1

poniedziałek, 21 października 2019

Ośmiornica mnie udusi

 p. nie lubi chodzić po knajpach bo zawsze coś mu nie pasuje. To, że nie wolno palić, że nie ma krzeseł i normalnej wysokości stołu, że śmierdzi starym tłuszczem, że ubranka kelnerek wyglądają jakby nosiły znamiona nadużycia itd, itp. To wszystko moja wina bo rozpieściłam dziadygę i teraz każde danie porównuje z tym co jadł w domu, o dziwo w 90% wygrywam ze sprzedawcami jadła.
 Zdziwione trzy twarze rozglądały się wokół zatłoczonej jak portowa knajpa restauracji. Ani jednego wolnego miejsca a stolików chyba trzydzieści jak nie więcej. 

Wiem o tym, że ludzie niechętnie gotują i są w stanie pójść do knajpy w piątek po całym tygodniu ciężkiej pracy. Niech sobie idą w sobotę aby oderwać się od codziennego przebywania w domu ale w środę? Kto włóczy się po knajpkach w środę o dziewiętnastej. A jednak takich ludzi nie brakuje. Pomijam nas bo akurat leń mnie opanował ale żeby aż tyle leni było na małym skrawku ziemi nie miałam pojęcia. To chyba jakaś zaraza panująca na południu USA.
 Hostessa miłym uśmiechem powitała nowych gości choć powinna jęknąć na widok kolejnych klientów. Za chwilę się ściemni i pora iść do domu a tutaj kolejne głodomory wtargnęły pod dach. Wiadomo, że najciemniej pod latarnią bo nikt z nas nie zwrócił uwagi na pusty stolik o który właśnie się wsparłam. Taki przy samych drzwiach przytulony do ściany. Trzy osoby da się posadzić ale jak pomieścić przekąski, danie główne, aparat fotograficzny, reklamówkę z dużym pudłem przeróżnych ciastek, no i ta gąbka i moja torebka i jeszcze mała torba naramienna p. która zastępuje kieszenie spodni. 
Gdy nasze ciała zetknęły się z siedziskiem siedzenia wiedziałam, że długo tutaj nie zabawimy. Bliskość drzwi bardzo niekorzystnie wpływa na usposobienie męża co opisałam wcześniej i nie chciałam dopuścić do tego aby pierwotne instynkty lub zagubione geny doszły do głosu. Torba z ciastkami wylądowała na samym środku stołu zajmując 80% jego powierzchni. Swoją torebkę położyłam na kolanach co od razu wprawiło mnie w zakłopotanie bo wysokość krzesła była taka, że moje uda uczyniły równię pochyłą i torba zjeżdżała pod stół. 
Pomyślałam, że porwę jakąś kość pozostawioną na cudzym talerzu i wybiegnę na ulicę. Wszyscy wokół zadowoleni i uśmiechnięci wkładają sobie do ust pokarm a ja za chwilę zacznę pić marihuanę z głodu.  Steki, krewetki i małże na talerzach sąsiednich stolików sprawiły, że byłam w stanie zamówić całą kartę dań nie pomijając ani jednej potrawy. Kelnerka pojawiła się prawie natychmiast przynosząc trzy karty dań i już miała kłopot aby je położyć przed każdym z nas. Zamówiliśmy coś do picia jak to zwykle bywa gdy rozszyfrowujesz skład wymyślnych nazw prostych dań. Miałam mętlik w głowie bo “rumcia ciumciagumcia” mogła kryć rybę albo jagnięcinę w swej nazwie. Dlaczego nie ma prostych nazw jak na przykład kawałek krowy opiekany nad palnikiem gazowym. Wtedy obyłoby się bez rozczarowań, prosto i spójnie. Tylko kto by za to zapłacił? Zamknęłam menu i trzasnęłam nim p. w przedramię. Nie dlatego aby obudzić w nim dawno już uśpione amory ale po knajpie przechadzał się mężczyzna z papierosem. Chciałam zwrócić na niego uwagę męża. “Ciekawe czy tu wolno palić” rzuciłam w zaskoczone oblicze. p. patrzył na mnie zdumiony. Nigdzie nie wolno palić bo ponoć to szkodliwe a narkotyki raptem są zbawienne. Bystre oko męża dostrzegło palacza a lewa dłoń chwyciła przechodzącą kelnerkę za fartuch. Dziewczyna zatrzymana w miejscu o mało nie runęła na glebę z zamówionymi porcjami jedzenia. Cudem, zdolna kelnerka, utrzymała równowagę nie wylewając ani kropli sosu na głowę naszego gospodarza bo to nad nim balansowały talerze wypełnione po brzegi. Usłyszeliśmy proste i oczywiste “tak w sali obok” w odpowiedzi na pytanie czy wolno tutaj palić. Ruchem głowy wskazała kierunek bo obydwie ręce w nieznany sposób ciągle utrzymywały sześć talerzy. Natychmiast poderwaliśmy się z miejsc i ruszyliśmy w nieznane strefy restauracji. Jakby w drugiej części litery “L” stały stoliki i bogato zaopatrzony bar. Miejsca pod dostatkiem. 
Od razu zawojowaliśmy dwa stoliki bo jeden przeznaczyliśmy na nasze tobołki a przy drugim wygodnie zasiedliśmy jak królowie. Ta część była bez okien bo komu potrzebne okna na Florydzie. Przewiew, smrodu spalenizny z kuchni i z papierosów nie czuć, istny raj. Nasza kelnerka odnalazła nas w innym miejscu i w innym nastroju. Zamówiliśmy trzy margarity aby uczcić greków którzy nie ulegli antypapierosowej polityce i rozmawiając skróciliśmy sobie czas oczekiwania na posiłek. Zamówione trzy różne dania które przyjechały na zgrabnym stoliku wyposażonym w kółka bo chyba wieść o tym, że ten z koczkiem łapie za spódnicę lotem błyskawicy rozniosła się pośród personelu. Myślę, że prawda była zupełnie inna i najwygodniej było przywieźć talerze w najbardziej oddalony zakątek restauracji. Płonące sery powitaliśmy głośnym “oopa” i natychmiast zniknęły z talerzyków. Widać, że nie tylko ja goniłam resztkami sił. Trzy różne dania zmieniały właścicieli bo każdy chciał spróbować tego co miał inny. Jesteśmy tak zaprzyjaźnieni, że mogliśmy sobie pozwolić na grzebanie widelcem w talerzu sąsiada. Druga kolejka margarity wydawała się niezbędna do poprawienia trawienia a trzecia wręcz wymagana. Jedzenie było na średnim poziomie więc nazwy knajpy nie wymienię aby nikogo nie wypuścić w maliny. O mały włos mąż mnie nie udusił. Gdy spróbował ośmiornicy którą zamówiłam wyraził bardzo niepochlebną opinię o kucharzu i zalecił oddanie potrawy. Byłam tak głodna, że braki w przygotowaniu dania byłam w stanie wybaczyć, tak bardzo nie przeszkadzało mi, że jest niedogotowana. Uwielbiam stwory morskie a uchybienia kucharzy głód cudownie wytłumaczył. Właśnie wzięłam do ust pokaźny kawałek macki ociekającej przepysznym sosem. Może ciut za duży ale, że zęby jeszcze mam to niech w końcu sobie popracują bo dzisiaj oprócz śliny nic nie gryzły. p. był zdegustowany i oświadczył, że czegoś takiego nie powinno się wydawać z kuchni. Nie dość, że wykrzywił się w niesmaku na widok ilości jaką miałam włożyć do ust to jeszcze podniósł brwi w zdumieniu. Zrozumiałam niemy przekaz “nie jedz tego, to cię zabije.” p. jadł jakieś mięso o zupełnie obojętnym smaku. Co innego może jeść neandertalczyk? Mięso i mięso i na deser mięso. Dobrze, że nie pije krwi a tylko zwykły alkohol. Już miałam mu wygarnąć, że nie wszystkim zostało dane rozkoszować się frutti di mare i ubolewam, że to właśnie on jest jednym z nich gdy kawałek ośmiornicy wpadł mi do gardła. Widać że zęby działały szybko ale niedokładnie. Słyszałam głosy, nie te zza światów ale z lewej i prawej, czyli kolegi i męża. Nie rozumiałam słów bo taka głupia sytuacja skupiła mą uwagę na samej sobie. Skoncentrowałam się na odkrztuszeniu ale jak przemóc chęć przełykania gdy jest się głodną. Musiałam przybrać jakieś mało atrakcyjne kolory bo p. poderwał się z krzesła i zaczął podnosić rękę do góry aby uderzyć mnie w plecy. Ponoć taka metoda pomaga ale wolałam umrzeć przez uduszenie. Wiedziałam, że jak mnie trzaśnie w plecy to pękną żebra i wbiją się prosto w serce. Śmierć nastąpi szybciej ale upluję się krwią z przebitych płuc. Podniosłam ręce w obronnym geście i wredna macka ośmiornicy znalazła właściwą drogę do żołądka. Uff, muszę żyć bo przecież jutro jedziemy oglądać zachód słońca.

sobota, 28 września 2019

Światowa stolica gąbki

 Nie sposób chociażby słowem nie przybliżyć historii tego miasta. Uzyskało prawa miejskie w 1887 roku i spisano 52 dusze obywateli. W latach 1890 zaczęto wydobywać gąbkę z dna zatoki. Z roku na rok wydobycie zwiększało się nie nadążając za popytem i już wtedy notowano milionowe zyski ze sprzedaży. Osiedlający się Grecy okazali się wspaniałymi żeglarzami i jeszcze lepszymi nurkami. W 1905 roku w Tarpon Springs było 500 nurków pracujących na 50 łodziach. Nurkowie byli wyposażeni w gumowe kombinezony aby mogli dłużej przebywać pod wodą. Gąbka robiła zawrotną karierę oraz osiągała zawrotną cenę. Rosło jej wydobycie do tego stopnia, że przez trzydzieści lat “gąbczany” interes był największym na Florydzie. Przynosił on większe zyski niż owoce cytrusowe i turystyka. Małe miasteczko niedaleko Tampy stało się “Światową Stolicą Gąbki”.
W 1940 jakieś choróbsko dopadło gąbki które masowo wymierały. Plaga ta doprowadziła prawie do całkowitego upadku wydobycia w roku 1950. Jak to w życiu bywa po deszczu jest słońce i karta odwróciła się sprzyjając Tarpon Springs. W latach 1980 odkryto nowe zasoby gąbek a miasteczko powróciło na pozycję lidera w produkcji naturalnej gąbki.


        Po drodze mijaliśmy sklepy z “chińskimi ciupagami” czyli pamiątkami nie mającymi nic wspólnego z tradycją miejsca więc nawet nie zwolniliśmy kroku aby jak najszybciej dojść do jadłodajni. 
Natrafiliśmy jednak na przeszkodę którą nie sposób było ominąć. Na naszej drodze po drugiej stronie ulicy była inna restauracja i ciastkarnia.
 Cukier działa na p. jak narkotyk a zamknięty w ciastku zniewala go zupełnie.  Sklep był dość duży jak na ciastkarnię a wybór tak bogaty, że nie wiadomo było na czym zawiesić oko. Ludzi tak dużo jakby z całej Florydy zjechali tutaj smakosze (niby) greckich przysmaków. Przestępowałam z nogi na nogę bo akurat tutaj nic mnie nie ciekawiło. Zamiast ciastka o podejrzanie wściekłym kolorze wolałabym setkę pod śledzika. Zostawiłam męskie towarzystwo w kolejce a sama udałam się tam gdzie mężczyznom wstęp wzbroniony. Okazały z zewnątrz budynek restauracji w środku był istnym labiryntem który wciągnął mnie na dobrych kilka chwil. Zrelaksowana po wizycie w toalecie skręciłam nie w tą stronę z której przyszłam i od razu zaczęłam zwiedzanie od podszewki szukając drogi powrotnej. Blondynka potrafi zabłądzić wszędzie i zginąć na dziesięć minut zupełnie tak od niechcenia. Zatroskane oczy męża wywołały uśmiech na mej twarzy i zanim cokolwiek powiedział pogoniłam starych chłopców do marszu.
  Zagadałam ich mówiąc o panicznym głodzie i o tym, że jeżeli w ciągu pięciu minut nie usiądę przy stoliku to zemdleję. Nie musiałam zatem opowiadać, że zamiast wrócić do sklepu przeszłam przez kuchnię i zobaczyłam zaplecze całego przedsiębiorstwa. W końcu ktoś uprzejmy wskazał mi drogę do sklepu. Może nie byłam jedyną zgubą w tym sezonie?
 Gdy już uporaliśmy się z wyborem słodyczy, wyszliśmy z miejsca rozpusty smakowej aby wreszcie coś zjeść. Zwykła droga do zaspokojenia głodu okazała się usiana przeszkodami konsumującymi dość pokaźną ilość czasu. Oprócz kutrów i gąbek ciastka zajęły nam najwięcej czasu.
 Już widziałam restaurację w której miliśmy zapełnić żołądki, już czułam zapach smażonych potraw, już prawie widziałam ośmiornicę na talerzu aż tu raptem kolejny przystanek.
 Chciałam wrzasnąć do łasuchów coś w stylu, “co znowu ciastka?”, bo widziałam przed sobą miejsce ze słodyczami. Kolejna ciastkarnia stała się wrogiem numer jeden i nie miałam zamiaru wejść do środka i gapić się na lukrowane cudeńka. To nie cukier przykuł uwagę p., obok był sklep z podkoszulkami który sprzedawał marihuanę w postaci olejeku z konopii. Jak nie kupić zakazanego produktu który nie jest zakazany na Florydzie. Targowanie zajęło nam kilka minut bo nie dość, że buteleczki różniły się mocą zawartego w nich ekstraktu to na dodatek olejek pochodził z trzech różnych firm. Zagadnięta sprzedawczyni uczepiła się mnie pomijając panów i zaczęła tłumaczyć mi zbawienne działanie marihuany. Wkurwiłam się natychmiast bo widocznie babsko uznało mój wygląd za ledwo słaniający się na nogach okaz długotrwałej choroby. Dręczona i udręczona zakupiłam dwa opakowania narkotycznego płynu i chudsza o stówkę wyszłam ze sklepu. Mimo zapewnień, że rekreacyjna lub lecznicza marihuana nie ma nic wspólnego z prawdziwą marihuaną postanowiłam jej nie używać. Skoro taka zdrowa i niby nie narkotyk to czemu w połowie stanów jest narkotykiem? W Illinois dopiero w przyszłym roku narkotyk przestanie być narkotykiem ot tak gdy pojawi się nowy rok. Zmieni się kartka w kalendarzu i zmieni się status prawny. Totalna szajba przypominająca mi komunistyczne nakazy i zakazy. Świat jak widać tak bardzo się nie różni pomimo zapewnień i całego paplania o wolności.
Już nic nie powstrzyma mnie przed wejściem do restauracji. Żadne sklepiki świata nie zatrzymają mych nóg poganianych burczeniem głodnego żołądka. Nic.

środa, 18 września 2019

Lenistwo i gąbka

Muszę powrócić do pobytu na Florydzie bo już wkradł się bałagan i za chwilę nie będzie wiadomo co, gdzie i kiedy.

 Gdy p. był zajęty ulepszaniem wnętrza naszego podróżnego domu ja po prostu spędzałam czas na lenistwie. Jest to bardzo męczące zajęcie bo pod koniec dnia byłam tak samo zmęczona jak on. Zupełnie nie do wiary, że nieróbstwo może tak wycieńczać organizm. Skoro robotnik i nierób są tak samo zmęczeni to już wolę być tym drugim. Do miasta nas nie ciągnie a cudownych widoków nad zatoką nie uświadczysz więc nigdzie nie podróżowaliśmy. Wystarczało nam to co było pod ręką czyli ciepło i spokojnie. Przedmieścia każdego większego miasta są leniwe i życie płynie tam zupełnie wolno. Ja również poddałam się tej atmosferze i pewnego dnia tak wolno się poruszałam, że nie przygotowałam nawet najprostszego obiadu. Ale od czego są knajpki które karmią głodnych? Gospodarz nie był zdziwiony moim karygodnym postępowaniem i zaproponował grecką obiadokolację. Z przyjemnością przyjęłam zaproszenie bo rano mogę nic nie jeść ale wieczorem po całym dniu lenistwa byłam wtedy głodna jak wilk. 

Wydałam zakaz robienia mi zdjęć bo przecież nie miałam kiedy upiększyć się na tyle aby jakikolwiek aparat nie zepsuł się przy pierwszej próbie uwiecznienia mej osoby. p. oczywiście wziął aparat ale obiecał kierować obiektyw z dala ode mnie. Robaki i krokodyle na pewno okażą się milszymi obiektami niż moja zmęczona twarz. Pojechaliśmy do Tarpon Springs które słynie z wydobycia naturalnej gąbki. Miasteczko zasiedlone przez greków aż tak bardzo nie różniło się od innych ale tradycja wydobycia gąbki z dna morza pozostała i jest kultywowana do dziś.
 Jak nigdy do tej pory nie interesowało mnie nic oprócz jedzenia. Czułam, że połknę największą porcję bez wybrzydzania, że ja gotuję lepiej. W porcie zacumowane kutry jednak zainteresowały mnie na tyle, że zapomniałam o głodzie.

Chciałam wleźć na jeden z nich ale gdy nikogo nie ma na pokładzie to taka samowola prawdopodobnie nie uszłaby uwadze przechodniów i wzbudziła zainteresowanie. Trudno jak nie wolno to nie.
Gdyby był jakiś majtek na pokładzie to pewnie pozwoliłby mi na postawienie stopy na pokładzie i zbliżenie się do atmosfery pracy nurków. Pozostało mi patrzenie i podziwianie, że takie łupinki wypływają z załogą narażać życie aby przywieźć tak prozaiczną rzecz jak naturalna gąbka. Nie jest to przedmiot luksusu i zarobek musi być marny. Mogłam się o tym przekonać bo trzy kroki od miejsca w którym stałam były sklepiki ze złowionymi trofeami.
Moje kolejne ostrzeżenie “tylko nie rób mi zdjęcia” ostudziło zapał p. do fotografowania i dziś żałuję, że mamy tak mało zdjęć z tej wycieczki. Postanowiłam wziąć się za siebie i nie rozsiewać degrengolady wokół bo mąż zbyt łatwo jej ulega.
Nie obyło się bez lekkiej utarczki słownej gdy przyszło do zakupu chociażby małej gąbki. Ja nie chciałam bo mam swoją myjkę z plastiku która mi w zupełności odpowiada a p. uparł się jak dzieciak, że powinniśmy mieć taką tutejszą a nie z Filipin czy Chin. To co było wystawione na zewnątrz sklepu to tylko namiastka okazów znajdujących się w środku sklepu. Tak wielkich okazów w życiu nie widziałam, nawet na filmach przyrodniczych w TV. Zdjęć oczywiście nie mamy bo za każdym razem gdy p. unosił aparat do góry ja syczałam jak jadowita i rozwścieczona kobra. “Tylko nie rób mi zdjęć” syczały usta a oczy wysyłały tuziny piorunów zdolne podpalić tą drewnianą konstrukcję pełną cudownych gąbek. Musicie uwierzyć na słowo bo zdjęć oczywiście nie ma! Niektóre były tak duże jak fotel a kształty zachwycały i zdumiały za razem. O cenach nie wspomnę bo te superowe były w okolicach setki albo nawet dwóch za sztukę. Czy ktoś wcześniej wspomniał o lichym zarobku poławiaczy? Gdybym nawet miała tyle kasy aby kupić coś podobnego to i tak nie wiedziałabym co zrobić z monstrualnie wielką gąbką. Ale w wielkim domu mogłabym ją gdzieś wyeksponować, tylko domu brakuje. Bystra sprzedawczyni uczepiła się p. bo od razu widać, że turysta. Blady jak nie tubylec, aparat wisi na brzuchu i rozgląda się wokół jakby nigdy nie był w sklepie z pamiątkami. W sekundzie znalazłam się przy nich aby usłyszeć “to ja chcę właśnie tę”. W zwykłej balii jaką mogły używać nasze prababki do prania bielizny moczyły się gąbki. Miało to być na ludowo i przypominać Grecję. Aż takimi turystami nie jesteśmy aby nabrać się na tanie tricki. O tym, że mokra gąbka jest miękka wiedzą wszyscy a balia wcale nie przypominała mi Grecji.
p. trzymał w dłoni średniej wielkości mokrą gąbkę która służyła jako okaz na pokaz. Cholera wie ile dni kisła w burej wodzie i ile dłoni ją dotykało. Już miałam syczeć, że nie chcę żadnej używanej gąbki ale było za późno. Mąż oznajmił, że kupuje to co trzyma w łapie i już. Kształt wręcz idealnego stożka wulkanicznego. Idealnie odcięta tak, że mogła stać na półce w łazience nie przeszkadzając nikomu. Sprzedają tam na wielkość a nie na kształty więc zapłaciliśmy dosłownie kilka dolarów ale pani zza lady nie miała uszczęśliwionej miny bo drugiego takiego “cycka” nie miała w kolekcji. Do zakupu została dołączona instrukcja obsługi w postaci ładnego karteluszka i żegnani życzeniami miłego wieczoru wyszliśmy ze sklepu aby je zrealizować w restauracji.

środa, 28 sierpnia 2019

Kolejna burza mnie wkurza

 Cudowny poranek kolejnego wakacyjnego dnia nie zapowiadał wstrząsu nerwowego który przeżyliśmy po kilku godzinach od opuszczenia naszego miejsca na kempingu.
Stworzyliśmy idealne danie które pasuje na śniadanie, obiad i kolację. W czerwonym garze kryje się tajemnica spożywana z wielką ochotą tak przez płeć piękną i przez lekko oddalonych od małpoludów. Na patelni podgrzało się tyle jedzenia ile może zjeść dwoje. 

Miasto Grand Marais przeszliśmy tak szybko, że nie spostrzegłam się iż znów idziemy w stronę kempingu.
- Gdzie jest centrum? - Pytałam spłoszona bo raptem zabłądziłam w dziurze która ma dwie ulice.
- Jesteśmy w centrum. - p. spokojnym tonem zapewniał mnie, że wie gdzie jesteśmy. Rozglądam się dookoła i nie widzę jedynego sklepu który jednocześnie jest stacją benzynową. Jak nie ma znanego mi miejsca to znaczy, że zabłądziliśmy. - Centrum jest tam.- I p. wskazuje paluchem ulicę oddaloną zaledwie o dziesięć metrów. Patrzę i malwy widzę zamiast skrzyżowania.


- Gdzie? - Rozglądam się dookoła jakby otaczały mnie wieżowce zakrywające nawet niebo. Zgłupiałam zupełnie bo sklepu nie widzę. Patrzę w rozpaczy w lico męża i podążam za jego wzrokiem. Co widzę? Dom w kształcie beczki piwa.

Kurza dupa co ze mną się dzieje. Co za dzień w którym zabłądziłam w miejscu w którym z zasady zabłądzić się nie da. Straciłam orientację na przestrzeni stu metrów. Albo witamin mi brakuje albo dobrego drinka z samego rana.
Jeszcze cztery kroki i znalazłam się na głównej ulicy, w dali widzę stację benzynową. Teraz jestem w domu. 

 Zaopatrzenie nie uległo polepszeniu przez cztery lata i jak wtedy opuściliśmy sklep spożywczy ze sztangą fajek i radością w szkle. Wszystko składnie zapakowane w plecaku p. poniósł z zaskakującą mnie radością.

Pogoda nas nie rozpieszczała do tej pory więc postanowiliśmy wykorzystać przerwę w deszczu na spacer po plaży. Po relaks i spokój tutaj przyjechaliśmy więc będziemy relaksować się na plaży. Czy może być coś przyjemniejszego niż taplanie się w falach które omywają stopy zapadające się w piasku. Poganiałam p. aby szybciej zapakował plecak a ja w tym czasie zajęłam się układaniem wstążki na kapeluszu. Jak to dobrze, że nie wzięliśmy dwóch plecaków. Jeden w zupełności wystarczy aby pomieścić jeden ręcznik, majtki do kąpieli gdyby komuś odbiło na tyle aby zamoczyć się w zimnej wodzie, oraz papierosy z zapalniczką i krem z filtrem bo mnie opala nawet mgła.
Ruszyliśmy do schodów które prowadzą na plażę i po zejściu na wydmę dostrzegłam, że jezioro kończy się pasem kamieni ciągnących się po horyzont.

O relaksacyjnym spacerze od razu mogłam zapomnieć bo łażenie po kamieniach jest dobre dla fakira albo masochisty ale nie dla mnie. Cała reszta otaczająca nas była w jak najlepszym porządku i po chwili już nie zwracałam uwagi na to, że moje wyczynowe sandały wcale nie zabezpieczają palców.
Chcieliśmy dojść do miejsca w którym kilka lat temu rozpoczęliśmy morderczy spacer wzdłuż wybrzeża. Zostało to również opisane na blogu i ciekawa byłam czy zabójcza wydma nadal przerazi mnie swą wysokością. To dzięki jej wysokości, nie mając sił na wejście, postanowiliśmy pójść plażą co w sumie okazało się kilkukrotnie większym wyczynem.

Postanowienia trzeba przestrzegać; miał być relaks więc po piętnastu minutach rozłożyliśmy się na mokrym piasku bo tylko taki był po kolejnej porcji ulewy. Sceptycznie odnosiłam się do leżenia na plaży bo akurat takiego odpoczynku nie trawię. Ja usiadłam na kawałku pnia który spadł z wydmy a p. przysiadł tuż obok na piachu.
- Taki jesteś kochany i nosisz plecak więc ja zaopiekuję się piciem i jedzeniem. - Parę godzin wcześniej gdy pakowałam zakupy do plecaka który był na plecach p. doświadczyłam nie lada łamigłówki. Jak dostać się do środka plecaka. Ja mam podobny ale jeszcze go nie używałam. Zatem mogłam spokojnie ponarzekać, że nie mogę wydobyć ukrytego portfela w lewej kieszeni. Tam gdzie powinien być suwak były dwa. Otworzyłam jeden i wsadziłam rękę, wyjęłam papier toaletowy. Kasjerka obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem spod uniesionych brwi. Kolejna próba wyciągnięcia portfela znów przyniosła niewiadomą w postaci pojemnika z kremem do nieopalania. Kolejna porażka zmusiła panią sprzedawczynię do przestąpienia z nogi na nogę. Raptem ustawiła się kolejka w takiej dziurze która ma tylko jeden sklep. To pewnie dlatego, że tutaj sprzedają wódkę i inne alkohole więc ludzie trafiają tu nawet po omacku i bez świadomości. p. wydawał się rozbawiony tą sytuacją i podpowiadał jak dostać się do środka worka którego chyba specjalnie nie zdejmował aby samemu wyjąć kartę płatniczą.
Wymyślne sposoby dostania się do środka zwykłego plecaka trochę zbiły mnie z tropu bo jak sama załaduję swój to nigdy nic nie odnajdę. Teraz plecak p. stanowił mniejszą zagadkę. Aby
już nie wyjść na zupełnego dyletanta zaczęłam od papierosów. Widziałam je przez siatkę bocznej kieszeni. Szybko(?) odnalazłam ekspres i wyjęłam dwie paczki papierosów. Jedna była dla mnie a ta druga dla p.. Każde z nas pali coś innego. Po puszczonym dymku przepłukaliśmy gardła wodą z plastikowej butelki. Spojrzałam na pochodzenie wody i okazało się, że to zwykła kranówa z dodatkiem jonów dla smaku. Smaku te jony nie  miały zbyt dużo ale gdy pić się chce to nie pora na wybrzydzanie. Postanowiłam legnąć na ręczniku aby wchłonąć chociaż odrobinę słońca którego jakoś mało podczas naszych wakacji. Wręcz wymarzona pogoda dla mnie, ciepło ale nie upalnie, lekki wiaterek i zero ludzi dookoła.
- Mokry ten piasek. - p. zmienił pozycję i teraz przysiadał na jednej nodze. Widocznie wilgoć weszła mu między pośladki. Opryskana dookoła aerosolem z UV 45 mogłabym nawet usnąć bez obawy o spalenie się na cegłę szamotową. Jak można było przewidzieć długo nie posiedzieliśmy, nie poleżeliśmy i znów byliśmy gotowi do kontynuowania spaceru bo ile można leżeć na mokrym ręczniku. 

Pięciominutowe leżenie nie zaćmiło mej pamięci i znów jako przykładna żona zapakowałam nasz dobytek do plecaka. Wszystko o dziwo zmieściło się do plecaka. Wszystko? p. zarzucił garb na plecy i ruszyliśmy w stronę pamiętnej wydmy. Oprócz niej oddalonej o jakieś kilometr z okładem widziałam leżące drzewa stanowiące przeszkodę od wydmy po czeluście jeziora.
Spoko, kilka wygibasów i skoków ponad niższymi przeszkodami i już przed nami cudowna kamienna plaża. Uszliśmy może kilkaset metrów i coś mnie zaniepokoiło. Nie mogłam tego określić a na pewno nie nazwać. Wydma była już całkiem blisko ale tak na prawdę to poszliśmy po relaks a nie po to aby znów postawić stopę na terenie po którym wcześniej stąpaliśmy. Najłatwiejszym sposobem na przerwę jest chęć zapalenia. Jakoś nie chciałam iść dalej. p. Nawet na głębokości stu metrów w oceanie pełnym rekinów i drapieżnych ośmiornic wyraziłby chęć na fajora. Przysiedliśmy i zaczęłam grzebać w kosmicznym plecaku. Papierosów brak. Nauczona doświadczeniem nabytym dzisiaj zaczęłam szukać fajek w zupełnie bezsensownym miejscu. Kolejne suwaki ukazywały swą zawartość ale papierosów nie było. Poczułam, że moje blond włosy aż mnie palą. Przecież jeszcze nie mam sklerozy i paliłam papierosa na poprzednim postoju. Ale gdzie one teraz są.
- Nie mamy papierosów. Zgubiłeś je po drodze. - Lodowato, bez emocji oznajmiłam stratę. Wiedziałam, że paszcza męża nie pozostanie długo zamknięta i jak ją już raz otworzy to szybko jej nie zamknie. Zamiast tego wolam samobiczowanie. W kilkudziesięciu zdaniach określiłam stan swego umysłu, niezaradność i takie inne przywary które sprawiają, że blondynki są najbardziej kochane na świecie. p. z zatroskaniem wsłuchiwał się w słowa krytyki ale powiedział tylko, że nie będziemy w takim razie palić i zajął się struganiem jakiegoś badyla którego natychmiast wygrzebał w lekko wilgotnym piachu na którym siedzieliśmy.
- Wracamy. Co? - Cisza. - Może znajdziemy fajki w drodze powrotnej.
Nie wierzyłam w to co mówiłam ale rozmowa jest lepsza niż tłumienie niezdrowych emocji. Powrotna droga wydawała się łatwiejsza bo pokonane wcześniej przeszkody nie były
już tak straszne i niebezpieczne.
Jednak niebezpieczeństwo nie czyhało w pniach drzew rzuconych przez przyrodę na trasie naszej wędrówki ale tam gdzieś wysoko i daleko. Jak widać na zdjęciach lekkie chmurki które pojawiały się czasami na niebie nie zapowiadały kataklizmu który miał za chwilę nastąpić. Przez większość relaksowego spaceru patrzyliśmy gdzie postawić stopę aby nie nabawić się niepotrzebnej kontuzji skręcenia kostki.
Powiał wiatr w plecy i pomyślałam, że to dobrze bo łatwiej będzie się szło do domu. Powiał wiatr w plecy i pomyślałam, że to już nie wiatr a huragan. Stanęliśmy oboje zdumieni. Wiało jak cholera. Znad jeziora nadciągały czarne chmury. One zapieprzały jak szalone. Tam gdzie przed chwilą był cudowny błękit teraz panował szaro-czarny kołtun chmur które jakby pełzły tuż nad powierzchnią wody. Kolejne szarpnięcie wiatrem było tak silne, że zrobiliśmy krok z wiatrem aby utrzymać równowagę. Po sekundzie zalały nas strugi powodziowego deszczu a mroźny wiatr zmusił nas do przykucnięcia. Strach ma wielkie oczy ale to nas spotkało zamknęło mi oczy tak szczelnie, że obawiałam się ich otworzyć. To wszystko przez mój nastrój od kilku tygodni. Ukochane horrory przestały mnie bawić i zaczęłam oglądać filmy katastroficzne oraz dokumenty o powodziach, trzęsieniach ziemi itd. Kapelusik trzymałam tak kurczowo, że żadne kataklizmy nie wyrwałyby go z mego uścisku. Zrobiło się zimno i na plecach poczułam bolesne uderzenia gradem. To już koniec z nami. Umrzemy na plaży. Wyobraźnia swoją drogą a instynkt samozachowawczy zaczął budzić się z odrętwienia. Nie wiem jak to robią psy, że mogą oddychać pod wiatr wysuwając pysk przez uchyloną szybę pędzącego samochodu. Ja nie mogłam jakoś oddychać ale cudem nie udusiłam się. Schyleni jak stare dziady posuwaliśmy się w stronę kempingu. To jedyna szansa na przetrwanie, czekać nie ma sensu. Wszystko mnie bolało od uderzeń kropli deszczu pomieszanego z gradem. Zimno wstrząsało moim ciałem i z każdym krokiem ubywało mi sił. Nie dojdę, nie dojdę słyszałam w głowie. Twarz zalewały mi łzy spłukiwane przez potok lodowatego deszczu. Zmarznięte nogi ledwo nadążały za krokami p. który szedł tuż przede mną. Lewą ręką trzymałam się plecaka a prawą miażdżyłam kapelusik.

Padłam na kolana bo już nie miałam siły walczyć. Powtarzałam sobie, że przecież jest to całkiem niezły sztorm czy piekielna burza ale poddawać się nie można. Walka przede wszystkim. p. kucnął przy mnie zasłaniając mnie sobą przed siekącym deszczem. Było mu łatwiej bo plecak chronił jego plecy przed dotkliwymi ukłuciami mroźnego wiatru.
- Skryjmy się w lesie, tam na pewno tak nie wieje. - Uznałam to za niezły pomysł. Jak szybko dostrzegłam szansę na przeżycie tak szybko z niej zrezygnowałam. Ogłuszający grom z ciemnego nieba pobliskiej błyskawicy wytrącił nam atut z ręki.
- Zginiemy w lesie i zginiemy na plaży. - Dalszy ciąg narzekania przerwały kolejne grzmoty.
- Jak na dyskotece! - Niefortunnie zażartował mąż. Jak ginąć to w walce. Wstałam i odgarnęłam mokre włosy z twarzy. Niech przez chwilę zobaczę gdzie jesteśmy. Uparty kosmyk wpadł mi w oko ale dostrzegłam na plaży znajomą konstrukcję którą nazwaliśmy barem upiorów. Tam są schody prowadzące do kempingu. Jesteśmy blisko i mamy szansę na przetrwanie. Żwawo jak na takie warunki ruszyliśmy przed siebie. Kolejny krok w który wkładałam wszystkie siły przybliżał nas do domu.
Zupełnie wyczerpana i uczepiona ręki p. dotarłam do Ślimaka który zwiastował suche schronienie i wypoczynek. Zanim jednak odpoczęłam kolejny horror, który rozgrywał się na moich oczach pozbawił mnie ochoty na kolejny dzień życia.
 Pośród różnych zakupów o przydatności których mieliśmy dowiedzieć się w przyszłości czyli podczas naszego wyjazdu na drugą półkulę, pojawił się olbrzymi namiot tutaj zwanym gazebo a tak po polsku to niech to będzie przenośna altana. Zabraliśmy ją oraz stół i dwa krzesła. Stanowiła dodatkowe pomieszczenie które w czasie deszczu może oddać nieocenione zasługi. Na polu kempingowym pomieścił się Ślimak z bieżącą wodą, zarówno ciepłą jak i zimną, prysznicem i kibelkiem. Zaraz obok przytuliła się altanka w której urządziłam letnią kuchnię aby nie smrodzić w środku domu.
- Kurwa odfrunie nam chałupa. - Resztę wywodu zagłuszył piorun. - Wejdź do środka i trzymaj ścianę, ja przymocuję dodatkowe odciągi. Mam zapasową linkę. - To ja ledwo jestem w stanie pozbierać myśli a on wie gdzie ma zapasową linkę. Rzeczywiście altanka lewitowała porywana szalonym wiatrem. Przymocowana śledziami przy samej podłodze unosiła się na jakieś pięć centymetrów. p. zrozumiał mój wyraz twarzy i zaciągnął mnie do środka altanki. Dobrze, że pokazał co mam robić bo inaczej nie byłabym w stanie zdecydować się którą z sześciu ścian trzymać. A tak w szczególe to jak trzyma się ścianę? Padałam na pysk z przejęcia ale ścianę trzymałam, najpierw jedną a potem drugą. Cztery dodatkowe odciągi ujarzmiły wierzgającą altanę i pręciutko póki jeszcze adrenalina działała zagotowałam wodę na herbatę z dużą ilością wódki.
- Ja chcę podwójną porcję procentów.
- Ja też.
- Parzyłam usta gorącą herbatą aby jak najszybciej wskoczyć do łóżka.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Wypadł nam wypad

 Nie mogę powiedzieć, że przez ostatnie pół roku nudziłam się codziennie. Wręcz przeciwnie w naszym życiu jest tyle zamieszania, że nawet nie mam zamiaru przyłożyć się do opisania tych chwil.
Obecnie mieszkamy prawie na plaży jeziora Superior i pomimo kilku zawodów to już teraz mogę stwierdzić, że nasza krótka eskapada jest udana. Jeszcze kilka dni tutaj pozostaniemy i jak zwykle zamieszania na blogu nie braknie. Floryda pojawi się za chwilę ale póki co zamieszczam moje konkursowe zdjęcie wschodu słońca oglądanego przez dmuchawca w okolicach Sheboygan, WI


piątek, 9 sierpnia 2019

Neandertalczyk

 W końcu zapadła decyzja, oczekiwana od dawna, jedziemy z dala od domu bo groziło nam wariactwo. Ileż to można siedzieć w chałupie i zastanawiać się jak zamocować talerze w motorhome aby nie potłukły się w czasie jazdy? Gdzie umieścić noże i widelce aby nie brzęczały? Ruszyliśmy do znajomego który od lat mieszka niedaleko Tampy. Ślimak czyli nasza chałupka na kołach powinien sprawdzić się na autostradzie więc czemu nie pojechać na Florydę do kolegi. Pakowanie było zupełnie uproszczone bo niby miejsca dużo a postanowiliśmy zabrać jak najmniej potrzebnych rzeczy. W końcu jedziemy do cywilizowanego miejsca a nie na pustkowie. Podróż zajęła nam raptem trzy dni bo jechaliśmy wolno i statecznie jak na podróż „ślimakiem” przystało.
Nieskrępowani miejscem na nocleg zatrzymywaliśmy się tam gdzie kolejne mile wydawały się nie do przejechania.
Cześć, cześć jak się macie i kolega pomknął do pracy zostawiając nam dom do użytku. Po dwóch dniach ostrej aklimatyzacji wspomaganej alkoholem uznaliśmy, że pora na zrobienie zakupów bo pan domu miał zapasy i owszem ale jakoś bardzo się skurczyły gdy zamiast jednego żołądka trzeba było zapełnić trzy. Warzywa i owoce kupicie o w tym sklepie, kolega pokazywał na mapie a p. skrupulatnie oznaczał to miejsce czerwonym serduszkiem na googlowskiej mapie. Po trzecim serduszku uznaliśmy, że już wszystko wiemy o zaopatrzeniu w pobliskiej okolicy. Kolega pojechał do pracy a my ruszyliśmy szlakiem czerwonych serduszek aby w lodówce wystraszyć echo.
- Popraw mi włosy bo dostanę szału.- Od pewnego czasu p. zapuszcza włosy i obecnie ich długość jest zupełnie nieprzyzwoita. p. obecnie ma dłuższe kudły niż moje.   Początki były trudne i na głowie pojawiały się różnego rodzaju precyzyjne zaczesywane włosy, były palemki mini kucyki i aby to wszystko utrzymać w porządku w domu pojawiły się pomady, olejki i odżywki. Mąż wyhodował długie i o dziwo bardzo zdrowe włosy więc postanowiłam i ja skorzystać z dobrodziejstwa kilkunastu medykamentów choć wcześniej byłam sceptycznie nastawiona do wcierania oleju we włosy. W łazience mamy chyba wszystkie odżywki dostępne na amerykańskim rynku i nie wiadomo która z nich czyni włosy miękkimi i lśniącymi bo i ja używam ich naprzemiennie. Polecam wszystkim. jakieś siedem centymetrów od końca włosy p. zamieniły się z siwych w jasny blond.Wygląda to jakby od dawna nie farbował włosów. Na domiar złego wkurzają go włosy na karku i nie może wytrzymać bo smyrają go po szyi. Zatem kucyk odpada i na jego głowie pojawił się staromodny i zupełnie zapomniany kok. Śmieję się w duchu gdy widzę go walczącego z upinaniem bo wprawy nie ma żadnej i podchodzi do fryzjerstwa zupełnie nieporadnie. 
- Nie sądziłem, że z włosami może być tyle zachodu. Tobie to tak sprawnie idzie, rach ciach i już fryzura gotowa.
- Nigdy nie zwracałeś uwagi na to ile mi czasu schodzi na takie jak określiłeś rach ciach. Nabierzesz kiedyś wprawy.

Stanęłam na wysokości zadania i upięłam mężowskie kudły w bardzo zgrabny kok który najbardziej lubi. Blond końcówki powiewały na wietrze znad zatoki i uznałam, że kobiecie dodawałyby fantazji.
Czekał nas jeszcze jeden sklep a w bagażniku jakoś miejsca mało. Dostaliśmy do użytku zbędne auto kolegi, ludziom to się powodzi, które tutaj trzeba nazwać małym. Ostrzeżeni, że w piekarni do której się udawaliśmy jest zawsze świeży, gorący chleb, postanowiliśmy umieścić go na tylnym siedzeniu aby mógł spokojnie przetrwać drogę powrotną do domu. p. już od dekad nie jada pieczywa bo mu nie smakuje. Ja natomiast ciągle poszukuję. Ostatnio odkryłam niemiecki chleb w rosyjskim sklepie, jest smaczny i ma chrupiącą skórkę ale na drugi dzień twardnieje do takiego stopnia, że trzeba byłoby użyć piły łańcuchowej aby ukroić kromkę. Na hasło chleb orkiszowy mąż dostaje ataku drgawek i dłońmi zakrywa uszy.

Na parkingu przed sklepem ani jednego wolnego miejsca. Trochę zdezorientowana nie wiedziałam czy w lewo czy w prawo szukać miejsca odrobinę oddalonego od sklepu. Najchętniej wjechałabym do środka nie opuszczając samochodu. Dziesięć metrów dalej miejsca było pod dostatkiem i nawet uczeń szkoły jazdy mógłby zaparkować bezpiecznie i bez stresu, że uszkodzi swoje czy inne auto. Dziesięć metrów niby mało ale serce boli gdy widzisz, że inni zaparkowali na wprost drzwi.
W środku małe pomieszczenie zapchane po ściany głodującymi klientami. Na pierwszy rzut oka jeszcze dwie osoby nie miały szans na wejscie do środka. Jednak Polak potrafi a tym bardziej głodny. Zapach ciepłego pieczywa chyba w każdym człowieku pobudza apetyt nawet wtedy gdy przed chwilą skończył obfity obiad. Od razu wkurzyłam się niemiłosiernie bo p. wepchnął mnie do środka i docisnął do stojącej przede mną usmażonej na rurach blondyny. Jej mizerne, tlenione włosy leżały na jej plecach i przez mój marny wzrost gdy zaczerpnęłam tchu aby opieprzyć małżonka jej kłaki dostały się do moich ust. Pomyślałam, że nigdy więcej nie pojedziemy razem na zakupy. Zaczęłam panicznie wyciągać obcą fryzurę broniąc się przed uduszeniem lub niekontrolowanymi wymiotami. Wyzwoliłam rękę szturchając przy tym   stojącego obok pana i poczęłam wyciągać włosy z ust. Robiłam to w panice i nie zwracałam uwagi na to, że szarpię stojącą przede mną kobiete za włosy. W ciągu sekundy wzburzona blondyna odwróciła się i złajała mnie jak sztubaka. Moje przeprosiny zostały przyjęte ale twarz poszkodowanej wyraźnie mówiła, że przy najbliższej okazji jeżeli takowa sie nadarzy, pani owa podstawi mi nogę abym runęła jak długa. Wokół mnie jakby zrobiło się trochę luźniej gdyż prawdopodobnie ogół uznał mnie za jednostkę niebezpieczną od której lepiej trzymać sie na dystans tak duży abym nie mogła mieć z nikim kontaktu. Mąż również oddalił się na bezpieczną odległość i spoglądał na mnie z rozbawieniem. Nie stał w kolejce obok mnie ale znalazł sobie miejsce przy drzwiach i patrzył na puszki stojące na pułkach regału. Stał tyłem do drzwi i tak wciśnięty, że każdy kto wchodził lub wychodził musiał go uderzyć drzwiami. Co trzeci klient go przepraszał co najwidoczniej go bardzo zadowalało. Nie mogłam zrozumieć, że można być takim...
Akurat kolejka zakręciła i widziałam to zdarzenie bardzo dokładnie. Kolejny raz mąż dostał drzwiami tak mocno, że aż go ruszyło o krok.
Musiało zaboleć, pomyślałam z zadowoleniem. Do sklepu wparował człowieczek mojego wzrostu czyli jak na chłopa to karzełek. Chłopina spojrzał na siwe włosy i już miał kajać się w pokłonach i przeprosinach gdy raptem p. odwrócił się w jego stronę.  
Swoje młode lata mam już za sobą i choć do czytania książek potrzebne mi są okulary to na odległość jest ciągle dobrze bez szkieł na nosie. Zatem widziałam wszystko dokładnie i każdą sekundę zajścia obserwowałam jak na zwolnionym filmie. Klatka po klatce. Ten co wszedł miał na twarzy skruchę, że uderzył siwą, starszą osobę. p. natomiast miał minę znudzoną i delikatnie mówiąc mało zadowoloną jaką powinien mieć człowiek dobrowolnie poddający się katuszom obijania nerek. Mąż nie jest sadystą aby czerpać z tego przyjemność ale teraz już nie jestem tego pewna. Mały człowieczek, przysięgam, przestraszył się mego męża i rozdarł się na cały sklep. Ręce wzniósł w górę chcąc dłońmi obronić się przed atakującym go diabłem. Stęknął jakby ugodziła go dzida rzucona z wielką siłą i zasapał wydychając oprócz dwutlenku węgla również i duszę. W p. wstąpiła najdziksza z dzikich furii. Pochylił głowę do przodu i wysunął dolną szczękę a wąsy zaczęły sterczeć jak kolce na jeżu. Błyskawiczna przemiana również i mnie zaskoczyła. Biedak który wszedł przed chwilą do piekarni trafił do jaskini neandertalczyka ludożercy. Usłyszałam nie tylko ja bo p. rozdarł się na cały sklep. Obelżywe przekleństwo w tłumaczeniu na język polski brzmi dość przyzwoicie więc go nie przetłumaczę. Co za para? Żona żre włosy wyrywając je klientkom w sklepie a mąż chce zabić człowieka na oczach dwudziestu dziewięciu osób. Z miną mordercy p. ruszył w kierunku ofiary która cudem wmieszała się w tłum. Niedoszła ofiara jęczała ze strachu i spoglądała na męża z niedowierzaniem. Nie doszło do rękoczynu bo po prostu nie było miejsca na jatkę. 

- Co dla Pani?
- Co dla Pani? - Kątem oka zauważyłam, że przede mną już nie ma nikogo. Co ja miałam kupić? 
Wyszłam ze sklepu nie przyznając się do wilkołaka ale na zewnątrz dałam upust magazynowanej energii. p. stał milczący co uspokoiło mnie szybciej niż bym chciała. 
- Wziął cię za kobietę a gdy się odwróciłeś dostał szoku. - Zakończyłam. - Zrozum, że z tyłu wyglądasz trochę inaczej niż z przodu. 
Otworzyłam drzwi auta pilotem i wręczyłam go mężowi. 
- Zawieź mnie do domu bo zupełnie straciłam głowę przez twoje zachowanie i nie wiem jak wrócić. Jutro na plaży proszę nie odzywać się do nikogo. Zgoda?

piątek, 15 lutego 2019

Koszmar wisi w Nebrasce

 Nowy Rok przyniósł ze sobą wiele zaskakujących zmian. W wielu dziedzinach naszego życia i to zmian bardzo znaczących. Aby nie popadać w paranoję wyliczania szczegółów napiszę, że obecnie jest do czterech liter. Ze względu na zmiany układów w pracy p. nasz wyjazd przesunie się prawdopodobnie o rok jak nie o półtora. Ręce nam opadły i chęć do życia zmalała do minimalnej wartości tak aby żyć i nie umrzeć od razu. Odechciało się nam wszystkiego co napędzało spiralę zapału do pracy. Niby już byliśmy gotowi do podróży życia a raptem przed nami góra, wydawałoby się nie do przejścia. p. pił przez dwa dni a potem miał kaca przez następne trzy. Gdy wszystko wróciło do normy okazało się, że minęły czterdzieści dwa dni tak jakby to był tydzień podczas którego postanowiliśmy odpocząć od całego świata i zaszyć się pod ciepłą pierzyną oglądając programy telewizyjne. 
Jedyne co wydarzyło się podczas tego okresu to wyjazd do Denver na dwa dni bo nie byliśmy w stanie wytłumaczyć znajomemu góralowi, że nie mamy ochoty na zupełnie nic. Ciężko przekonać górala jak się na coś uprze więc ze skwaszonymi minami wsiedliśmy do auta i bez jakiegokolwiek entuzjazmu zamknęliśmy za sobą drzwi naszego domu. Droga do Denver z Chicago to istne nudy naszpikowane znanymi miejscami postoju na jedzenie i tankowanie. Ja zostałam zmuszona do spania choć nie miałam na to ochoty ale zrozumiałam zamiar męża którego nie wyraził wprost, chciał być sam. Moją niezaprzeczalną zaletą jest spanie i usypianie nawet wtedy gdy jestem wypoczęta. Zakopałam się zatem w puchową pierzynę aby usnąć już po chwili, tak to prawda zabraliśmy pierzynę z domu aby przypadkiem nie zmarznąć w samochodzie. Auto ma sprawne ogrzewanie i o marznięciu w nim nie ma mowy ale gdy zima dookoła i to wyjątkowo mroźna w tym roku to i myślenie ulega zmianie i wydaje się, że jak śnieg za oknem to i w domu powinno być zimno a w samochodzie to na sto procent. Resztki śniegu zniknęły gdzieś w Iowa i za oknem zapanowała szarość która idealnie pasowała do naszego nastroju. Wiadomo było, że nic ciekawego się nie wydarzy po drodze a i miejsce docelowe nie należy do urokliwych więc jak dwa zombie siedzieliśmy w samochodzie który jakby samoczynnie podążał do celu.
W Nebrasce jest jedno miejsce którego szczerze nienawidzimy i za każdym razem jak jedziemy na zachód jesteśmy zmuszeni do oglądania paskudnej konstrukcji bo ominąć się jej nie da. Wisi to “coś” nad autostradą i niestety jest widoczne z daleka więc nie da się zamknąć oczu na chwilkę aby tego “cosia” nie widzieć.

Każde z nas ma odmienne zdanie na temat tego obiektu ale zgadzamy się w jednym, że jest najbrzydszą rzeczą jaką widzieliśmy w życiu. Krótka dyskusja jaka wywiązuje się za każdym razem gdy mijamy to miejsce jest burzliwa i czasami bardzo agresywna. Mnie Great Platte River Road Archway Monument nie przeszkadza w życiu ale p. dostaje szału gdy widzi ohydę wiszącą nad autostradą. 
 Z bliska również bez uroku, falista blacha oraz przypadkowe dwa okienka dopełniają obrazu beznadziejności.
 Zadaje setki pytań w stylu; kto to wymyślił?, komu to potrzebne?, ile to g… kosztowało?, itd, itp. Artyści mają jakieś przesłanie które chcą przekazać zwykłemu człowiekowi ale wydaje się nam, że czasami jest ono tak głęboko ukryte, że dzieło albo arcydzieło nie przemawia do wyobraźni. Tak chyba stało się z arcy brzydkim dziełem które jest muzeum, nazwijmy je prosto Muzeum Osadnictwa w okolicach rzeki Platte. Tak na prawdę to nic ciekawego na zewnątrz i nic ciekawego wewnątrz. Ot po prostu sklep z pamiątkami w stylu magnesy na lodówkę lub kubki z napisem Nebraska. Dodatkowo kilka obrazków i oto całe muzeum. Zawsze ale to zawsze robimy tej niecodziennej budowli zdjęcie i mamy ich już pewnie więcej niż pięćdziesiąt. Również tym razem w ponurej scenerii uschniętej trawy i sinego nieba zrobiliśmy zdjęcie. Tak ponure jak nasze nastroje i o dziwo już nie było dyskusji o celowości straszenia ludzi i wpędzania ich w zły nastrój. Minęliśmy bez słowa brzydala ale grymas niezadowolenia jednak wykrzywił twarz męża.
Nigdy nie miałam zamiaru pokazywać tego miejsca ale, że w życiu nie zawsze świeci słońce więc czemu nie pokazać tej mniej urokliwej strony USA?