Nie mogło być inaczej, bo zwykle nadajemy jakąś nazwę absurdalnym rzeczom do opisania których potrzeba długiego wywodu. Dla nas oczywistą i zrozumianą od zaraz.
Mały bufet i siedzisko dla czworga nasuwały przeznaczenie tego miejsca na myśl bez zastanowienia. Być może ze względu na podłą pogodę nie było obsługi i chętnych do wypicia drinka na plaży. Znalazła się jedna osoba do obsługi ale i tak nikt nie trafił do baru dla umarlaków. Tak właśnie nazwaliśmy to opustoszałe miejsce które dzielnie stawiało czoła niszczycielskim siłom natury.Ktoś kiedyś zbudował bar na plaży i może nawet został raz użyty na potrzebę pewnej dzikiej imprezy. Echa zabawy dawno już przeminęły a dzieło wprawnych cieśli pozostało do dziś.
- Skoro tutaj nic na ząb nie dostaniemy to może coś upichcimy w domu. - Śmiać mi się zachciało bo jak kemping można nazwać domem. Ale, ale jednak można co przyszło mi do głowy z lekkim opóźnieniem. Jesteśmy we dwójkę jak w domu, jesteśmy na spacerze co w domu również się zdarza a, że naszym domem obecnie jest dom na kółkach to przecież właśnie nasz dom. Bardzo to pokrętne nazywać duże auto domem ale wiele osób żyje w takich albo nawet gorszych warunkach. Podróżując po niezliczonych miejscach spotykaliśmy taką biedę, że żaden przewodnik nie wspomni o tym, że ludzie w tym ponoć zasobnym kraju żyją na skraju przepaści pomiędzy życiem a śmiercią.
Z zapasami bywa tak, że niewiem co miałabyś w spiżarni to i tak czegoś braknie, albo akurat masz na coś ochotę czego w domu nie ma. Zabraliśmy ze sobą bardzo urozmaicony prowiant. W pojemnikach z żywnością możnaby znaleźć kabanosy, próżniowo zapakowaną kiełbasę, warzywa wszelakie które więdły pomimo tego, że leżały w działającej lodówce (chyba kupiłam stare), masło, sery w dwóch kolorach: żółtym i białym. Mieliśmy pieczywo i innych puszek tyle, że mały sklep mógłby handlować przez cały dzień. I co z tego? Nic a nic. Żadne z nas nie miało ochoty na “domowe” jedzenie gdy dookoła widoki jednak nie jak w domu. Chciałoby się czegoś innego ale nikt nie wiedział czego.
Wróciliśmy ze spaceru około trzeciej po południu i p. nerwowo palił papierosy. Widocznie głód zżerał go od środka. Rano nie mieliśmy ochoty na śniadanie bo po wczorajszej kolacji byliśmy jeszcze najedzeni. Ruch na świeżym powietrzu poruszał naszymi wnętrznościami i ja również czułam, że mogłabym coś wrzucić na ruszt.
- W czym ci pomóc? Korzystaj póki mam siłę. Za chwilę zdechnę z głodu.
- Masz dzisiaj wolne. Nic nie rób. - Lubię jak mąż pomaga mi w kuchni ale nie cierpię gdy zaczyna się rządzić i ustawiać mi robotę.
- To co będziemy jeść?
- Kłaki.
- Flaki?
- Flaki! Chyba twoje. Skąd ja mam wziąć flaki?! Kłaki, włosy! Rozumiesz co mówię? Palisz swoje włosy to możesz je zjeść. - p. nie zwracał uwagi, że szalejący wiatr targał jego włosami i czasami zakrywały całą twarz. Nie mogłam zrozumieć, że on nawet nie zauważał, że razem z ustnikiem wpycha do ust włosy. Chyba głód pomieszał mu zmysły.
- Nic nie musisz robić bo dzisiaj obiadu nie będzie. Jedynie jarska przekąska. - Wiadomo wszem i wobec, że tygrysa trawą nie nakarmisz i tak właśnie jest z moim mężem. Obiad bez mięsa to nie obiad. Może być mięso ssaków, płazów lub gadów.
- Ziemniaki z ogniska i pomidory z cebulą. - Oznajmiłam jak znudzona kelnerka tuż przed zamknięciem knajpy. Zaczęłam grzebać w ognisku aby pobudzić je do życia.
Do ziemniaków powinno być sporo żaru aby równo się upiekły.
- Rusz się chłopie, narąb drewna i dorzuć do ogniska. Chciałeś mi pomagać to masz szansę na wykazanie się z dobrej strony. - Szybko przygotowałam dwa, tak dwa ziemniaki bo tyle nam zostało a pójść do sklepu nikt nie miał ochoty. Lekko przyprawione i zawinięte w folię aluminiową wylądowały tuż obok buchającego żywym płomieniem ogniska.
Muszą zaczekać aż się polana wypalą to wtedy wrzucę je do środka ogniska. Nasze ognisko to mini ognisko więc musieliśmy użyć folii aby smakołyki nie spaliły się na popiół. Gdzie te czasy gdy rozpalało się duże ognisko a po jego wypaleniu zasypywało się ukradzione ziemniaki w gorącym popiele. Minęły i już nie wrócą, teraz trzeba zadowolić się namiastkami.
Bardzo lubię ziemniaki pod różnymi postaciami ale znaleźć dobre jest niebywale trudno. Jakimś dziwnym trafem nie ma oznaczenia rodzaju ziemniaków lub ich odmian i nigdy nie wiadomo co kupujesz. Po kolorze nigdzie nie trafisz bo żółte mogą być wodniste i niespójne albo wręcz przeciwnie.
Ziemniaków nie zabieraliśmy ze sobą bo przypuszczałam, że w okolicach gdzie wielkiego miasta nie uświadczysz w odległości stu mil znajdziemy pachnące warzywa z wiejskich ogródków. Po raz kolejny kierując się marzeniami wyszliśmy jak Zabłocki na mydle. W sklepie były takie same ziemniaki jak w wielkich megasamach a na bezobsługowym straganie lekko podwiędłe produkty rolne. Jak wygląda taki stragan? Na stołach wystawione są pomidory, cebula i inne cuda co urodziły się farmerowi. Wszystko poukładane w koszykach z plastiku. Każdy koszyczek ma swoją cenę. Jak chcesz to bierzesz zawartość kosza a dolary wkładasz do wysokiego słoika. Nie ma sprzedającego tylko sami kupujący, jeżeli znajdzie się wariat który kupi nieświeży produkt. Jeden się znalazł w okolicy i grzebał w ziemniakach do pieczenia. Tym wariatem byłam właśnie ja. Wybrałam dwa które wyglądały najmniej podejrzanie i z bólem serca zapłaciłam tyle co za kilogram w Chicago.
Pieczenie na oko nie zawsze przebiega prawidłowo co widać na zdjęciach. Ziemniaki i owszem upiekły się w całości ale zbyt przypiekła się skórka. Smakowały nam wyśmienicie bo nigdy w piekarniku takie nie wspaniałe nie wyjdą. Zapach dymu sprawiał, że smakowały jeszcze lepiej. Wnikliwe obserwacje serwowanego posiłku doprowadziły do tego, że nawet zwęglona skórka powędrowała do brzucha.


















































