Może być mięso ssaków, płazów lub gadów.


- Ziemniaki z ogniska i pomidory z cebulą. - Oznajmiłam jak znudzona kelnerka tuż przed zamknięciem knajpy. Zaczęłam grzebać w ognisku aby pobudzić je do życia.

Do ziemniaków powinno być sporo żaru aby równo się upiekły. 
- Rusz się chłopie, narąb drewna  i dorzuć do ogniska. Chciałeś mi pomagać to masz szansę na wykazanie się z dobrej strony. - Szybko przygotowałam dwa, tak dwa ziemniaki bo tyle nam zostało a pójść do sklepu nikt nie miał ochoty. Lekko przyprawione i zawinięte w folię aluminiową wylądowały tuż obok buchającego żywym płomieniem ogniska.

Muszą zaczekać aż się polana wypalą to wtedy wrzucę je do środka ogniska. Nasze ognisko to mini ognisko więc musieliśmy użyć folii aby smakołyki nie spaliły się na popiół. Gdzie te czasy gdy rozpalało się duże ognisko a po jego wypaleniu zasypywało się ukradzione ziemniaki w gorącym popiele. Minęły i już nie wrócą, teraz trzeba zadowolić się namiastkami.












Bardzo lubię ziemniaki pod różnymi postaciami ale znaleźć dobre jest niebywale trudno. Jakimś dziwnym trafem nie ma oznaczenia rodzaju ziemniaków lub ich odmian i nigdy nie wiadomo co kupujesz. Po kolorze nigdzie nie trafisz bo żółte mogą być wodniste i niespójne albo wręcz przeciwnie.
Ziemniaków nie zabieraliśmy ze sobą bo przypuszczałam, że w okolicach gdzie wielkiego miasta nie uświadczysz w odległości stu mil znajdziemy pachnące warzywa z wiejskich ogródków. Po raz kolejny kierując się marzeniami wyszliśmy jak Zabłocki na mydle. W sklepie były takie same ziemniaki jak w wielkich megasamach a na bezobsługowym straganie lekko podwiędłe produkty rolne. Jak wygląda taki stragan? Na stołach wystawione są pomidory, cebula i inne cuda co urodziły się farmerowi. Wszystko poukładane w koszykach z plastiku. Każdy koszyczek ma swoją cenę. Jak chcesz to bierzesz zawartość kosza a dolary wkładasz do wysokiego słoika. Nie ma sprzedającego tylko sami kupujący, jeżeli znajdzie się wariat który kupi nieświeży produkt. Jeden się znalazł w okolicy i grzebał w ziemniakach do pieczenia. Tym wariatem byłam  właśnie ja. Wybrałam dwa które wyglądały najmniej podejrzanie i z bólem serca zapłaciłam tyle co za kilogram w Chicago.


Pieczenie na oko nie zawsze przebiega prawidłowo co widać na zdjęciach. Ziemniaki i owszem upiekły się w całości ale zbyt przypiekła się skórka. Smakowały nam wyśmienicie bo nigdy w piekarniku takie nie wspaniałe nie wyjdą. Zapach dymu sprawiał, że smakowały jeszcze lepiej. Wnikliwe obserwacje serwowanego posiłku doprowadziły do tego, że nawet zwęglona skórka powędrowała do brzucha.

środa, 8 kwietnia 2020

Wiatr we włosach

- To idziemy wreszcie na spacer czy nie? - Od dłuższego czasu zupełnie nieporadnie szykowaliśmy się do zwiedzenia wschodniej części miasta. Nigdy tam nie byliśmy i kierowała nami chęć zaspokojenia ciekawości. Plecak p. urósł do rozmiarów jumbo jeta a ja ciągle marudziłam, że brakuje tego i tamtego. Na domiar złego wymyśliłam, że to jego wina i byłam wkurzona, że taki nieporadny z niego podróżnik. Jeszcze chwila i słońce zajdzie za chmury więc po co się ruszać z “domu”. Mijało kolejne trzydzieści minut wychodzenia a do wyjścia wydawało się jeszcze daleko. Teraz właśnie przysiedliśmy na papierosa bo ile można nie palić.
Siedzimy sobie zatem na przeciw siebie i omiatamy wzrokiem okolicę. Jeden sąsiad odjechał ale na jego miejsce właśnie wjeżdża jakiś inny pojazd. Czyściutki, nowiuśki i pewnie drogi jak diabli. Lekko westchnęłam i wzrok zawiesiłam na drugim sąsiedzie, tym od strony kierowcy. Stara ale zadbana przyczepa a przed nią pikap.
Każde miejsce jest oznaczone karteczką z wypisaną datą odjazdu mieszkańca. Ten właśnie typ miał wykupione miejsce na następne dwa tygodnie. Zastanowiłam się chwilę kiedy ostatni raz widzieliśmy sąsiada. Kemping jest oświetlony nocą więc sąsiad nie używał zewnętrznego oświetlenia jak to robią niektórzy. Do środka nie da się zajrzeć bo szyby przyciemnione na tyle by nie można zaglądnąć do wnętrza. Gdybym nawet chciała to nasze pojazdy były tak ustawione, że nasze okna nie celowały w jego.
- Może coś z nim się stało bo nie widziałam go od trzech dni. - Szybko obliczyłam kiedy jego sylwetka przemknęła i zniknęła w czeluściach przyczepy. - Może zapukać do niego?
- Pewnie dziadzisko umarło. Szkoda fatygi.
- p. wziął głęboki wdech a po chwili wypuszczał powietrze z płuc jakby wzdychał nad beznadziejnym przypadkiem, jedynym pośród całej ludności ziemi. - Przyjadą gliniarze, zaczną pytać czy go nie zabiłaś, czy ktoś tu chodził a przecież wszyscy tu łażą jak opętani. Nikt na dupie nie usiedzi. Skują cię jako główną podejrzaną morderstwa i taki będzie koniec naszych krótkich wakacji.
Ten człowiek potrafi wszystko wytłumaczyć tak aby było mu wygodnie. Mnie natomiast oblał zimny pot. A jeżeli to prawda, że obok w naczepie leży trup.
- Już muchy oczy mu wypiły. - p. dodał tak od niechcenia. Jakby na zakończenie rozmowy o domniemanym nieboszczyku.
- Przestań! Idziemy. - Serce biło mi szybciej niż zwykle. Dałam się wrobić w atmosferę horroru.
Poderwałam się z miejsca, niedopałek cisnęłam do ogniska i chwyciłam swój biały aparat. Ruszyłam w stronę plaży nie odwracając się bo gdybym ujrzała… Fantazja przewróciła mi w głowie. Zombie są tylko w filmach, głębszy oddech i szybszy marsz. Po chwili usłyszałam kroki za sobą. Głowę schowałam w ramiona i przymrużyłam oczy. Kemping pełen ludzi, nawet przed chwilą minęła mnie gromadka dzieci na rowerach a ja boję się łażącego za mną umarlaka. Wcale sobie nie pomogłam i gdy p. dotknął mnie wrzasnęłam wzbudzając zainteresowanie starszej pani gimnastykującej się na trawie.
- Zrobiłaś dziesięć kroków i zapomniałaś, że masz męża? - Ścisnęłam jego dłoń i poczułam się bezpieczniej. 

Zauważyłam, że p. nie wziął plecaka i stwierdziłam, że podjął słuszną decyzję. Przecież wcale nie potrzebuję tyle pierdół na dwugodzinny spacer. Może tylko dodatkowa para okularów mogłaby się przydać. No trudno, jakoś sobie poradzę. 

Byłoby bez sensu opisywać zmaganie się z wiatrem podczas spaceru więc wystarczy napisać, że w końcu doszliśmy do betonowego molo. Taki to falochron po którym można od biedy chodzić. Można chodzić gdy jest spokojnie. Dotarliśmy w to miejsce podczas mini sztormu jak można osądzić po falach rozbijających się o przeszkodę. 

Fale bardzo często rozbijając się spryskiwały niespodziewanym prysznicem zwiedzających to miejsce. Nie dało się stać po stronie wiatru więc schowaliśmy się po drugiej stronie falochronu.
Przyznać trzeba, że wybudowany został w dobrym miejscu bo idealnie chronił małą zatoczkę przed wściekłymi falami. Gdy tak sobie patrzyłam i prawie się rozmarzyłam któraś z fal przelała się przez falochron dokładnie w tym miejscu w którym stałam.
Słów mi brakuje aby opisać zmienność pogody. O tym jak szalał wiatr niech opowiedzą dwa kolejne zdjęcia.
Przyjemność z pobytu zamieniła się w udrękę i szybko opuściliśmy to nieprzyjazne miejsce. Schowana za wydmą mogłam wreszcie zrelaksować się i ugrzać bo cała moja energia odleciała hen daleko razem z wiatrem.
Gdy już ciało znów zaczęło funkcjonować poprawnie to odeszła nam ochota na dalsze spacerowanie plażą. Musieliśmy przyznać, że walka z żywiołem jest skazana na porażkę a udawanie bohaterów nie leży w naszej naturze. Postanowiliśmy powrócić do Ślimaka przez miasto. Będzie cieplej i ciekawiej gdyż tą drogą jeszcze nie szliśmy. Kierowaliśmy się w stronę latarni … no właśnie jak nazwać latarnię morską nad jeziorem?
Wspięłam się na nią tak wysoko jak się dało i przez chwilę mogłam podziwiać gładką jak lustro wodę nieczynnego portu. 

Gdy już widać było kemping z daleka pomyślałam o naszym sąsiedzie. Ciekawe czy ruszył swoje cztery litery i wyszedł na łono natury. Z drugiej strony może on żyje gdzieś daleko od cywilizacji i nie wychodząc z pomieszczenia czerpie nieopisaną przyjemność. Hm, ciekawe.

sobota, 28 marca 2020

Na przekór

 Ludzie na wakacjach, urlopach lub w czasie weekendu ponoć lubią nic nie robić. Wcześniej wspomniałam, że jeden dzień lenistwa bardzo polubiłam. Jednak gdy dzień się miał ku końcowi nie wytrzymaliśmy w bezruchu i ruszyliśmy na spacer plażą.
Pogoda nas zaskoczyła, było dużo zimniej niż się spodziewaliśmy. O nieoczekiwanych zmianach wspomniałam już dużo wcześniej w “Kolejna burza mnie wkurza”. Deszcz i piekielny wiatr towarzyszył nam każdego dnia. Nie żeby lało bez przerwy o nie. Zmiany następowały tak niespodzianie, że nie sposób było przewidzieć co przyniesie kolejna godzina, słońce czy deszcz.
Mawiają, że trzeba liczyć siły na zamiary a my jak dzieci  bierzemy się za zadania przerastające nasze siły. Nie zawsze ale często tak bywa. Całe niebo to kolekcja ciemnych i ciężkich chmur i tylko dzięki zegarkowi wiedzieliśmy, że za chwilę będzie zachód słońca. Chwytamy aparaty w dłonie i biegiem w stronę schodów prowadzących na plażę. Gdy zza drzew wyszliśmy na otwartą przestrzeń kolejna przeszkoda stanęła nam na drodze. Tak wiało, że słów na opowiedzenie mało. Krzywa wieża w Pizzie jest odchylona od pionu o kilka stopni, ja parłam pod wiatr pochylona do przodu pod kątem 45°.
Przyroda jest bardzo bezlitosna, jak pali słońce to upał nie do zniesienia, jak pada deszcz to przeważnie można się utopić po tygodniu opadów. Gdy wieje wiatr to zrywa dachy albo powala drzewa. Tego dnia porywał ze sobą ziarenka piasku które posłusznie wędrowały z prędkością wiatru.
Zbyt późno zamknęłam usta z których przed chwilą jeszcze wydobywały się jęki bólu. Miałam wrażenie, że raptem zakochały się we mnie wszystkie jeże Ameryki i tulą się do mych nieosłonionych kostek. Ilość piasku między zębami zadowoliłby małego krasnoludka siedzącego w pustej piaskownicy. 

Zwykle mam na nosie okulary słoneczne bo dbam o to aby nie powiększać zmarszczek które niestety już nie znikną. Mam okulary na silne nasłonecznienie, na słabsze oraz takie których nie powinno się nazywać słonecznymi. Właśnie taką nocną wersję okularów miałam na nosie i dzięki nim mogłam patrzeć pod wiatr.
Oprócz piasku, wiatr niósł kropelki wody porwanej ze spienionych fal. Taką mgiełką powinny cieszyć się wszystkie kobiety pod warunkiem, że wraz z nim nie uderzają w twarz miniaturowe kamienie. To był zupełny koszmar a nie spacer. Zastanawiałam się dlaczego przerwałam lenistwo. Totalny błąd, dlaczego nie leżę teraz w ciepłej pościeli a zmagam się z żywiołami. Moja walka z góry jest skazana na przegraną a ja ciągle pod wiatr i nawet pomyślałam o próbie cyknięcia zdjęcia. Piasek i woda to dwaj wrogowie sprzętu fotograficznego a ja jednak świadomie (teraz uważam, że nie) wycelowałam obiektyw w sam środek zachodzącego słońca.
Wiedziałam, że nasłucham się o zaniedbywanie drogiego sprzętu ale o wodzie nic jeszcze nie wiedziałam. Po powrocie do obozowiska widać było piasek i ślady po kropelkach wody na obiektywie. Jutro zadbamy o to aby kolejna sesja zdjęć była o wiele lepsza. Czy to nam się udało dowiecie się już niebawem.

czwartek, 19 marca 2020

Łatwe gotowanie

 Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić nie ruszając się z miejsca. Wreszcie słodkie nieróbstwo w pobliżu szumiącego jeziora. Relaks.
Było sielsko anielsko, trochę gotowania i gadania na Skypie. Cały dzień upłynął na niczym co nie zdarza się w domu. Tutaj gdy nic nie goni i nie stresuje, że do pracy a po pracy kierat domowy, marnotrawienie czasu uznałam za rzecz bardzo miłą.
Jedynie przygotowałam kociołek czyli pachnący gar napełniony samymi smakołykami.
Zamiast ogniska użyliśmy kuchenki indukcyjnej bo z płomieniami u nas nie jest wszystko pod kontrolą. Jak to się odbywało zobaczcie sami na krótkim filmie. Jeszcze nie potrafię przesłać smaku i zapachu na Youtube ale kiedyś może i to się uda. Zapewniam, że jedzenie było smaczne i pożywne pomimo tego, że upichcone na kempingu. Kto wie może właśnie dlatego, że było upichcone na kempingu.

https://youtu.be/fxuLY4ugb_M
Aby zobaczyć film kliknij na zdjęcie.

środa, 15 stycznia 2020

Piromania


  To był bardzo interesujący wieczorny spektakl z udziałem dwojga, ognia i gwiazd na niebie. Na tyle interesujący, że siedzieliśmy długo w noc. Rano nie tylko p. nie huczał swego tradycyjnego "wstawaj" ale długo wylegiwał się ze mną w pościeli. Po szybkim i skromnym śniadaniu postanowiliśmy ruszyć tuż przed południem aby dotrzeć do celu naszej podróży.
Droga pośród lasu na dłuższą metę jest monotonna bo nic nie widać tylko zielone ściany drzew po bokach i czarny asfalt na wprost. O mały włos minęliśmy drogę dojazdową do kempingu. Gdy tak jedziesz i jedziesz przez godzinę lub dwie i nic się nie dzieje to popadasz w odrętwienie i refleks usypia chociaż nie powinien. Wtedy doceniłam zdobycze techniki i uznałam GPS za wspaniały wynalazek. p. już nie raz przekonał się, że pilot ze mnie żaden i gdy on kieruje to ekran ze wskazaniem drogi ma na wprost oczu a gdy ja prowadzę też go ma na wprost siebie. Nie wierzy mi za grosz i woli nie rozczarować się kolejny raz. Leśna droga na kemping była wąska i dziurawa. Nikt nie zadbał o wyrównanie piaszczystej nawierzchni pługiem. Kemping wydawał się pusty bo przejeżdżaliśmy obok miejsc przeznaczonych na samochody i nie zauważyliśmy ani jednego auta.
Zadowolenie z pustki panującej na kempingu nie trwało długo. Nasze marzenia o tym aby być sam na sam z przyrodą brutalnie zostały zniszczone przez państwową instytucję. Zwykle po znalezieniu odpowiedniego miejsca brało się kopertę, wypełniało rubryczki wydrukowane na niej i do środka wkładało się gotówkę lub czek. Proste rozwiązanie i działające przez lata. Wszystko uległo zmianie na gorsze dla turystów ale na lepsze dla systemu, czego innego można się spodziewać.
Po koperty z kasą trzeba przyjeżdżać co jakiś czas i uzupełniać ich zapas, o drukowaniu już nie wspomnę. Pracownikowi należy się nawet licha zapłata więc komu potrzebne tyle zachodu? Nikomu. Wymyślono zatem kolejne narzędzie ucisku i łatwy dopływ pieniędzy. Jak widać na zdjęciu na dzikim kempingu bez bieżącej wody trzeba mieć zarezerwowane miejsca przez internet. Można też zaklepać sobie miejsce telefonicznie z wyprzedzeniem bo rezerwacja jest wymagana. Z kempingu nie zadzwonisz bo zasięgu nie ma. Brawo, tego nawet w Rosji nie wymyślili. Pomimo tego, że miejsc pod dostatkiem my nie możemy skorzystać pomimo tego, że nie ma tutaj żywej duszy.
Kopert nie trzeba drukować, pracownik odsługujący jest niepotrzebny a kasa sama wpływa na konto poprzez www.recreation.gov albo przez telefon 1-877-444-6777. Jak nie ma zasięgu telefonicznego to i nie ma internetu. Pojechaliśmy zatem dwadzieścia kilometrów do miasta aby zarezerwować miejsce na kempingu który świecił pustkami. “Na dziś wszystkie miejsca są zarezerwowane” usłyszeliśmy po połączeniu się Parkiem Narodowym. Długo dogadywaliśmy się z panią o stalowych nerwach albo olewającą rozmówców i nie pomogło stwierdzenie, że nikogo na kempingu nie ma a miejsc do urzygu. Nie ma rezerwacji nie ma spania i już. Kogo to obchodzi, że ten co zarezerwował obecnie leży w szpitalu albo dzieci mają grypę a zarezerwowane miejsce nie zostanie wykorzystane. Liczą się pieniądze a nie udostępnienie Parku Narodowego. Kasa i jeszcze raz kasa. Plan wykonany a, że ze szkodą dla obywateli to zupełnie nieważne.
Pominę szczegóły bo krew mnie zaleje więc zapomnijmy o wspaniałym kraju i przenieśmy się do realu bo bajki nie dla nas. Jak nie na państwowych terenach to na prywatnym kempingu znalazło się miejsce. Trochę ciasno i o dzikich wrzaskach o północy musieliśmy zapomnieć ale za to nad samym jeziorem.
Miejsce było na tyle duże, że mogliśmy rozłożyć nasz letni domek czyli olbrzymi namiot w którego wnętrzu zmieściliśmy stół i dwa krzesła. Wolnej przestrzeni zostało na dwa łóżka ale wykorzystaliśmy je na pojemniki z żywnością i inne pierdoły jak buty, kuchnia polowa itp. Ochoczo zabraliśmy się do roboty zagospodarując nasze miejsce bo jeszcze trzeba lecieć na plażę. Liczba mnoga została użyta niesłusznie bo ja zajęłam się zrobieniem dobrych drinków na uspokojenie nerwów a p. całą resztą.
Gdy chatka była już gotowa do użytku przyszedł czas na przygotowanie ogniska. Zgrabny stosik cienkich szczap miał posłużyć jako baza dla większych kawałków drewna. Ktoś zupełnie niedawno opuścił to miejsce bo w popiele znajdował się żar po ognisku poprzednich mieszkańców. Bardzo dobrze bo gdy będziemy na plaży drewno podeschnie i jak wrócimy to łatwo nam pójdzie z podpaleniem ogniska. Kilka większych kawałków postanowiliśmy również wysuszyć. Aby wszystko poszło ładnie i składnie p. upchnął jeszcze takie specjalne bobki do podpalania ogniska. Kupiliśmy je chyba dziesięć lat temu i służyły jako wyjście awaryjne gdyby kora brzozowa zawiodła. Na pewno już zwietrzały i nie miały w sobie mocy podtrzymywania ognia więc postanowiliśmy pozbyć się ich i w przyszłości kupić nowe.
Na plażę prowadziły schody bo teren kempingu był na górce a od schodów dzieliło nas jakieś sto metrów. Jeszcze jedno spojrzenie na miejsce gdzie porzuciliśmy Ślimaka i pokonaliśmy dwadzieścia siedem stopni w dół. Na plaży wiał tak silny wiatr, że postanowiliśmy wrócić tu wieczorem ubrani w kurtki i długie spodnie bo teraz było po prostu zimno. Znów schody ale tym razem pod górkę. Człapałam i wlekłam się za p. bo moja forma jeżeli kiedyś istniała to zabiły ją fajory. Byłam w połowie przeszkody gdy usłyszałam, że pali się Ślimak albo keping w pobliżu naszego tymczasowego obejścia. Raptem okazało się, że z moją formą nie jest aż tak źle bo w sekundzie znalazłam się na samej górze.
Przybyło nowych mieszkańców ale też i dymu. Wyraźnie wydobywał się naszego miejsca. Kłęby białego dymu towarzyszą płomieniom które smagają nasz dobytek. Myślałam, że zemdleję z wrażenia i żalu za tym co mieliśmy ze sobą i już nigdy mieć nie będziemy. Trzymałam się poręczy a p. gnał ratować co się da. Krzykami ognia nie ugaszę ale może podpowiem p., że mamy gaśnicę zanim on wpadnie w panikę. Może się na coś przydam choć do tej pory to pożytku ze mnie nie było. Dopędziłam męża gdy on wykonywał ostry skręt w lewo. Płomieni nie widać ale za to tłum ludzi na tyłach Ślimaka przygląda się ognisku. Nasza obecność uspokoiła rządnych sensacji gapiów i odeszli dogadując coś pod nosami. Nawet nie wsłuchiwałam się rozmowy ale byłam pewna, że klęli na nas, że zostawiliśmy ognisko bez opieki.
- Do cholery co tak kopci? Przecież nie drewno! Co tam wsadziłeś? - Ognisk mamy poza sobą bez liku i wiem jak płonie drewno i wiem jak płoną liście gdy trzeba jakoś wspomóc rozpalanie ale takiego czegoś jeszcze nie widziałam i byłam pewna, że to plastik. Spojrzałam groźnie na męża i jeszcze raz spytałam dodając rozumiane przez niego słowo. - Co tam wsadziłeś. K….
Okazało się, że praktyczny małżonek na samo dno wsadził plastik którym związane były kawałki drewna. Przeźroczysta folia. To ja dbam o ekologię, segreguję w domu śmieci i nie pozwalam palić niczego co zatruwa powietrze a tu proszę pod moim okiem granda na całego.
Widać żar po poprzednikach musiał być większy niż się spodziewaliśmy bo za chwilę doszłoby do samoistnego zapłonu. Pięknie przywitaliśmy się z sąsiadami nie ma co. Na dodatek wystawiliśmy sobie wstydliwą wizytówkę. Jak coś będzie źle w okolicy to łatwo będzie znaleźć winowajcę, wszyscy wskażą palcami mnie. Jak już mamy tyle dymu bez ognia (a ponoć nie ma dymu bez ognia) to niech i ogień się pojawi. Rozpoczniemy kolację dużo wcześniej niż zamierzaliśmy. p. podszedł do ogniska i zapalił zapalniczkę. W porównaniu z plażą na kempingu wiatr nie był taki porywczy ale dopiero za trzecim razem płomyk trzymał się zapalniczki. Osłaniany otwartą dłonią miał szansę na dotarcie w pobliże prawie gotowego ogniska. Jeszcze dwadzieścia centymetrów i może będzie ognisko. Właśnie wtedy nastąpił wybuch oparów nasyconych rozgrzaną podpałką która nie była aż taka przeterminowana jak nam się wydawało i olbrzymi płomień zakrył pole widzenia. Było przytłumione buuum i pochylony nad ogniskiem p. zniknął poza olbrzymim ogniem. Chwilę później ognisko pochłonęło cały płomień a p. pozostał z bardzo głupią miną.

niedziela, 5 stycznia 2020

Czasami w złym humorze.

 Słyszałam od pewnego czasu ponaglenia abym wreszcie wstała z łóżka. Co minutę p. którego teraz nazwałabym wrednym dziadem darł się na cały głos, że powinnam wstać bo za chwilę będzie wschód słońca. Mamy idealną okazję aby to uwiecznić robiąc kilka zdjęć. Na wakacjach wstawać przed wschodem? Czysty absurd. Leżałam i udawałam trupa ignorując jego radosne pokrzykiwania. Ciemno wszędzie i jeszcze nikt nie wstał tylko mąż lata tam i z powrotem wskakując do Ślimaka aby mnie dobudzić. Po chwili wyskakiwał a pojazd aż kołysał się od tych nagłych zmian obciążenia. Musiałabym postradać zmysły aby o tej porze wyjść na zewnątrz i czekać aż zrobi się widno. Nic z tego wolę poduchy i kołdrę puchową niż piasek i wiatr. Ogłuchłam na jego prośby i groźby ale spać się nie dało. Chyba nie wytrzymam nerwowo i wstanę. Wstanę bo oszaleję.
- Gdzie jest ten piekielny aparat. - Warknęłam siadając na łóżku. Obrzydliwie zimny przedmiot został silnie wciśnięty mi w dłonie a wilgotny pasek aparatu dotknął ciepłej szyi. Wariat i sadysta. Po tylu latach wspólnego życia wyszło szydło z worka i okazało się iż dawno temu popełniłam wielki błąd przyjmując zaloty obecnego męża. Zostawił mnie samą gdy uszliśmy cztery kroki od auta w stronę plaży.

Naprawdę byłam śpiąca a otaczająca mnie ciemność pogłębiała to uczucie. Minęliśmy ławkę na której mogłam sobie posiedzieć. Zrobienie fałszywego ruchu nie uszłoby mi płazem i p. zmusił by mnie do podejścia do tafli jeziora. Szkoda fatygi usiądę tu gdzie jestem. Już miałam paść na glebę jak nieżywa gdy dostrzegłam lekkie wzniesienie po lewej stronie. Rosło tam drzewo, jakaś potargana wiatrem choinka i stwierdziłam, że moja fryzura pasuje do wyglądu tego  biednego drzewa więc sobie razem ponarzekamy na niedogodności żywota. Mój umysł chyba się wybudzał bo zaskoczyłam, że tam będzie sucho bo trochę wyżej niż okolica. Tam się położę i dośpię do wschodu. Dwa kroki w lewo i już siedzę sobie na igłach leżących wokół. Jakiś suchy badyl kłuł niemiłosiernie więc położyłam się na lewym boku. Teraz było mi wygodniej ale tyle wysiłku fizycznego wybudziło mnie z odrętwienia umysłowego. Ciało ciągle spało. Leżę zatem i widzę, że jaśniej coś się robi na horyzoncie. Jeszcze kilka mrugnięć powiek i już koniec ze spaniem. Prosto w twarz zostałam staranowana światłem o przerażającej jasności.
- I jak ci idzie? - Czemu ja taka uprzejma i miła nie miałam pojęcia.
- Nie jest to takie proste. - Coś jeszcze zagadnął o moje zdjęcia ale zignorowałam to zupełnie. Aparat wisiał na szyi jak sznur szubienicy i nie miałam zamiaru go używać. Fotograf niech robi zdjęcia. Zabraliśmy siedem aparatów to niech robi zdjęcia a ja tym czasem jeszcze poleżę. Popatrzyłam na p. i jakoś żal mi się go zrobiło. Chłopina wstał rano, obudził żonę za co nie jestem mu wdzięczna, przywlekł mnie tutaj za co go szczerze nienawidzę, chce zrobić dobre ujęcie ale mu nie wychodzi więc może powinnam go wspomóc. Nie z miłości tylko z litości, przecież mam dobre serce. Jęknęłam z zawodu, gdy już uporałam się z uruchomieniem aparatu i wycelowałam obiektyw w stronę źródła znienawidzonego światła to zobaczyłam zielsko na pierwszym planie.
- Rób dużo zdjęć kochanie to może któreś będzie super. - p. najwidoczniej moje nieporadne ruchy wziął za usiłowania przyjęcia odpowiedniej pozycji do dobrego ujęcia. Nic bardziej mylnego bo ja jeszcze nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.

Co przystawię aparat do oka to widzę zielsko. Widzę je albo z lewej strony kadru albo z prawej. Zielsko i czerwoną kulę palącą moje ciągle zaspane oczy. No przecież nie wstanę i nie zajmę się pieleniem okolicy aby zdjęcie zrobić. Przegrałam pojedynek z zielskiem i postanowiłam słońce wpleść w kwiat zielska. Nawet to całkiem fajnie wyglądało. A jak zdjęcie wyszło okaże się później.
- Mam, zrobiłam. - Oświadczyłam całemu światu wykonanie zadania ale tak cicho, że i nietoperz siedzący na ramieniu nie dosłyszałby moich słów zadowolenia. Zaczęłam się podnosić aby dojść do Ślimaka i
natychmiast położyć się, odpocząć po wysiłku.
- Fotki many więc pora zbierać się do drogi. Zapalimy, popijemy i jedziemy. - Pomyślał o wszystkim tylko nie o spaniu. Może nie powinnam utyskiwać tylko wziąć się do roboty bo czy wakacje czy nie żyć trzeba i wykonywać stojące przed nami zadania. Po wypaleniu i po wypiciu zakrzątnęłam się w kuchni sporządzając śniadanie.
Ładnie tutaj ale trzeba jechać bo siłą woli nie przeniesiemy się w inne miejsce. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wjechaliśmy do Michigan bo granica pomiędzy stanami przebiegała w mieście. Krystalicznie czyste powietrze to jedna z wielu zalet przebywania daleko od cywilizacji. Jedziemy nad jezioro Superior za którym już tylko Kanada i biegun północny. Rzadko trafialiśmy na osady ludzkie i gdyby nie świadomość, że jesteśmy w USA to taki krajobraz można przypisać wielu zakątkom na ziemi.
Wolno zmysły usadowiły się w swym normalnym miejscu i zapomniałam o wielkim niezadowoleni z samego rana. Teraz już jedziemy dalej i dalej i dalej. Na mapie widać, że lasy dookoła nas i za kilka mil pośród lasu jest wodospad. Nie musieliśmy się naradzać czy jechać tam czy nie. Zgodnym chórem zabrzmiały nasze głosy obwieszczając, że za kilka chwil padniemy na kolana przytłoczeni pięknem wodospadu. Do cuda przyrody prowadziła dziurawa piaszczysta droga. Podskakiwaliśmy na niej jak piłka a w środku gary i widelce wraz z szklankami głośno oznajmiały każdy wybój. Oj trzeba będzie popracować nad zabezpieczeniem luźnych przedmiotów. Na końcu dojazdu był parking i okazało się, że pomimo tego iż w Ameryce Północnej jest wszystko duże to na dużym parkingu brakło dla nas miejsca dzięki niechlujności kierowców.  Każdy stawał tak aby było mu wygodnie nie dbając o to, że raptem zajmuje dwa razy więcej miejsca niż powinien. Zatrzymaliśmy się poza parkingiem na poboczu bo innego miejsca nie mogliśmy znaleźć. Spacerkiem ruszyliśmy w stronę wodospadów bo z ulotki dowiedzieliśmy się, że drugi jest troszkę w dole i oddalony od pierwszego o zaledwie kilkaset metrów. Na drewnianym pomoście akurat tłoczyło się ponad dwadzieścia osób. Skąd tyle gawiedzi na pustkowiu nie mogliśmy wykombinować. Ani to pora ku temu jak w lipcu i sierpniu ani weekend aby ruszyć się z domu. Odczekaliśmy aż tłum rozproszy się i zostaliśmy sami. Wszyscy pobiegli do drugiego wodospadu. Ludzie to stadne stwory i jak gęsi lub krowy lubią swoje towarzystwo. Teraz zapewne jest ich całe mnóstwo w jakimś innym miejscu. Zaczęłam pozowanie do zdjęcia. Nie cierpię tego i staram się umykać przed obiektywem. Usłyszałam “troszkę w lewo bo zasłaniasz wodospad” i humor mnie opuścił. Co ja taka olbrzymia, że wodospad zasłaniam, gruba taka, że nic w kadrze się nie zmieści tylko zwały mojego tłuszczu. p. lubi ręczne ustawienia aparatów ale nie zawsze jest ku temu czas. Nadchodziła kolejna fala ludzi którzy zatrzymali się aby nie wtargnąć na plan zdjęciowy. p. coś popieprzył i ze zdjęć nici. Lawina chciwych zdjęć turystów wypełniła pomost i na powtórkę musielibyśmy czekać nie wiadomo jak długo. Małżonek mamrotał pod nosem, że pozbędzie się całego sprzętu bo na chu chu mu to wszystko jak nie potrafi zrobić zdjęcia. O tym, że nie potrafi zrobić ładnego zdjęcia żonie sam nie wspomniał więc uświadomiłam mu to z wielką ochotą. Zazgrzytało jakby styropianem po mokrej szybie. Zrobiło się nerwowo gdy dodałam kilka szczegółów i wspomniałam o jedynej szansie jaką miał przed chwilą.
- Po co te cyrki z ustawieniami zostaw na “auto” tak jak ja mam ustawione to będziesz miał poprawne zdjęcie za każdym razem. - Czułam, że podniosłam ciśnienie w żyłach p. o 50% bo aż poczerwieniał na twarzy. - Ciekawe czy przy kolejnym też zawalisz?
- Nigdzie nie pójdę zaczekam tutaj. - Wskazał ławkę przed schodami do kolejnego wodospadu. Poszłam sama wściekła na samą siebie i na p.. 

Wodospad sfotografowałam ale emocji jakoś nie miałam. Żadnego uniesienia w obcowaniu z cudem przyrody. Nastrój prysł i chyba dzisiaj nie wróci. Za to ja wróciłam zasapana.
- Ale dziwne drzewo. - Kończyłam butelkę wody i miałam zamiar podziwiać drzewo przypominające namorzyn wyrwany z brzegu morza i wsadzony w samym środku lasu.
- Mam zdjęć pod dostatkiem, nie musisz się fatygować.
- Jemu też kazałeś się ustawiać. Lewy korzonek lekko do przodu.
- Ruszyłam w stronę powrotną do auta.

- Czy ja powinnam się zmieniać jak kameleon? Czy jestem tak pokraczna, że nie mogę być sobą. O tak mnie powykręcało. Tak a może tak. - Wygłupiałam się bo miałam dość czterech smutnych oczu bo nie było powodu aby się dąsać. Ja przybierałam przedziwne figury a p. robił fotki, jedna za drugą. Nie wiedziałam o tym aż do wieczora kiedy przeglądaliśmy zdjęcia.  
Miałam nie zamieszczać tego "najlepszego" na blogu ale postanowiłam przeciwstawić się poprawności politycznej i nie pisać tylko o tym jak pięknie jest na świecie i jaka jestem idealna.
Nasz plan na drugą połowę dnia to jedno miejsce widokowe i znalezienie noclegu. Z pierwszym zadaniem poszło nam całkiem łatwo. Jedynym utrudnieniem był godzinny objazd ze względu na przebudowę drogi. Pogoda była cudowna i nic nie zapowiadało deszczu tak jak wczorajsze wieczorne chmury. Widoczność idealna a woda wydawała się zapraszać do kąpieli. Ta część jeziora Superior słynie z widokowego brzegu i należy do stanowego parku pod nazwą Pictured Rocks.
Z miasta Munising organizowane są wycieczki statkiem aby napatrzeć się do syta na urokliwe miejsce. Jest nawet wodospad wpadający do jeziora co stanowi główną atrakcję parku. Postanowiliśmy wybrać się któregoś dnia na jedną z tras oferowanych przez organizatora wycieczek. Od razu uprzedzę bieg wydarzeń i zdradzę tajemnicę, że nie popłynęliśmy na wycieczkę. Sami odkryjecie tajemnicę dlaczego tak się stało.
Z lądu widać niewiele ładnych skał ale to co można dostrzec to doprawdy zachwyca. Przez okno lub drzwi w jednej skale można przepłynąć łódką lub motorówką.
Bardziej zahartowani turyści pływali kajakami docierając w tajemnicze zakamarki wybrzeża. Na pierwszy rzut oka nie widać, że uczestnicy tej wycieczki pozostawili kajak na brzegu i popłynęli wpław do jaskini.
Lornetka lub dobry teleobiektyw pomagają w oglądaniu dalekich szczegółów ale i tak zazdroszczę im odwagi i tego, że widzieli coś czego nie jestem w stanie zobaczyć.
Po chwili zachwytu nadszedł czas na realia bo usłyszałam burczenie w brzuchu. Poczułam głód bo od śniadania nic nie jadłam a już czwarta po południu.
Na mapie znaleźliśmy miejsce na spanie. Półtorej godziny jazdy i już parkujemy Ślimaka na kempingu. Czas na kiełbasę z ogniska i pomidory z cebulą. Drewno zakupiliśmy po drodze więc będzie kolacja przed “telewizorem jaskiniowców”.