piątek, 9 lutego 2018

Test kosmicznej odzieży.

 Zima w pełni i sezon zimowy w sklepach również. Jest to zatem najlepszy okres na zakupy ciepłej kurtki bowiem za chwilę już na wieszakach w sklepach zawisną kostiumy kąpielowe.
Krótka przejażdżka w poszukiwaniu dobrej kurtki na mrozy zaprowadziła nas z powrotem do domu, przed ekran monitora. Okazało się, że i owszem  oferowanego asortymentu jest pod dostatkiem ale albo kolor albo rozmiar skończył sie kilka dni wcześniej. Mogłam podotykać i podglądać ale nie kupić. To jakby ostatni dzwonek na zakup ciepłej odzieży bo witryny sklepowe zapowiadają już wiosnę. 
Z niecierpliwością rozpoczęłam poszukiwanie kurtki na stronie producenta którego wyrób wpadł mi w oko w sklepie. Upłynęło dużo czasu na poszukiwaniach bo oferta internetowa była rzeczywiście bogata. Skupiłam się na puchowych bo nic tak dobrze nie izoluje jak powietrze. Znaleźliśmy wymarzoną, bo i p. pomagał ochoczo. Jest niby zwykła ale w rzeczywistości od przeciętności odstaje jak Ferrari od Syrenki. Na zewnątrz ma zaskakująco gruby materiał ale działający jak membrana przepuszczająca wilgoć z ciała na zewnątrz. Ocieplenie to puch z niewielką domieszką pierza a podszewka to już kosmos. Do opisania jej wspomogą mnie zdjęcia.
Już dwa lata temu wpadła mi w ręce podkoszulka z długim rękawem od środka wyklejona małymi cekinami z aluminium. Wtedy jej nie kupiłam bo rozsądek, czytaj skąpstwo, błędnie tłumaczył mi, że wydawanie pieniędzy na super ciepłe ciuchy to nie uzasadniony zbytek. 

Pomimo mroźnych zim w Chicago, dokuczliwości minus dwudziestu kilku stopni nie odczuwam bardzo boleśnie. Och nie, nie jestem królową lodowej krainy i nie rozkoszuję się ujemnymi wartościami wskazań termometru. Gdy nadchodzą srogie mrozy nie przebywam zbyt długo poza domem lub bez ochrony karoserii auta w drodze do i z pracy. 
Dlatego też zwykła kurtka zimowa i ciepły sweter lub bluza z polaru wystarczają aby nie zamarznąć przez kilka minut.
Poniżej dwudziestu jest nieznośnie przykro i nawet oddychanie sprawia ból gdy zimne powietrze wpada do płuc. Aby pokochać zimę trzeba mieć rzeczywiście dobre ciuchy, zima jest piękna i jej urok trudno docenić gdy na przykład marzną nam nogi. Jest to pora roku która również zabiera sporo miejsca w szafie. 
Obecnie, gdy w planie mamy zamiar stanąć na najzimniejszym kontynencie temat ciepłej odzieży powrócił jak niechciany bumerang.
Kurtkę zakupiliśmy w wirtualnym sklepie i teraz przyszła kolej na zapoznanie się z tym co znajdowało się w dwóch małych kartonikach, leżących do tej pory na stole. W jednym z nich była podkoszulka a w drugim cienkie legginsy.
Firma która produkuje taką bieliznę opatentowała pomysł i dzięki temu nie ma konkurencji na rynku. Ponoć jest to bardzo dobry pomysł bo aluminiowe cekiny odbijają ciepło emitowane przez ciało a przestrzeń pomiędzy nimi pozwala odprowadzać wilgoć. Poszłam na całość i zakupiłam komplet.

Zaskoczeniem były pierwsze minuty po założeniu podkoszulki w domu, zrobiło mi się zimno. Co do diaska! Miało to grzać a nie mrozić! Po chwili zrozumiałam o co chodzi. Najpierw muszę rozgrzać blaszane opiłki które dotykają ciała. Efekt ziębienia minął szybko i nic więcej się nie wydarzyło. Nic nie grzało i nie parzyło.
- Wyjdź na dwór. - p. krytycznie podszedł do mojego zakupu i nie dał się namówić przynajmniej na podkoszulkę. W sklepie oznajmił, że on pozostanie przy wypróbowanych na własnej osobie sposobach. Na bieliznę z podwójnej dzianiny, przy skórze bawełna a na zewnątrz wełna. Wiem, że jest to komfortowe i ciepłe bo gdy czasami p. zakłada swoją już lekko sfatygowaną górę zarzuca kurtkę i już jest gotowy do wyjścia. Wtedy następuje krótkie starcie które wygrywam bo pomimo tego, że tutaj nikt nie przejmuje się wyglądem zewnętrznym a jedynie kontem w banku, to nie ma co przesadzać z afiszowaniem się, że nie stać cię na koszulę. - Jest dość zimno to wypróbujesz czy kosmiczna technologia działa na zwykłych śmiertelników. - Oczywiście nie skorzystałam, z podpowiedzi i przebrałam się w swoje domowe, dobrze mi znane ciuchy. 

- Czeka nas zatem spacer w parku i to w najbliższej przyszłości póki mrozy objęły panowanie na tej szerokości geograficznej. 
Minął dzień i nastała prawdziwa zima. Spadło dużo śniegu ale za to odpuściły mrozy. Dzisiaj rano wybraliśmy się na test do parku aby puszystego śniegu nam nie zabrakło. Po usunięciu śniegu z auta ruszyliśmy ośnieżonymi ulicami. Było jeszcze wcześnie ale już po porannym korku w którym inni udali się do pracy. 
Jakież było nasze zdziwienie gdy objechawszy park dookoła stwierdziliśmy, że nie ma ani jednego wjazdu odśnieżonego aby zjechać z ulicy. Park zamknięty na trzy albo cztery spusty. Nie mogłam uwierzyć, że taką atrakcję jak świeży śnieg trzyma się zamkniętą za szlabanami. Nici z parkowego szaleństwa więc udaliśmy się do przemysłowej części naszej wioski bo drogi były w miarę przejezdne. Tam latem jeździmy na rowerach bo jest wyjątkowo ładnie jak na przemysłową zabudowę. Jest jeziorko z fontanną i dużo zieleni. Skwerek zamiast parku wystarczył nam w zupełności aby znaleźć dziewiczy śnieg. Ruszyłam ochoczo zabezpieczona w wysokie buty i lekko rozchylając kurtkę bo było mi w niej zbyt ciepło aby szczelnie się otulić.
Cekiny działają bez zarzutu i pokuszę się o stwierdzenie, że reklamowana kurtka która ma zabezpieczyć człowieka w mrozach do -40C ochroni i mnie, wyjątkowego zmarzlaka, nawet na Antarktydzie.

piątek, 19 stycznia 2018

Kolorowo w czerni i bieli

 Zimą jest zimno, pada śnieg i tak zimą jest gdy mieszka się w miejscu gdzie nie kwitną ananasy w tym czasie. Czasami gdy już mamy dość mrozów marzymy o plaży i kostiumie kąpielowym, chcielibyśmy natychmiast pozbyć się kilku warstw ciuchów pod ciężką kurtką. Nie da się zmienić klimatu, można tylko zmienić miejsce zamieszkania.
Zima póki co przychodzi do nas co roku i za każdym razem zaskakuje swym pięknem. Pewnego dnia zima zaskoczyła nie tylko drogowców ale i nas, zwykłych ludzi. Dookoła było sino i bezbarwnie. Początkowo p. narzekał, że jego słabnący wzrok stracił możliwość rozróżniania kolorów i widzi na czarno-biało. Bodźce dochodzące do mojego mózgu również pokazywały świat otulony w siną kołdrę. Domy, drzewa, najdrobniejsza trawka na trawnikach pokryte były drobnymi kryształkami lodu zamieniając kolory w siną biel o różnym zabarwieniu.
 O natychmiastowej ślepocie p. nie było mowy o czym śpiesznie go poinformowałam. Wczorajszy krajobraz zmienił się nie do poznania i nawet Ziemia zmieniła orbitę gdyż nie było nawet śladu Słońca na niebie. Kula ziemska poszybowała w krainę wiecznej zmarzliny której kawałek udało się nam uwiecznić po dłuższej chwili poszukiwania aparatu fotograficznego.
 Pod choinką znalazłam nowy aparat w kolorze śniegu. Cały biały i od razu zakochałam się w nowym gadżecie. W dbałości wielkiej zawinęłam go w bluzki i ukryłam w torbie podróżnej. Wyjęcie go zajęło mi tyle czasu, że chyba najładniejsze widoki umknęły wraz z mijającymi milami. Dostało mi się odrobinę krytyki na samo śniadanie, że biały aparat robi czarno-białe zdjęcia ale i tak jestem zadowolona z efektu pracy nowego podarunku od świętego Mikołaja.
 Lubię zimę ale w krótkich dawkach i nie aż tak aby mrozy które nas nawiedziły nie były cieplejsze o przynajmniej dziesięć stopni Celsjusza. Przez tydzień nękały nas zaskakująco niskie temperatury i -27C nie należało do rekordu. Teraz jest już w miarę znośnie i robi się coraz cieplej. Do wiosny już bliżej niż w 2017 i z niecierpliwością oczekuję cieplejszych dni. Jeszcze tylko sześćdziesiąt dni i już będzie prawie wiosna!

sobota, 30 grudnia 2017

Nowy Rok, kolejny krok ku Antarktydzie

 Gdy do końca roku pozostały dwa dni nachodzą nas refleksje i planujemy wydarzenia na kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Zeszłoroczne postanowienie spełniliśmy w stu procentach i choć jakoś na północ nigdy nas nie ciągnęło, oprócz końca Europy którym jest Nordkapp, to Alaska wyszła nam jak mało co. Siedząc na kanapie opatulona kocem i z podwiniętymi nogami aby nigdzie ciepełko nie uciekało snuliśmy dzisiaj wizje co poczniemy w 2018 roku. Za oknem zimno jak diabli bo na termometrze około -20 stopni Celsjusza i pierwszym moim wyborem wycieczki w przyszłym roku była gorąca plaża. Zamiast śniegu który zaległ niezbyt grubą ale ciągle powiększającą się warstwą, chciałabym widzieć wokół biały piasek i upalne słońce. Pomimo mojej nadwrażliwości na promienie ultrafioletowe zdecydowanie upierałam się nad wyborem gorącego klimatu. Kapelusz z dużym rondem już nie raz obronił mnie przed spaleniem się na skwarek więc i w przyszłości mogę zastosować ten środek zapobiegawczy. Powinniśmy pojechać tam gdzie ciepło, krzyczała moja dusza i powtarzały te słowa moje usta. 
Już chyba wszystkim wiadomo, że planujemy coś niesamowitego bo zamiast sportowego Porsche pojawił się Ślimak czyli usilnie przerabiany motorhome. Nie będzie to pojazd jakich jest wiele w USA, Ślimak przechodzi taką metamorfozę, że gdy prace dobiegną końca nikt nie rozpozna pierwotnej jego wersji.
p. oczywiście buja w obłokach i jego plany wybiegają daleko w przyszłość, jego wizje są niezrozumiałe ale po dokładnym zapoznaniu się z nimi uważam je za bardzo pożyteczne lecz niestety nie są łatwe do wprowadzenia w czyn. Właśnie Ślimak pochłonął nas na tyle, że zwolniliśmy z wyjazdami w tym roku. Co będzie w przyszłym? Duuużo pracy w pracy i jeszcze więcej pracy przy Ślimaku. Nazwa Ślimak przyszła sama z siebie bo prace adaptacyjne idą wolno, bardzo wolno aby nie powiedzieć, że w ślimaczym tempie. 

Tajemniczy Don Pedro czyli mój p. spoglądał na leniwie padający śnieg i po kolejnym łyku herbaty z rumem (w celu zapobiegawczo leczniczym, oczywiście) z tym paskudnym lekko drwiącym uśmiechem zapytał; “A może tak Antarktyda?”. Dech mi zaparło bo marzyć o ekstremalnych mrozach w samym środku zimy nie jest zjawiskiem powszechnym pośród ludzi w miarę normalnych. “Mamy Ślimaka i możemy pojechać na sam kraj Argentyny i … i już prawie tam jesteśmy. Czytałem, że całkiem łatwo zwerbować się na rosyjski statek zaopatrzeniowy i nim dotrzeć na Antarktydę. Znam język rosyjski jak swój własny…”. Wszystko to prawda co p. przedstawiał ale takie przedsięwzięcie trochę mnie wytrąciło z równowagi. Przecież to zajmie przynajmniej rok jak nie dwa. Dwa, jak będziemy się spieszyć bo po drodze będzie tysiące miejsc do zobaczenia. Cała Ameryka Południowa po drodze do krainy pingwinów to wyzwanie nie lada. Również i ja podgrzałam się łykiem wzmocnionej herbaty i popadłam w zadumę. Czy przypadkiem od dłuższego czasu nie jestem oszukiwana lub utrzymywana w nieświadomości i p. konsekwentnie pracuje nad wyprawą na samo południe? Wyrwało mi się zwykłe “ale co będzie z…”. Gdy nagle usłyszałam chyba najsmutniejsze słowa które mogły pojawić się dnia dzisiejszego: “przyszły rok poświęcimy na ciężką pracę i w 2019 w styczniu ruszamy w nieznane”.
Zrzuciłam koc z nóg i siadłam prosto jakbym połknęła kij od szczotki.
- Ty gadzie podły wszystko knułeś od kilku lat. Kłamałeś jak najęty klakier! Nie wybaczę ci tego do końca życia.
- Czego? Przygody życia?
- p. wydawał się zaskoczony moim zachowaniem.

sobota, 23 grudnia 2017

W świątecznym nastroju

 Spoglądając na ruch uliczny wydaje się, że wszystkich zaskoczyły Święta. Na parkingach przed sklepami trudno znaleźć miejsce na kolejny samochód. Karty kredytowe zrobiły niesamowite spustoszenie na regałach sklepowych i daję słowo, że niektóre sklepy wyglądają jakby nie miały co sprzedawać. To co pozostało jeszcze na sprzedaż jest poukładane w taki sposób aby puste półki nie raziły nabywców. Sprzedawcy jeszcze są uprzejmi ale widać po nich zmęczenie uciążliwej pracy.
 Pagoda w grudniu nie nastraja do optymizmu bo jest chłodno i szybko zapadający zmrok zniechęca do aktywności fizycznej. O spacerach nie ma mowy więc lekko zgnuśnęliśmy w tym okresie. Znajome cztery ściany stały się lekko deprymujące gdy dwadzieścia cztery godziny na dobę są naszymi jedynymi sąsiadami. Postanowiliśmy lekko odmienić wczorajszy wieczór i pojechać na spacer. Tak, tak pojechać a nie pójść. Pomysł mało oryginalny, przyznaję, ale zadania postawionego przed nami nie dało się wykonać na piechotę. O dziewiętnastej jest już ciemno jak o północy więc uznaliśmy, że najwyższa pora wyruszyć. Wzięliśmy do podróżnego kubka świeżo zaparzoną kawę i walizkę numer dwa z aparatami fotograficznymi. Ruszyliśmy na zwiady aby dowiedzieć się czy świąteczny nastrój to tylko choinka w domu czy może jeszcze coś co dodaje uroku domostwu. Tradycja oświetlania domów jest bardzo widowiskowa ale nie wszyscy jej hołdują. Na cel wzięliśmy dwa osiedla i tam właśnie się skierowaliśmy. Efekt naszego samochodowego spaceru przeszedł najśmielsze oczekiwania.

 Wiele domów było wspaniale oświetlonych ale ten wydał się nam najbardziej pomysłowy. Uśmiechnęty bałwan który stanowi jedyną dekorację jest oczywiście synonimem zimy a kolorowy śnieg jakby przynagleniem pogody która jak do tej pory poskąpiła nam białego puchu.
 O gustach ponoć lepiej nie dyskutować aby nie wywołać karczemnej awantury i sprzeczki ciągnącej się w nieskończoność. Czy to ładne czy nie ładne nie ma znaczenia bo według mnie każda dekoracja jest ładna gdyż taką wystawił i taką lubi właściciel posesji co mu się chwali. Ja mogę jedną lubić bardziej niż drugą ale czy skromna jak na zdjęciu powyżej czy wystawna jak na zdjęciu poniżej każda warta jest pochwały.
 Wszyscy wiemy, że w USA najpopularniejszym stworzeniem jest dinozaur więc i on niektórym dziecim przynosi prezenty bo Święty Mikołaj do niektórych domów ma zakaz wchodzenia przez komin.
 Lekko się rozmarzyłam i nie wiadomo kiedy znalazłam się w bajkowym krajobrazie który był pełen kolorowych światełek i domków z piernika.
Jednak nie wszystkich Święta zaskoczyły bo ilość włożonej pracy w przygotowanie iluminacji i pomysłowaść wskazują na to, że od dłuższego czasu goszczą one w naszych sercach.

           Życzę wszystkim Wesołych Świąt!

piątek, 15 grudnia 2017

Gryzę nuty

 Do Świąt pozostało już kilka dni więc zwożę do domu nadmiar zakupów spożywczych. Wczoraj zahaczyłam o sklep z wyrobami z Polski w którym zaopatrzyłam się w większość potrzebnych i zupełnie zbytecznych artykułów. Gdy całość znalazła się w domu, p. pomógł mi poukładać wszystko w śpiżarni i w lodówce. Dobrze używać dwóch głów bo gdy jedna z nich zapomni to być może druga zapamięta co i gdzie jest upchane. Naszą uwagę skupiliśmy nad jednym wyrobem. Dla dobra wytwórcy nie ujawnię nazwy producenta.
 Kolejny plasterek żółtego sera żułam niezwykle dokładnie i rzeczywiście oprócz znikomych walorów smakowych i wściekle żółtego koloru nic nie zasługiwało na zapamiętanie nazwy aby ponownie zakupić ten ser. W tym wyrobie jednak było coś czego nie zapomnę do końca swego życia. Podczas gryzienia ser wydawał dźwięki. Piszczał na zębach! Coś jakby styropianem po mokrej szybie.
- Ciekawe z czego zrobiony jest ten ser? - p. wkładał kolejny plasterek gryząc go ze zdwojoną prędkością. Uchylił lekko usta aby świszczenie rozchodziło się echem po mieszkaniu. Zbliżył usta do mojego ucha i ponowił serię szybkich ugryzień sera. Usłyszałam lekkie zgrzyty ale gdy ja gryzłam dźwięk był inny. Pewnie dlatego, że dochodził z wnętrza mojej jamy ustnej. - Ile tu mleka a ile plastiku? - Grymas obrzydzenia na twarzy męża i otwarte usta z kawałeczkami sera wywołały mą szybką reakcję.
- Nie jedz tego. - Zawyrokowałam i już otwierałam drzwi szafki kuchennej pod zlewozmywakiem gdzie umieszczony jest kosz na śmieci. Miałam zamiar wyrzucić świszczący ser.
- Poczekaj, ludzie to przecież jedzą więc i my możemy.
- Jak chcesz to proszę bardzo. Ja tego więcej nie zjem.
- Poczułam, że ten jeden plasterek który również piszczał będzie siedział w brzuchu przez kilka dni i nie strawię go nigdy. Zęby mamy jeszcze swoje więc nie może to być wywołane materiałem użytym na sztuczne szczęki.
 Przypomniałam sobie ladę sklepową przed którą stałam gdy wybierałam sery. Było ich tam chyba ze trzydzieści i każdy z nich wyglądał bardzo poprawnie. Miał odpowiedni kolor i dziury. Nazw wszystkich nie zapamiętałam bo są tak wymyślne, że można się uśmiać. Podlaski? No dobrze niech będzie, że jest produkowany na Podlasiu czyli gdzieś w okolicach Białegostoku. Gouda. Może licencja na nazwę i smak zostały zakupione wiele lat temu i po dzień dzisiejszy ser gouda ma tysiące odmian bo można go kupić chyba w każdym kraju. Morski. Ta nazwa od dawna mnie zastanawia i doszłam do wniosku, że ser morski jest wyrabiany z mleka syren albo krów morskich. Gdy wyobraziłam sobie udój to łzy śmiechu popłynęły mi po policzkach. Nazwy nie mają nic wspólnego ze smakiem wyrobu oraz jego zawartością.
Czy grający żółty ser jest rzeczywiście serem czy wielkim oszukaństwem opartym na ściśle przestrzeganych wytycznych Unii? Wolę jednak pozostać przy sprawdzonych producentach i eksperymenty pozostawić odważnym.
Nie oznacza to, że przestanę jeść bo wszystko dookoła jest niezdrowe. Trochę trucizny może posłużyć jako lekarstwo ale zdrowy rozsądek mówi, że nasze ciało zbyt wolno przystosowuje się do zachodzących zmian jadłospisu i w pogoni za kolorową etykietą możemy skończyć jak na załączonym obrazku.

sobota, 2 grudnia 2017

Bolesne ssanie

 Jeszcze raz spojrzałam na obrzydlistwo które trzymałam w dłoni. Przymknęłam oczy i włożyłam je do ust. Od razu poczułam jak żołądek zwinął się w malutką kulkę a gardło zacisnęło się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Paskudny smak rozszedł się po jamie ustnej i byłam pewna, że za chwilę zwymiotuję. Nie był to pierwszy raz i skutek moich poczynań był łatwy do przewidzenia. Dzisiaj jednak miało być inaczej, zgodnie z moim silnym postanowieniem postanowiłam wytrwać do końca bez zbytnich ceregieli.
- No ssij ty nieszczęsna kobieto! - Gdy podniosłam wzrok na stojącego przede mną p. i spojrzałam na jego zdegustowane oblicze łzy napłynęły mi do oczu. Wiem, duża ilość śliny powinna mi pomóc. Nie mogłam wdać się w konwersację bo obawiałam się iż za chwilę utopię się we własnej ślinie. Jej nadmierna ilość wypływała mi kącikiem ust. Tymczasem żołądek zaczął podnosić się tak wysoko, że czułam go już w klatce piersiowej.
- A co robię? - Udało mi się wybulgotać te słowa bo o normalnej artykulacji nie było mowy ze względu na wypełnione usta. - Idź do pracy i zostaw mnie w spokoju. - O dziwo to zdanie wypowiedziałam zrozumiale.
- Pocieraj językiem to szybciej pójdzie. - p. zaczął przestępować z nogi na nogę co wskazywało na jego zniecierpliwienie. Jeszcze raz popatrzyłam w górę i grymas obrzydzenia na jego twarzy wyprowadził mnie z równowagi. To, że niektórzy czerpią przyjemność w takiej sytuacji nie ulegało wątpliwości.
- Sadysta! - Wyrzuciłam z siebie piętrzące się zło i splunęłam na swą lewą dłoń. Cała zawartość mojej jamy ustnej zaczęła skapywać pomiędzy palcami. Prawą dłonią wytarłam usta i z obrzydzeniem osuszyłam ją o koszulę nocną. Później zwyzywałam męża. Przez cały czas lewą dłoń trzymałam przed sobą i gdy ślina kapała sobie na ławę przepułkałam usta kawą. Wreszcie uwolniłam się od tych cholernych pastylek i ich obrzydliwego smaku.
- Może nie bierz tyle na raz? - p. chciał jakoś mi  pomóc ale na nie wiele się to zdało i na wiele się to zda w przyszłości. Nie umiem łykać pigułek, tabletek i pastylek. Na sam widok leżących przede mną lekarstw dostaję odruchu wymiotnego. Obecnie zwykłe twarde jak kamień tabletki zastąpiłam żelkami ale to tylko połowicznie ułatwia mi zadanie. Odruch pozostał a smak tych nowości i tak pozostawia wiele do życzenia.

Ciekawa jestem czy i wy macie podobne problemy z łykaniem lekarstw bo dla mnie jest to na prawdę wielkie wyzwanie i wolałabym nigdy nie stosować tabletek ale jak wszystkim wiadomo żyć bez suplementów się nie da. 
Nadchodzi zima i obecnie częściej niż do tej pory będę skazana na męki zażywania pigułek w postaci stałej lub gęstej galarety. Brrr!

piątek, 17 listopada 2017

Niby zwykły Grześ

  Uwaga tekst z wulgarnymi słowami!

 Cisza która zapanowała po ostatnim zdaniu p. chciała rozerwać mi głowę. Wpatrywałam się  w talerz siedzącego przede mną Grześka nie śmiąc spojrzeć mu w oczy.  Obok niego siedział mój mąż który stworzył sytuację której wolałabym nie przeżyć. Lekko chrząknęłam i podniosłam wzrok na dwóch mężczyzn o wprost embrionalnym rozwoju umysłowym ale gorszym przypadkiem dzisiaj, był mój mąż.
 Grzesiek nie ma na imię Grzegorz tylko Jan. Jest naszym znajomym od wielu lat a z p. znają się od ponadą dwudziestu. Nie zawiązała się wielka przyjaźń na przestrzeni lat co żadnej ze stron nie dziwi i do dnia dzisiejszego pozostawaliśmy kolegami którzy wiedzą o sobie bardzo dużo. Janek chyba nie lubi swego imienia bo po wylądowaniu za oceanem nie chciał być pospolitym Johnem więc wymyślił Grzegorza którego z łatwością  można odnaleźć w nazwisku Janka.
Wyżej wspomniany Jan G. podjął pracę w magazynie i taką pracę wykonuje do dziś. Jest wykfalifikowanym pracownikiem i takim zostanie do emerytury bo brak znajomości angielskiego jest oczywistą przeszkodą w awansie. Ze względu na to, że większość jego  kolegów w pracy pochodzi zza południowej granicy, Grzegorz może jedynie poduczyć się brukowego hiszpańskiego.
Grzegorz wygląda zupełnie inaczej niż przeciętni latynosi i gdy ktoś go raz zobaczy nie zapomni do końca życia tego niecodziennego widoku. Trudno mi określić jego nietypową urodę więc opiszę jego wygląd.
Gdyby nie zaczerwieniony nos od codziennego picia które kontynuuje od szesnastych urodzin można nawać jego cerę jako białą. Długie do łopatek włosy też ma białe więc pasuje jak ulał słowo albinos. Albinos z różowymi policzkami i różowym nosem.
Już kiedyś dawno wspominał o swojej ksywie w pracy ale żadne z nas nie zadało sobie minimum wysiłku umysłowego aby zapamiętać jak Grześka nazywają koledzy w pracy.
Ostatnio, może dwa tygodnie temu wspomniany wyżej typ wpadł do nas na papierosa. Mieszkamy na jego trasie do sklepu w którym robi zakupy raz w tygodniu i chyba jedynie dlatego widujemy się co jakiś czas. Ubrany był w swój firmowy mundurek koloru brudnego granatu. Nie to, że ubranie było brudne bo Grzesiek jest pedantycznie czysty i gdy jest w swoim domowym stroju to ani pyłka nie znajdziesz na nim, używając nawet szkła powiększjącego. Pracowniczy ubiór po prostu ma taki mało wyrazisty kolor. Natomiast naszywki na prawej piersi nie da się przeoczyć. Piękną czerwoną nicią widniało wyhaftowane imię, tak widoczne jak czerwone Ferrari na skrzyżowaniu.
Papo. Tak właśnie nazywają Grześka w pracy. Po przywitaniu się gość usiadł na kanapie obok p. a ja zaproponowałam, kawę, herbatę, zsiadłe mleko z imbirem czy cokolwiek innego do picia. Grzesiek odmówił wstrząsany dreszczem obrzydzenia na dźwięk tego ostatniego, tłumacząc się, że pędzi na zakupy i nie ma zbyt dużo czasu. Rozumiem go dobrze bo ten obowiązek nie należy do miłych i krótkotrwałych. Chłopy zapalili po papierosie a ja przysiadłam na pufie po drugiej stronie ławy. Grzesiek w nawet w tak nietwarzowym kolorze wyglądał o wiele lepiej niż w swoich ciuchach; przeważnie biała koszulka i sprane do białości dżinsy.
- Fajne masz imię w pracy. - Wtrąciłam się do rozmowy bo nie mogłam oderwać oczu od natarczywej naszywki.
- Tak mnie nazywają od ponad dwudziestu lat. - Grzesiek, albo już teraz Papo, wyprężył się aby lepiej zaprezentować naszywkę.
- A co to znaczy? - p. zwykle lubi znać rozwiązania zagadek i byłam pewna, że tajemniczy Papo okaże się jakimś zdrobnieniem od papy czyli dobrodusznie nazwany tatuśkiem. Tak sobie szybko przetłumaczyłam to imię i zadowolona z siebie straciłam zainteresowanie grześkową ksywą. Ponoć myślenie ma przyszłość ale okazało się, że nie w moim przypadku. Nic bardziej mylnego nie mogłam sobie wykombinować i jak bardzo się myliłam okaże się za chwilę.
- Nie wiem, tak mnie nazwali w pierwszej pracy i ciągnie się za mną przez Chicago i okolice. Znają mnie wszędzie. - Grzesiek jakby nabrał rumieńców z zadowolenia, że taki sławny.
- Powiadasz, że Meksykanie cię tak nazwali, tak? -  p. jakoś podejrzliwie spoglądał z ukosa na Grześka. Rzucił również krótkie, dziwne spojrzenie w moją stronę.
- Tak, przyczepiło się do mnie i tak mnie wszyscy nazywają.
Kłęby dymu papierosowego unosiły się nad głowami mężczyzn i we dwójkę tworzyli jakby zjawy z innej planety. p. wziął do ręki telefon i zaczął coś w nim włączać i dźgać palcem w ekran.
- Papo, tak? - Mąż bez pardonu przerwał opowieść Grześka o wakacjach w Polsce. Ja i Grzesiek popatrzyliśmy ze zdumieniem na p. bo akurat opowieść doszła do bardzo interesującego punktu, gdzie pić jak nie wolno pod sklepem. Zaległa cisza. p. wpatrywał się w ekran telefonu zupełnie bez ruchu. Nawet powieką nie mrugnął. Dostrzegłam, że telefon pokazuje aplikację słownika angielsko-hiszpańskiego. Uśmiechnęłam się bo p. zawsze musi mieć w zanadrzu tłumacza bo jak wszystkim wiadomo wzięliśmy się za naukę hiszpańskiego ale ja traktuję to jako hobby. Zupełnie inaczej jest w przypadku p. który postanowił “gadać jak tam-bylcy” i wkuwa słowa i zwroty w chwilach zupełnie dla mnie nieoczekiwanych. No cóż jest okazja do nauczenia się kolejnego słówka.
- Papo po hiszpańsku znaczy głupek albo pizda. - p. podniósł wzrok znad ekranu telefonu i … odwrócił całe ciało w stronę Grześka. Myślałam, że urodziłam się po to aby rozpaczać po zbyt szybkim i nagłym zgonie ukochanego mężczyzny. Czułam, że zemdleję aby skupić na sobie uwagę obecnych i uchronić p. przed śmiertelnym prawym sierpowym. Zerknęłam na Grześka i odniosłam wrażenie, że blada cera jesze bardziej pobladła co prawdopodobnie jest niemożliwe albo lekko poszarzała. p. jednak nawet nie pomyślał o zagrożeniu bo z lekkim grymasem niesmaku powrócił do swej pozycji sprzed dwóch sekund i czytał dalej. - O kurczę pieczone nazwali cię kumplem albo głupkiem albo piździskiem.
Czułam jak trafia mnie jasna cholera. Siedzę na wprost dwóch kretynów i jeden z nich oznajmia drugiemu, że przez dwadzieścia lat nosi emblemat oznajmiający wszystkim, że jest głupią pizdą. Krew odpłynęła do samych stóp i byłam bliska spotkania się z podłogą w bardzo bolesny sposób. Położyłam dłoń na blacie ławy aby nie stracić równowagi bo zdrowy rozsądek już dawno straciłam. Wiem o tym, że mężczyźni są bardzo wybaczający gdy chodzi o używanie grubych słów ale to grubiaństwo nie mieściło mi się w głowie. Grzesiek jednak najwidoczniej nie przejął się zbytnio interpretacją znaczenia swego zawodowego imienia i spokojnie zaciągnął się swym ulubionym Marlboro. 

p. dopiero po chwili zrozumiał w jak idiotycznej sytuacji postawił kolegę. Nie podnosił głowy i tępo patrzył w ekran telefonu. Długo tak nie posiedzi w zupełnym bezruchu bo za chwilę papieros upali mu palce.
Jan, Grzesiek, Papo po chwili wstał i oznajmił, że już najwyższa pora aby pojechał do sklepu. O dziwo nikt z nas go nie zatrzymywał. Nie opiszę tego co było po wyjściu gościa ale wspomnę jedynie o tym, że wytknęłam mężowi brak rozumu i dobrego taktu. p. wszystko przyjął ze zrozumieniem i pokorą ale jednak musiał się odciąć od moich przynaglań.
- Masz rację, tylko jak można z taką naszywką iść między ludzi, tam gdzie 90% obsługi w sklepie to latynosi. No powiedz mi jak?