1

środa, 15 stycznia 2020

Piromania


  To był bardzo interesujący wieczorny spektakl z udziałem dwojga, ognia i gwiazd na niebie. Na tyle interesujący, że siedzieliśmy długo w noc. Rano nie tylko p. nie huczał swego tradycyjnego "wstawaj" ale długo wylegiwał się ze mną w pościeli. Po szybkim i skromnym śniadaniu postanowiliśmy ruszyć tuż przed południem aby dotrzeć do celu naszej podróży.
Droga pośród lasu na dłuższą metę jest monotonna bo nic nie widać tylko zielone ściany drzew po bokach i czarny asfalt na wprost. O mały włos minęliśmy drogę dojazdową do kempingu. Gdy tak jedziesz i jedziesz przez godzinę lub dwie i nic się nie dzieje to popadasz w odrętwienie i refleks usypia chociaż nie powinien. Wtedy doceniłam zdobycze techniki i uznałam GPS za wspaniały wynalazek. p. już nie raz przekonał się, że pilot ze mnie żaden i gdy on kieruje to ekran ze wskazaniem drogi ma na wprost oczu a gdy ja prowadzę też go ma na wprost siebie. Nie wierzy mi za grosz i woli nie rozczarować się kolejny raz. Leśna droga na kemping była wąska i dziurawa. Nikt nie zadbał o wyrównanie piaszczystej nawierzchni pługiem. Kemping wydawał się pusty bo przejeżdżaliśmy obok miejsc przeznaczonych na samochody i nie zauważyliśmy ani jednego auta.
Zadowolenie z pustki panującej na kempingu nie trwało długo. Nasze marzenia o tym aby być sam na sam z przyrodą brutalnie zostały zniszczone przez państwową instytucję. Zwykle po znalezieniu odpowiedniego miejsca brało się kopertę, wypełniało rubryczki wydrukowane na niej i do środka wkładało się gotówkę lub czek. Proste rozwiązanie i działające przez lata. Wszystko uległo zmianie na gorsze dla turystów ale na lepsze dla systemu, czego innego można się spodziewać.
Po koperty z kasą trzeba przyjeżdżać co jakiś czas i uzupełniać ich zapas, o drukowaniu już nie wspomnę. Pracownikowi należy się nawet licha zapłata więc komu potrzebne tyle zachodu? Nikomu. Wymyślono zatem kolejne narzędzie ucisku i łatwy dopływ pieniędzy. Jak widać na zdjęciu na dzikim kempingu bez bieżącej wody trzeba mieć zarezerwowane miejsca przez internet. Można też zaklepać sobie miejsce telefonicznie z wyprzedzeniem bo rezerwacja jest wymagana. Z kempingu nie zadzwonisz bo zasięgu nie ma. Brawo, tego nawet w Rosji nie wymyślili. Pomimo tego, że miejsc pod dostatkiem my nie możemy skorzystać pomimo tego, że nie ma tutaj żywej duszy.
Kopert nie trzeba drukować, pracownik odsługujący jest niepotrzebny a kasa sama wpływa na konto poprzez www.recreation.gov albo przez telefon 1-877-444-6777. Jak nie ma zasięgu telefonicznego to i nie ma internetu. Pojechaliśmy zatem dwadzieścia kilometrów do miasta aby zarezerwować miejsce na kempingu który świecił pustkami. “Na dziś wszystkie miejsca są zarezerwowane” usłyszeliśmy po połączeniu się Parkiem Narodowym. Długo dogadywaliśmy się z panią o stalowych nerwach albo olewającą rozmówców i nie pomogło stwierdzenie, że nikogo na kempingu nie ma a miejsc do urzygu. Nie ma rezerwacji nie ma spania i już. Kogo to obchodzi, że ten co zarezerwował obecnie leży w szpitalu albo dzieci mają grypę a zarezerwowane miejsce nie zostanie wykorzystane. Liczą się pieniądze a nie udostępnienie Parku Narodowego. Kasa i jeszcze raz kasa. Plan wykonany a, że ze szkodą dla obywateli to zupełnie nieważne.
Pominę szczegóły bo krew mnie zaleje więc zapomnijmy o wspaniałym kraju i przenieśmy się do realu bo bajki nie dla nas. Jak nie na państwowych terenach to na prywatnym kempingu znalazło się miejsce. Trochę ciasno i o dzikich wrzaskach o północy musieliśmy zapomnieć ale za to nad samym jeziorem.
Miejsce było na tyle duże, że mogliśmy rozłożyć nasz letni domek czyli olbrzymi namiot w którego wnętrzu zmieściliśmy stół i dwa krzesła. Wolnej przestrzeni zostało na dwa łóżka ale wykorzystaliśmy je na pojemniki z żywnością i inne pierdoły jak buty, kuchnia polowa itp. Ochoczo zabraliśmy się do roboty zagospodarując nasze miejsce bo jeszcze trzeba lecieć na plażę. Liczba mnoga została użyta niesłusznie bo ja zajęłam się zrobieniem dobrych drinków na uspokojenie nerwów a p. całą resztą.
Gdy chatka była już gotowa do użytku przyszedł czas na przygotowanie ogniska. Zgrabny stosik cienkich szczap miał posłużyć jako baza dla większych kawałków drewna. Ktoś zupełnie niedawno opuścił to miejsce bo w popiele znajdował się żar po ognisku poprzednich mieszkańców. Bardzo dobrze bo gdy będziemy na plaży drewno podeschnie i jak wrócimy to łatwo nam pójdzie z podpaleniem ogniska. Kilka większych kawałków postanowiliśmy również wysuszyć. Aby wszystko poszło ładnie i składnie p. upchnął jeszcze takie specjalne bobki do podpalania ogniska. Kupiliśmy je chyba dziesięć lat temu i służyły jako wyjście awaryjne gdyby kora brzozowa zawiodła. Na pewno już zwietrzały i nie miały w sobie mocy podtrzymywania ognia więc postanowiliśmy pozbyć się ich i w przyszłości kupić nowe.
Na plażę prowadziły schody bo teren kempingu był na górce a od schodów dzieliło nas jakieś sto metrów. Jeszcze jedno spojrzenie na miejsce gdzie porzuciliśmy Ślimaka i pokonaliśmy dwadzieścia siedem stopni w dół. Na plaży wiał tak silny wiatr, że postanowiliśmy wrócić tu wieczorem ubrani w kurtki i długie spodnie bo teraz było po prostu zimno. Znów schody ale tym razem pod górkę. Człapałam i wlekłam się za p. bo moja forma jeżeli kiedyś istniała to zabiły ją fajory. Byłam w połowie przeszkody gdy usłyszałam, że pali się Ślimak albo keping w pobliżu naszego tymczasowego obejścia. Raptem okazało się, że z moją formą nie jest aż tak źle bo w sekundzie znalazłam się na samej górze.
Przybyło nowych mieszkańców ale też i dymu. Wyraźnie wydobywał się naszego miejsca. Kłęby białego dymu towarzyszą płomieniom które smagają nasz dobytek. Myślałam, że zemdleję z wrażenia i żalu za tym co mieliśmy ze sobą i już nigdy mieć nie będziemy. Trzymałam się poręczy a p. gnał ratować co się da. Krzykami ognia nie ugaszę ale może podpowiem p., że mamy gaśnicę zanim on wpadnie w panikę. Może się na coś przydam choć do tej pory to pożytku ze mnie nie było. Dopędziłam męża gdy on wykonywał ostry skręt w lewo. Płomieni nie widać ale za to tłum ludzi na tyłach Ślimaka przygląda się ognisku. Nasza obecność uspokoiła rządnych sensacji gapiów i odeszli dogadując coś pod nosami. Nawet nie wsłuchiwałam się rozmowy ale byłam pewna, że klęli na nas, że zostawiliśmy ognisko bez opieki.
- Do cholery co tak kopci? Przecież nie drewno! Co tam wsadziłeś? - Ognisk mamy poza sobą bez liku i wiem jak płonie drewno i wiem jak płoną liście gdy trzeba jakoś wspomóc rozpalanie ale takiego czegoś jeszcze nie widziałam i byłam pewna, że to plastik. Spojrzałam groźnie na męża i jeszcze raz spytałam dodając rozumiane przez niego słowo. - Co tam wsadziłeś. K….
Okazało się, że praktyczny małżonek na samo dno wsadził plastik którym związane były kawałki drewna. Przeźroczysta folia. To ja dbam o ekologię, segreguję w domu śmieci i nie pozwalam palić niczego co zatruwa powietrze a tu proszę pod moim okiem granda na całego.
Widać żar po poprzednikach musiał być większy niż się spodziewaliśmy bo za chwilę doszłoby do samoistnego zapłonu. Pięknie przywitaliśmy się z sąsiadami nie ma co. Na dodatek wystawiliśmy sobie wstydliwą wizytówkę. Jak coś będzie źle w okolicy to łatwo będzie znaleźć winowajcę, wszyscy wskażą palcami mnie. Jak już mamy tyle dymu bez ognia (a ponoć nie ma dymu bez ognia) to niech i ogień się pojawi. Rozpoczniemy kolację dużo wcześniej niż zamierzaliśmy. p. podszedł do ogniska i zapalił zapalniczkę. W porównaniu z plażą na kempingu wiatr nie był taki porywczy ale dopiero za trzecim razem płomyk trzymał się zapalniczki. Osłaniany otwartą dłonią miał szansę na dotarcie w pobliże prawie gotowego ogniska. Jeszcze dwadzieścia centymetrów i może będzie ognisko. Właśnie wtedy nastąpił wybuch oparów nasyconych rozgrzaną podpałką która nie była aż taka przeterminowana jak nam się wydawało i olbrzymi płomień zakrył pole widzenia. Było przytłumione buuum i pochylony nad ogniskiem p. zniknął poza olbrzymim ogniem. Chwilę później ognisko pochłonęło cały płomień a p. pozostał z bardzo głupią miną.

niedziela, 5 stycznia 2020

Czasami w złym humorze.

 Słyszałam od pewnego czasu ponaglenia abym wreszcie wstała z łóżka. Co minutę p. którego teraz nazwałabym wrednym dziadem darł się na cały głos, że powinnam wstać bo za chwilę będzie wschód słońca. Mamy idealną okazję aby to uwiecznić robiąc kilka zdjęć. Na wakacjach wstawać przed wschodem? Czysty absurd. Leżałam i udawałam trupa ignorując jego radosne pokrzykiwania. Ciemno wszędzie i jeszcze nikt nie wstał tylko mąż lata tam i z powrotem wskakując do Ślimaka aby mnie dobudzić. Po chwili wyskakiwał a pojazd aż kołysał się od tych nagłych zmian obciążenia. Musiałabym postradać zmysły aby o tej porze wyjść na zewnątrz i czekać aż zrobi się widno. Nic z tego wolę poduchy i kołdrę puchową niż piasek i wiatr. Ogłuchłam na jego prośby i groźby ale spać się nie dało. Chyba nie wytrzymam nerwowo i wstanę. Wstanę bo oszaleję.
- Gdzie jest ten piekielny aparat. - Warknęłam siadając na łóżku. Obrzydliwie zimny przedmiot został silnie wciśnięty mi w dłonie a wilgotny pasek aparatu dotknął ciepłej szyi. Wariat i sadysta. Po tylu latach wspólnego życia wyszło szydło z worka i okazało się iż dawno temu popełniłam wielki błąd przyjmując zaloty obecnego męża. Zostawił mnie samą gdy uszliśmy cztery kroki od auta w stronę plaży.

Naprawdę byłam śpiąca a otaczająca mnie ciemność pogłębiała to uczucie. Minęliśmy ławkę na której mogłam sobie posiedzieć. Zrobienie fałszywego ruchu nie uszłoby mi płazem i p. zmusił by mnie do podejścia do tafli jeziora. Szkoda fatygi usiądę tu gdzie jestem. Już miałam paść na glebę jak nieżywa gdy dostrzegłam lekkie wzniesienie po lewej stronie. Rosło tam drzewo, jakaś potargana wiatrem choinka i stwierdziłam, że moja fryzura pasuje do wyglądu tego  biednego drzewa więc sobie razem ponarzekamy na niedogodności żywota. Mój umysł chyba się wybudzał bo zaskoczyłam, że tam będzie sucho bo trochę wyżej niż okolica. Tam się położę i dośpię do wschodu. Dwa kroki w lewo i już siedzę sobie na igłach leżących wokół. Jakiś suchy badyl kłuł niemiłosiernie więc położyłam się na lewym boku. Teraz było mi wygodniej ale tyle wysiłku fizycznego wybudziło mnie z odrętwienia umysłowego. Ciało ciągle spało. Leżę zatem i widzę, że jaśniej coś się robi na horyzoncie. Jeszcze kilka mrugnięć powiek i już koniec ze spaniem. Prosto w twarz zostałam staranowana światłem o przerażającej jasności.
- I jak ci idzie? - Czemu ja taka uprzejma i miła nie miałam pojęcia.
- Nie jest to takie proste. - Coś jeszcze zagadnął o moje zdjęcia ale zignorowałam to zupełnie. Aparat wisiał na szyi jak sznur szubienicy i nie miałam zamiaru go używać. Fotograf niech robi zdjęcia. Zabraliśmy siedem aparatów to niech robi zdjęcia a ja tym czasem jeszcze poleżę. Popatrzyłam na p. i jakoś żal mi się go zrobiło. Chłopina wstał rano, obudził żonę za co nie jestem mu wdzięczna, przywlekł mnie tutaj za co go szczerze nienawidzę, chce zrobić dobre ujęcie ale mu nie wychodzi więc może powinnam go wspomóc. Nie z miłości tylko z litości, przecież mam dobre serce. Jęknęłam z zawodu, gdy już uporałam się z uruchomieniem aparatu i wycelowałam obiektyw w stronę źródła znienawidzonego światła to zobaczyłam zielsko na pierwszym planie.
- Rób dużo zdjęć kochanie to może któreś będzie super. - p. najwidoczniej moje nieporadne ruchy wziął za usiłowania przyjęcia odpowiedniej pozycji do dobrego ujęcia. Nic bardziej mylnego bo ja jeszcze nie zrobiłam ani jednego zdjęcia.

Co przystawię aparat do oka to widzę zielsko. Widzę je albo z lewej strony kadru albo z prawej. Zielsko i czerwoną kulę palącą moje ciągle zaspane oczy. No przecież nie wstanę i nie zajmę się pieleniem okolicy aby zdjęcie zrobić. Przegrałam pojedynek z zielskiem i postanowiłam słońce wpleść w kwiat zielska. Nawet to całkiem fajnie wyglądało. A jak zdjęcie wyszło okaże się później.
- Mam, zrobiłam. - Oświadczyłam całemu światu wykonanie zadania ale tak cicho, że i nietoperz siedzący na ramieniu nie dosłyszałby moich słów zadowolenia. Zaczęłam się podnosić aby dojść do Ślimaka i
natychmiast położyć się, odpocząć po wysiłku.
- Fotki many więc pora zbierać się do drogi. Zapalimy, popijemy i jedziemy. - Pomyślał o wszystkim tylko nie o spaniu. Może nie powinnam utyskiwać tylko wziąć się do roboty bo czy wakacje czy nie żyć trzeba i wykonywać stojące przed nami zadania. Po wypaleniu i po wypiciu zakrzątnęłam się w kuchni sporządzając śniadanie.
Ładnie tutaj ale trzeba jechać bo siłą woli nie przeniesiemy się w inne miejsce. Nawet nie zauważyliśmy kiedy wjechaliśmy do Michigan bo granica pomiędzy stanami przebiegała w mieście. Krystalicznie czyste powietrze to jedna z wielu zalet przebywania daleko od cywilizacji. Jedziemy nad jezioro Superior za którym już tylko Kanada i biegun północny. Rzadko trafialiśmy na osady ludzkie i gdyby nie świadomość, że jesteśmy w USA to taki krajobraz można przypisać wielu zakątkom na ziemi.
Wolno zmysły usadowiły się w swym normalnym miejscu i zapomniałam o wielkim niezadowoleni z samego rana. Teraz już jedziemy dalej i dalej i dalej. Na mapie widać, że lasy dookoła nas i za kilka mil pośród lasu jest wodospad. Nie musieliśmy się naradzać czy jechać tam czy nie. Zgodnym chórem zabrzmiały nasze głosy obwieszczając, że za kilka chwil padniemy na kolana przytłoczeni pięknem wodospadu. Do cuda przyrody prowadziła dziurawa piaszczysta droga. Podskakiwaliśmy na niej jak piłka a w środku gary i widelce wraz z szklankami głośno oznajmiały każdy wybój. Oj trzeba będzie popracować nad zabezpieczeniem luźnych przedmiotów. Na końcu dojazdu był parking i okazało się, że pomimo tego iż w Ameryce Północnej jest wszystko duże to na dużym parkingu brakło dla nas miejsca dzięki niechlujności kierowców.  Każdy stawał tak aby było mu wygodnie nie dbając o to, że raptem zajmuje dwa razy więcej miejsca niż powinien. Zatrzymaliśmy się poza parkingiem na poboczu bo innego miejsca nie mogliśmy znaleźć. Spacerkiem ruszyliśmy w stronę wodospadów bo z ulotki dowiedzieliśmy się, że drugi jest troszkę w dole i oddalony od pierwszego o zaledwie kilkaset metrów. Na drewnianym pomoście akurat tłoczyło się ponad dwadzieścia osób. Skąd tyle gawiedzi na pustkowiu nie mogliśmy wykombinować. Ani to pora ku temu jak w lipcu i sierpniu ani weekend aby ruszyć się z domu. Odczekaliśmy aż tłum rozproszy się i zostaliśmy sami. Wszyscy pobiegli do drugiego wodospadu. Ludzie to stadne stwory i jak gęsi lub krowy lubią swoje towarzystwo. Teraz zapewne jest ich całe mnóstwo w jakimś innym miejscu. Zaczęłam pozowanie do zdjęcia. Nie cierpię tego i staram się umykać przed obiektywem. Usłyszałam “troszkę w lewo bo zasłaniasz wodospad” i humor mnie opuścił. Co ja taka olbrzymia, że wodospad zasłaniam, gruba taka, że nic w kadrze się nie zmieści tylko zwały mojego tłuszczu. p. lubi ręczne ustawienia aparatów ale nie zawsze jest ku temu czas. Nadchodziła kolejna fala ludzi którzy zatrzymali się aby nie wtargnąć na plan zdjęciowy. p. coś popieprzył i ze zdjęć nici. Lawina chciwych zdjęć turystów wypełniła pomost i na powtórkę musielibyśmy czekać nie wiadomo jak długo. Małżonek mamrotał pod nosem, że pozbędzie się całego sprzętu bo na chu chu mu to wszystko jak nie potrafi zrobić zdjęcia. O tym, że nie potrafi zrobić ładnego zdjęcia żonie sam nie wspomniał więc uświadomiłam mu to z wielką ochotą. Zazgrzytało jakby styropianem po mokrej szybie. Zrobiło się nerwowo gdy dodałam kilka szczegółów i wspomniałam o jedynej szansie jaką miał przed chwilą.
- Po co te cyrki z ustawieniami zostaw na “auto” tak jak ja mam ustawione to będziesz miał poprawne zdjęcie za każdym razem. - Czułam, że podniosłam ciśnienie w żyłach p. o 50% bo aż poczerwieniał na twarzy. - Ciekawe czy przy kolejnym też zawalisz?
- Nigdzie nie pójdę zaczekam tutaj. - Wskazał ławkę przed schodami do kolejnego wodospadu. Poszłam sama wściekła na samą siebie i na p.. 

Wodospad sfotografowałam ale emocji jakoś nie miałam. Żadnego uniesienia w obcowaniu z cudem przyrody. Nastrój prysł i chyba dzisiaj nie wróci. Za to ja wróciłam zasapana.
- Ale dziwne drzewo. - Kończyłam butelkę wody i miałam zamiar podziwiać drzewo przypominające namorzyn wyrwany z brzegu morza i wsadzony w samym środku lasu.
- Mam zdjęć pod dostatkiem, nie musisz się fatygować.
- Jemu też kazałeś się ustawiać. Lewy korzonek lekko do przodu.
- Ruszyłam w stronę powrotną do auta.

- Czy ja powinnam się zmieniać jak kameleon? Czy jestem tak pokraczna, że nie mogę być sobą. O tak mnie powykręcało. Tak a może tak. - Wygłupiałam się bo miałam dość czterech smutnych oczu bo nie było powodu aby się dąsać. Ja przybierałam przedziwne figury a p. robił fotki, jedna za drugą. Nie wiedziałam o tym aż do wieczora kiedy przeglądaliśmy zdjęcia.  
Miałam nie zamieszczać tego "najlepszego" na blogu ale postanowiłam przeciwstawić się poprawności politycznej i nie pisać tylko o tym jak pięknie jest na świecie i jaka jestem idealna.
Nasz plan na drugą połowę dnia to jedno miejsce widokowe i znalezienie noclegu. Z pierwszym zadaniem poszło nam całkiem łatwo. Jedynym utrudnieniem był godzinny objazd ze względu na przebudowę drogi. Pogoda była cudowna i nic nie zapowiadało deszczu tak jak wczorajsze wieczorne chmury. Widoczność idealna a woda wydawała się zapraszać do kąpieli. Ta część jeziora Superior słynie z widokowego brzegu i należy do stanowego parku pod nazwą Pictured Rocks.
Z miasta Munising organizowane są wycieczki statkiem aby napatrzeć się do syta na urokliwe miejsce. Jest nawet wodospad wpadający do jeziora co stanowi główną atrakcję parku. Postanowiliśmy wybrać się któregoś dnia na jedną z tras oferowanych przez organizatora wycieczek. Od razu uprzedzę bieg wydarzeń i zdradzę tajemnicę, że nie popłynęliśmy na wycieczkę. Sami odkryjecie tajemnicę dlaczego tak się stało.
Z lądu widać niewiele ładnych skał ale to co można dostrzec to doprawdy zachwyca. Przez okno lub drzwi w jednej skale można przepłynąć łódką lub motorówką.
Bardziej zahartowani turyści pływali kajakami docierając w tajemnicze zakamarki wybrzeża. Na pierwszy rzut oka nie widać, że uczestnicy tej wycieczki pozostawili kajak na brzegu i popłynęli wpław do jaskini.
Lornetka lub dobry teleobiektyw pomagają w oglądaniu dalekich szczegółów ale i tak zazdroszczę im odwagi i tego, że widzieli coś czego nie jestem w stanie zobaczyć.
Po chwili zachwytu nadszedł czas na realia bo usłyszałam burczenie w brzuchu. Poczułam głód bo od śniadania nic nie jadłam a już czwarta po południu.
Na mapie znaleźliśmy miejsce na spanie. Półtorej godziny jazdy i już parkujemy Ślimaka na kempingu. Czas na kiełbasę z ogniska i pomidory z cebulą. Drewno zakupiliśmy po drodze więc będzie kolacja przed “telewizorem jaskiniowców”.

sobota, 28 grudnia 2019

2020 - stało się i już.

Już wszyscy wiedzą, że koniec roku wypada mizernie. Po świętach mamy więcej czasu więc rozmyślamy bez tchu. O tym jaki był dwutysięczny dziewiętnasty, co nam dał, co daliśmy innym i czy w ogóle coś znacznego wydarzyło się w naszym życiu. Pomijam rodzinne wydarzenia i fakt, że będziemy za kilka dni starsi o rok.
365 dni minęło tak szybko jak leniwy miesiąc i już gotowe kalendarze na przyszły rok czekają aby zacząć odmierzać czas.
Optymiści twierdzą, że będzie lepiej i że nie było aż tak źle aby rozpaczać a ci drudzy, pesymiści sądzą coś odwrotnego. Ja jednak pomimo tego, że 2019 był jakiś taki bez wyrazu to gotowa jestem zaliczyć siebie do pierwszej kategorii. Wiem o tym, że jak się postaram to będzie lepiej, samo nic nie przyjdzie. Będzie lepiej.

 Wierzę, że będzie lepiej i dlatego życzę wszystkim
Szczęśliwego Nowego Roku.

wtorek, 24 grudnia 2019

Trzy choinki, więcej prezentów.

Święta bez śniegu to w niektórych miejscach świata rzecz oczywista. Bez białego puchu za oknem Święta są tak samo uroczyste i wesołe.
 Mikołaj w tym roku nie dojedzie saniami bo renifery po asfalcie nie uciągną prezentów. Jedynym sposobem na dotarcie pozostaje samolot co widać na zdjęciu powyżej. Bałwan aż położył się na plecach aby pozdrowić najważniejszą osobę z Rovaniemi.
  Aby zwiększyć szansę na otrzymanie prezentów są osoby które nie jedną a trzy choinki przystroiły. Jedna w miarę tradycyjna
 druga w bieli
trzecia na różowo
 bo nigdy nie wiadomo co tak naprawdę Mikołaj polubi w tym roku.
Może zatrzyma się dłużej przy jednej z nich i dodatkowe prezenty wysypią się z worka?
 WESOŁYCH ŚWIĄT ŻYCZĄ
 ATANER i p.

sobota, 14 grudnia 2019

Ślimaka nadszedł czas

Pakowanie Ślimaka zajęło p. cały dzień który ja przykładnie spędziłam w pracy. Gdy na wypad braliśmy osobowe auto to wystarczały nam dwie godziny aby wszystko znalazło swe nowe miejsce w aucie. Cały ekwipunek nie zajmował dużo miejsca ale i tak bagażnik zawsze był pełen ubrań i rzeczy koniecznych do przeżycia tygodnia poza domem. To był nasz pierwszy testowy wyjazd na zaledwie kilka dni. Niby wszystko już gotowe ale czy nasz motorhome sprawdzi się podczas użytkowania miało okazać się niebawem. Dobrze, że parking oddalony jest od domu o zaledwie kilkanaście metrów bo inaczej p. opadłby z sił. Po powrocie z pracy i chwili odpoczynku do dwóch ogromniastych toreb wrzuciłam tyle ubrań, że ledwo udało się zasunąć suwaki. Na miejscu nie muszę oszczędzać więc pozwoliłam sobie na szaleństwo. Zapewne i tak będę chodziła w jednych ciuchach na okrągło a reszta wygniecie się niemiłosiernie. Pal licho, zawsze tak robię.

Łóżko miałam zaraz za plecami więc nie mogłam odmówić sobie komfortu podróżowania na leżąco. Nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam kołysana powolnymi ruchami Ślimaka. Zupełnie nieczuły kierowca wybudził mnie z rozkosznego snu gdy zjechał z asfaltu na szutrową drogę którą wjechaliśmy na parking za stacją benzynową. Po chwili już spaliśmy rozkoszując się luksusem posiadania mini hotelu na kółkach.

Rankiem zobaczyliśmy dokładnie gdzie spędziliśmy noc i okazało się, że widok z okna przedstawiał tyły farmy. Ani ładnie, ani okropnie po prostu zwyczajnie i brzydko. Nie zawsze da się nocować opodal atrakcji widokowych więc nie powinnam narzekać.
 Kawa postawiła nas na nogi i ponownie ruszyliśmy na północ. Musiałam zapytać ile ujechaliśmy wczoraj i okazało się, że całkiem mało. Ja po pracy padłam zakopując się w pościel a za mną wkrótce podążył p. udręczony pakowaniem ekwipunku.
 Jadąc ślimaczym tempem (stąd nazwa pojazdu Ślimak) mile mijały stanowczo zbyt wolno. W końcu mamy wakacje i nie powinno nam się nigdzie spieszyć ale trudno zwalczyć przyzwyczajenie do ciągłego pośpiechu.
Spokojnie i wolniutko bo takim klamotem ścigać się nie można. Postanowiliśmy zatrzymywać się gdzie jest parking i ładna okolica. Miało to nas nauczyć spokoju i pokory oraz innego podejścia do spędzania wolnego czasu.
 Osobówką taką trasę robimy w ciągu jednego dnia a teraz już drugi dzień za kierownicą. Co prawda to pierwszy dzień podróży trwał zaledwie dwie godziny ale kalendarzowo dzisiaj jest dzień numer dwa.
Tu przystanek, tam drugie śniadanie a czas leci nieubłaganie. Zaraz po południu znaleźliśmy się w połowie drogi do celu nad samym jeziorem gdzieś w Wisconsin. Tak mi się tam spodobało, że postanowiliśmy zatrzymać się do jutra. Tak lubię, na samej plaży, z okna widok na jezioro i delikatna chłodna bryza. Bajka!
Wieczorem nadciągnęły chmury strasząc zmianą pogody. Kurczę będzie lało jutro?