1

piątek, 15 lutego 2019

Koszmar wisi w Nebrasce

 Nowy Rok przyniósł ze sobą wiele zaskakujących zmian. W wielu dziedzinach naszego życia i to zmian bardzo znaczących. Aby nie popadać w paranoję wyliczania szczegółów napiszę, że obecnie jest do czterech liter. Ze względu na zmiany układów w pracy p. nasz wyjazd przesunie się prawdopodobnie o rok jak nie o półtora. Ręce nam opadły i chęć do życia zmalała do minimalnej wartości tak aby żyć i nie umrzeć od razu. Odechciało się nam wszystkiego co napędzało spiralę zapału do pracy. Niby już byliśmy gotowi do podróży życia a raptem przed nami góra, wydawałoby się nie do przejścia. p. pił przez dwa dni a potem miał kaca przez następne trzy. Gdy wszystko wróciło do normy okazało się, że minęły czterdzieści dwa dni tak jakby to był tydzień podczas którego postanowiliśmy odpocząć od całego świata i zaszyć się pod ciepłą pierzyną oglądając programy telewizyjne. 
Jedyne co wydarzyło się podczas tego okresu to wyjazd do Denver na dwa dni bo nie byliśmy w stanie wytłumaczyć znajomemu góralowi, że nie mamy ochoty na zupełnie nic. Ciężko przekonać górala jak się na coś uprze więc ze skwaszonymi minami wsiedliśmy do auta i bez jakiegokolwiek entuzjazmu zamknęliśmy za sobą drzwi naszego domu. Droga do Denver z Chicago to istne nudy naszpikowane znanymi miejscami postoju na jedzenie i tankowanie. Ja zostałam zmuszona do spania choć nie miałam na to ochoty ale zrozumiałam zamiar męża którego nie wyraził wprost, chciał być sam. Moją niezaprzeczalną zaletą jest spanie i usypianie nawet wtedy gdy jestem wypoczęta. Zakopałam się zatem w puchową pierzynę aby usnąć już po chwili, tak to prawda zabraliśmy pierzynę z domu aby przypadkiem nie zmarznąć w samochodzie. Auto ma sprawne ogrzewanie i o marznięciu w nim nie ma mowy ale gdy zima dookoła i to wyjątkowo mroźna w tym roku to i myślenie ulega zmianie i wydaje się, że jak śnieg za oknem to i w domu powinno być zimno a w samochodzie to na sto procent. Resztki śniegu zniknęły gdzieś w Iowa i za oknem zapanowała szarość która idealnie pasowała do naszego nastroju. Wiadomo było, że nic ciekawego się nie wydarzy po drodze a i miejsce docelowe nie należy do urokliwych więc jak dwa zombie siedzieliśmy w samochodzie który jakby samoczynnie podążał do celu.
W Nebrasce jest jedno miejsce którego szczerze nienawidzimy i za każdym razem jak jedziemy na zachód jesteśmy zmuszeni do oglądania paskudnej konstrukcji bo ominąć się jej nie da. Wisi to “coś” nad autostradą i niestety jest widoczne z daleka więc nie da się zamknąć oczu na chwilkę aby tego “cosia” nie widzieć.

Każde z nas ma odmienne zdanie na temat tego obiektu ale zgadzamy się w jednym, że jest najbrzydszą rzeczą jaką widzieliśmy w życiu. Krótka dyskusja jaka wywiązuje się za każdym razem gdy mijamy to miejsce jest burzliwa i czasami bardzo agresywna. Mnie Great Platte River Road Archway Monument nie przeszkadza w życiu ale p. dostaje szału gdy widzi ohydę wiszącą nad autostradą. 
 Z bliska również bez uroku, falista blacha oraz przypadkowe dwa okienka dopełniają obrazu beznadziejności.
 Zadaje setki pytań w stylu; kto to wymyślił?, komu to potrzebne?, ile to g… kosztowało?, itd, itp. Artyści mają jakieś przesłanie które chcą przekazać zwykłemu człowiekowi ale wydaje się nam, że czasami jest ono tak głęboko ukryte, że dzieło albo arcydzieło nie przemawia do wyobraźni. Tak chyba stało się z arcy brzydkim dziełem które jest muzeum, nazwijmy je prosto Muzeum Osadnictwa w okolicach rzeki Platte. Tak na prawdę to nic ciekawego na zewnątrz i nic ciekawego wewnątrz. Ot po prostu sklep z pamiątkami w stylu magnesy na lodówkę lub kubki z napisem Nebraska. Dodatkowo kilka obrazków i oto całe muzeum. Zawsze ale to zawsze robimy tej niecodziennej budowli zdjęcie i mamy ich już pewnie więcej niż pięćdziesiąt. Również tym razem w ponurej scenerii uschniętej trawy i sinego nieba zrobiliśmy zdjęcie. Tak ponure jak nasze nastroje i o dziwo już nie było dyskusji o celowości straszenia ludzi i wpędzania ich w zły nastrój. Minęliśmy bez słowa brzydala ale grymas niezadowolenia jednak wykrzywił twarz męża.
Nigdy nie miałam zamiaru pokazywać tego miejsca ale, że w życiu nie zawsze świeci słońce więc czemu nie pokazać tej mniej urokliwej strony USA?

niedziela, 23 grudnia 2018

Święta inaczej?

 Jak zwykle (przeważnie) u nas brakuje śniegu w okresie świątecznym i tylko z tego powodu czuję niedosyt “białych” Świąt. Ameryka w grudniu oszalała i wszędzie panuje zakupowe szaleństwo. Zastanawiam się jak poradzi sobie Święty Mikołaj z dostawą takiej ilości prezentów.
Ja też oszalałam bo raptem zaskoczyłam czego mi brakuje w kuchni. Brak tego siego i jeszcze tamtego ruszył moje cztery litery po zakupy spożywcze. Do pomocy zabrałam p. bo sprawnie radzi sobie z pakowaniem zakupów w bagażniku. Zakupy w kilku sklepach wypełniły samochód aż po przednie fotele. Nie jestem zadowolona z siebie bo raptem okazało się jak jestem niezorganizowana. Gdy już wszystko poupychałam w szafkach poczułam się gotowa do przygotowania świątecznych potraw.
 Święta u nas będą zupełnie nietypowe. Postanowiliśmy trochę odstąpić od tradycji aby nie było sztampy i atmosfery strachu, że coś jest nie tak jak być powinno. Wielką choinkę zastąpiliśmy malutką i zielonymi dodatkami w kilku miejscach głównego pokoju. Całe te zmiany to oczywiście wina męża. Wyprzedził Święta o miesiąc kupując mi FIATa 500 i dodatkowo wyjątkowy aparat fotograficzny dla siebie. Tłumaczył się nadarzającymi się okazjami więc pod choinką prezentów nie będzie. Tfu, będzie jeden dla syna i to wszystko. Jak biednie to biednie więc przepychu nie będzie. Iluminacja też w tym roku zupełnie inna niż co roku i przyznam się, że czuję się jakoś dziwnie. 

Za dzień wszystko się zmieni przy wigilijnym stole, znów wróci nastrój i urok Świąt.
 Wszystkim Wam życzę szczęśliwych Świąt i wierzę, że p. również przyłączy się do moich życzeń pomimo tego, że u niego jakoś wszystko wcześniej w tym roku.
               

                               WESOŁYCH ŚWIĄT

sobota, 10 listopada 2018

Trzecia rano (w nocy).

 Jednak nie dotrzymałam słowa i nie użyłam inwektyw gdy zadzwonił budzik. p. zerwał się jak oparzony aby tłuc się po chałupie a ja doleżałam swoje pięć minut i wstałam na czas gdy kawa była gotowa. Gdy ja pozbywałam się nocnego odrętwienia siedząc półprzytomna na kanapie, p. zapakował samochód. Według mnie niepotrzebnie się tak spieszył bo ja nawet nie mogłam jeszcze zebrać się w sobie.
- Gotowa? - Zapytał uśmiechając się radośnie.
- Zaraz. - Nie byłam gotowa i nie mogłam tego ukryć. Szukałam jakiegoś sposobu aby odwlec wyjazd chociażby o piętnaście minut. Wolno pozbywam się sennego rozmarzenia i nie sposób zaliczyć mnie do skowronków. Przynależę do mrocznej braci sów gdyż nawet późnym wieczorem zapominam, że już najwyższa pora iść spać.
- Jedź w pidżamie a na miejscu przebierzesz się w ciepłe ciuchy. - Takie podejście do schorowanej żony bardzo przypadło mi do gustu i bez dłuższego ociągania się wskoczyłam w buty i już w drzwiach zarzuciłam na ramiona zimową kurtkę. Silnik pracował już przez jakiś czas i w środku auta było przytulnie ciepło. Nie siadałam nawet na siedzeniu pasażera tylko przez drzwi bagażnika wsunęłam się na rozłożony materac przykryty grubym kocem z polaru. Dwie poduszki zapewniały idealne ułożenie głowy a kołdra puchowa przypieczętowała całość. Usnęłam prawie natychmiast.
Krótki postój zaplanowany przez p. przedłużył się znacznie ze względu na moje przebieranie i przeobrażenie porannego czupiradła w kobietę przed którą nie uciekną wszyscy mieszkańcy naszej planety.
Dojechaliśmy na miejsce dwadzieścia minut przed siódmą o której miało rozpocząć się zwiedzanie farmy żurawinowej.

 Na parkingu stało już kilka samochodów i po zakupieniu biletów wstępu brakło miejsca dla nas w pierwszym autobusie. Nie wierzyliśmy własnym oczom, że tylu chętnych przyjechało aby dowiedzieć się jak wygląda zbiór żurawin.
 W oczekiwaniu na kolejny pojazd p. zajął się przygotowaniem kamery którą mieliśmy zamiar użyć do ujęć podwodnych. Wyglądał jakby czytał smsy i nie mógłby odczepić się od telefonu. Jego spoglądanie w ekran telefonu nie miało nic wspólnego z plotkowaniem. Właśnie tam miał podgląd tego co widzi kamera. Sprytne połączenie dwóch urządzeń dało nam możliwość podglądania miejsc zupełnie niedostępnych bez tego udogodnienia.
 Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie z roślinami których owoce znane są wszystkim.
 W specjalnie zaprojektowanych basenach (których ta firma ma 50) rosną zupełnie niepozorne roślinki. Owoce są gdzieś ukryte pod liśćmi i na pierszy rzut oka wcale ich nie widać.
 Dzięki soczewkom umocowanym przy aparacie byliśmy w stanie dojrzeć jak obficie owocuje żurawina. Roślina ta lubi mieć mokre korzenie ale suche łogygi. Na takim podłożu zbiór ręczny wydaje się niemożliwy.
 Człowiek jest jednak bardzo sprawny umysłowo i wymyślił zadziwiwjący sposób na zbiór żurawin. Baseny zalewane są wodą i całe rośliny chwilowo są utopione. Do pracy ruszają traktory ze specjalnymi bronami które wzruszają rośliny i uwalniają w ten sposób owoce. Zobacz film tutaj.
Uwolnione owoce pływają na powierzchni wody gdyż każy z nich ma cztery pęcherzyki powietrzne. Krajobraz w sekundzie ulega zmianie i czerwień zaczyna królować i świetnie kontrastuje z otaczającą zielenią. Zbiór odbywa się późną jesienią aby świerze owoce trafify do sklepów w okresie obżerania się indykiem. Święta Bożego Narodzenia również nie mogą się obejść bez żurawiny serwowanej pod wieloma postaciami.
 (Wspomnę skromnie, że ja wymyśliłam nalewkę z żurawiny która jest rewelacyjna!!!)
Teraz p. ruszył do akcji i efekty jego poczynań można zobaczyć (filmy tutaj) poniżej.
Teraz następuje najbardziej widowiskowa część zbioru. Pływające owoce trzeba zagonić w jedno miejsce aby je załadować na ciężarówki. Sposób znów jest bardzo prosty. Na jednym końcu rzuca się grubą pływającą linę która w połowie unosi się na powierzchni.
Zagonione w kozi róg żurawny są wysysane z wody i transportowane bezpośrednio do kontenerów na ciężarówkach. Pomysłowe i proste zbiory. Ponoć w Europie amerykańska odmiana wielkoowocowa nie jest zbytnio popularna. 
Jednak główną atrakcją zostawiono nam na sam koniec. Chodzenie po kolana w wodzie pośród żurawin sprawiło nam wielką frajdę. Chętnych do brodzenia w lodowatej wodzie było wielu i na kalosze na szelkach musieliśmy chwilkę poczekać. p. w akcie rozpaczy wbił się w ten sam rozmiar co ja i wyglądał jak jajko na miękko serwowane na naparstku. Uszanowałam zakaz publikowania jego zdjęć w takim ubiorze ale trochę można zobaczyć na filmach które można obejrzeć tutaj.
Kichanie i smarkanie przeszło, minęło i ani razu nie pomyślałam o tym, że jestem mało zdrowa. Ruch na świeżym powietrzu wyleczył mnie z dolegliwości której nie mogłam pozbyć się przez trzy tygodnie. 
Jeszcze jedno; im zimniej przed zbiorem tym bardziej czerwone są owoce. Białe i różowe są mniej atrakcyjne niż czerwone ale są identyczne pod względem zawartości witamin. Są tak samo zdrowe a jedynie mają inny kolor.
 Bardzo zadowolona z wycieczki popełniłam nietakt w stosunku do samej siebie. Podziękowałam p. za wyrwanie mnie z łóżka o trzeciej rano a przecież była to trzecia w nocy. No coż jakoś to przeżyję. 

*****
Jeżeli ktoś jeszcze nie obejrzał filmów to przypominam, że są tutaj.

czwartek, 11 października 2018

Żurawiny nadszedł czas.

 Moje sfatygowane zdrowie uniemożliwiło nam wyjazd do krainy przygód na wielką skalę. Nie będę opisywała czego nie przeżyłam dzięki francowatej grypie bo jak nie byłam to nie nie mam o czym pisać a zmyślać nie będę. Smarki u nosa nie dodawały mi otuchy gdy na pytanie czy jedziemy na wakacje musiałam odpowiedzieć niechciane “nie”. Grymas niezadowolenia wykrzywił twarz męża a wzroku pozazdrościłaby sama Meduza. Miałam trzy tygodnie na wyleczenie się z bardzo dokuczliwej choroby ale pomimo moich usilnych starań jesienne przeziębienie ciągle więziło mnie w łóżku. Tony tabletek nie pomagały, hektolitry syropów spowodowały biegunkę a na antybiotyki było zbyt późno. Pierwsze półtora tygodnia wskazywało na lekką poprawę i rychły powrót do zdrowia. Antybiotyków nie brałam bo przeziębienie trwa tydzień więc gdy po 10 dniach nastąpił nawrót dolegliwości, tak powszechnych pod koniec lata, byłam załamana. Gdyby to miały być zwykłe wakacje nie byłoby problemu ale w tym roku zaplanowaliśmy uczestnictwo w zwariowanej imprezie odbywającej się w dniach 5-10 października.
Czułam się winna choć to nie moja wina, że mężowskie zarazki tak świetnie sobie radziły w moim organizmie. Tak, to właśnie p. przywlókł tę zarazę do domu i pozbył się jej w przewidywanym terminie. Gdy on wyzdrowiał ja zachorowałam. Wahania temperatury panującej aury nie pomogły w procesie zdrowienia i gdy zbliżał się termin wyjazdu wściekłość na samą siebie narastała w tempie jak przybiera górski potok na wiosnę.
- No dobrze… - p. szybko opanował mimikę twarzy i o dziwo przemienił się w troskliwego dziadunia. - …to może pojedziemy na jednodniową wycieczkę. Na zbiór żurawiny. Zrobię spanie i będziesz mogła całą drogę spać wygodniej niż w domu. Jak sama królowa. - Pozbyłam się nadmiaru wydzieliny z nosa smarkając tak głośno jak tylko mogłam. Chciałam przerazić męża swym stanem zdrowia i pozostać w łóżku cały weekend.
- Wstaniemy jutro o trzeciej rano… - On chyba oszalał. O której?! - …i po szybkim śniadaniu ruszymy w drogę. - Już to widzę, jak jem śniadanie o trzeciej "rano". 

- Nie będę jadła w środku nocy. - Tego byłam pewna, że trzecia na zegarze to trzecia w nocy a nie trzecia rano. Ranek przychodzi wraz ze słońcem! Podświadomie już zgodziłam się na wyjazd jedynie pora pobudki wydawała mi się niewiarygodna i od razu wściekłam się na samą siebie. 
 Jaka ja głupia jestem. Głupia do kwadratu. Stara i głupia. Wytarłam, wiecznie cieknący katar z nosa wierzchem dłoni i odrzuciłam pierzynę na bok.
- Skoro jestem zdrowa lub za takową mnie uważasz to zrób mi drinka. Dużego i mocnego poproszę. - Dałam się podpuścić i sama zatrzasnęłam niedźwiedzi potrzask na swojej woli. Nie mam sił na nic i na życie mi nie szło przez trzy tygodnie smarkania, kasłania i wycierania potu z czoła a tu proszę ukochany mąż zaprasza mnie na brodzenie w lodowatej wodzie aby popatrzeć jak słabnę i tonę w brunatnych odmętach.

 Wyglądało, że p. zrozumiał, że nie mam zdrowia na dwa tygodnie włóczęgi ale nie mógł uwierzyć w to, że nie pojadę na krótki wypad.
- Dobrze. - Usłyszałam jak chrypię. Zwlekłam się z łóżka które przypominało barłóg na którym walały się poduszki i dwie pierzyny. Wszystko przepocone i pogniecione. Z przyjemnością opuściłam sypialnię i zasiadłam przy ławie. Wiedziałam, że wódka mnie nie uzdrowi ale jeden drink życia mnie nie pozbawi również. Chciałam odmiany niż wieczne narzekanie. Może to dobry pomysł aby klin klinem. Zakręciło mi się w głowie po drinku i zanim udałam się aby dać nura w pióra poprosiłam p. aby nie zważał na mój sprzeciw, przekleństwa i wyzwiska którymi go obrzucę w nocy.
- Spoko dziecinko. - Zrób mi miejsce gdzieś w tym wyrku bo rano muszę być wypoczęty.
- W nocy. - Szepnęłam i ciągu dalszego nie pamiętam. Sen przyszedł natychmiast.

 ***
Poniżej zwiastun tego co widzieliśmy i co pokażę w kolejnym poście.


piątek, 28 września 2018

Cwana krowa


- Co dziś na obiad? - Jak mnie wkurzają takie pytania. Czy mam wyliczać składniki które użyłam do przygotowania posiłku. Czy po prostu opisać to co będzie na talerzu. Nie daj boże aby któryś mi się skrzywił po pierwszym kęsie podstawionego pod nos dania. Nie zawsze wzbijam się na wyżyny moich umiejętności kulinarnych i przyznaję, że np. dzisiejszy schabowy był inny od tego sprzed dwóch tygodni. Dla mnie jest to zrozumiałe i dozwolone gdyż raz kupuje się mięso takie a raz siakie. Niby i to i to schabowe ale z innego sklepu i z innego uboju więc i smak może być odmienny. 
Zakupy to jednak duże wyzwanie i sztuka nie lada. W dobie szpikowania produktów spożywczych zaawansowanymi środkami chemicznymi odechciewa się robienia zakupów w sklepach. Marzy mi się targ ze świeżymi warzywami i owocami. Świeżo ubite mięso wisi sobie na hakach i sprzedający odcina taki kawałek mięsa który wskaże kupujący. Wokół mnie nie ma takiego miejsca i zanim coś kupię to nagłówkuję się nie lada. Macam zanim kupię, przyglądam się przez dłuższą chwilę i wczytuję się w skład produktu który mam zamiar wrzucić do koszyka. Kiwam głową z niedowierzaniem, że jem takie rzeczy ale nic innego kupić się nie da więc z ciężkim sercem płacę za coś czego tak naprawdę nie chciałabym jeść ale jeść trzeba nawet to czego nie uznaję za super żarcie. Już wielokrotnie zadawałam sobie pytanie czy nie przesadzam i nie jestem paranoicznie przeczulona nie kupując wszystkiego jak leci. O ile byłoby łatwiej wejść do sklepu i wyjechać z niego koszem na kółkach wypełnionym po brzegi. Jeden sklep, wszystkie zakupy i do domu. Nie umiem tak, jeżdzę zatem w poszukiwaniu przynajmniej zadawalającego pożywienia i kilka godzin mam wyjętych z życiorysu. Dlatego nie znoszę grymasów, że coś nie pasuje gdy już gotowe do spożycia leży przed nosem. Trujące nie jest a, że jaśnie państwu nie smakuje to już zupełnie inna historia. Każdy ma dwie ręce i dostęp do internetu gdzie zwariowanych przepisów nie brakuje. Proszę bardzo kuchnia wolna!
Przynajmniej podczas wakacji lub krótkich wypadów nie słyszę, że mogłoby być bardziej dosolone albo odrobina pieprzu dodałaby smaku. Taco Bell czy byle jaka pizza smakuje wtedy wyśmienicie i jeszcze nie zdarzyło się aby p. nie zjadł wszystkiego co kupiliśmy w fast foodzie. (Jedyny wyjątek to La Granja w Miami)
Jak jeść to ze smakiem i tylko najlepsze kawałki. 
 Całe to moje pisanie nie wzięło się z braku uwielbienia milionów czy poczucia niedowartościowania. Moje ego nie cierpi i nigdy nie pojawiło by się gdyby nie krowa.
Zatrzymałam auto aż zadziałały ABSy. p. rzucony na pasy spiorunował mnie zadziwionym i niechętnym wzrokiem. Już szykował się do zbesztania mnie jak szczeniaka który znów zsikał się na dywan ale uprzedziłam jego brzydkie zachowanie. 
- Krowa! - Wskazałam stado krów za drutem kolczastym. 
- Krowa. - Powtórzyłam gdy nie dojrzałam zrozumienia w oczach męża. 
- Co krowa? - p. wydawał się zbulwersowany i gotowy wściec się jak nigdy. Postanowiłam jeszcze go trochę wkurzyć. O tym, że nastąpi wybuch nie wątpiłam i byłam pewna, że nastąpi to za pięć sekund. 
- No, krowa. - Spokojnie odrzekłam i pokiwałam głową. Palcem wskazującym celowałam w krowę najbliżej ogrodzenia. 
- Co do cholery krowa. Krowa. Krowa. Co krowa? - Wybuch nastąpił według schematu. Szkoda, że nie mogę przewidywać tsunami z taką dokładnością, wtedy kasy miałabym pod dostatkiem. - Co krowa? - Pomyślałam, że mój ukochany mąż zaciął się jak płyta na 45 obrotów na minutę. - Krowa sra i co z tego. - p. wzruszył ramionami i chwycił za klamkę drzwi aby wyjść z auta. 
- Zanim się zesra to co robi? - Zatrzymał się w bezruchu jakby nie rozumiał języka którym posługujemy się codziennie. - No, co robi krowa wcześniej? - Nie chcę wiedzieć co siedziało na końcu języka zdezorientowanego i wyprowadzonego z równowagi męża. - Co robi krowa? - Powiedziałam łagodnie i kiwnęłam głową w stronę którą wskazywał mój palec. Wtedy p. podążył wzrokiem w tym kierunku. Z zaniepokojeniem odkryłam trochę głupawy uśmiech na jego twarzy. 
- Żre trawę.  
- Gówno prawda. - Zrobiłam przerwę aby kolejne słowa dotarły jasno i oczywiście. - Ona zdobywa lepsze kąski. Widzisz naraża swoje życie aby skubnąć lepszego jedzenia. Popatrz jaka cwana. Zachowuje się zupełnie jak ja. 
- Gdy wychodzisz przed dom to rzucasz się na trawę i jesz do syta? - Takiego p. uwielbiam, nie odpuszcza nawet w kryzysowych sytuacjach. Jej zachowanie to istny majstersztyk. Musi przekrzywić głowę aby nie raniąc się sięgnąć tam gdzie inne nie potrafią. Zdobywa smakowite kąski używając mózgu a mawiają ludziska, że krowa jest głupia.

piątek, 29 czerwca 2018

Prawdziwy Szkot

 Ostatnio Diana Gabaldon wskoczyła na drugie miejsce po Wilburze Smith w rankingu ulubionych pisarzy. Nigdy nie zajmie pierwszego miejsca bo im dalej w las tym akcja się rozwleka i posmak sensacji przechodzi w nudę. Tak to się dzieje gdy autor tworzy kolejną książkę w celach finansowych zapominając o tym, że czytelnik może się znudzić i nie kupić kolejnego tomu niekończącej się powieści pod tytułem “Outlander”. W Polsce kolejne tomy posiadają jakieś odmienne tytuły ale, że początek był najlepszy niech więc pozostanie “Obca”.
Nie będzie to recenzja bo moje słowo nikogo i tak nie zachęci ani nie zniechęci do czytania więc nadmieniłam jedynie co ostatnio przeżywałam razem z bohaterami powieści. Jest jeszcze kręcony serial więc kto nie chce męczyć się nad literkami może obejrzeć bardzo dobrą ekranizację powieści.


 p. poszedł na stację benzynową aby uzupełnić zapasy papierosów i napojów chłodzących więc z przyjemnością te kilkanaście minut postanowiłam spędzić rozprostowując plecy. Niech tylko ktoś nie pomyśli, że wysiadłam i zaczęłam spacerować aby pobudzić krążenie krwi. Gdzie tam, pochyliłam oparcie fotela aby nie siedzieć w pozycji jak przy biurku. Jak to w podróży bywa ja odwalam większą część trasy a p. zmienia mnie o zmroku bo jakoś niepewnie się czuję w nocy za kółkiem. Pomimo tego, że mam lepszy wzrok niż małżonek to jazda nocą szybko mnie męczy i nie sprawia przyjemności. Trochę przesadziłam z rozkładaniem oparcia więc uniosłam się lekko aby je poprawić. Teraz powinno być dobrze i nawet pięć minut w takiej pozycji zadowoli mnie na kilka kolejnych godzin.

Oko jako obiektyw a mózg jako procesor rejestrują miliony informacji których nie jesteśmy świadomi do końca. Zamknęłam oczy aby oddać się relaksacyjnej chwili gdy zdałam sobie sprawę, że przed chwilą widziałam Szkota przy ciężarówce która stała jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Nie otwierając oczu pomyślałam, że to wpływ lektury której poświęcałam ostatnio zbyt dużo czasu. Jednak coś mi nie dawało spokoju. Czyżby aż tak źle było ze mną, że mam wizje i książkowe przygody mieszają się z rzeczywistością? Uniosłam ciało i otworzyłam oczy. Widziałam Szkota jak żywego i nic nie wskazywało na to, że mam przywidzenia. Być może ze mną aż tak źle, że żaden lekarz mi już nie pomoże. Aby się o tym przekonać postanowiłam zrobić zdjęcia i przekonać się czy bezduszna maszyna utrwali to co mogło być wytworem mojej fantazji.
Po dostawie czipsów do sklepiku stacji benzynowej kierowca w niecodziennym stroju zamknął drzwi naczepy i zmierzał do szoferki. W książkach Szkoci nie noszą bielizny pod spódnicami więc chciałam się przekonać na własne oczy czy to tylko literacka fikcja. Przy wsiadaniu powinnam zobaczyć całą nagą prawdę.

 Jednym okiem kontrolowałam ekranik aparatu a drugim wpatrywałam się w gołe kolana kierowcy. Przewidywałam, że gdy podniesie nogę żeby wejść na wysoki stopień to spódnica zsunie się po udzie na tyle aby mnie usatysfakcjonować.
To musiał być prawdziwy Szkot bo wprawnie wskoczył na stopień nie dając widowni szans na potwierdzenie tego co wypisują w książkach.

  Jedno jest pewne; nie miał takich amerykańskich gaci do kolan!

sobota, 19 maja 2018

Coś za nic

 Wydaje mi się, że większość ludzi nie lubi pracować ponad miarę nie mając w zamian sowitego wynagrodzenia. Podziwiam zatem ludzi którzy poświęcają swój czas na pracę w instytucjach niedochodowych, oddają część swego życia nie otrzymując nic wymiernego. Jedynie satysfakcja z ofiarowania komuś swej pomocy lub zdolności może wytłumaczyć takie postępowanie.
Dzięki internetowi poznałam ludzi którzy mają bakcyl tworzenia i ofiarności. W życiu rzeczywistym wokół mnie nie ma takowych bo każdy patrzy przez pryzmat konta w banku. Im więcej upchnie tam dolców tym szerszy uśmiech zakwita na jego twarzy. Po chwili uśmiech ten gaśnie i znów na twarzy maluje się przygnębienie bo przecież mogłoby zmieścić się tam o wiele więcej. Myślę, że artystyczne dusze są bardziej podatne na dzielenie się sobą z bliźnim. Tak sobie myślę, że tworzenie jakiegoś dzieła po to tylko aby zdobyć dyplom uznania albo wyróżnienie w konkursie to właśnie dawanie światu coś za nic.

 Takie myśli plątały mi się po głowie od momentu gdy przy drodze ujrzeliśmy gadające drzewo. Komuś chciało się przyciągnąć w pobliże drogi to arcydzieło jakby żywcem z “Gry o trony”. W wersji oryginalnej drzewa były białe ale kto zabroni artyście widzieć inaczej. Ponoć podróże kształcą ale zapewne tylko tych z otwartymi oczami.
Przejeżdżaliśmy przez jakąś odległą wioskę w pobliżu granicy kanadyjskiej gdy taki widok pobudził nas do myślenia i rozmowy na temat dlaczego komuś się chce a innemu nie.