wtorek, 27 grudnia 2016

Bąbelki z butelki.

 Gdy deser postawiłam na stole poprosiłam syna aby zajął się szampanem. Otwieranie butelki ze zmagazynowanym w niej dwutlenkiem węgla nie należy do tak trudnych zadań aby był do tego potrzebny mężczyzna i sama świetnie sobie radzę z tą bardzo efektowną czynnością. Obecność dwóch mężczyzn zwolniła mnie z tego obowiązku i jako najmłodszy w rodzinie Wiktor ochoczo zabrał się do roboty. Sreberko i drut wprawnymi ruchami zostały odseparowane od ciemnego szkła. Pozostał jedynie korek i oczekiwanie zostanie zakończone. Korek jednak nie poddawał się. Tkwił jak przyklejony najlepszym klejem. Nie drgnął ani na milimetr i usłyszeliśmy coś w rodzaju załamującego się głosu „nie mogę otworzyć”. 
Nigdy nie miałam problemów z korkiem od szampana i co prawda z oporami ale poddawał mi się po chwili. Chwyciłam butelkę w jedną dłoń a drugą za korek. W górę ani drgnie i obrócić się nie da. Ja też poddałam się. 
Wtedy do boju ruszyła głowa rodziny bo jakże to nie można otworzyć szampana. Przecież to jedna z najprostszych rzeczy na świecie. p. zacisnął łapska na szyjce butelki i w jego oczach zabłysło mordercze światełko. Druga ręka zacisnęła się jak imadło na korku a korek jakby był całością ze szkłem i nie ustąpił. Słabość rąk p. zastąpił nad podziw wymyślnym urządzeniem. W ruch poszła hydrauliczna „żabka” i efekt nie kazał na siebie długo czekać. Korek został ukręcony w połowie i dolna część ciągle tkwiła w szyjce butelki. Szampan zdawał się walczyć o życie i najwidoczniej nie chciał być połknięty przez spragnione paszcze oprawców. Po chwili jednak musiał się poddać gdy w ruch poszedł korkociąg. Takiego otwierania nie widziałam jeszcze w życiu i zapewne niewielu ludzi doświadczyło czegoś podobnego.

piątek, 23 grudnia 2016

Liście zamiast igieł?

 Ponieważ nie mamy jeszcze choinki to nie mogę pochwalić się jej świątecznym wyglądem. Po powrocie z wakacji wydawało mi się, że mam tyle czasu iż mogę sobie pozwolić na kilka dni odpoczynku po odpoczynku na Florydzie.
Rzeczywistość mnie przerosła i gdy wzięłam się do roboty okazało się, że czasu mam za mało albo kiepsko się zorganizowałam.
Choinka pojawi się zapewne jutro ale wtedy będzie za późno na życzenia. Zatem dzisiaj zamiast choinki moje życzenia wzmocnią; śnieg za oknem i wilczomlecz nadobny.



                                 Wesołych Świąt!

czwartek, 8 grudnia 2016

Zamiast plaży i palmy, choinka i śnieg.

 Lekka bryza znad Antlantyku wpada przez otwarte okno. Ciągle przeciągam się leniwie w łóżku czekając na zmaterializowanie się rozkosznego zapachu kolumbijskiej kawy.
Obiecaliśmy sobie leniwy koniec roku i dotrzymaliśmy słowa. p. zadbał o luksusowy hotel z widokiem na ocean a ja dotrzymałam słowa i wyleguję się w łóżku tak długo jak mogę.

Jako przykładna żona wstaję przed wschodem słońca razem ze swym mężczyzną aby sprawdzić jak wygląda kolejny początek dnia i gdy stwierdzamy, że chmur zbyt dużo na horyzoncie zaraz wracam do ukochanego sposobu odpoczynku, do snu. Wtedy p. goli swe drapiące policzki i ponownie zdatny do “użycia” pachnący kawą budzi mnie jeszcze raz i jeszcze raz.
Czy uda nam się dotrzeć do domu przed Świętami jeszcze nie wiemy bo taka zima jak w Miami to po prostu raj na ziemi. Obiecałam synowi, że spędzimy razem Święta więc powinnam dotrzymać słowa pomimo tego, że dorośli synowie nie przepadają za szalejącą matczyną miłością. Będzie nam milej razem więc wracamy do domu na 100%.
 

 Tego i Wam moi drodzy znajomi blogowicze życzę; 

          Leniwych Świąt Bożego Narodzenia 

w towarzystwie najbliższych sercu osób
oraz
     Szczęśliwego Nowego Roku.

piątek, 25 listopada 2016

Tęcza nocą.

Miejsce akcji: Crete, Nebraska, USA.
Czas akcji: Dla nas noc a w rzeczywistości 21:00 albo trochę później. Połowa lipca.

 Gdy sił brakuje a ochota na dalszą podróż dawno już z nas wyparowała rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania hotelu. Trwałam w półśnie patrząc przed siebie zupełnie nieświadoma miejsca gdzie się znajdowaliśmy. Jedyne co zapadło w mej pamięci to odległość od domu. Byliśmy około ośmiu godzin od własnego łóżka ale żadne z nas nie miało już siły na kontynuowanie jazdy bez przynajmniej godzinnej drzemki. Godzina zadowoliłaby nas na kilka godzin ale później powinniśmy odespać zarwaną noc. Po krótkiej kalkulacji doszliśmy do wniosku, że lepiej spać w nocy a nadchodzący dzień potraktować tak jak mu to się należy. Spanie w dzień to strata zdrowia i działanie wbrew naturze. Pozostaje nam obojętnie jaki hotel i kilka godzin snu w porze ku temu przeznaczonej. p. wręczył mi telefon i poprosił abym znalazła najbliższy hotel. Wsadzony w mą śpiącą dłoń telefon tkwił przez kilka chwil. Nie wykonałam najmniejszego ruchu ręką i nic nie wskazywało na zmianę jego pozycji przez najbliższe godziny.

- Możesz znaleźć hotel? - p. nie przestawał mnie dręczyć. 
- Mogę znaleźć hotel. - Jak echo powtórzyłam prośbę. Po chwili bezruchu zmieniłam zdanie. - Nie mogę znaleźć hotelu. Nie mam siły. Nic nie widzę. - Rzeczywiście widoczność była ograniczona przez leciutką mżawkę która jak mgła spowiła cały świat siną zasłoną. 
- A możesz jechać jak cię pokieruję? 
- Mogę. - Nikt by nie wierzył w moje słowa wypowiedziane bez nutki trzeźwości w głosie ale p. przyzwyczajony do moich nadludzkich wyczynów wspieranych jego słowami zaufał mi po raz kolejny. Na autostradzie nie wolno się zatrzymywać ale zrobiliśmy wykroczenie i szybko zamieniliśmy się miejscami. Przykleiłam się do świateł pojazdu jadącego przed nami i o dziwo jechałam w miarę poprawnie. Tymczasem p. zajął się poszukiwaniami.
Wpatrywał się w mały ekran telefonu i rozpoczął zdalne sterowanie zupełnie nieodpowiedzialnym kierowcą. 
- Następny zjazd i w prawo. - Głos brzmiał zwodniczo przytomnie. Dlaczego p. nie chce jechać dalej w tej chwili nie moglam zrozumieć. - Są trzy obok siebie. - Wymienił nazwy hoteli których nie przypomnę sobie do dziś. - Który wolisz? 
- Człowieku płać złotem albo brylantami jest mi to zupełnie obojętne. Chcę spać już teraz. - P. coś zamruczał i skupił się na trasie. Usłyszałam, że druga w lewo i po chwili czwarta w prawo. Skręciłam w lewo i czerwone światła kolejnego auta zahipnotyzowały mnie zupełnie, ruszyłam ich śladem. Auto przede mną nie skręciło w czwartą w prawo a ja prułam ich śladem. Mogłabym tak jechać i jechać bez końca. 
- O kurczę gdzie my jesteśmy! Zatrzymaj się. - p. chyba nie był tak przytomny jak jego głos. Zatrzymałam samochód i rozejrzałam się dookoła. Hotelu ani śladu. Latarnie rozświetlały wodną zawiesinę w powietrzu sprawiając wrażenie otuliny ciepłej i paraliżująco sennej. Czułam, że mdleję i wyszłam z ciepłego wnętrza pojazdu. p. opracowywał drogę powrotu mającą nas zaprowadzić w tym sennym miasteczku do zagubionego gdzieś noclegu. 
- Tęcza. - Powiedziałam zaskoczona i nie pewna tego zjawiska w nocy. Może to tylko omamy sennego umysłu. - Tęcza. - Powiedziałam jeszcze raz jakby szukając potwierdzenia moich zwidów w słowach męża. - WIDZĘ TĘCZĘ. 
- A ja nie widzę hotelu. 
- To nic, popatrz na to zjawisko bo nie jestem pewna czy ono rzeczywiście istnieje. - p. wydawał się lekko poirytowany swą żoną zachowującą się jak niespełna rozumu. Tęcza nocą nie istnieje bo nie ma jak powstać więc po co zawracam głowę strapionemu mężowi. Jednak nie poddałam się i zmusiłam p. do wyjścia z samochodu. Jak prędko wyszedł aby mnie zrugać za bzdury tak szybko zniknął w środku auta. Po sekundzie wyskoczył jak oparzony błędnie bełkocząc "masz i rób zdjęcia". Tym razem zamiast telefonu wcisnął mi do ręki aparat fotograficzny a sam już przymierzał się swoim do uwiecznienia niecodziennego zjawiska.
Podziwiałam odporność na stresy i gotowość do przystosowania się do zaistniałej sytuacji. Przyznam się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia, stałam i patrzyłam aby w pamięci uwiecznić to zjawisko. Resztę zostawiłam w rękach bardziej odpowiedzialnych w zaistniałej sytuacji.
Tęcza jest zjawiskiem pospolitym i znanym wszystkim ale pojawienie się jej nocą w zasnutej deszczem okolicy zakrawało na zakpienie z natury.

sobota, 19 listopada 2016

Grudzień na leniwo.


 Nawet nie przypuszczałam, że moje słowa kończące poprzedni post staną się rzeczywistością w ciągu kilku dni. Pozwolę sobie zacytować jedno z ostatnich zdań; ”Wydawało się, że p. już zapomniał o tym co było przed chwilą i już obmyśla jakiś kolejny podstęp.” Zostałam pozbawiona tchu gdy zdałam sobie sprawę z tego, że zostałam wpuszczona w maliny, bezlitośnie potraktowana i użyta dla czyjeś przyjemności. Zaczęłam mieszać wydarzenia więc powinnam zacząć od samego początku.
Końcówkę roku potraktowaliśmy bardzo serio pracując ze zdwojoną wydajnością gdyż postanowiliśmy zrobić sobie cały grudzień wolny od pracy. Zwykle były to wolne dwa ostatnie tygodnie roku ale postanowiliśmy zwiększyć dawkę odpoczynku. Cały grudzień wolny!!! Jak zwykle stanęliśmy przed dylematem gdzie pojechać i po chwili wymiany pomysłów p. zgodził się na Florydę bo tam w grudniu ciepło. Drugim miejscem były okolice Houston ale wybrzeże Zatoki Meksykańskiej jest po prostu brzydkie na tyle, że atrakcyjne miejsca przegrywają z wybrzeżem Atlantyku. Po chwili „wędrowania” po plaży wraz z Google Maps znaleźliśmy hotel na samej plaży i uruchomiliśmy odłożone dolary aby zrealizować postanowienie. Poszło gładko i składnie z samolotem i wynajęciem auta. Po trzydziestu minutach zakończyliśmy organizowanie wyjazdu. p. jeszcze zadzwonił do hotelu aby upewnić się, że nasz pokój będzie miał widok na ocean. Otrzymaliśmy potwierdzenie, że tak ale nie gwarantują ostatniego piętra. Zadowoleni z wyboru odłożyliśmy ten temat do grudnia. Gdy emocje minęły pomyślałam, że p. coś za szybko zgodził się na mój pomysł.
 Zaczęłam się zastanawiać co skłoniło męża do zamieszkania w hotelu na plaży i dodatkowo nie dawało mi spokoju to najwyższe piętro. Dla mnie było wszystko super. Balkon z którego widok na ocean bez żadnych ograniczeń oprócz barierki. Wytężyłam swój skromny umysł blondynki i w końcu poskładałam elementy łamigłówki w jedną spójną całość. Pod przykrywką romantycznej eskapady krył się jednak podstęp. Nie odważyłam się na pytanie wprost bo i tak zostałabym uraczona zwodnym i pokrętnym wyjaśnieniem zastosowałam kobiecy urok. 
- Będzie okazja na cudowne i niepowtarzalne wschody słońca. 
- Oj tak. - Odparł zadowolony mąż. Wszystko jasne, p. jest wielkim amatorem wschodów słońca a ja jego zachodów. Na dowód mojej awangardowej teorii odszukałam nasze zdjęcia sprzed kilku tygodni. Gdy ja ledwo trzymałam się na nogach p. prowadził samochód usiłując jednocześnie robić zdjęcia. Wyręczyłam go wyrwana ze snu. Zachwycona kolorami świeżej krwi na niebie zaledwie kilka chwil zanim słońce oślepiło nas swą gorejącą kulą. Nie przyłożyłam się do zdjęć i tylko klikałam bardziej rozkoszując się widokiem niż zastanawiając się nad ustawieniami aparatu. Co za szalony pomysł aby być zupełnie przytomnym przed wschodem słońca. Ja tego nie potrafię więc wolę zachody które są dla mnie jeszcze bardziej malownicze i łatwiejsze do zobaczenia.
p. zgodził się na pobyt przez trzy tygodnie w hotelu nie tylko dlatego żeby odpocząć ale również (aby nie napisać przede wszystkim) dlatego, że trafia się nam niezła gratka na upolowanie wyjątkowego widoku gdyż balkon nie tylko będzie miał widok na ocean ale również jego usytuowanie jest takie, że patrzymy z niego na wschód.

piątek, 11 listopada 2016

Miękkie siusiaki.

 Może i Cysorz to ma klawe życie jak to było w piosence ale sprzedawca na pewno nie. Szczególnie gdy p. towarzyszy mi w zakupach. Jakoś nie przepadam za myszkowaniem po sklepach aby coś kupić, wręcz przeciwnie jest to dla mnie udręką. Gdy już bieda mnie przyciśnie i okazuje się, że nie mam co na grzbiet założyć w złym nastroju ruszam na ciuchowe sklepy. O tym aby z jednego krańca miasta jechać na jego drugi koniec bo tam może coś akurat wpadnie mi w oko w ogóle nie ma mowy. Najdalej mogę pojechać kilka mil do zespołu sklepów pod jednym dachem czyli tak zwanego „mall”. Jest to kolos z wszelkimi wygodami a różnorodność sklepów zapewnia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Na co dzień poruszam się raczej spokojnie a tempo moich kroków można by nazwać powolnym aby nie użyć określenia „ślimacze”. Gdy już wchłania mnie atmosfera szeleszczących banknotów i dojonych kart kredytowych włącza mi się podwójne turbo. Wzrok się wyostrza a krok wydłuża na tyle, że p. drobi za mną aby dotrzymać towarzystwa żonie. Idę jak taran który ma sforsować zamkniętą bramę do krainy szczęśliwych posiadaczy nowych rzeczy. Mój krok w sklepie ma nawet swoją historyczną nazwę w naszym domu. p. nazywa go jako „chód pijanego bosmana” bo ponoć nienaturalnie długi krok rzuca moim ciałem na boki. A niech tam mu będzie, że tak jest w rzeczywistości bo ja tego nie zauważam. Gdy przychodzi mi kupić nową kieckę czy bluzkę to po prostu idę i patrzę, świdruję wzrokiem wystawione egzemplarze i przeważnie nic nie kupuję, dlatego też zabieram p. ze sobą bo to on mnie spowalnia i dzięki temu czasami wyjście na zakupy mogę nazwać udanym i do domu wnosimy torby z ciuchami.
Zupełnie inaczej natomiast zachowuję się w sklepach z kosmetykami. Tam to nawet żółw bez zbytniego wysiłku może mnie zdystansować na kilku metrach.
Kraina zapachów, kremów i tego co kobietę upodabnia do człowieka spowalnia moje ruchy. Jakaś magia przykleja podeszwy moich butów do wykładziny podłogowej i trzyma tak mocno, że nie mogę się ruszyć.
Nagła pustynność mojej toaletki cudownym trafem zbiegła się z moimi urodzinami więc p. stanął na wysokości zadania i udał się ze mną zapewniając, że nie pożałuję jego obecności w sklepie bo będzie szastał kasą aby mnie zaspokoić. On to ujął trochę inaczej wspominając o próżności kobiet ale lepiej udać przygłuchą aby nie polała się krew.
Dotrzymał słowa i ku mojemu zdziwieniu nawet nie mruknął ani razu gdy rachunek przyprawił mnie o lekki zawrót głowy. Koniec roku to również zakupy dla bliskich więc znając gust teściowej postanowiliśmy od razu kupić coś dla niej. Poszło gładko bo która kobieta pogardzi nową butlą Chanel 5 gdy poprzednia straszy dnem.
Wtedy zaczął się koszmar który jest tematem tego posta. Mam kilka (zaledwie) ulubionych zapachów i w zależności od pory roku zmieniają mi się upodobania. Wiadomo, że damskie zapachy powinny przyciągać mężczyzn więc p. stanowi jakby laboratorium doświadczalne i swoim nochalem podpowiada co na mnie pachnie ładnie. Jakoś nigdy nie mogłam go przekonać do L'Eau D'Issey i nigdy nie posiadałam tego pachnidła. Sprzedawczyni uwodzicielsko zadowolona z klienta zdawała się być ślepa na innych kupujących bo p. wpadł w trans zaspakajania potrzeb. Raptem przypomniał sobie, że i on nie ma nowego wabika na kobiety i wskazał paluchem co chce zakupić dla siebie. Zapłaciłam i jego ulubiony zapach w malutkiej torebeczce schowałam do tej większej z moimi kosmetykami. Po chwili, gdy już byliśmy w drodze do wyjścia zaskoczył, że to koniec roku i prezent pod choinkę należy się jego przyjacielowi. Znowu zapłaciłam i nowy zapach upchnęłam  w torbie obok poprzedniego. Już zaczęłam się denerwować bo ilość dobrej woli przeznaczonej na przebywanie w sklepie wyczerpałam dokumentnie. Ponieważ miałam wiele nowych odcieni cieni, różnych kremów bez liku i inne pierdoły chciałam nacieszyć się nimi najprędzej i gnało mnie do domu. Wolałam wszystko rozłożyć na stole i napawać się zdobyczami niż robić za bankomat i płacić za każdą rzecz oddzielnie. Warknęłam jak lwica gdy p. poprosił panią sprzedającą o kolejną buteleczkę dla naszego wspólnego znajomego. Znowu musiałam sięgnąć po portfel, wyciągnąć kartę bankową i po raz kolejny przeżyć całą transakcję. Miałam szczerze dość bo czułam się wykorzystana. Nie chodziło o to kto płaci ale ja stałam przy kasie a p. przechadzał się po sklepie i wybierał. Pomyślałam, że wyjdę z siebie gdy po schowaniu portfela do torebki p. nie drgnął nawet widząc, że chwyciłam torbę i zamierzam opuścić to miejsce gdzie zapachy najwyraźniej pomieszały zmysły mężowi. Z drugiej strony przyznałam mu rację, że warto od razu zrobić zakupy teraz niż przyjeżdżać tu znów za miesiąc. Moje „idziemy?” nie wywarło na nim spodziewanej reakcji i aż oparłam się o ladę gdy p. machnął na uśmiechniętą panią przywołując ją do siebie. Uchwyciłam jego diabelskie spojrzenie którym omiótł swoją żonę. Znamy się dobrze i mogę czytać w jego myślach jak w otwartej księdze ale tym razem pomyliły mi się strony. Sprzedająca pani stanęła przy p. w wyczekującej pozie z zawodowym uśmiechem na ustach i promieniującej zadowoleniem twarzy. Szlag mnie trafi za chwilę. Stoję objuczona co prawda moimi zakupami a tutaj książę jakiś podrywa sprzedawczynię. Postanowiłam pozbyć się tobołów kładąc je na ladzie bo jak widać nie wiadomo jak długo jeszcze będę sterczała przy kasie. O mały włos nie wypuściłam ciężkiej papierowej torby na szklaną ladę gdy uslyszałam mniej więcej coś takiego. 

- And two miękkie siusiaki please. - Kobieta o dziwo kiwnęła głową ze zrozumieniem a ja zrobiłam zdziwioną żyrafę i czułam, że spalę się ze wstydu. Chicago i okolice to wieża Babel gdzie różne narodowości mieszają się bez przerwy a angielski tylko zwyczajowo jest używany potocznie i czasami trzeba się nagłówkować aby zrozumieć co znaczy dane słowo wypowiedziane jakoś dziwacznie.
 Sprzedająca ominęła ladę i z półki zdjęła dwa opakowania „moich” nigdy nie posiadanych perfum. p. kiwnął głową przyzwalając na dokończenie transakcji a po sekundzie odwrócił się do mnie. Uśmiech odmłodził go o czterdzieści lat a mnie coś posmyrało w żołądku. Nie powiedziałam ani słowa tylko jakiś bełkot sprzeciwu wyrwał mi się z ust gdy pośpiesznie i z zadowoleniem po raz nie wiem już który z rzędy uiszczałam należną opłatę. Dam się pociąć żywcem na plasterki za to, że gad podły wszystko miał przemyślane i specjalnie rozgrywał akcję dramatu wolno wytrącając mnie z równowagi po to aby wzmocnić efekt zaskoczenia.
p. wziął teraz ciężką torbę w jedną dłoń a mnie pod pachę drugą ręką i wyszliśmy ze sklepu. 

- Jakie miękkie siusiaki? Co ci do łba przyszło? 
- Nie wiem ale sama nadałaś tym perfumom swoją nazwę więc idąc już dawno utorowaną drogą ja nadałem im swoją. Issey Miyake! Jak to poprawnie wypowiedzieć? Ajsej Majejki?  Ajsi Majaki? - Wydawało się, że p. już zapomniał o tym co było przed chwilą i już obmyśla jakiś kolejny podstęp. Nie przewidzę zagrożenia i zaskoczenia bo tak się złożyło, że kobieta, a ja w szczególności, jest jak glina w rękach mężczyzny i nie wiadomo czy garncarz ulepi przepiękną amforę czy tylko pod nią czasami niepotrzebny podstawek.

sobota, 29 października 2016

Płoną góry, płoną lasy płonie ropa też.

 Pewne miejsca na kuli ziemskiej przywodzą na myśl nieodłączne skojarzenia. Dla mnie na przykład Kolorado to cudowne góry i krystalicznie czyste powietrze. Trochę to zwodniczy wizerunek bo połowa stanu to ugór pustynny gdzie turysty nie uświadczysz na lekarstwo. Dopiero na zachód od Denver wiecznie ośnieżone szczyty gór zapowiadają wiele atrakcji.
Po kilkudniowej wizycie u znajomych wracaliśmy z Fort Collins do domu. Wybraliśmy najkrótszą trasę i wpakowaliśmy się na dość ruchliwą drogę w pobliżu miasta. Ku naszemu zdziwieniu w oddali czarne kłęby dymu zapowiadały sensację. W kraju zaawansowanym technologicznie nie spodziewaliśmy się zobaczyć palących się starych opon bo według nas tylko one mogły dawać dym widoczny z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Postanowiliśmy nie szukać innej drogi i jechaliśmy tą wcześniej obraną bo wyglądało na to, że właśnie ona zawiedzie nas prosto w pobliże niespodzianki dymiącej jak wejście do piekła.
Domysły były różne ale dość szybko doszliśmy do słusznego wniosku, płonie szyb naftowy.
Ponoć tak to już jest, że wydobyciu ropy towarzyszy kontrolowane spalanie gazu ziemnego ale zwykle płomień jest niewielki i tylko nocą dobrze widoczny no i bez takiej widowiskowej czarnej chmury. Tutaj musiało być coś zupełnie innego, co to było chcieliśmy zobaczyć na własne oczy. W miarę zbliżania się widok był coraz lepszy i aby pozbyć się nadmiaru fantazji o którą można nas byłoby podejrzewać aparat klikał bezustannie uwieczniając rzeczywistość.

Dla nas ten zupełnie niecodzienny widok, bo w Illinois oprócz kukurydzy na polach szybów naftowych nie uświadczysz, był nie lada atrakcją jak katastrofa Titanica oglądana z pokładu statku kosmicznego. Widzisz ale pomóc nie możesz.
Zdecydowaliśmy się na dość karkołomne przedsięwzięcie aby dojechać w bezpośrednie sąsiedztwo wymykającej się technologii naturze i skierowaliśmy się na południe, jak przygoda to niech będzie przez duże pe. Trudny do określenia dystans od awarii zmniejszał się i wyraźnie było widać, że nie ma tam wozów strażackich albo helikopterów-cystern i będziemy pierwsi na miejscu tragedii.
Posmak przygody został nam odebrany przez barykadę na drodze. Policyjny wóz i czarny SUV jaki znamy z filmów uniemożliwiały dojazd. Same pojazdy dałoby się ominąć i droga wolna ale towarzystwo ludzi odebrało nam szansę na zignorowanie blokady. Stróż prawa zawsze ma przy sobie broń gotową do użycia i dodatkowo ci panowie w czerni bynajmniej nie osmoleni podczas gaszenia pożaru. To oni wskazali nam drogę objazdu a nie policjant i wszystko było jasne kto tutaj jest szefem a kto podwładnym. W trosce o nasze zdrowie fizyczne i psychiczne nie dopuszczano tłuszczy i gapiów w miejsce grożące obywatelowi.
No cóż nikt nie chciał naszej pomocy przy gaszeniu pożaru więc kontynuowaliśmy nasz powrót do domu.

To jest jakieś przedziwne miejsce które lubi ogień. Jestem chyba gorsza niż p. w dokumentowaniu faktów bo ja nie skojarzyłam tego kawałka ziemi z zupełnie innym wydarzeniem. Otóż „kiedyśtam” wracając z wakacji nad samym ranem widzieliśmy bardzo podobne zjawisko.

czwartek, 20 października 2016

Beztroskie zmęczenie

 Gdy życie głaska przez kilka chwil aby później otrzymać bolesnego kopniaka człowiek uczy się przewidywania bardzo szybko bo to bolesna nauka. Troszkę czasu minie gdy głaskanie uśpi naszą czujność i wtedy kolejny kopniak jest jeszcze bardziej dokuczliwy. Po kilku takich starciach z okrutnym życiem stwierdzenie „nic mnie już nie zaskoczy” samo ciśnie się na usta. Głośno takiego zdania nigdy nie wypowiedziałam ale gdzieś tam w zakamarkach duszy błąkało się takie stwierdzenie o bardzo podobnej treści.
Nauczyłam się działać zapobiegawczo aby zminimalizować możliwość kolejnego kopniaka. Z doświadczenia wiem, że niczego nie powinno się zostawiać w samochodzie bo właśnie owo „coś” może stać się łupem chciwego przechodnia. Nasze auta wyglądają jak z salonu sprzedaży pomimo upływu lat. Gdy wysiadam z auta zabieram torebkę i ewentualne zakupy pozostawiając na parkingu pojazd bez ani jednego przedmiotu który nie jest na wyposażeniu fabrycznym. Trochę to dziwne patrząc na auta koleżanek wypchane po brzegi najpotrzebniejszymi rzeczami. Trudno wymieniać wszystko co się tam znajduje bo wielokrotnie nawet właściciel nie ma pojęcia co z nim podróżuje.
Urlopy lub wakacje powodują, że w samochodzie jest tyle drogiego dobra, że aż strach zostawić auto bez opieki. Na złodzieja nie ma alarmu i zabezpieczenia. Gdy fachowiec bierze się do roboty to nic go nie powstrzyma przed otwarciem drzwi. Najprostszym sposobem jest duży kamień który z łatwością tłucze szybę i droga wolna. Niech sobie auto piszczy i wyje w ciągu 30 sekund można z auta zabrać aparat fotograficzny czy laptopa i gdy zdezorientowani widzowie zajścia zaczną reagować złodzieja już nie ma w zasięgu wzroku. Jadąc na wakacje oddajemy się pod skrzydła opiekuńczego anioła który opiekuje się naszym autem gdy my jesteśmy w oddali.

Widok porozkładanych toreb przy aucie zrobił jednak na mnie duże wrażenie. Od razu napiszę, że nas nie byłoby stać na taką dozę zaufania. Nawet gdyby to miała być krótka drzemka nie wystawiłabym walizek poza auto.  Wiadomo przecież, że kierowca musiał być desperacko zmęczony skoro zdecydował się na spanie na przydrożnym parkingu i gdy już usnął to zapadnie w sen bardzo głęboko i  odpłynie daleko od otaczającej go rzeczywistości. Nic tylko otworzyć torbę i przeglądnąć jej zawartość bo kraść całości może się nie opłaca.

piątek, 30 września 2016

Zła prognoza pogody.

 Odrętwienie pasażera to zupełnie normalna rzecz. Starając się uatrakcyjnić podróż czasami opowiadamy sobie jakieś zupełnie nieprawdopodobne historie które z rzeczywistością mają jedynie wspólny początek. Tak było również tego dnia gdy minuty ciągnęły się jak godziny. p. siedział za kierownicą a ja udawałam, że nie śpię utrzymując otwarte oczy. Z naszej lewej strony kłębiły się czarne chmury. Jeszcze tornada nie było ale nasze gadanie mogło je wywołać bo oczywiście taki temat poruszyliśmy. Poczuliśmy się jak poszukiwacze tornad dokładnie tacy sami jak w filmach. Wymyślone przez nas historyjki i nasze przygody w wyobraźni nie zasługują na opis ale wspomnę jedynie, że w wyobraźni tak jak we śnie wszystko jest możliwe.
Właśnie rozwijałam wątek jak wciąga nas tornado i wirujemy w przestworzach gdy raptem usłyszałam głośne, zdecydowane i wolno wypowiedziane słowa;
- O ku..a UFO. - p. tak wysoko podniósł brwi ze zdziwienia, że schowały się pod grzywką. Przerwałam swoją abstrakcyjną opowieść i nie mogłam uwierzyć, że ten który wierzy w Kosmitów oraz w obecność UFO na ziemi raptem zwątpił w swoje przekonania. Odruchowo nachyliłam się w stronę przedniej szyby i spojrzałam w górę poszukując na niebie kosmicznego statku. Tam go nie było i zerknęłam w bok. Wyprzedzał nas czarny pojazd o kształtach nieziemskich. - Aparat! Dawaj aparat! - p. odwrócił się w tył poszukując skrawka obiektywu lub paska od aparatu. Zabujało autem gdy po moim krzyku przerażenia p. wyjechał z pobocza. - Zrób zdjęcie! - Zrób zdjęcie tylko czym gdy wokół nas znaleźć można wszystko ale na pewno nic co ma cokolwiek wspólnego z fotografią.

Tymczasem UFO skończyło manewr wyprzedzania i w niezmienionym tempie pruło do przodu. Najprościej wziąć telefon i zrobić zdjęcie komórką. Tyko w jaki sposób znaleźć ten zupełnie niepotrzebny i nie używany na wakacjach sprzęt? Najprawdopodobniej jest w torebce ale w której nie miałam pojęcia. Nawet gdybym wiedziała to wydobycie telefonu z niezliczonej ilości przedmiotów koniecznie potrzebnych zajęłoby tyle czasu, że tą alternatywę spisałam na straty jako niewykonalną. Jak już zapewne wiecie w aucie poniewierały się trzy aparaty ale gdzie mogły być w tej chwili nawet najlepsza wróżka nie byłaby w stanie odpowiedzieć a ja tym bardziej. 
- Aparat! - p. już piał z wkurzenia i aż podskakiwał na fotelu. Nasze mało sportowe auto jednak zdecydowało się przyspieszyć gdy noga kierowcy wygięła podłogę pod pedałem „gazu”. UFO chyba nie znało przepisów drogowych albo miało je gdzieś bo ciągle oddalało się nieubłaganie. „Znając” zwyczaje UFO byłam przygotowana na natychmiastowe jego zniknięcie jak to zwykle z nim bywa. Pomimo tragicznych odgłosów o które nie podejrzewałam mego męża przyjrzałam się pojazdowi nie z tej ziemi. Guzik a nie UFO! To byli zawodowi „tornado chasers” czyli poszukiwacze tornad. Ich pojazd tak kosmicznie wyglądający był specjalnie przystosowany do takich zadań. Choć nie miałam dużo czasu to i tak udało mi się zobaczyć, że nie ma żadnych szyb oprócz przedniej i malutkich bocznych. Karoseria w kształcie stożka prawie dotykała nawierzchni aby szalony wiatr nie porwał pojazdu. Kilka napisów identyfikacyjnych stacji telewizyjnej uświadomiło mi, że gdzieś w pobliżu musi być tornado a nasze intelektualne wygłupy sprzed minuty mogą się zmaterializować. Zimny dreszcz był tak mocny, że aż podskoczyłam na fotelu. Wstrząs był tak silny, że ta przysłowiowa jedyna szara komórka u blondynki raptem zaczęła funkcjonować. Przypomniałam sobie, że w schowku na rękawiczki leży nasz podwodny aparat. Tak szybko ruszyłam prawą ręką, że pazurami walnęłam w plastik zamknięcia. Syknęłam z bólu i wściekłości.
Ponowiłam próbę otwarcia tak raptownie, że palce zsunęły się z malutkiej klameczki i znów syknęłam z bólu bo poczułam, że oderwałam paznokcie z dwóch palców. Kolejna próba zakończyła się sukcesem. Akurat ten aparat jest praktycznie bezobsługowy i wystarczy po jego włączeniu przycisnąć spust migawki. Swój aparat mogę włączyć na ślepo ale ten którego nie używałam od roku spowolnił moje ruchy. Jednak odruchowo palec powędrował w stronę włącznika i po chwili paniczne krzyki kierowcy ucichły. 
- Mam go. - Z dumą prawie krzyknęłam. Kliknęłam parę razy. Dobrych zdjęć nie będzie ale jak głosi druga prawda fotografa lepiej mieć zdjęcie nawet byle jakie niż żadne. Zaniechaliśmy pościgu za dziwnym pojazdem i z obawą spoglądaliśmy w bok zastanawiając się czy przypadkiem nie wytworzy się lej wciągający wszystko co w jego zasięgu.

sobota, 24 września 2016

Gdzie jest TUSK

 Znani politycy wkradają się do naszych umysłów jak zaraza i po niedługim czasie żyjemy ich życiem. Pomagają nam w tym wszechwiedzące media np. pokazując ich codziennie w telewizorni. Radio również dodaje swoje znaczące trzy grosze a brukowce to już szkoda gadać. Wywlekają epizody z życia sławnych i budują na ich podstawie niekończące się historie aby sprzedać w jak największej ilości bieżący nakład.
Ci na wysokich stołkach pozostają dugo z nami i to na pierwszym planie, czasami gdy nakrywam do stołu łapię się na tym, że pojawia się dodatkowe nakrycie, taki mam mętlik w głowie. To nie ważne czy ich lubimy czy też nie ale zaprzyjaźniamy się z przykładowym panem TUSKIEM. Podróżuje po świecie a my razem z nim, przemawia na ambonie a my słuchamy z różnym zainteresowaniem ale słuchamy, wyjeżdża do Brukseli i ślad po nim ginie. Czegoś nam raptem brakuje, to tak jakby zdradził nas najlepszy przyjaciel.


Nic nie wiemy o życiu celebryty i nie mamy skąd się dowiedzieć, media raptem nabrały wody w usta jak w jakieś zmowie milczenia i jak lunatycy czekamy aż lukę wypełni ktoś inny. 


Żaden ze mnie paparazzo ale wiem co w wolnym czasie porabia jeden z byłych ważnych w naszym kraju. Otóż w wolnym czasie mknie autostradami za oceanem i wiatr rozwiewa mu włosy. Dla niepoznaki włosów jakby więcej ale przecież są na to sposoby, to tylko kwestia pieniędzy. Dla mnie najważniejsze są fakty więc plotek nie będzie chyba, że ktoś chciałby dopisać kilka zdań na ten temat.

czwartek, 15 września 2016

Nagły pomór much

 Gdy znużenie przekracza granicę wytrzymałości to czas na przerwę w podróży. Ostatkiem sił dotarliśmy do parkingu przy autostradzie numer 94 w Montanie. Było tuż przed wschodem słońca i oczy same zamykały się wbrew woli ich właściciela. Nie było mowy o zmianie kierowcy bo oboje byliśmy w takim stanie, że kolejna mila uśpiłaby nas natychmiast. Zmęczenia nie da się oszukać więc trzeba zrobić przerwę, wyjść z auta przejść się kawałek w dowolnie wybranym kierunku i ewentualnie pogimnastykować się.
Zamiast spaceru ruszyłam w stronę toalety a zamiast gimnastyki będę miała wygibasy nad muszlą klozetową. I tak wrócę do auta wycieńczona fizycznie po tak karkołomnych czynach. Doszłam w pobliże drzwi wejściowych małego budynku i całe zmęczenie minęło jak ręką odjął. Zawróciłam do samochodu gdzie p. już stał na nogach lekko kołysząc się na boki. Jedną ręką miał opartą o dach auta aby nie stracić równowagi. 
- Weź aparat i chodź ze mną. - Zawróciłam pewna, że p. zrozumiał co powiedziałam. Po czterech krokach odwróciłam się w stronę męża. p. sunął za mną jak zjawa. Aparatu nie dostrzegłam więc powtórzyłam prośbę ale tym razem w skróconej wersji. - Weź aparat! 
- Teraz? W nocy!
- Taaak! 
- Po co? 
- A po co są aparaty fotograficzne? Będziemy polować na nietoperze.
- Aparat, po co komuś aparat w nocy. Aparat,  aparat,  aparat,  aparat. - p. utyskiwał ale wygrzebał jakimś cudem przedmiot o który prosiłam. U nas jest taki podział obowiązków podczas podróży, że kierowca to święta krowa a pasażer robi wszystko aby kierowcy było jak najmilej i najwygodniej. Pomimo tego, że auto już stało w miarę prosto pomiędzy dwoma białymi liniami wyznaczającymi miejsce do zaparkowania to ciągle należały mi się przywileje kierowcy bo to ja wysiadłam przed chwilą zza kółka. O miejscu zawieruszenia się sprzętu foto nie miałam nawet cienia pojęcia. Skręciłam w stronę damskiej toalety a p. przystanął zdezorientowany. Domyślam się o czym myślał, pewnie, że mi szajba odbiła i chcę zdjęcia porno w kibelku.
 - Coś ci pokażę aż się zdziwisz. - Kolejne kilka kroków i p. aż otworzył usta ze zdziwienia i po sekundzie skrzywił je w grymasie obrzydzenia.
Przed nami leżało milion białych much albo nocnych motyli po których będę zmuszona przejść aby wejść do środka. Dziwne to zjawisko aby tyle owadów przyleciało w jedno miejsce aby popełnić zbiorowe samobójstwo. Byliśmy pierwszymi którzy skierowali się w to miejsce tej nocy bo nie było widać śladów aby ktoś szedł przed nami. Na palcach aby jak najmniej deptać tego osobliwego cmentarza ruszyłam w stronę drzwi.
- U mnie jest to samo, są ich miliardy! - Trochę wrodzonej przesady akurat dzisiaj było na miejscu. Okolica toalet wyglądała zupełnie osobliwie i nierealnie, tak jakby latem spadł śnieg.

sobota, 10 września 2016

Skorupa albo domek na pikapie


 Nie napiszę o wielu rzeczach. 
Nie napiszę o tym, że; 
pomimo tego, że kocham swój dom 
i staram się dbać o niego jak najlepiej potrafię to i tak wolę przemierzać setki i tysiące mil w poszukiwaniu czegoś nieznanego,
drogą na pozór prostą ale jak się okazuje z zakrętasami i zawirowaniami życia,
każdego ranka budzę się wściekła, że kolorowy sen już się zakończył ale szybko otrząsam się z tego marazmu i widok roztaczający się z okna hotelu 
lub zza uchylonej poły wejścia do namiotu obiecuje nowe niespodzianki,
…ale kiedyś być może to mi się uda.

  Zupełnie niechcąco poruszyłam temat którego nie chciałam opisywać. Teoria z praktyką minęły się w odległości dwóch lat świetlnych. Poprzedni post miał być o złej pogodzie mieszającej szyki mało wytrawnym podróżnikom ale dzięki komentarzom charakter posta zmienił się nieprawdopodobnie. Zatem pogoniona do roboty przez moich czytelników kontynuuję:
  Trudny do określenia kawał czasu spędzony przed monitorem komputera nabrał realnych kształtów. Piątki zwykle mamy wolne więc o siódmej rano zamknęliśmy drzwi domostwa i ruszyliśmy w stronę Iowy. Zaledwie lekko ponad dwie godziny dzieliły nas od zrealizowania kolejnego etapu dość szalonego przedsięwzięcia. Podróż minęła miło i szybko. Podekscytowani nie zauważaliśmy mijanych mil i minut.
Zakup Palomino Bronco Backpack Edition przebiegł składnie i jedynie zapoznanie z zakupionym sprzętem przysporzyło nam zawirowania w głowach. 
Ja guzik zapamiętałam a p. może jedynie 10% z tego co pokazywał specjalny pracownik. Po zamontowaniu odpowiednich wsporników do ramy pikapa, umocowaniu skorupy i podłączeniu elektryki byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Gdy emocje opadły poczuliśmy niesamowity głód. Nikt z nas nie pomyślał o sutym śniadaniu przed wyjazdem.
Od dilera do restauracji dzieliło nas 500 metrów i z fasonem podjechaliśmy teraz już w pełnym rynsztunku z nowiutkim domkiem tuż za plecami.
W drodze powrotnej zrozumiałam dlaczego Amerykanie kochają pikapy. Nasz F-250 wreszcie pokazał skrywane zalety. Pod obciążeniem zaczął płynąć po drodze a nie podskakiwać jak go-kart. Z wielką obawą zasiadłam za kierownicą, wbrew mojej woli oczywiście, zmuszona do tego czynu przez rozbawionego męża. Pierwsze sekundy to strach, że skorupa spadnie a auto rozleci się na kawałki. Obawy minęły szybciej niż przypuszczałam i gdy piąty bieg zaczął rządzić poczułam, że mogę jechać nawet na księżyc. 
Mawiają tutaj, że Ford ma swoją „sweet seventy” czyli słodką siedemdziesiątkę (112 km/godz) i tak było w rzeczywistości. Osiem cylindrów jakby ucichło przy tej prędkości a teraz ciężki sprzęt płynął sobie autostradą w stronę domu zadowolonych właścicieli. Pomimo tego, że cały zestaw był już ubezpieczony to woleliśmy nie zostawiać go na naszym parkingu bo ciekawskie łapy mogą przecież przysporzyć kłopotów. Pojechaliśmy do znajomych na wsi i tam pozbyliśmy się całości. 
Do domu gdzie już białe wino chłodziło się w lodówce ruszyliśmy naszym osobowym autem. Po drodze kupiliśmy pieczonego kurczaka bo o przygotowaniu kolacji nie było mowy. Trzeba przecież oblać zakup i zrelaksować się przed jutrzejszym dniem gdy pojedziemy w odwiedziny do naszego domu na kółkach.

Minęły trzy dni szczęścia i p. zburzył wszystko. 
- Sprzedajemy wszystko! - Ja prawie zemdlałam ale lata przebywania w tym szalonym stadzie (piszę o naszej rodzinie) i hart ducha utrzymał mnie w stanie prawie normalnego funkcjonowania. 
- Które wszystko? - Tyle mogłam powiedzieć spokojnie bo w głowie mi zawirowało. 
- Auto i skorupę. 
- Dziękuję ci kochany mężu dzięki tobie nie wypijemy szampana na szczycie wulkanu w dniu moich setnych urodzin. Któregoś dnia zdechnę jak kundel pod płotem śmiertelnie rażona nagłym wylewem albo zawałem. 
- Widziałem cudo. Coś co zadowoli nas do końca życia. Pod warunkiem, że trochę inaczej wytyczymy trasę. - Ruszyłam w stronę barku aby chlapnąć sobie setkę czystej bez popitki. 
- Opowiadaj. - Ciekawość mnie zżerała i już szłam do kuchni aby skonstruować szybką zagrychę. - Cudo? - Zastanowiłam się ile będziemy w plecy przy kolejnym cudownym pojeździe. Ledwo co kupiliśmy skorupę która była dokładnie wyselekcjonowana z setki innych modeli bo dach podnoszony elektrycznie, łazienka całkiem całkiem, tylko to spanie na górze a teraz okazuje się, że to wszystko do dupy? 
p. opowiedział mi co widział i po 30 minutach przed ekranem komputera przyznałam mu rację, sprzedajemy cały sprzęt i kupujemy zupełnie coś innego. W kolejny piątek pojawiliśmy się w miejscu zakupu campera i ze stratą oddaliśmy zupełnie nieużywany domek.

środa, 31 sierpnia 2016

Expo-zycja błota.

 Nadszedł czas gdy zdecydowaliśmy się na zakup domku do naszego pickupa. Na tutejszym rynku modeli jest dużo ale jakoś nie mogliśmy zdecydować się na ten jedyny. Dodatkowo wyposażenie takiego niby mieszkania miało dla nas duże znaczenie i postanowiliśmy zapoznać się z tematem z pierwszej ręki czyli nie od producenta ale od użytkownika.
Mokre +5°C zawaliło sprawę dokumentnie. Wystawa na którą przyjechaliśmy specjalnie w okolice Flagstaff w Arizonie okazała się totalnym bałaganem organizacyjnym. Trochę to dziwne bo takie przedsięwzięcie organizowane jest dwukrotnie w ciągu roku. Raz na wiosnę a drugi jesienią. Celem naszej wizyty na Overland Expo było zapoznanie się ze specjalistycznym sprzętem dla ludzi którzy chcą dojechać w niedostępne dla zwykłych zjadaczy chleba tereny i przeżyć tam dowolnie długi okres. Mieliśmy zamiar porozmawiać z użytkownikami produktów i poznać ich opinie. Interesowały nas; jakość, wykorzystanie możliwości i sprawność danego wyrobu. Na naszej długiej liście pytań znalazły się między innymi; baterie słoneczne,  akumulatory deep cycle, filtry powietrza do silnika zdatne do ponownego użycia, lodówki o najdłuższej żywotności,  filtry uzdatniające wodę z kałuży do picia oraz kompaktowe toalety. Teoretycznie odpowiedzi na nasze pytania są gdzieś w internecie i nie potrzeba ruszać się z domu aby wszystko mieć załatwione. My jednak zdecydowaliśmy się na interaktywny sposób rozwiązania problemu.
Takiego rozwiązania gdzie oparcie siedzenia jest w oknie nie spodziewałam się w najgorszym koszmarze!!!
Rozmawiając na przykład z użytkownikiem lodówki można dowiedzieć się czy lepiej zasilać ją gazem, prądem z akumulatorów czy przetworzonym napięciem 120v, czy trzeba zastosować dodatkowe wiatraki chłodzące czynnik oziębiający wnętrze lodówki, czy taki model nie podda się w temperaturze +55°C. Dodatkowo można dotknąć i popatrzeć z każdej strony. Internet takich możliwości nie ma i dlatego zdecydowaliśmy się na wyjazd.

To tylko przykład jak wiele pytań ma potencjalny nabywca.
Pomimo aury tak ponurej, że żal było opuszczać hotel ruszyliśmy na spotkanie uśmiechniętych szaleńców którym GPS a nie asfalt autostrady wskazuje kierunek. Mogłabym narzekać bez końca albo chwalić organizatorów, że nie poddali się gdy nocą posypało śniegiem. Nasz zapał ulotnił się jak dym z papierosa i brodzenie w błocie po kostki uznaliśmy za bezpodstawny dowód poświęcenia. Zwiedzający których o dziwo nie brakowało snuli się szutrowymi alejkami wpatrzeni w kałuże których czasami nie dało się ominąć. Wystawcy swoje ekspozycje przykryli plastikowymi płachtami a sami rozgrzewali się w znany od wieków sposób, gorącym napojem z procentami. Pół godziny zwiedzania bałaganu na błotnistym terenie skierowało nas do auta. p. na samym początku wyraził niepochlebną opinię i po jednej próbie, zupełnie nieudanej, zdobycia informacji zamilkł i podążał za mną milczący i ponury jak niebo nad nami.
Nasz wyjazd okazał się zupełnym fiaskiem. Wystawcy nie mieli nastroju do rozmowy a o udzielaniu wyczerpujących informacji nie było mowy gdy mokro i zimno. Pozostał nam internet i wiele godzin czytania opisów które nie koniecznie są prawdziwe.