1

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą California. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą California. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2011

Mamy omamy.

   W niedalekich okolicach Las Vegas jest taka wydma, ze ta z Doliny Śmierci niech się chowa. Widoczna przez dlugi czas wydma w końcu zmusiła nas do opuszczenia drogi i skierowania się prosto do niej. Im bliżej byliśmy tym bardziej się radowaliśmy bo rozmiarami przewyższała ta poprzednia kilkukrotnie. Na chwile wysiedliśmy aby sfotografować piaskowego giganta i z bólem serca uklonilismy się wydmie w pożegnaniu. Miękkie podłoże nie pozwalało nam dotrzeć w pobliże wydmy.
Auto zapadało się na głębokość kilku centymetrow i żadne z nas nie było na tyle nierozważne aby przeforsować dalszą jazdę nieutwardzona droga. Ja akurat wcale nie marzyłam o kolejnym udarze słonecznym i z przyjemnością radowałam się takim widokiem z daleka od rozgrzanego piachu. Nie byliśmy sami na tym, wydawałoby się, pustkowiu. 
Na krzaku przedziwnej pustynnej rośliny siedziała jaszczurka o długich palcach i nieznanym mi wcześniej kształcie głowy. Uciekła chowając się w mgnieniu oka pod krzak pokaźnych rozmiarów. Spojrzałam na podgląd w aparacie i oceniłam, ze zdjęcie jest zadowalające i jaszczurka nie wymaga tropienia i dręczenia.  Powróciliśmy zatem na utwardzoną nawierzchnie szutrowej drogi i znów zaczęliśmy podskakiwać przy wtórze obijających się kamieni o podwozie. Przystanęliśmy na skrzyżowaniu ulic aby nasz GPS mógł się odnaleźć bo do tej pory pokazywał białą plamę i nas w samym jej środku.
- To zupełnie oczywiste, ze nie ma mapy ani tych ulic. Tubylcy nie potrzebują systemu satelitarnego aby wrócić do domu. Tu są dwie ulice na krzyż. 
- To proszę cie bardzo wybierz ta właściwą.
- Czy myślisz, ze to takie oczywiste. Gdzie nie pojedziesz to droga skręca na południe wzdłuż asfaltowej. - Gdzieś  prawie na horyzoncie widać auta ale nie ma jak do nich dojechać. Nasze próby jechania w kierunku asfaltowej drogi spełzły na niczym i ciągle mieliśmy okazje podziwiać tutejszą zabudowę.
- W sumie to obojętne którą pojedziemy. Jak będziemy mieć w zasięgu wzroku normalną drogę to jesteśmy na dobrej drodze. - Wreszcie udało się nam powrócić do cywilizacji i zaczęliśmy podążać za pojazdem załadowanym ponad miarę.
Lepiej takiego dziwaka wyprzedzić bo jeszcze mu coś z dachu spadnie szczególnie, ze dozwolone 70 mil na godzinę celebrował z zadziwiającą dokładnością. Po kilkunastu minutach w jakimś miasteczku napadła na mnie "fatamrugana". Spotkac Passata to rzadkosc bo marka VW nie nalezy do popularnych w USA. Na domiar drugie auto tez bylo granatowe i załadowane.
- Przed chwila wyprzedzaliśmy to auto? Czy mam omamy wzrokowe? - Zbiłam z tropu p. który jakoś nie był taki nieziemsko pewny.
- Nie, tamten był inny. Miał znak rejestracyjny z innego stanu. Tak sadze.
Kolejnego przeładowanego Passata zostawiliśmy poza sobą i zaczęliśmy delektować się woln
ą przestrzenią przed nami do momentu gdy wydłużyły się nam szyje a twarze przybrały wyraz zdziwienia i niedowierzania. 
Wiele widziałam przemierzając tysiące mil samochodem ale oceńcie sami czy to co widzicie na zdjęciu poniżej nie bije wszystkich rekordów absurdu. Czy zrobiło to się samo czy przy ludzkiej pomocy w sumie nie jest ważne. Powiem wam z ręką na sercu, ze dezorientuje!!!!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Tajemnica kamieni.

Bardzo długo czekaliśmy na ten moment. Kilka lat ale już wiedziałam, ze się opłacało. Widok wyschniętego jeziora dość wysoko w górach to widok niezapomniany. 
- Rób zdjęcia. - Podskakiwałam na fotelu jakby raptem jakaś igła ukryta w nim do tej pory celowała raz w lewy a raz w prawy pośladek.
- Ty rób bo ja prowadzę.
- Nie mogę bo ręce mi drżą z emocji.
- Powinienem się zatrzymać.
- Zatrzymaj się a najlepiej nie zatrzymuj się bo nie mogę się doczekać.
- Machniecie reki kierowcy znaczyło wiele a w tej konkretnej chwili było znakiem zniecierpliwienia moj
ą nieskładną gadaniną.
Auto zatrzymało się i p. wychylił sie na zewnątrz. Skierował aparat w stronę żółtego dna i zrobił sto ujęć. Aparat trzymał w lewej dłoni do góry nogami naciskając migawkę kciukiem. Ja unosiłam się tak wysoko, ze aż dotykałam głową dachu auta.
- Tutaj, stój! - Chwyciłam swój aparat i pobiegłam na popękaną glinę która stanowiła dno kiedyś-jeziora. Rece mi opadły ze zgrozy. Ktoś ukradł wędrujące kamienie.
Zaledwie pozostało kilka a puste miejsca po innych dobitnie świadczyły, ze teraz znajdują się w prywatnych rekach. Nawet było widac dokładnie którędy zniknęły.
Musicie mi uwierzyć, ze nie bluźnię bez potrzeby ale teraz taka potrzeba zaistniała. Krew chyba uderzyła mi do głowy i czułam, ze gdybym złapała złodzieja po którym pozostały jedynie ślady nie uszedłby z życiem. Wykrzyczałam całą mą złość. Wywrzeszczałam całą moją frustracje i pomogło.
Uspokoiłam się jak wiosenna burza. Ktoś pomyśli, ze jestem niezrównoważona psychicznie bo wpadam w takie skrajności emocjonalne. Może i jestem ale jeszcze nic mi o tym nie wiadomo. Jak się nie zdenerwować gdy Crater Lake ukrył się we mgle, Golden Gate istniał ale nie mogliśmy do dostrzec pomimo dwukrotnej wizyty a teraz jeszcze nie ma Żeglujących Kamieni. Co za wariaci pozabierali je do domu przecież one same nie wędrują. Czego się spodziewali, ze będą im w ogrodzie samoczynnie siały spustoszenie swoimi nieprzewidywalnymi ruchami? Nie znalazłam odpowiedzi na ludzka głupotę i zajęłam się tymi pozostałymi jeszcze tam gdzie powinny być.
Niewiele ich pozostało wiec nie miałam żadnego dylematu z wyborem. Wcześniej dotarłam do wiadomości, ze już wszystko wiadomo dlaczego kamienie się poruszają. Zrobiono eksperyment na uniwersytecie, kamienie wielkości dłoni umieszczono na płycie pokrytej taką samą gliną i skierowano na nie silny strumień powietrza. Przy odpowiednim ciśnieniu kamienie poruszyły się, jedne dalej drugie bliżej. To wszystko. Zimą gdy pada śnieg i deszcz również wieje tu niesamowicie. Ponoć właśnie porywiste wiatry mają być przyczyna przemieszczania się kamieni od odległych skal aż na drugą stronę. Zimą jest tutaj cienka warstewka wody i lodu a różnica w poziomie dna wynosi zaledwie kilka centymetrów pomiędzy jednym a drugim krańcem. Gdy podłoże jest miękkie wiele kamieni topi się znikając na zawsze. Z tego co wyczytałam to niektóre kamienie były tak duże, ze ważyły ponad trzysta kilogramów i wyraźnie pozostawiały ślad swej wędrówki gdy o wiele mniejsze znajdujące się w pobliżu olbrzyma nie ruszyły się nigdy.
Naukowcy zawsze muszą wiedzieć bo są naukowcami. Ale zawsze istnieje "ale" i jednomyślnej hipotezy nie ma. Dziwi mnie, ze przy tak wysoko rozwiniętej technologii i technice nie umieszczono kamer na jednej z pobliskich gór i nie prowadzono obserwacji non stop z jakiegoś naukowego laboratorium. A może takowe prowadzono i nie wolno publikować prawdziwych odkryć? Nam zwyczajnym ludzikom dali taką teorię na otarcie łez. Ja myślę, ze tajemnica jeżeli jest odkryta to nie jest ujawniona.
Usłyszałam jak p. ciężko dyszy i stęka. Co się dzieje, co może być przyczyną tych odgłosów? Odwróciłam się w jego stronę i dostrzegłam na własne oczy przyczynę poruszania się kamieni. Az do nocy nie było końca żartom na temat dokonanego przeze mnie odkrycia. Obiecałam przecież odkrycie tajemnicy ruchomych kamieni i dotrzymałam obietnicy.
Po umysłowym wysiłku rozwiązania do tej pory jeszcze nierozwiązanej zagadki nadszedł czas relaksu. Teraz mieliśmy nieograniczoną ilość wolnego czasu. Nic nas nie goniło i nie dopingowało do bezustannego biegu. Wreszcie mogliśmy oddać się pasji poznawania przyrody ożywionej której spektakularnym przedstawicielem był kaktus.
Poszliśmy dość daleko od drogi bo każdy dostrzeżony w dali kaktus wydawał się jeszcze bardziej okazały. Bardzo dziwne to miejsce niby kamienie dookoła a tyle roślinności. Nikt o to nie dba a niektóre z nich wyglądają jak ze szklarni.
Dolinę Śmierci zamieszkuje ponad 1000 gatunków roślin z których 50 nie występuje nigdzie indziej na świecie.
 - Zobacz, kosmiczny balon! - Już wiem, ze jak słyszę abstrakcyjne słowa to odnoszą się one przeważnie do przedmiotów bardzo realnych i tym razem nie spojrzałam w niebo. P. trzymał jakiegoś badyla w swych dłoniach. Wyschnięta roślinka miała kolor bardzo bladego różu, z daleka wydawać się mogło, ze jest szara. Była krucha jak opłatek wigilijny i zgrubienie na głównej łodydze oraz na trzech gałęziach były puste w środku. Było ich dużo dookoła i wiatr przemieszczał je wraz ze swymi podmuchami.
- Szkoda, ze nie ma żywych. Zapewne rosną wiosną a po wydaniu nasion usychają w ciągu lata. - Takie pustynne tereny wiosną stają się jedną wielką łąką a bujna wegetacja walczy o każdy skrawek ziemi aby zachować trwałość gatunku.
- Istne szaleństwo, patrz ile tam juk. - Na przeciw rosły ca
łe połacie juki aż do czarnych skał na szczycie.
Zatrzymaliśmy się w pobliżu i pomacaliśmy pień oraz liście. Z oddalenia wyglądały na wątle i kruche. Ich pień jednak jest twardy jak stal a liśćmi, zamiast nożem można kroić kotlet schabowy.
- A to spryciarz, kusi zielona korona a twardszy niż kaktus. - Bardzo niezadowolony p. obchodził jedno z drzewek dookoła. - Żadne zwierz
ę tego się nie tknie.
- I dzięki Bogu.
- Westchnęłam na myśl, ze zamierzał rozpocząć hodowl
ę Joshua Tree. - A gdzie będziemy spać? - Czułam się już gotowa do okrycia pierzynką i wiedziałam, ze mogę spać i spać bez końca.
- Trudno jedzmy wiec. - P. dobrze zrozumiał aluzje do mijającego czasu i ruszyliśmy w strone wyjazdu z Doliny Śmierci.
- Jak jest krater po drodze to trzeba go zobaczyć, prawda?! - Ojej czy on musi pamiętać o tym co widział na mapie wczesnym ranem. Ja już nie chce żadnego krateru ani innych cudów,  jestem zupełnie wykończona.
- Jak już jest krater na drodze to go zobaczymy. - Zupełnie zrezygnowanym głosem zgodziłam się na oglądanie jeszcze jednej dziury w ziemi.
- Nie na samej drodze ale obok. Rozprostujemy kości.
- Zrobiło się ciemno bo słońce już skryło się za nierównym górskim horyzontem. Jak to bywa z kraterami są nie do ogarnięcia. Wzrok płata figle i nie wiadomo jak daleko jest na drug
ą stronę. Pol kilometra, kilometr nawet już nie chciałam prosić p. aby pomierzył na mapie. Wystarczyło mi w zupełności to co widziałam bez numerków i zbytecznej w tym momencie matematyki. Wiało tak mocno suchym i ciepłym powietrzem, ze czułam jak mi skora wysycha i zmęczenie bierze gore nad atrakcją.
- Daleko do Las Vegas? - O niczym innym nie mogłam już myśleć. Chciałam łazienki i zimnego pokoju nawet z byle jakim łóżkiem.
- O kurcze, bardzo daleko. Będziemy tam o 4 rano. - Już przy granicy z Nevad
ą czułam się wypruta z duszy. W aucie usnęłam w ciągu sekundy. Chyba niedługo po mnie i p. zaczął usypiać bo usłyszałam głośniejszą muzykę.
- Widziałem reklamę hotelu, będziemy tam za pół godziny. Dalej nie pojadę a widzę, ze na ciebie nie ma co liczyć abyś mnie zmieniła.
- Nie. Nie ma takiej si
ły w całej galaktyce. - Pod daszkiem wejścia do hotelowego hallu otworzyłam oczy i z przerażeniem spojrzałam na pusty fotel kierowcy. Silnik pracuje, auto stoi a kierowcy nie ma. 
- Chodź za mną mamy pokój na parterze. - Uchwyciłam się reki p. i poszłam gdzieś za nim jeszcze śpiąc. Po krótkiej walce z magnetycznym kluczem do pokoju drzwi ustąpiły i na progu przywitał nas gigantyczny zdechły karaluch.
Musiałam być jeszcze głęboko uśpiona bo nie usłyszałam abym wrzasnęła z obrzydzenia. Zrobiłam dłuższy krok i znalazłam się w tuz obok drzwi łazienki.
- Masz tu swoją kosmetyczkę. Wykąp się, tylko nie uśnij pod prysznicem. Ja w tym czasie zaparkuje auto i wrócę z bagażami. Słyszysz?
- Jaki to hotel? Karaluch, wyrzuć karalucha, proszę.
- Stęknęłam w potwierdzeniu, ze wszystko pamiętam co do mnie powiedział.
Nasze okno po lewej na dole. Poranek nastepnego dnia.
- Normalny, ani drogi ani tani ale przynajmniej robaki są darmo.
Po kąpieli usnęłam gdy tylko przytuliłam się do poduszki.

czwartek, 21 lipca 2011

Teakettle Junction czyli czajniki na drodze.

 Dwieście lat temu jakiś traper zostawił w tym miejscu czajnik do herbaty. Ktoś inny dołożył swój i tak trwa do dziś. W takim skrócie wygląda historia najbardziej abstrakcyjnego miejsca w Dolinie Śmierci którym jest Teakettle Junction.
Jadąc poprzez to pustkowie przyglądałam się szarym i ponurym górom które otaczały nas z każdej strony. Cos mi w tym krajobrazie nie pasowało, coś zaprzątało moja uwagę. Postanowiłam poszukać pomocy.
- Co
ś tu jest nie tak. - Powiedziałam aby p. pomógł mi dostrzec to czego nie widziałam.
- Co?
- Przecież bym cie nie pytała jakbym wiedziała.
- Nie, wszystko jest w porządku
. - Rozejrzał się po okolicy i dla niego te widoki były zupełnie takie jakie powinny być. - Ziemia na dole, niebo w gorze i nie widzę nic niezwykłego.
- Ale mi pomogłeś, coś w tym krajobrazie mnie przeraza.
- Ty chyba ciągle jesteś w szoku po tych piekielnych wydmach. Może zwiększyć ochładzanie?
- Nie, czuje się już dobrze ale …
- Teraz nagle uświadomiłam sobie co mnie tak niepokoiło. - … tu nie ma drzew. Ani odrobiny cienia.
- Kurcze masz racje, zupe
łnie jak na Marsie jak ciepło to istny upał a jak chłodno to zimno.
- Strasznie pokrętnie to wyjaśniłeś ale wiem o co ci chodzi. Widzisz nie jestem w szoku ale ty zaczynasz bredzić.
- Ponuro tu jakoś. Nikogo nie ma. Od dwóch godzin nie spotkaliśmy żadnego auta. Jakby coś się stało to nikt nam nie pomoże.
- Wyciągnęłam szybko komórkę i sprawdziłam czy jesteśmy w cywilizowanej strefie. Gdzie tam, "no service" na wyświetlaczu dowodził niezbicie, ze tutaj jesteśmy zdani tylko na samych siebie.
Jeszcze szybciej ukryłam zupełnie nieprzydatny telefon do schowka i lekki dreszcz przeleciał mi po plecach.
- Zimno ci?
- Jest fantastycznie. Temperatura idealna tylko nikt nie wie gdzie jesteśmy i w razie jak ugryzie cie w
ąż
- Dlaczego mnie?
To ciebie ugryzie bo łazisz w plażowych klapeczkach a żmij tutaj cale kłębowiska. Spójrz. - Pokazał palcem a ja dałam się nabrać i odwróciłam głowę. Klapki, owszem miałam je na nogach ale w samochodzie tak jest najwygodniej. Skończył się asfalt i przed nami 50 kilometrów kamienistej drogi. Gdy rożnej wielkości ostre kawałki ska
ł zaczęły obijać się o karoserie pomyślałam, ze jesteśmy w bardzo ryzykownej sytuacji. Dzisiaj nikt tu nie przyjedzie bo jest po południu i w drodze powrotnej złapie nas noc. Malo prawdopodobne aby normalny turysta tu zawitał o tak późnej porze. My to co innego, jedziemy zgodnie z naszym rozkładem jazdy i świadomie znaleźliśmy się na tym odludziu tak późno aby nikt nam nie przeszkadzał w rozkoszowaniu się samotnością na tym olbrzymim terenie. Zastanowiłam się nad taka prosta rzeczą jak powiadamianie służby parku o tym gdzie się jedzie, tak jak to się robi w wysokich górach. Głupi żart p. uświadomił mi, ze jesteśmy oddaleni od cywilizacji o ponad trzy godziny jazdy. Czarny scenariusz jaki zaczął jawić się w mojej wyobraźni objawiał się moja posępną i zatroskana mina.
- Zobacz jakie cudowne kaktusy! - Otrząsnęłam się z ponurego nastroju gdy p. zatrzymał auto i pobiegł pogłaskać olbrzymie pustynne okazy. Poszłam za nim i od razu zrugał mnie jak nieposłusznego brzdąca. Miał racje bo stałam oczywiście w klapkach.
Uważnie rozejrzałam się wokół siebie i nie zauważyłam węży, żmij ani skorpionów. Do następnego, jeszcze nieznanego mi gatunku kaktusa wysiadłam już w butach. Poczułam się o wiele bezpieczniej i postanowiłam już nie zmieniać obuwia w samochodzie.
- W powrotnej drodze zatrzymamy się na dłużej aby podziwiać te cudeńka ale jedzmy już bo nam wszystkie kamienie uciekną. - Nie mogłam doczekać się widoku niesamowitych kamieni od których dzieliło nas już tylko 11 mil. Widok takiej ilości kaktusów jest dla p. nie lada wyzwaniem bo on uwielbia te klujące rośliny jak żadne inne. Mógłby spędzić cały dzień wypatrując coraz to wspanialszy okaz na tej nieograniczonej przestrzeni. Tym podstępem zdołałam ostudzić botaniczny zapal niedoszłego odkrywcy nowego gatunku sukulentów. Dojechaliśmy do drogowskazu obwieszonego przedmiotami kuchennymi. Kolorowe i różnej wielkości czajniki to zupełnie nieoczekiwany widok. Szczególnie tutaj gdzie można zapomnieć o tym, ze istnieje człowiek na Ziemi.
Do istniejącej kolekcji dołożyliśmy swój osmalony na ognisku aluminiowy czajnik. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie aby zaznaczyć swój pobyt w tym miejscu. Jak na dwieście lat tradycji to jakoś mało dowodów bytności turystów. Zapewne wiele czajniczków zmieniło swe miejsce pobytu i padło łupem zbieraczy. Aby nasz lekki czajnik nie potoczył się w zupełne zapomnienie przy silniejszym podmuchu wiatru p. przewlekł kawałek drutu przez dzióbek i otwór po pokrywce. Tak zabezpieczony pozostanie tam do momentu aż ktoś go nie weźmie i powiesi swój. Żadnych stuletnich okazów nie widziałam i jestem pewna, ze wystawa zmienia się nieustannie tak jak godzina na zegarku.
To właśnie czas i słońce zmieniające swój kolor na czerwony uświadomiły nam, ze pora na kilka zdjęć i szybko w drogę bo do tajemniczych kamieni już tylko sześć mil.

niedziela, 10 lipca 2011

Prysły zmysły.


Kto z nas nie marzył o podróży przez niekończące się piaski pustyni. Takie nieskazitelnie żółte bez ani jednego źdźbła trawy i śladów życia. Właśnie w tym roku będziemy mieli namiastkę Sahary. Jeszcze pół godziny jazdy i będziemy mogli poczuć się jak zdobywcy Afryki. Nasze zniecierpliwienie było naprawdę duże bo przemknęliśmy obok punktu w którym powinniśmy zapłacić za wjazd na teren Parku Narodowego nawet nie uświadamiając sobie, ze nas tez to dotyczy. Chcieliśmy jak najprędzej dotrzeć do wyczekiwanej wydmy i skryty napis za krzewem nie dotarł do nas ze swoim przesłaniem na czas. 
- No trudno zapłacimy przy wyjeździe przecież głowy nam nie urwą. - p. zawsze znajdzie jakieś wytłumaczenie swojego nieroztropnego postępowania. Punkt opłat zawsze przewaznie jest na samej drodze a tutaj raptem ukryty gdzieś z boku. Nie można popadać w rutynę, wytłumaczenie przyjęłam jednak ochoczo tym bardziej, ze byliśmy już tuż, tuż obok naszego wypatrywanego skrawka pustyni.
Ciekawą rzeczą jest fakt , ze na tym pustkowiu i w miejscu rekordowych upałów tylko jeden procent terenu to piaszczyste wydmy. 
Trochę z przekąsem patrzyłam jak p. rano zakłada na siebie ubiór safari i przygotował do tego prawdziwy letni kapelusz, wełniane skarpety i jedwabne skarpetki, wysokie buty i nasmarował się kremem ze stuprocentowym filtrem UV.
- Spocisz się w tym upale. 
- To oczywiste ale jak mamy zdobywać pustynie to trzeba się odpowiednio do tego przygotować. A ty będziesz jak teraz? - Nieodzowna czapka na głowie i lekka zupełnie przezroczysta bluzka powinny dać mi w miarę komfortowe warunki w upale. Jakże myliłam się miałam okazje przekonać się zaraz po wyjściu z auta. W końcu byłam przygotowana na spotkanie z piekłem czyhającym tuz za oknem samochodu ale temperatura powietrza lekko mnie zaskoczyła, było cieplej niż gorąco. Albo miałam zły dzień albo jak stwierdził p. wystawiłam za dużo ciała na promienie słońca. Po przejściu trzystu lub czterystu metrów zaczęłam dostawać zawrotów głowy i dreszczy.
- Muszę wracać bo czuje, ze zemdleje, jest mi niedobrze i będę wymiotować za chwile. Nie mogę iść dalej, wracam do auta. - Jak można dostać udaru słońca w ciągu dziesięciu minut nie mam pojęcia ale czarne mroczki na zmianę z gwiazdami przesłaniały mi widok rozmazującego się krajobrazu.
- Ja tylko skocze na sam szczyt i zaraz wracam, dojdziesz sama? - Było mi obojętne co się wydarzy tutaj na wydmie, przestałam kontaktować i to co p. do mnie mówił przytaczam na jego odpowiedzialność bo opowiedział mi o tym później. O moim zachowaniu i minie oraz o krótkim urywanym oddechu i mdłym spojrzeniu.
Zawróciłam, w jednej dłoni trzymałam kluczyki do auta a w drugiej aparat. Musiałam się koncentrować aby utrzymać resztki uchodzącego ze mnie życia. Jeszcze tylko sto pięćdziesiąt metrów i wtedy poczułam, ze koniecznie i natychmiast muszę iść do łazienki. Mój organizm zaczął płatać mi figle i powolutku traciłam kontakt ze światem i kontrolę nad moim zachowaniem. W dwie budki kibelki wpatrywałam się jak zahipnotyzowana. Czułam, ze nigdy tam nie dojdę i umrę w odległości zasięgu reki od zbawienia i w dodatku cała posikana. Przyznam się, ze zdążyłam w ostatniej sekundzie albo milisekundzie.
- Żyjesz? Jesteś tam? - Słyszałam głos p. za drzwiami. - Nie poszedłem na gorę, zrobiłem tylko kilka zdjęć i puściłem się biegiem za tobą ale nie mogłem cie dogonić ale masz parę. - Gdy wyszłam ujął mnie pod rękę i doprowadził do auta. Musiałam nietęgo wyglądać bo widziałam przestrach w oczach p. gdy usadzał mnie na fotelu w samochodzie. Jemu tez chyba nie było całkiem dobrze bo łapki mu się trzęsły i gdy włączył ochładzanie włączył tez ogrzewanie. Odchyliłam oparcie i czekałam na zlitowanie się klimatyzacji aby owiała mnie chłodnym powietrzem.
- Cholera ale gorąco wcale nie chłodzi to ścierwo. - A po chwili. - Chyba mi prysły zmysły bo włączyłem ogrzewanie. Jeszcze chwila a bym nas ugotował.

środa, 29 czerwca 2011

Bez wody smierć.

Rankiem zupełnie ugotowana w sosie własnym wyskoczyłam jeszcze przed zwykle porannym ptaszkiem czyli p. i pognałam jak szalona pod zimny prysznic. Niech mnie nawet lumbago chwyci ale muszę schłodzić moje ciało bez względu na konsekwencje. Uważam się za dość dobrze przystosowaną do prymitywnych warunków biwakowania ale tej nocy zwątpiłam w swoje możliwości. Zaczęłam od chłodnej wody i w miarę jak moje ciało przyzwyczajało się do niższej temperatury wody z prysznica obniżałam ja systematycznie. Gdy już poczułam dreszcze zimna przekręciłam kurek na najwyższą temperaturę i dysząc jak stara lokomotywa wytrzymałam dwie minuty w ukropie. Gdy wyszłam na zewnątrz taka rozogniona poczułam ulgę otaczającego mnie upalnego powietrza. No, teraz mogę wziąć się do roboty i przygotować śniadanie.
- Matko jedyna, co ci się stało? - Bełkotał jeszcze nieprzytomny p. patrząc na mnie jak na zjawisko nie z tej planety. Wcale mu się nie dziwie bo chyba jeszcze mi się nie udało wstać przed min.
- Chcesz kawę z likierem Bailey's czy ze śmietanką? - Do końca życia nie zapomnę przestraszonych oczu p., nawet najlepszy aktor nie odegrałby lepiej tej sceny. Jakiś taki nieufny p. usiadł przy stole paląc papierosa i przyglądał mi się uważnie. Wypił kawę w milczeniu.
- Jak się czujesz? - Zapytałam tak od serca bo wydawało mi się,
że wygląda też na lekko ugotowanego.
- Dobrze. A ty? 
- Idź się wykap a ja poskładam nasze ciuchy. - Przygoda czekała tuz za zakrętem a tak wspaniale rozpoczęty dzień powinien przynieść jeszcze więcej emocji. 

Do Doliny Śmierci dotarliśmy jeszcze na grubo przed południem i wydawało się, ze mamy sprzyjającą pogodę na nasza pierwsza potyczkę z przeciwnościami losu. Znamy to miejsce i tym razem chcieliśmy poznać je od innej strony. Wyszukaliśmy na mapie bardzo trudny skrót prowadzący nieutwardzoną drogą
Dla nas to woda na młyn, w końcu mamy nowe auto i nie straszne nam podłe drogi. Z wielka przyjemnością puściliśmy się szutrową nawierzchnią w nieznane. To nieznane okazało się nieznanym do końca bo po godzinie jazdy na drodze był taki oto znak na zaporze. 
To nie była łatwa decyzja, p. jak zwykle był za tym aby jechać nawet aby zdechnąć u krańca podroży, ja wolałam umiarkowane wyjście z sytuacji. Z mapy wynika, ze można dojechać do celu naszej wędrówki również inna droga wiec czemu nie spróbować właśnie tej innej. Łzy w oczach p. nie odwiodły mnie od postanowienia i po krótkiej naradzie zawróciliśmy do punktu wyjścia. Serce mi się kroiło z żalu na myśl o naszym Jeepie którego sprzedaliśmy rok wcześniej. Osobowym autem nie damy rady na totalnych bezdrożach nawet pomimo najszczerszych chęci i umiejętności obojga kierowców. Drogi nie zamyka się tak od niechcenia, jakaś przeszkoda prawdopodobnie uniemozliwiała dalsza jazdę.
Niewiele czasu upłynęło gdy dostrzegłam cień przekory w oczach małżonka. Bezkresna dal, na horyzoncie oddalonym o wiele kilometrów, wznoszące się góry i pośród nich wąziutka nitka drogi. Zatrzymaliśmy się na chwile aby ocenić nasze szanse i nasycić się tym niecodziennym widokiem.
- Tam pojedziemy. - W tym krótkim stwierdzeniu było wyzwanie rzucone górom i temperaturze, lekko poniżej 35°C. Trasa zaczęła być ciekawsza z upływem czasu i przebytych mil. Droga wiła się na zboczach gór i wrzynała się wąskim przesmykiem w te nie do ominięcia.
- Jak oni tu żyją. - Ten mój skrót myślowy był dobrze zrozumiały przez p. bo wcześniej rozmawialiśmy o mieszkańcach Doliny Śmierci.
- O tak! - Palcem wskazującym prawej r
ęki wskazał mi opuszczona budę po mojej stronie.
- Koszmar.
- Trzeba być nieźle zdesperowanym aby tu mieszkać.
- Dojechaliśmy do niby stacji benzynowej 

i ponoć hotelu.
Nic dobrego ani złego nie mogę powiedzieć o tych miejscach bo nawet nie mieliśmy zamiaru ich odwiedzać. Było jeszcze wcześnie rano a przed nami dzień przygód dopiero się zaczynał. Silnik wskoczył na wysokie obroty i na początek  zapiszczały koła zostawiając trochę gumy na asfalcie. Tak dla fantazji. Prosto w dół przekraczając wszystkie dopuszczalne przepisy pomknęliśmy na spotkanie przygody. Pomimo kilku lat na karku uwielbiam zwariowana jazdę, wskazówka na zegarze wskazywała max i wtedy dopiero zaczęłam czuć to auto. Asfalt jakby kleił się do opon a szum silnika pozostawał poza nami. Czułam jak pchamy przed sobą ścianę gorącego powietrza, które bezsilnie starało się nas powstrzymać przed biciem rekordu prędkości. Dolinę pokonaliśmy w euforii ale pod górkę trochę zwolniliśmy bo zaczęły się zakręty i rozsądek wziął górę nad brawurą bo nigdy nie wiadomo co może czyhać nawet na takim pustkowiu. 
Tak sobie gadamy i rozmawiamy, ze bez wody na przestrzeni nawet kilku kilometrów w takim upale to może tylko grzechotnik przeżyć gdy raptem wyprzedził nas Jeep. 
Już poczułam ciarki na plecach bo spodziewałam się, ze p. zacznie bluźnić na mnie, ze go zagadałam i dał się wyprzedzić jakiemuś innemu użytkownikowi drogi. Za sekundę zaczęło się dziać tyle różnych rzeczy zupełnie nieprzewidywalnych, ze żadne z nas nie mogło myśleć o biciu rekordów prędkości pod górę
Na tym totalnym pustkowiu, w miejscu oddalonym od ludzkości o około 20 km idzie człowiek poboczem. Tak sobie nie rzucając się na auta o pomoc, idzie sobie człowiek i na plecach niesie pustą bańkę na wodę. 
Gdybym była na jego miejscu to moją trasę wyznaczałyby te dwie żółte linie a nie pobocze. Przecież to pustynia a do najblizszej osady dosc daleko i za daleko na piechote. Auto zwolniło i nasze oczy odzwierciedlały niedowierzanie i zaskoczenie. Powinniśmy go zabrać bo zdechnie jak szczur. Nasze auto ciagle zwalniało. Z wyrzutem sumienia spojrzałam na beztroski bałagan na tylnym siedzeniu. Było tam dokładnie to wszystko czego nie powinno być. Jak jednak ustrzec się przed swobodą zagospodarowania nieograniczonej przestrzeni. Mieliśmy przecież bagażnik i cały tył wnętrza auta i pozwalaliśmy sobie na bałaganienie do woli. W końcu kiedy jak nie na wakacjach we dwoje. Już prawie stawaliśmy rozważając przegrupowanie całości tylu gdy z piskiem opon zahamował tuz za nami Jeep który nas przed sekundą wyprzedził. Samotny kierowca otworzył drzwi swojego auta i po krótkiej wymianie slow piechur wsiadł do środka. Jeep powrócił skąd nadjechał. Niech ktoś mi powie, ze "Amerykance" to samoluby i zadufani w sobie snoby itd. Ogłaszam wszem i wobec, ze to nie jest prawda. Byłam, widziałam i stawię czoła każdemu który papla głupie slogany.
Bardzo podbudowani na duchu postawą kierowcy Jeepa ruszyliśmy dalej w naszą drogę wiodącą już z górki. Teraz już nie gnaliśmy na łeb na szyję bo nasze myśli kierowały się w stronę zrozumienia bliźniego i bezinteresownej pomocy.