1

środa, 1 lipca 2020

UFO, dziwo czy jeszcze coś innego

 Siedząc sobie na patio przy porannej kawie codziennie towarzyszą mi ptaki. Oczywiście nie wpadły na kawkę ale na poranne łowy. Dzięcioły stukają w korę sprawdzając czy coś pod nią nadaje się do jedzenia, drozdy skaczą całkiem blisko mnie i przekornie raz spoglądają na mnie a raz na trawę poszukując dżdżownic. Kardynały jeżeli przylecą tylko pomachają czerwonymi skrzydłami i tyle po ich wizycie. W naszej okolicy prawie nie ma much więc co ptaki jedzą. Jest ich całkiem sporo a much brak. Kolejny łyk kawy rozjaśnił mój umysł, ćwierkanie od którego może rozboleć głowa to narzekanie na zaopatrzenie. Przypomniałam sobie nasz nocleg w Południowej Dakocie dwa lata temu i odszukałam zdjęcia. Pamiętam dokładnie, że koczowaliśmy pomiędzy maszynami drogowymi albo dokładniej parkingowymi. Ciężki sprzęt równał teren przygotowany na parking obok restauracji ze stacją benzynową. Pod wieczór nikt już nie pracował więc w ciszy i spokoju mogłam rozkoszować się widokiem zielonych łąk. 

p. po zrobieniu zdjęć żółtej koparce, na co ja nigdy bym nie wpadła, wycofał się do auta bo pszczoły to wróg numer jeden dla jego uczulonego na ich jad organizmu.
Zostałam zatem sama z otaczającą mnie przyrodą. Nie przykładałam się zbytnio nad tym czy moje zdjęcia utrwalą owady podążające do nektaru ukrytego w kwiatach ale popróbować zawsze można. Po prostu naciskałam spust i jak karabin maszynowy aparat robił dziesiątki zdjęć tego samego ujęcia. Może na którymś utrwalę super muchę.


Pomysł odszukania zdjęć bardzo mnie usatysfakcjonował i gdy kończyłam kawę już miałam pomysł na post. Miał być o tym, że maszyny na krótką metę wygrają z przyrodą ale i tak gdy przyrodę zabiją same nie ruszą bez żywego człowieka.

Teraz ubiegnę wypadki bo zamierzony tekst nigdy nie powstał z bardzo zaskakującej przyczyny. Przy oglądaniu zdjęć zwątpiłam w mój zdrowy rozsądek. Zawołam męża aby ocenił stan zdrowia psychicznego swej starej żony bo z wiekiem przychodzą różne dolegliwości bez jakiegokolwiek ostrzeżenia.
- I co? I co? Widzisz to co ja? Czy już oszalałam czy jeszcze nie? - Wyselekcjonowane zdjęcia wprawiły mnie w osłupienie. Przecież nie mogłam tego widzieć gdy nie przykładając się do szczegółów zrobiłam sto pięćdziesiąt zdjęć.
p. patrzył i patrzył. Kolejne zdjęcie, powiększenie i po chwili kolejne zdjęcie zostało poddane podobnym torturom. Zaczęłam się denerwować bo jeszcze sto czterdzieści dwa zdjęcia a p. wisi nade mną w pozycji wyczekującej czapli. Nie zniosę tego dłużej.
- Widzisz coś czy oślepłeś? Odpowiadaj!!! - Brakło mi cierpliwości i powietrza bo wdychaliśmy tlen z tego samego miejsca. W końcu odsunęłam go ręką i wstałam.

Jeżeli ktoś nie wierzy, że niemożliwe może być możliwe to niech nie czyta dalej bo ja właśnie za chwilę to udowodnię.

 Owady miały być gwiazdami posta i szukałam ich na zdjęciach. Z reguły zanim zamieszczę zdjęcie na blogu powiększam je na ekranie komputera i sprawdzam czy jest ostre, czy moje zmarszczki nie są zbyt widoczne itd, no takie babskie obowiązki. Wtedy poszukiwałam owadów w pobliżu kwiatów. Zawiodłam się na mężu bo źle ustawił mi aparat, przepraszam robiłam zdjęcia jego aparatem i dlatego muchy wyszły nieostre, zbyt długi czas naświetlania. Moim wyszłyby perfekcyjnie.
- Co to jest? Zdjęcia rentgenowskie elfa albo jakiegoś ufiaka.
- Mąż nie wydał opinii o stanie mojego umysłu ale potwierdził to co i ja widziałam chwilę wcześniej. 
- Jaki znów rentgen. To jest duch, prawdziwy duch jak babcię kocham! Przezroczysty duch.  
 Zresztą pooglądajcie sami i wydajcie opinię albo nazwijcie to co widzicie.
Powyżej, pierwsze zdjęcie na którym dostrzegłam coś niezwykłego. Patrząc od lewej jest jeszcze nierozwinięty kwiat a na jego łodydze coś białego.
Oglądajcie dalej!
Czy widzicie to co my?
Skrzydła cienkie jak mgła i ciało przez które możnaby bez trudu spojrzeć w dal. Na głowie dwa czułki skierowane na boki.
Świat chyba nie jest taki jak sobie wyobrażamy. Ja zdecydowanie od dziś wątpię w oczywistość i normalność otaczającej mnie przestrzeni.

piątek, 26 czerwca 2020

Indianka

 Delikatnie mówiąc to nie przepadam za pomnikami. Niosą jakąś złą energię gdyż przedstawiają zmarłe już osoby. Za życia pomników nie stawiają więc każdy z nich ma wiele wspólnego z cmentarzem. Poza tym nie przemawia do mnie zawarta w nich ekspresja. Być może jestem nieczuła na sztukę bo pośród tysiąca pomników znalazłoby się kilka które zapamiętam gdyż zrobiły na mnie wrażenie. W wielu przypadkach pomniki straszą i nie jest to jedynie zasługa Lenina. Gigantyczne Jezusy są godne podziwu ale czy wielki znaczy pełen uczucia?
Nie przyczepiam się do konkretnych dzieł tylko wątpię w potrzebę stawiania pomników jako… no właśnie jako co. Przypomnienie ludziom idącym do pracy, że pan “iks” był wielkim człowiekiem. Być może ja tak nie uważam i widok na przykład nielubianego poety będzie mnie wprawiał w zły humor na cały dzień.
Obecnie mam troszkę więcej czasu na grzebanie się w komputerze. Jestem zawieszona w zamkniętej przestrzeni pomiędzy niewiadomą przyszłością a przygotowanym planem na przyszłość. Już od pewnego czasu, według założeń, zupełnie inne gwiazdy miały nas kołysać do snu. Nie tylko nam życie pokrzyżowało drogi i teraz przez wirusa wszystkie drogi są kręte i pod górę. Ostro pod górę, że trudno pokonać kilka metrów do przodu. Świat jest zamknięty i nawet nie wiadomo kiedy otworzy się na tyle aby zrealizować marzenia. Podczas przeglądania zdjęć natknęłam się na kilka które pokazują statuję. Miałam o tym miejscu nie pisać bo jak wspomniałam za pomnikami nie przepadam. 

 W czasach gdy podróżowaliśmy częściej na zachód pomnika tam nie było. Podczas ostatniej podróży zatrzymaliśmy się na parkingu przy autostradzie aby rozprostować kości.
O dziwo zaskoczyła nas postać Indianki która wspaniale prezentowała się na tle nieba. Z przyjemnością podeszłam bliżej aby przyjrzeć się posągowi. 

- Wzięli i postawili. Ciekawe jak długo ona tu stoi a my nic o niej nie wiemy. przejeżdżaliśmy tu kilkanaście razy i nigdy jej tu nie było.
- Ładna. - Nie nagadałam się to prawda ale tyle wystarczyło powiedzieć.
- Najpierw jankesi wymordowali Indian a po 400 latach stawiają im pomniki. Zupełna obłuda.
- Czterysta lat to od przybycia pierwszych osadników.
- Niech będzie, że kilkadziesiąt lat upłynęło na aklimatyzacji ale potem płacono nawet dolara za indiański skalp.
- Daj spokój, nawet nie przypominaj tych czasów.
- To, że historia tego kraju jest skąpana we krwi a mordercy dostawali ordery zasług to wcale nie oznacza, że niewygodnych spraw nie powinno się przypominać. Tyle złego zaistniało przy powstawaniu USA, że każdy prezydent w pierwszych słowach swego pierwszego przemówienia powinien przeprosić prawdziwych amerykanów-indian za zaistniałe ludobójstwo i wypędzenie na pustynne nieużytki.

 Dużo prawdy w gorzkich słowach ale tak było. W rzeczywistości pewnie jeszcze gorzej niż możemy sobie wyobrazić. Odpowiedź na pytanie kto wpadł na pomysł aby uhonorować Indian postanowiłam znaleźć w internecie.
Czytam jeden artykuł, czytam drugi, czytam trzeci którego treść jest jak w pierwszym. Brnę dalej i po czterech pierwszych stronach gooogli wiedziałam tyle co na początku. Opisy artystów biorących udział w projekcie oraz kto zapłacił milion dolarów za całość i to wszystko. Kiedyś psioczono, że przemówienia głów państw demoludycznych są długie, pompatyczne i nie wiadomo o co chodzi. Coś podobnego znalazłam w czasie poszukiwań mądrego tekstu.

Reguła była taka;
stanął pomnik Indianki w Południowej Dakocie ma tyle i tyle metrów wzrostu, szeroki jest na tyle metrów a pomysłem błysnął ten i ten. Jeden artykuł kopiował tekst poprzedniego i krótko mówiąc gówno z tego. Kogo interesują światełka i ilość trapezów na chuście Indianki czy pomnik jest po to aby zachwycać się świecidełkami jak prymitywy jakieś?
Pomnik jest po to aby pobudzić przynajmniej kilka szarych komórek do myślenia.
Oto przykład bełkotu zamieszczony drobnym drukiem bo szkoda miejsca:
 Dignity represents the rich Native American culture of South Dakota. The 50-foot Native woman wears a dress patterned after a two-hide Native dress of the 1850s. Her quilt features 128 stainless steel blue diamond shapes.
 The star quilt is very meaningful to the Lakota and Dakota.  According to the sculpture, Dale Lamphere, when a baby is born, they are wrapped in a star quilt because they came down from the stars.
 “The title of this piece is Dignity.  It represents the pride and strength and durability of the native cultures here,” Lamphere said.
 Star quilts are often associated with Plains Native Americans. For these native women, star quilts are an art form used to express spiritual and cultural values. The quilts are often used in ceremonies or to celebrate important milestones in a person’s life.
The star quilt on the statue is made up of more than 100 blue diamond shapes that move in the wind.
 “Dignity represents the courage, perseverance and wisdom of the Lakota and Dakota culture in South Dakota,” Lamphere said. “My hope is that the sculpture might serve as a symbol of respect and promise for the future.”
Dignity represents the courage, perserverence, and wisdom of the Lakota and Dakota tribes.
Dignity represents the courage and wisdom of the Lakota and Dakota people who hail from the area.

Dale Lamphere wykonał dobrą robotę, projekt mu wyszedł, gratulacje.
Okazało się, że pomnik stanął w 2016 roku a my odkryliśmy go dwa lata później. Jestem pełna podziwu i uznania dla pary z Południowej Dakoty która sfinansowała swój pomysł wydając ponad milion dolarów i cieszę się, że nie wpadli na pomysł aby był to pomnik walecznych zdobywców dzikiego zachodu.


Jeszcze ciekawostka na sam koniec. Pomnik stał się bardzo sławny zaraz po jego ukończeniu i nawet można zamówić tablice rejestracyjne z wizerunkiem udręczonej twarzy za 10 dolarów. Dodatkowe pięć dolarów za ich przesłanie.

czwartek, 18 czerwca 2020

Upolowałam bizona

Pięć dni temu:

Stoi przy ladzie lokomotywa, (czyli ja)
Wkurzona, zmęczona i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Gdzie są maseczki, nikt jej nie słucha:
Jeden maseczkę ma gdzieś na szyi!
Druga skleroza wogóle jej nie ma!
Trzeci włosy w nosie odsłania!
Czwarta ma maskę futrzaną,
nie oddycha na nogach się słania!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie!
To obraz sklepu spożywczego,
Spodziewałam się czegoś lepszego.
Kolejna osoba w papryce nurkuje,
Nadgryza, smakuje a potem pluje.
Pełno tu ludzi przy każdym stoisku,
Patrzę wokół przekleństwo mam na pysku,
Socjalny dystans to centymetrów cztery,
Paniusiu nie stój, rusz się do cholery! 
Do sklepu weszły chyba same grubasy,
Stoją w kolejce po tłuste kiełbasy.
Nagle - gwizd!
Nagle - świst! 

Natychmiast - nie jak żółw – nie ociężale,
Ciśnienie mi skacze wcale nie ospale.
Po chwili mój instynkt samozachowawczy,
Wprawia me ciało w ruch.
Ktoś mnie trąca w brzuch!
Nerwy idą w ruch!
Szarpnęłam swój wózek i ciągnę z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem.
Już widzę kasę z daleka,
Gdy raptem wyprzedza mnie kulawy kaleka.
I biegu przyspieszam, i gnam coraz prędzej,
Może go wyprzedzę z lewej lub z prawej oj tak,
Gdy raptem SMS od syna KAWY BRAK,
A niech to szlag.
Porzucam więc wózek i gnam pomiędzy regały,
Wiem gdzie jest kawa rękę wyciągam i wytrzeszczam gały.
Kawy brak. Kawy brak? Coś nie tak.
O jest w zupełnie innym miejscu,
Robię żyrafę i słoiczek chwytam,
Tulę jak skarb przy samym sercu,
Jestem szczęśliwa naklejek nie czytam.
A dokąd? A dokąd? 
Do kasy! Do domu!
 Tak mniej więcej wyglądały zakupy gdy wracałam z pracy. Zrobiło się lato i upały zupełnie mnie osłabiły bo raptem przypieka 30C. Zupełnie załamana wróciłam do domu. Ludzie chyba postradali zmysły lub zupełnie świadomo ignorują możliwość zarażania innych. Prawdę mówiąc to nie bardzo mnie interesuje zdrowie innych ale dlaczego miałabym zarazić się wirusem od bezmózgowca!
Zakupy położyłam na podłodze w kuchni. Mąż wszystko zdezynfekował myjąc każdy artykuł płynem do naczyń i płukał pod strumieniem gorącej wody.
Siedziałam na kanapie gdy p. oznajmił, że zapewne się zdenerwuję ale lepiej abym wiedziała od razu niż rano dnia następnego. Zrobiłam wielkie oczy ze zdziwienia bo jakąż to ważną wiadomość mąż chciał mi oznajmić. Okazało się, że kupiłam kawę bezkofeinową. Resztki sił opuściły mnie natychmiast. Kawa bez środka dopingującego to przecież nie kawa. Trudno kupię prawdziwą i pomieszamy aby nie wyrzucać wydawałoby się niepotrzebnego produktu. Zadziwiające ale nazajutrz rano kawa bez kofeiny smakowała tak samo dobrze jak z kofeiną. Największym zaskoczeniem był fakt, że zadziałała jak normalna. Pewnie organizm tak się przyzwyczaił do porannej kawy, że i zbożówka zostałaby potraktowana jak stuprocentowa arabika.

Trzy dni temu:

 Jak wspomniałam wcześniej zrobiło się upalne lato i nie zdążyłam przystosować się do panującej aury. Jest mi gorąco i ciężko pomimo tego, że schudłam kilka kilo. Upały mnie wykończają i funkcjonuję na 50% moich możliwości.
Minęły dwa dni od moich nieudanych zakupów i znów gdy wracałam z pracy wpadłam na genialny pomysł. Wpadnę do znajomego sklepu i zrobię najprostsze zakupy na świecie. Miałam smaka na makaron z mieloną wołowiną w pomidorowym sosie. Lodówka pełna jedzenia i czekają w niej porcje gotowego już obiadu. Tak to bywa, że oprócz bigosu kolejny dzień odgrzewanego obiadu nie dodaje smaku potrawie. Krótkie gotowanie nawet nie przeszkodzi mi w odpoczynku. Makaron 10 minut, w tym samym czasie mięso z przyprawami podsmażę na patelni a na koniec wszystko wymieszam razem z sosem ze słoika. Nie ma prostrzego dania więc i zakupy nie będą uciążliwe. Znam ten sklep jak własną kieszeń. Przeważnie kupuję mięso w kawałku i sama mielę ale dziś miało być ekspresowo więc ruszyłam w stronę mielonej wołowiny lepszego sortu. Ponoć jest to mięso z krów karmionych trawą na polach. Cena wyższa i smak ponoć wyśmienity.
Ostry skręt w lewo i widzę puste półki. Ani jednego opakowania. Ani jednego. Stoję i patrzę jak półgłupia co jest łatwe do wytłumaczenia bo w upał działam na 50% moich możliwości. (Nie pytajcie czy 100% to głupia czy mądra.)  Podczas pandemii ludzie powinni zostać w domu a nie wykupywać całe mięso z “mojego” sklepu. Odwróciłam się od pustych półek nie wiedząc co począć. Nie będzie pysznego obiadu. Już podniosłam stopę do zrobienia kroku gdy coś mnie zatrzymało. Raptem mój mózg dał mi znać, że widziałam jedno opakowanie ciemnego mięsa położone w samym końcu najwyższej półki. Zrobiłam piruet aby przekonać się czy mnie głowa, oczy i rozum nie zawiodły. Ruszyłam w sam kąt gdzie czekało na mnie ostatnie opakowanie pysznej wołowiny. Nie jest tak źle, pała działa. W ciągu pięciu minut już siedziałam w samochodzie i podążałam do domu.
Jak zwykle p. umył wszystko i znów z tajemniczą miną pojawił się przede mną. Oj chyba znów nabroiłam. Zacisnęłam pięści aby nadmiar energii poszedł w mięśnie a nie w nerwy.
- Wszyscy wiemy, że jadasz wszystkie stworzenia ale chyba zapomniałaś, że my nie musimy.
Wcale nie spodobał mi się ten wstęp, tym bardziej, że mąż złośliwie nie dodał słowa “morskie” przed słowem “stworzenia”. Paznokcie wbijały się w spód dłoni.
- Kupiłaś mielonego bizona. - p. podsunął mi pod nos opakowanie które z takim poświęceniem upolowałam przed chwilą.


- Co takiego? - Nie od razu zrozumiałam.
- Bizona upolowałaś a nie krowę.
- To chyba dobrze. - Nie wiedziałam jak obronić się w takiej sytuacji ale pomysł przyszedł zadziwiająco szybko. - Mieszkamy przecież w Ameryce więc bizony nie są nam obce. Nie było innego mięsa.

- Ciekawe jak smakuje bizon. Czy to się da zjeść skoro nikt tego nie kupuje. - p. wyglądał na zadowolonego bo nigdy nie jedliśmy bizona a tu proszę nadarzyła się okazja. - Drogie to?
Skąd ja mam wiedzieć! Przyjechałam do sklepu po trzy rzeczy a wyjechałam zapakowanym wózkiem sklepowym i nawet przez myśl mi nie przeszło aby patrzeć na cenę wołowiny którą znam na pamięć. Ile ja zapłaciłam? Szybko odszukałam rachunek.


 Jeden funt to 454 gramy za 7.99+2.25% podatku to 7.99+0.18=8.17. Na kilogram wchodzi 2.2 funta. Zaraz obliczę ile kosztuje kilogram mielonego bizona. 8.17x2.2=18 dolarów. No to całkiem nieźle. Myślałam, że dużo więcej.

Wczoraj:

Bizon wyleżał dwa dni w lodówce bo miałam nieuzasadnione opory aby zabrać się do przyrządzenia dania. Na najprostszy obiad czekaliśmy dwa dni ale w końcu zjedliśmy go ze smakiem.

niedziela, 31 maja 2020

Znowu wiosny brak

 Wiosna u nas trwa dwa tygodnie, koniec zimy to lekkie ocieplenie i deszcz po którym przychodzą nieznośne upały. Tak było i w tym roku. Ogrzewanie "chodziło" jeszcze dziesięć dni temu. Słońca brak, ponuro i w nocy zimno. Nie ma dokuczliwszej aury niż mokre pięć stopni Celsjusza. Przez dwa tygodnie lało bez przerwy a teraz nie da się wyjść z domu bo ponad trzydziestostopniowa temperatura grozi zawałem. Organizm jeszcze się nie przestawił na stawienie czoła latu bowiem wiosna już minęła.
Z pelargonii obrywam zgniłe liście, kwiatów nie ma bo bez słońca ta afrykańska roślina nie zakwitnie, bez i konwalie mają liście jak z bajki ale kwiatów brak. Małe zalążki już się nie rozwiną bo są brązowe i zdechłe. Jedynie grzyby wyrosły w ciągu jednej nocy. Szkoda, że nie halucynogenne to miałabym kilka chwil zapomnienia.
Wszyscy zadają pytanie sowie mądrej głowie kiedy pandemia się skończy ale ona ze współczuciem kręci głową w odpowiedzi, że nie prędko.
 Trochę nam popieprzyło się z wyjazdem bo wirus wcale nie odpuszcza wbrew temu co głoszą media. Zrobiłam zestawienie z kwietnia i maja na przykładzie Polski i wychodzi na to, że ilość zachorowań wzrasta, wolno ale rośnie. 


Wcale nie wierzę, że raptem pod koniec miesiąca pandemia zaniknie, liczby mówią same za siebie. Gdy przyjrzeć się mojej okolicy to Illinois przebojem wdarło się na szczyt tabelki i wraz z Kalifornią i NY wymieniają się miejscami na podium. Dreszcz przerażenia wstrząsa mym ciałem na samą myśl, że tam gdzie mieliśmy jechać w tym roku (Ameryka Południowa) pandemia rozwija skrzydła i po liczbach widać, że tam prędko nie pojedziemy.
 Skoro tak to jakoś trzeba funkcjonować pomimo tego, że wszystko dookoła zamknięte na trzy spusty. Pozostaje miejsce z daleka od bliźnich aby nic nie przeskoczyło do naszych organizmów. Aby uatrakcyjnić dwumiesięczną izolację wybraliśmy się do parku. Wiosna kapryśna jak już napisałam ale w wyjątkowo pogodny dzień ruszyliśmy na rowerową wycieczkę.
Kiedyś był tam sad bo obecnie nikt nie sadzi drzew owocowych w miejscach publicznych a szkoda. Jakże uroczo w tym zakątku gdzie choć przez chwilę można zapomnieć o byle jakiej rzeczywistości. 
To takie zaklęte miejsce w którym pojawiamy się co jakiś czas i na pewno powrócimy tam gdy pojawią się owoce. Będziemy zbierać jabłka z robakami bo takie są najsmaczniejsze o czym wiedzą nie tylko robaki ale i my również.

Siedzimy zatem w domu i skreślamy kolejne dni w kalendarzu na lodówce.

 Życzymy wszystkim dużo zdrowia i odporności na trudy życia podczas pandemii.

czwartek, 14 maja 2020

Obiad z dymem i popiołem

 Od pierwszego dnia pobytu i oczywiście od pierwszej wizyty na plaży zainteresowała nas prymitywna konstrukcja prawie na wprost schodów którymi schodziło się z kempingu by znaleźć się bliżej wielkiego jeziora.


Nie mogło być inaczej, bo zwykle nadajemy jakąś nazwę absurdalnym rzeczom do opisania których potrzeba długiego wywodu. Dla nas oczywistą i zrozumianą od zaraz.

Mały bufet i siedzisko dla czworga nasuwały przeznaczenie tego miejsca na myśl bez zastanowienia. Być może ze względu na podłą pogodę nie było obsługi i chętnych do wypicia drinka na plaży. Znalazła się jedna osoba do obsługi ale i tak nikt nie trafił do baru dla umarlaków. Tak właśnie nazwaliśmy to opustoszałe miejsce które dzielnie stawiało czoła niszczycielskim siłom natury.

Ktoś kiedyś zbudował bar na plaży i może nawet został raz użyty na potrzebę pewnej dzikiej imprezy. Echa zabawy dawno już przeminęły a dzieło wprawnych cieśli pozostało do dziś.
- Skoro tutaj nic na ząb nie dostaniemy to może coś upichcimy w domu. - Śmiać mi się zachciało bo jak kemping można nazwać domem. Ale, ale jednak można co przyszło mi do głowy z lekkim opóźnieniem. Jesteśmy we dwójkę jak w domu, jesteśmy na spacerze co w domu również się zdarza a, że naszym domem obecnie jest dom na kółkach to przecież właśnie nasz dom. Bardzo to pokrętne nazywać duże auto domem ale wiele osób żyje w takich albo nawet gorszych warunkach. Podróżując po niezliczonych miejscach spotykaliśmy taką biedę, że żaden przewodnik nie wspomni o tym, że ludzie w tym ponoć zasobnym kraju żyją na skraju przepaści pomiędzy życiem a śmiercią.

 Z zapasami bywa tak, że niewiem co miałabyś w spiżarni to i tak czegoś braknie, albo akurat masz na coś ochotę czego w domu nie ma. Zabraliśmy ze sobą bardzo urozmaicony prowiant. W pojemnikach z żywnością możnaby znaleźć kabanosy, próżniowo zapakowaną kiełbasę, warzywa wszelakie które więdły pomimo tego, że leżały w działającej lodówce (chyba kupiłam stare), masło, sery w dwóch kolorach: żółtym i białym. Mieliśmy pieczywo i innych puszek tyle, że mały sklep mógłby handlować przez cały dzień. I co z tego? Nic a nic. Żadne z nas nie miało ochoty na “domowe” jedzenie gdy dookoła widoki jednak nie jak w domu. Chciałoby się czegoś innego ale nikt nie wiedział czego.


Wróciliśmy ze spaceru około trzeciej po południu i p. nerwowo palił papierosy. Widocznie głód zżerał go od środka. Rano nie mieliśmy ochoty na śniadanie bo po wczorajszej kolacji byliśmy jeszcze najedzeni. Ruch na świeżym powietrzu poruszał naszymi wnętrznościami i ja również czułam, że mogłabym coś wrzucić na ruszt.
- W czym ci pomóc?  Korzystaj póki mam siłę. Za chwilę zdechnę z głodu.
- Masz dzisiaj wolne. Nic nie rób. - Lubię jak mąż pomaga mi w kuchni ale nie cierpię gdy zaczyna się rządzić i ustawiać mi robotę.
- To co będziemy jeść?
- Kłaki.
- Flaki?
- Flaki! Chyba twoje. Skąd ja mam wziąć flaki?! Kłaki, włosy! Rozumiesz co mówię? Palisz swoje włosy to możesz je zjeść.
- p. nie zwracał uwagi, że szalejący wiatr targał jego włosami i czasami zakrywały całą twarz. Nie mogłam zrozumieć, że on nawet nie zauważał, że razem z ustnikiem wpycha do ust włosy. Chyba głód pomieszał mu zmysły.

- Nic nie musisz robić bo dzisiaj obiadu nie będzie. Jedynie jarska przekąska. - Wiadomo wszem i wobec, że tygrysa trawą nie nakarmisz i tak właśnie jest z moim mężem. Obiad bez mięsa to nie obiad. Może być mięso ssaków, płazów lub gadów.


- Ziemniaki z ogniska i pomidory z cebulą. - Oznajmiłam jak znudzona kelnerka tuż przed zamknięciem knajpy. Zaczęłam grzebać w ognisku aby pobudzić je do życia.

Do ziemniaków powinno być sporo żaru aby równo się upiekły. 
- Rusz się chłopie, narąb drewna  i dorzuć do ogniska. Chciałeś mi pomagać to masz szansę na wykazanie się z dobrej strony. - Szybko przygotowałam dwa, tak dwa ziemniaki bo tyle nam zostało a pójść do sklepu nikt nie miał ochoty. Lekko przyprawione i zawinięte w folię aluminiową wylądowały tuż obok buchającego żywym płomieniem ogniska.

Muszą zaczekać aż się polana wypalą to wtedy wrzucę je do środka ogniska. Nasze ognisko to mini ognisko więc musieliśmy użyć folii aby smakołyki nie spaliły się na popiół. Gdzie te czasy gdy rozpalało się duże ognisko a po jego wypaleniu zasypywało się ukradzione ziemniaki w gorącym popiele. Minęły i już nie wrócą, teraz trzeba zadowolić się namiastkami.












Bardzo lubię ziemniaki pod różnymi postaciami ale znaleźć dobre jest niebywale trudno. Jakimś dziwnym trafem nie ma oznaczenia rodzaju ziemniaków lub ich odmian i nigdy nie wiadomo co kupujesz. Po kolorze nigdzie nie trafisz bo żółte mogą być wodniste i niespójne albo wręcz przeciwnie.
Ziemniaków nie zabieraliśmy ze sobą bo przypuszczałam, że w okolicach gdzie wielkiego miasta nie uświadczysz w odległości stu mil znajdziemy pachnące warzywa z wiejskich ogródków. Po raz kolejny kierując się marzeniami wyszliśmy jak Zabłocki na mydle. W sklepie były takie same ziemniaki jak w wielkich megasamach a na bezobsługowym straganie lekko podwiędłe produkty rolne. Jak wygląda taki stragan? Na stołach wystawione są pomidory, cebula i inne cuda co urodziły się farmerowi. Wszystko poukładane w koszykach z plastiku. Każdy koszyczek ma swoją cenę. Jak chcesz to bierzesz zawartość kosza a dolary wkładasz do wysokiego słoika. Nie ma sprzedającego tylko sami kupujący, jeżeli znajdzie się wariat który kupi nieświeży produkt. Jeden się znalazł w okolicy i grzebał w ziemniakach do pieczenia. Tym wariatem byłam  właśnie ja. Wybrałam dwa które wyglądały najmniej podejrzanie i z bólem serca zapłaciłam tyle co za kilogram w Chicago.


Pieczenie na oko nie zawsze przebiega prawidłowo co widać na zdjęciach. Ziemniaki i owszem upiekły się w całości ale zbyt przypiekła się skórka. Smakowały nam wyśmienicie bo nigdy w piekarniku takie nie wspaniałe nie wyjdą. Zapach dymu sprawiał, że smakowały jeszcze lepiej. Wnikliwe obserwacje serwowanego posiłku doprowadziły do tego, że nawet zwęglona skórka powędrowała do brzucha.