czwartek, 25 lutego 2010

Yellowstone cz.1

 To miejsce każdego powala na kolana. Jest kwintesencja całej północnej Ameryki. Na obszarze tego parku znajdziemy wszystkie krajobrazy jakie występują w różnych miejscach całego kraju.
Wysokie porośnięte lasem góry, prerie po horyzont, cudowne jeziorka, wodospady, skaliste zbocza, wodospady i gejzery.
Dla każdego coś miłego, jedno jest pewne tutaj nie można się nudzić. Jadąc do Yellowstone wiedzieliśmy, ze czekają nas atrakcje nie lada. Do kempingu dojechaliśmy wieczorem, to błąd bo wolnych miejsc już nie było. Święta zasada w Stanach to wstawać wcześnie i ruszać w trasę gdyż tu wszędzie daleko i dojechać na miejsce przeznaczenia trzeba zaraz po południu bo później miejsc już nie ma. 
Tak wygląda teoria a praktyka to zupełnie coś innego. Postanowiliśmy nie poddawać się i poszukać na własną rękę. Udało się znaleźć ostatnie wolne miejsce o którym nikt nie wiedział. Teren tego kempingu jest pagórkowaty i trudno dojrzeć gdzie miejsca są ulokowane nie mówiąc o tym czy są "zamieszkałe" czy nie.
Dużo kasy nie mamy ale na wakacje musi wystarczyć Mamy dobre humory i nowe auto, trzy miesięczny Hyundai Accent. Bagażnik zapakowany naszym sprzętem turystycznym a w środku tyle miejsca aby po drodze można spać. Do celu bardzo daleko z Chicago. Będziemy jechać non stop. Dwóch kierowców na zmianę powinno zapewnić komfort i szybka jazdę.
Ruszamy rano wypoczęci i gotowi na nudna i długą trasę Przez Wisconsin i Minnesotę przemknęliśmy jak burza. Do Montany wjechaliśmy o północy pokonując 1000 mil (1600 km). Do miasta Pryor w Montanie dotarliśmy o 5 rano zupełnie wykończeni, rozbiliśmy namiot gdzie mapa wskazywała pole namiotowe a ławka ze stołem upewniła nas, ze tak. Trochę snu postawiło nas na nogi.
Rano szybkie śniadanie i znowu za kierownice gdyż przed nami droga pełna niespodzianek. Znudzeni asfaltem wybieramy szutrowe drogi przez rezerwat indiański Crow Indian Reservation. Znów popełniliśmy błąd nie tankując gdy mieliśmy pół zbiornika paliwa i po raz kolejny problem z jego znalezieniem. Niby miasto na mapie jest i wygląda na duże ale w praktyce okazuje się, ze to kilka domów a stacja benzynowa lub sklep nigdy nie były w planie zabudowy. Mały samochód mało pali ale lepiej by na tym pustkowiu taka przygoda nas nie spotkała. No cóż jedziemy dalej, wracać się to nie w naszym stylu. Jak szaleni optymiści jedziemy przed siebie. Jedno jest pewne, ze do prawdziwego miasta nie dojedziemy bez tankowania. Mapy mamy dokładne ale tereny indiańskie nie są dobrze oznakowane a w rzeczywistości nie maja nawet nazw czy numerów. Aby nie zabłądzić trzeba korzystać z kompasu i dobrego nosa gdyż niejednokrotnie stawaliśmy przed wyborem "w prawo" czy "w lewo".
Jesteśmy w Rezerwacie i rozglądając się dookoła widzimy jak biedna to okolica i jak okrutnie zostali potraktowani przez rząd rodowici Amerykanie.
Smutno na duszy gdy spoglądamy na pustynna prerie. Na takiej glebie nic nie wyrośnie, nie ma szans na uprawę na kamieniach bez wody. Biały człowiek "ofiarował" Indianom ziemie z której wyżyć się nie da. Zasiłki z kasy państwowej pozwalają na powolna śmierć. Na terenie rezerwatu nie ma miejsc pracy bo nie miasta ani jakiegokolwiek przemysłu. Na dojeżdżanie do miasta za daleko (pół dnia w jedna stronę). Niektórzy Indianie opuszczają rezerwat w poszukiwaniu pieniędzy ale w 90 procentach kończy to się powrotem do rodzinnej zagrody. W tych okolicach rynek pracy prawie nie istnieje, nie chce wdawać się w szczegóły ale tutaj jest naprawdę biednie. Nawet miasteczka gdzie jest jakiś sklep i trochę 21 wieku są jakby zapomniane i opustoszałe. Podróżując trzeba mieć ze sobą gotówkę bo kart kredytowych nie honorują. 
Głównym powodem jest brak czytników kart. Kasy są jak z westernu, takie na korbkę. Dobrze mieć dużo drobnych banknotów bo może być kłopot z wydaniem reszty. Któregoś razu położyłem stówkę na ladzie i o mało nie zabiłem tym sprzedającej. Aparatu fotograficznego nie wyjmujemy w pobliżu Indian, ponoć ciągle wierzą, ze fotografia zabiera dusze. Czy to prawda dowiedzieliśmy się w innym miejscu w Nowym Meksyku. To nie jest dekoracja do kolejnego katastroficznego filmu tak wygląda indiański rezerwat.
Nie ma znaczenia czy to zdjęcie było robione w Montanie, Utah, Arizonie czy w Wyoming. Zobaczycie później, ze wszędzie jest tak samo. Szczęście nam sprzyjało znaleźliśmy coś w rodzaju stacji benzynowej. Procedura zakupu benzyny to istne wyzwanie. W budzie oddalonej o 20 metrów od dystrybutora było "niby okienko" zabite deskami, wąska szpara na dolara i pewnie ktoś w środku. Stałem tam i witałem się na głos z niewidocznym właścicielem stacji a nawet się chyba ukłoniłem. Tak to mogło wyglądać z daleka gdyż pochyliłem się aby mój głos skierować w szpary pomiędzy deskami. Mój nad wyraz uprzejmy głos był znakomicie zagłuszany przez ujadające psy, które nieomal nie rozwaliły dzielącej nas ścianki. Wreszcie coś zaszurało i wydawało mi się, ze ktoś podszedł wiec powiedziałem o co mi chodzi wsadziłem banknot z liczba 20 w szparę tak na wysokości pasa. Nie chciałem za nisko ani za wysoko żeby jak najszybciej moja oplata została zauważona. Nie widziałem nikogo, ten nikt nie odezwał się do mnie słowem ale dystrybutor zadziałał.
Jesteśmy uratowani, zatankowaliśmy benzynę o przedziwnej liczbie oktanowej 85.5 za powyższą sumę i z ulga opuszczaliśmy to miejsce. Nie było lepszej drogi niż ta. Nie było innej drogi niż ta. Trzeba znaleźć miejsce na rozbicie namiotu a do końca rezerwatu jeszcze kawal drogi. 
Teraz musimy przyśpieszyć bo robi się późno. Po takich drogach można jeździć wolno albo bardzo szybko. Nawierzchnia nie jest gładka lecz pofalowana jak tara do prania i aby zawieszenie nie wpadło w rezonans utrzymujemy prędkość ok 50 mil na godzinę czyli w okolicy 80 km/h. Drobne kamienie tłuką w podwozie i boki auta a za nami pozostaje kurzowy ogon, zupełnie jak za kometa. Po drodze te same widoki, góry porośnięte trawami których nawet kozy by nie zjadły i gdzieś tam jakieś domostwo bo jakoś domem tego nazwać nie potrafię. Czas upływa nieubłaganie a przed nocą musimy wyjechać z rezerwatu.
Dobrze, że Ataner to święty człowiek i jakoś toleruje moje dziwactwa. Było już około 16:00 gdy wyjechaliśmy i zaczęliśmy nerwowo wertować mapy aby znaleźć miejsce na nocleg. Mapa sensownego nic nam nie pokazuje wiec cala załoga zamiera ze strachu na moja propozycje. Rozbijamy się na dziko. Po prawej stronie jest rzeka, są tez rozlewiska. Zanim rozsądna (czasami) Ataner zdążyła zareagować już jechaliśmy kamienista droga do nikad. Nie mam pojęcia jakie dobre duchy kierowały naszym samochodem ale jeszcze przed zachodem słońca dotarliśmy nad rzekę. W miejsce gdzie można było zaparkować i rozbić namiot.
To nie był camping tylko niczyje miejsce. Tej nocy byliśmy właścicielami ogromnego terenu. Wszędzie kamienie, duże małe i jeszcze mniejsze. O kawałku miejsca z piaskiem na namiot nie było mowy. Nikogo dookoła tylko dzika przyroda. Kilka ptaków dotrzymywało nam towarzystwa na tym pustkowiu.
Cudowna woda dookoła. Po prostu raj. Duże rozlewisko rzeki tworzyło wspaniały basen bez prądów rzecznych i wirów. Godzinami można było przesiadywać w wodzie, która miała idealna temperaturę aby się odświeżyć. Nie za zimna nie za ciepła, jak wspomniałem wcześniej w raju powinna przecież być rajska temperatura wody. I takaż tu była.Jak okazało się później tak zupełnie sami nie byliśmy. Rozglądając się dookoła nie było widać żywej duszy. 
Może na drugim brzegu rzeki ktoś był ale to tak daleko, ze jego ewentualna obecność można było zignorować. Podczas naszej wieczornej kąpieli dołączył do nas OBCY, który był z nami przez cały czas.Tym obcym był waz, no taki na 25 cm wężyk. Spotkania z przyroda to nasza specjalność. Ataner uciekła na 19 metrów bo dla niej to był waz. Wik z lekkim dystansem patrzył na małe zwierzątko ale wolał trzymać się na bezpieczna odległość. 
Znowu padło na mnie abym zbliżył się i dla potomnych sfotografował tego stwora. W wodzie o dziwo nie był taki szybki a na ladzie zaczął odpoczywać a po chwili już razem oglądaliśmy go z bliska.
Słonce już chyli się ku zachodowi i więcej w nim czerwonego koloru. Na niebie pojawiły się chmury ale o deszczu nie ma mowy przy tak silnym wietrze.Zapowiada się upalna noc a wiejący wiatr wcale nie chłodzi a wręcz parzy. Jest suchy i jednostajny. W nocy temperatura nie ulegnie zmianie gdyż rozgrzana w dzień ziemia będzie oddawała ciepło przez cala noc. 
Będzie bardzo ładny zachód, kolorowy i dzięki chmurom ciekawszy. Popatrzyliśmy na to codzienne i cudowne zjawisko i pomyśleliśmy o wieczornym posiłku. Jak to na wakacjach, ognisko musi być codziennie.
Opal zbieraliśmy na kamienistym wybrzeżu rzeki. Kawałki drzew, suche i mokre patyki, wszystko co rzeka pozostawiła na brzegu w czasie wiosennych roztopów. Czasami dość duże kawałki znajdowaliśmy kilka metrów nad obecnym poziomem wody. Na wiosnę ta rzeka jest chyba dwa razy szersza. Zebraliśmy tyle, ze wystarczyło nam na długo i wysoko płonące ognisko.
Wiedziałem jakie mięso będzie na kolacje ale zostałem przegłosowany i skończyło się na konserwach. Tu nie pada w wakacje. Tak tu wygląda, ze tu nigdy nie pada. Namiot można używać w połowie czyli bez tropiku bez obawy, ze będzie zimno lub będzie padał deszcz w nocy. Jest takie miasteczko w Nowym Meksyku o rozrywkowej nazwie Las Vegas oddalone o 65 mil na wschod od Santa Fe, które reklamuje się, ze ma tylko 365 słonecznych dni w roku.
Rankiem wyruszamy w zaklęty krąg indiańskiej magii. Zapowiada się ciekawa trasa. Jedziemy pod gore już ze 100 km a szczyty ciągle przed nami. 
Gdzieś tam znajduje się Medicine Wheel pośród lasow Big Horn przy polnocnej granicy stanu Wyoming. Święte miejsce Indian od pokoleń.
Jesteśmy wysoko w górach i w środku lata znajdujemy śnieg. Świeci słonce i wydaje się, ze jest w miarę ciepło. Czyste powietrze bez kurzu nie brudzi śniegu, który odbija promienie słońca jak lustro nie nagrzewając się. Zapewne resztki doczekają zimy.
Niestety silniejszy wygrywa w tym brutalnym świecie a słabszy ma śnieg za koszula. Ataner wytrzepuje resztki śniegu zza koszulki na plecach i ze złości tupie i podskakuje (zwróćcie uwagę, ze stoi na jednej nodze).
Nie chce opisywać historii Medicine Wheel bo to zadanie dla specjalistów na setki stron.
Dziwne to miejsce. Nieduży okrąg otoczony siatka. Na niej wieszane są wstążki, chusty, bransolety, woreczki a nawet kości. To jakby wota w podzięce albo na przebłaganie bóstw. W środku znajdują się groby.
Być może temperatura spowodowała, ze nasze odczucia były jakby nienaturalne jak nienaturalna była temperatura około zera w środku lata.
Są miejsca, które trzeba zobaczyć będąc w USA. Pomijam standardy jak New York, Niagara, Grand Canyon czy Hollywood. Po drodze do tych miejsc warto zboczyć z utartej trasy i zajrzeć tam gdzie Ameryka objawia się w całej okazałości. Tam gdzie istnieje nie od stuleci ale od tysięcy lat.

18 komentarzy:

  1. czekam na dalszy ciag przygod z niecierpliwoscia....

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpisuje sie pod szanownym przedmowca i niecierpliwie czekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Margo, to wielki zaszczt dla mnie, ze taka wielka podrozniczka czyta mojego bloga,pozdrowienia dla Stefa

    OdpowiedzUsuń
  4. Bez przesady! Kurdupelek jestem ;) A i tych podrozy nie za wiele, tyle ze daleko i egzotycznie.
    Czytam z zainteresowaniem, bo to co piszecie jest ciekawe i dobrze napisane. Zawsze wolalam "zwykle" podroznicze zycie od zorganizowanych wyjazdow do nudnych hoteli, ktore na calym swiecie sa takie same.

    OdpowiedzUsuń
  5. za to zdjecie na dzikim kampingu,Pio mnie zabije haha, ale nie ma to jak toaleta wieczorna na dzikim zachodzie.Pozniej kolacja itd. itp.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmm...powrót do przeszłości o kilka... lat.
    buziaki,

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochana Ataner, planowo nadrabiam czytanie Twoich stron. Coś kapitalnego. Piszesz lekko i ciekawie! Czyta się cudownie! Doczytam wszystko do końca DZISIAJ! Taki mam zamiar.
    Joter

    OdpowiedzUsuń
  8. Joter, trzymam kciuki. Mysle, ze nie dasz rady.Ale, z gory dziekuje.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała podróż i widoki..ja tam zawsze wole jakieś dzikie kampingi, można się wtedy poczuć jak prawdziwy odkrywca..a w ogóle to i w aucie wtedy można też spać :)..a ryby były?..
    Leniwie czas płynie w takim Rezerwacie, głównie mogą dorobić tylko jakimś rękodziełem..patrząc na Medicine Wheel, wyobraziłem sobie to miejsce bez siatki, tego obserwatorium na horyzoncie, z Indianami w odświętnych strojach, na koniach..ech, pięknie wtedy było..
    Na tej szutrowej drodze to ogon, jak za dyliżansem ;)..śnieg leży wtedy od północy, w załamaniach skał..w Tatrach podobnie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Grey Wolf - dobrze, ze mamy jeszcze wyobraznie i potrafimy zobaczyc duchy odleglych czasow. Teraz nie tylko miejsca po Indianach sa ogrodzone ale rowniez ich rezerwaty. Tutaj to dobrze, ze bylo ogrodzenie bo indianskie wota bylyby rozkradzione.

    OdpowiedzUsuń
  11. no często tylko wyobraźnia jeszcze pomaga..teraz nigdzie nie mają respektu do niczego..ale taką siatkę i tak nie problem przeskoczyć..
    No właśnie rezerwaty grodzą, granice grodzą, a tak to chcą żeby burzyć mury na świecie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Kto ci/wam wskazuje takie fajne dzikie miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ladnie jest na tym Dzikim Zachodzie,coo. Sami wymyslamy trasy i miejsca ktore chcemy zobaczyc.

    OdpowiedzUsuń
  14. Piękne widoki,niesamowite energetyczne miejsca, fascynujące podróże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dopiero początek Twojej przygody z naszymi podróżami więc życzę ci dużo wolnego czasu abyś mogła go poświęcić na poznanie miejsc które widziałam.

      Coś tajemniczego kryje się w miejscach uznanych przez Indian za święte. Nawet ja mało czuła na bodzce z zaświatów chwytałam jakby niepokój. Trudno to opisać ale atmosfera przy grobach była jakby z innego świata.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń