sobota, 7 lipca 2012

Nieporozumienie

 Zbliżał się pierwszy w tym roku długi majowy weekend. Spragniona wypadu na łono natury większość ludzi planowała wyjazd z miasta. Kiedyś dawno temu wybraliśmy się na taki spęd w narodowe święto i wystarczyło na wiele lat. Tłok na autostradzie, brak wolnych miejsc na kempingu i zdziczały tłum dały nam w kość. O odpoczynku można było tylko pomarzyć. Więcej nie daliśmy nabrać się na dodatkowy wolny dzień. Siedzieliśmy zawsze w domu pozwalając innym na kotłowanie się w relaksujących miejscach. Kiedy naszła nas ochota na wyjazd to braliśmy wolny dzień z pracy i jechaliśmy wtedy kiedy nam pasowało.
W maju jest pierwszy taki weekend kiedy niedziela nie jest jego końcem. Mialam skończyc swoja tygodniowa harówkę w czwartek i do wtorku wolne. Hurra! Z p. nie ma problemu bo pracuje trzy dni w tygodniu a cztery ma wolne więc wymyśliłam, ze możemy przyśpieszyć wyjazd na weekend o jeden dzień i o jeden dzień go skrócić. W ten sposób wyprzedzimy tłumy w przyjeździe na kemping i wyjedziemy kiedy innym pozostanie jeszcze jeden dzień. Wydawało mi się, ze to świetny pomysł ale gdy podzieliłam się nim z p. on tylko skrzywił się jakby ugryzł pierwszy kęs kwaśnego jabłka. Minęło parę dni i znów podjęłam ten temat bo wiecie, ze kropla drąży skale. 
- Co myślisz o wypadzie na kemping? - Po długiej jak co roku zimie należy się nam w końcu chociaż chwilowa zmiana otoczenia i stylu życia. Zaczęłam się denerwować bo jakoś nie widziałam anielskiego uśmiechu męża, który poderwie swe pośladki i pobiegnie rozkosznie do składziku aby powyciągać namioty, materace, śpiwory i cala resztę wakacyjnego sprzętu. Ułoży wielka stertę w telewizyjnym pokoju i  atmosfera wakacji zapanuje dookoła. Nic z tego, siedział jak skala i tylko badawczym wzrokiem wpatrywał się uważnie we mnie. Przybrałam frywolny wyraz twarzy i beztrosko kontynuowałam. - No wiesz na ten najfajniejszy do Michigan. Będzie super, zobaczysz. - Zero reakcji. Czy moje słowa były zaklęciem zamieniającym człowieka w głaz? Jakoś wcześniej nikt nie zachowywał się tak obojętnie na moje słowa. No może tylko Petronela ale ja do normalnych nie zaliczam jak sami wiecie. 
- Zawiozę cię naszym nowym autkiem. Będziesz się relaksował przez cała drogę. - W zeszłym roku zmieniliśmy auto na tylko troszkę większe od poprzedniego. Jesteśmy zwolennikami aut użytecznych czyli pięciodrzwiowych nazywanymi przeróżnie w zależności od kontynentu. Można je nazwać hatchback albo kombi. Och gdzie te lata kiedy jeździłam kabrioletem? O moich autach napisze chyba oddzielny post w kilku odsłonach bo aut mieliśmy już dużo. Dlaczego użyteczne auta są nasza preferencja? Otóż auto przede wszystkim stoi. 90% swego żywota spędza na parkingu a gdy go używam ma to być pojazd przede wszystkim wygodny, zwrotny i powinien posiadać łatwość upakowania w nim cotygodniowych zakupów oraz sprzętu turystycznego na wakacje. 
- Kiedy? - Zapytała skamielina. 
- Wyjedziemy w czwartek wieczorem a wrócimy w sobotę w nocy. - Wydawało mi się, ze jeden muskuł na twarzy mojego wylewnego rozmówcy drgnął na nikły ułamek sekundy i jedna brew jakby się leciutko uniosła. Może uległam złudzeniu ale głos słyszałam. Omamy wzrokowe zdarzają się czasami gdy chcemy coś bardzo usilnie zobaczyć. 
- Ominiemy cały ten zgiełk, wolne miejsca powinny być bo będziemy wcześniej niż inni. - Zaczęłam się obawiać, że moja mina wyraża obawę która czułam głęboko w sercu. Dlaczego on nie chce jechać. Zawsze to ja byłam balastem u nogi a teraz role jakby się odwróciły. Chwile mijały i jeszcze nigdy sekundy nie wydawały mi się długie jak minuty.
- No dobrze, przyjdziesz z pracy zdrzemniesz się godzinkę i zawiozę cie dokąd tylko zechcesz. - Pod
łe zwierzę uśmiechnęło się do mnie.
   Czwartek minął mi szybciej niż zwykle. Po przyjeździe do domu zastałam to czego spodziewałam się, living room był składnicą nieużywanego sprzętu sportowego. Musiałam zrobić oczy jak spodki na ten bałagan bo p. zrobił oczy jak spodki na widok moich.
Dotarłam do łazienki nie bez problemu a p. zajął się jak zwykle pakowaniem auta. 
Po wyjściu z łazienki nie mogłam zapaść w natychmiastowy sen w stylu „wraca górnik po szychcie” i zanim poszłam w stronę sypialni upłynęły jeszcze dwie godziny podczas których bałagan z domu przeniosły nogi i ręce p. do auta. Sen nie chciał przyjść bo to nieodpowiednia pora na sen a jedynie na relaks. Relaksowałam się więc przez czas jakiś do momentu gdy p. przyszedł mnie obudzić.
- Już pora wstawać. - Usłyszałam delikatne słowa. Chyba jednak się zdrzemnęłam bo za oknem już było ciemno. Po godzinie zajęłam miejsce pasażera i w świetle reflektorów widziałam ulice a później autostradę wiodącą nas na kemping. Jak dziecko, w aucie śpię wspaniale. Po godzinie zmarzłam bo p. gdy prowadzi utrzymuje w aucie temperaturę, jak sam określa, która wprowadza go w stan hibernacji i właśnie w takim zamrożonym stanie może jechać i jechać aż musi zjechać na sikanie. Okryłam się śpiworem pod głowę podłożyłam dwie poduszki i ahoj przygodo znów śnię swój kolorowy sen.
- Zatankujemy i proszę o jak największą kawę. - Chyba p. ciągle ma mnie w swej pamięci jako nastolatkę. Kiedy się wygrzebałam z otulającego mnie śpiwora auto było już zatankowane, szyby umyte i on sam sta
ł przy moich drzwiach aby pomoc mi stanąć na nogach. Padał deszcz i biegiem, przesadziłam z tym biegiem, udaliśmy się w stronę budynku stacji benzynowej. Po wyjściu doznałam szoku, kolejnego od chwili gdy jesteśmy razem.
- Kupujemy drewno na ognisko? - Jak zwykle ktoś musi być logistykiem a ten inny czyli ja romantykiem. Jeden bez drugiego nie może funkcjonować w harmonii. Zupełnie zdezorientowana nie mogłam zaskoczyć czemu mamy tutaj kupować drewno takie drogie i w dodatku mokre.
- Kupimy na kempingu. - Wydawało mi się, ze jest to zupełnie naturalne bo robiliśmy to już wcześniej tam dokąd się udajemy. Krople deszczu padały nam na nasze głowy a my jak zaczarowani wpatrywaliśmy się w ułożone drewno na opal ładnie i równo ułożone pod ścianą obok głównego wejścia do stacji benzynowej. Fakt, ze mokliśmy nikomu nie przeszkadzał. Ciepła kawa popijana małymi łykami, bo gorąca jak diabli, utrzymywała nas w dobrym humorze.
- Jak to? Tam nie ma gdzie kupić. - I po chwili – Tam nie ma gdzie kupić drewna na ognisko.
- No przecież gdy płacisz za miejsce możesz kupić drewno. - Wreszcie błysnęłam intelektem. Czułam, ze p. został porażony moim trzeźwym myśleniem. Sta
ło się tak, ze p. został  nie tylko porażony ale również przerażony.
- Gdzie?????? - Czemu jego wzrok jest taki dziki? Czy coś nie tak? - To gdzie my jedziemy? - Syk s
łow z jego ust uderzył mnie potworna siłą, już teraz byłam obudzona i trzeźwa jak nigdy o północy pośród deszczu. - Tam nie ma gdzie kupić drewna. Pamiętasz jak kupowaliśmy na przydrożnych, samoobsługowych straganach. Pamiętasz? - Pewnie, ze nie pamiętam.
- No, jedziemy tam gdzie jest ładna plaza i latarnia morska. - Dla mnie było to oczywiste i nie miałam pojęcia po co to ca
łe zamieszanie.
- Tak, tam jedziemy. Taki kemping na dziesięć miejsc. Na skarpie wydmy. W Michigan. - Dystans pomiędzy nami zwiększył się od dwa kroki bo każde z nas cofnęło się o jeden aby spoglądać na rozmówcę od stop do głów. Zostałam obrzucona pełnym zaskoczenia wzrokiem a ja odwzajemniłam się uśmiechem numer 103 czyli tak zwanym „kocham cie”. Było jeszcze dużo s
łow zamkniętych w pełne zdania. Zdania wyrażające zdziwienie, przeprosiny, niedowierzanie i pogodzenie się z uśmiechem na licach. W tym czasie zmokliśmy do suchej nitki. Wobec zupełnego nieporozumienia wynikłego jeszcze w domu nikt nie zwrócił uwagi na stróżki deszczu sunące po szyjach za kołnierze. Włosy strąkami przyklejały się do czoła i nawet moje lewe ucho wysunęło się spod ułożonej kiedys fryzury. Kawa zupełnie ostygła gdy ustaliliśmy, ze każde z nas jedzie w zupełnie inne miejsce. Ja chciałam i byłam przeświadczona, ze jedziemy do Twin Rivers w Wisconsin nad jezioro Michigan podczas gdy p. wiózł nas do Stanu Michigan. 
Stacjobenzynowiec czyli pan za kasą ujrzał nas ponownie kupujących kawę i śmiejących się do rozpuku. Jego marsowa twarz udowadniała, ze już nie jednego wariata w swym życiu widział a dwóch naraz tez nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia i nawet życzył nam miłego poranka. 
Wreszcie ruszyliśmy w kierunku który wiódł nas do niezamierzonego przeze mnie punktu docelowego.
- I dlatego dziwiłam się, ze tak długo jedziemy. - Tam gdzie ja chciałam jechać były dwie godziny jazdy a tam gdzie jechaliśmy osiem. Bagatela. Wyciągnęłam butelkę rumu z bagażu pod tytułem „szkoła przetrwania”, pociągnęłam dużego łyka z gwinta i podałam butelkę kierowcy.
- Dziękuję ale nie. Za cztery godziny nie oderwiesz mnie od szyjki. Kawa w zupełności mi wystarczy. - Pociągnęłam jeszcze jednego łyczka bo jak butelka otwarta to szkoda aby procenty ulatniały się bez uzasadnienia i pomyślałam, ze mam wspaniale alibi aby nie zmieniać się z p. za kierownic
ą. Przez kolejne cztery godziny jazdy wycieraczki pracowały bez ustanku. Deszcz padał, wylewał się z nieba i perspektywa spędzenia cudownego weekendu przybrała barwy czerni pomieszaną z kolorem smoły. Do Hurricane River (Huraganowa Rzeka) dotarliśmy gdy już noc walczyła z dniem i ulewa uprzejmie ustąpiła lekkiej mżawce. Było na tyle jasno, ze można było tą porę dnia nazwać porankiem ale słońca skrytego za ciężkimi, deszczowymi chmurami nie widzieliśmy, było na tyle jasno, ze określenie „noc” nie wchodziło w rachubę. Auto zaparkowaliśmy na dowolnie wybranym miejscu numer osiem, bo nikogo oprócz nas nie było. Kałuże na miejscu na namiot nie napawały optymizmem. Włączone światła samochodu, gdyż jeszcze było na tyle ciemno, rozświetlały to miejsce. Radośnie wyskoczyliśmy z auta którego mieliśmy już szczerze dość po ośmiu godzinach. Zamiast świeżego powietrza na końcu USA zaatakowały nas miliardy owadów. Machaliśmy rękami jak w środku roju pszczół i dodatkowo musieliśmy zakrywać dziurki nosa aby nie zassać ich przy oddychaniu. Koszmar przybierał na rozmiarach do momentu gdy zapaliliśmy gazową latarnię i zawiesiliśmy ją z dala od nas. Całe fruwające paskudztwo poleciało aby opalić sobie skrzydła w pogoni za światłem. Namiot wyrósł jak na drożdżach bo wystarczy go rzucić i sam się rozkłada, do namiotu wrzuciliśmy samodmuchajace się materace i na koniec śpiwory i poduszki. Zamek błyskawiczny uniemożliwił fruwającym robalom dostęp do przygotowanego spania i rozpoczęliśmy urządzanie przynależnej nam przestrzeni. 
 Ognisko przede wszystkim a na nim śniadanie. Jak można przewidzieć nie kupiliśmy drewna opalowego więc ruszyliśmy na rekonesans po kempingu aby zebrać czego inni nie wypalili i pozostawili dla następców. Uzbieraliśmy trzy razy więcej niż nam mogłoby się przydać. Dodatkowo na naszym terenie leżała choinka złamana ponad powierzchnią ziemi. Jej cieńsze gałęzie znalazły się w ognisku gdy zostały oddzielone toporkiem od głównego pnia.
Ognisko buchnęło wielkim płomieniem i gęstym dymem z namoczonego deszczem drewna. Muchy i ich fruwajacy kuzyni zniknęli. Zastosowana podpałka w postaci kory brzozowej kolejny raz okazała się niezawodna, płomienie wysoko strzelały w niebo gdy zbliżył się do nas parkowy strażnik.
- Fire ban. Zakaz palenia ognisk. - Powiedział uprzejmie. Zamarliśmy w bezruchu. Jego słowa nagrały się w naszych mozgach ale wykazaliśmy oślą umysłową tępotę nie rozumiejąc ani jednego słowa. Akurat ja trzymałam nóż do krojenia chleba a p. toporek w swych dłoniach.
- Możecie dokończyć śniadanie a później zalejcie ogień. Zakaz ognia jest od dwóch godzin więc jesteście OK. - Gdyby p. miał wczesno średniowieczny topór zamiast sportowo-turystycznego toporka to wiadomym było, ze głowa niespodziewanego gościa zostałaby udzielona od tułowia jednym ruchem. Ja z kolei nożem wydłubałabym oczy z lezącej obok głowy. Nasze zamiary zostały odczytane przez pracownika Lasów Państwowych, na terenie którego usytuowany był kemping, i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. Staliśmy jak sparaliżowani mordercy którym realny obiekt nikczemnego czynu rozpłynął się we mgle jak upiorna zjawa.
- Słyszałeś?
- …, …...., …....., ….. . - p. wysławiał się zupełnie zrozumiale ale jego słowa nie nadają się do druku bo nawet nie mam pojęcia ile błędów mogłabym zrobić w jednym słowie nie mówiąc już o zdaniu. Wystarczy gdy napomnę tylko, ze w użyciu były intymne części ciała żeńskiego i męskiego a całość jakby przypominała rynsztokowa łacinę.
- W taka pogodę zakaz ognisk to zupełne chamstwo i nieograniczona głupota. Przecież bywaliśmy w Arizonie gdzie deszcz nigdy nie pada i tam nikt nie wpadł na taki pomysł! - Nie mogłam pogodzić się z tak bezsensownym zakazem.
  Nie wiele mogliśmy swym oburzeniem zdziałać na rzecz poprawy zgłodniałych ognia na świeżym powietrzu. Wyruszyliśmy więc na spacer po plaży a pogoda tylko czasami nam sprzyjała. W ciągu dnia było pochmurno ale za to wieczorami rozpogadzało się na tyle, ze z większa chęcią braliśmy aparaty w celu upolowania tego idealnego zachodu słońca. Byłam tak negatywnie nastawiona do ludzi zarządzających tym nieszczęsnym miejscem, ze gdy zobaczyłam taki oto znak
 to od razu odebrałam go jako „Spuść psa ze smyczy”. Moze byc wiele wariantow z ktorych wiele bedzie poprawnych jak np "Nie chodz gdy pies siedzi".
Spacerując bardzo urozmaicona plaza na której są odcinki kamieniste, skalne oraz bardzo miałkiego piasku można natknąć się na ukryte niebezpieczeństwo. Wraki starych statków handlowych do dziś straszą oraz wzbudzają zainteresowanie. Na wszelki wypadek wchodząc do wody zakładaliśmy wodne buty.
Nasze poczynania na plaży obserwował przedstawiciel tutejszej niezbyt bogatej fauny. Chipmunk grubasek wielokrotnie wskakiwał na leżący pień drzewa aby z wysokości lepiej widzieć co ludziska wyprawiają a wyprawiali różne cuda. Jedni wąchali kwiatki inni chcieli złapać motyla a inni obiektywami swych aparatów czekali aż właśnie on ustawi się w doskonalej pozycji.
My szukaliśmy malutkich drzewek jarzębiny. Niby wszystko jest dostępne na amerykańskim kontynencie ale trzeba wiedzieć gdzie to znaleźć. Po naszych smutnych doświadczeniach z nasionami lubczyku sprowadzonych z Anglii przez Francję i wysianych na tutejszej glebie wolałam zdobyć roślinkę. Nasze usilne poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem i dwie malutkie jarzębinki zostały wsadzone do butelki z woda. Na noc pozostawiliśmy je na zewnątrz aby jak najdłużej przebywały w naturalnej temperaturze. Od razu na zakurzonej tylnej szybie auta wypisaliśmy przypomnienie.

35 komentarzy:

  1. Ależ śliczne zdjęcia dałaś!. A nieporozumienie wyszło niezwykle zabawne. Ciekawe czy się jarzębina u Was przyjmie. Niestety niezmiernie trudno jest wyhodować jakiekolwiek drzewo z nasionka. Kiedyś usiłowałyśmy z koleżanką wyhodować "paulownię"- takie ozdobne kwitnące drzewko - niestety, nic nam z tego nie wyszło.I teraz już wiem, dlaczego materiał szkółkarski jest tak drogi.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A niech to wszyscy diabli. Droga Anabell ja zaczne do szkoly rolniczej uczeszczac bo co posadze roslinke to zdycha. Zamiast naszego wymarzonego dzikiego ogrody mamy zbiorowa mogile kwiatow.
      To jest drugie podejscie do jarzebiny bo zeszloroczna padla trupem po trzech miesiacach. Jestem uparta i kiedys bede miala jarzebine, p. smieje sie, ze na cmentarzu. Podly dziad i tyle ale pomaga mi wytrwale w mych przedsiewzieciach. Obecna 10 centymetrowa jeszcze zyje ale jest to ostatni egzemplarz z czterech posadzonych.
      Jako rolnika to mnie niechwal ale zdjecia tez lubie.
      Dziekuje i pozdrawiam:)

      Usuń
  2. rozumiem, że mimo wszystko wycieczkę miałas udaną :))
    a z tymi flajami, to my też mieliśmy podobną przygodę nad naszym Bugiem. Komary w biały dzień wlatywały do głowy nosami i uszami brrrr, dobrze, że nie pojechaliśmy tam wieczorem, ale w sumie ten kawałek przyrody był przecudny :)
    całuski Wam przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aneto, jakos tak bezwiednie zamiast wycieczki mielismy podroz bo zamiast dwoch godzin jechalismy osiem w zupelnie inne miejsce.
      Czy udana? Tak tylko szkoda, ze o tym nie wiedzialam do pewnego momentu gdzie jedziemy.
      Bylo super i superowato. Gdziekolwiek sie nie wyrwiemy z domy jest po prostu wspaniale.
      Latajace potwory ulegly wschodowi slonca i przykre doswiadczenie skonczylo sie tak szybko jak sie zaczelo.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  3. Obsmialam sie, bo trzeba patrzec kierowcy na rece, a Ty poszlas spac:))) Masz szczescie, ze Cie nie wywiozl zupelnie gdzies w nieznane:)))
    Zdjecia piekne!!!!!!!!!!!!!
    A te jarzebine kiedys pewnie wyhodujesz, ja tam w Ciebie wierze:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet bym nie smiala kontrolowac takiego dobrego kierowcy, ktory zabiera mnie w nieznana podroz:)
      Troche dluzej ale z reka na sercu pisze, ze pomylka oplacala sie po stokroc.
      Jarzebina ciagle zdycha ale dziekuje ci za wiare w moje mozliwosci.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. sama bym nie uwierzyla, ze tak moze byc strasznie ladnie tam gdzie bylam.
      To miejsce az prosi sie o wizyte profesjonalnego fotografa aby mogl pokazac jak tam jest strasznie ladnie:)

      Usuń
  5. Zdjęcia TAAKIE, że te wielkie litery nie oddadzą mego podziwu dla ich formy, a również TREŚCI, bo dla mnie mają wielką wartość poznawczą - pokazują mi świetnie miejsca i ciekawostki, których nigdy nie zobaczę. I jak dobrze, że czytam blogi takie jak Twój, ponadto pisane ze swadą i humorem. Chwalę tak i chwalę, bo dawno nie komentowałam u CIEBIE, więc NADRABIAM ;)) Pozdrawiam WAS serdecznie spod Łodzi ( miasta Łodzi, o czym MY OBIE WIEMY) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale prosze cie bardzo nic nie pisz o moich amatorskich fotkach. To wcale nie moja zasluga a panujacego tam wszechobecnego uroku. Chce dzielic sie z wami moimi przezyciami z wizyt w ustronnych miejscach i jezeli to jest w jakis sposob strawne to jest mi bardzo milo.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  6. Zycze duzo powodzenia jarzebince i jej wlascicielce! Mase lat temu, gdy remodelowano plac zabaw w przedkszolu w ktorym pracowalam, zlitowalam sie nad moze 2cm modrzewiem, wykopalam i wsadzilam w ogrodzie. My my, alez zalowalam bo bardzo ladnie sie przyjal i wyrosl na kolosa zaslaniajacego mi widok na miasto. nie widze go juz trzeci rok ale slysze ze nadal rosnie jak na drozdzach. Piekne zdjecia, Ataner - z pozdrowieniami Serpentyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jarzebina dolaczy do mojej dlugiej listy zamordowanych roslin ale...
      Brzoze mam taka, ze wszystkim szczeka opada.
      Kupilam w polskim sklepie sierotke brzozke krotka na pol metra i po trzech latach mam taki wiechec, ze stalowa linka musze ja przytrzymywac aby nie wyrwala sie z gleby. Jest wysoka na dwa pietra i ma trzy korzenie glowne. Pod nia zasadzilam wrzos i jakiegos iglaka i takie towarzystwo przypadlo jej do gustu, rosnie jak na najlepszych drozdzach albo nawozach.
      Pozdrawiam bardzo serdecznie:)

      Usuń
  7. a myśłałam, że szał długich weekendów i zdziczałe tłumy to nasza narodowa specalność!
    swietne zdjęcia:)


    Blog o życiu & podróżach
    Blog o gotowaniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas dlugi weekend jest przedluzony o jeden dodatkowy dzien, niestety nie mamy tak dobrze jak wy, ze dlugi weekend trwa tydzien:)))))

      Usuń
  8. Witaj Ataner
    Z wielką przyjemnością przeczytałam Twój post
    Powiedz mi jak Ty to robisz,że najpierw obiecujesz p,że zawieziesz go gdzie zechce,a później w najlepsze śpisz w czasie drogi.
    Widoki przepiękne,ale niezbyt przychylne dla ludzi, surowe.
    A na pierwszym zdjęciu co to za gejzer wybił do nieba,czyżby fala odbiła tak mocno od skały?
    Bardzo spodobała mi się też Twoja interpretacja znaku z psem-niech psina sobie pohasa.
    Pozdrawiam serdecznie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teniu kochana, to lata wprawy co innego obiecuje a co innego robie i jak do tej pory nie stanelo to na ostrzu noza.
      Odnosnie zdjecia to czysty przypadek, udalo mi sie kliknac zdjecie w momencie kiedy woda odbijala sie od skaly:)
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  9. moj sasiad zza plotu co wieczor pali ognisko doprowadzajac nas do zawalu serca, dopiero wczoraj jego zona mu zabronila co skonczylo sie mala klotnia :) artdeco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My jednak jestesmy lepszymi palaczami ognisk bo nie klocimy sie ze soba:)))

      Usuń
  10. uwielbiam Twoje historie!! I widzisz- nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło:) wycieczka się udała, chociaz była w innym miejscu. No i te krajobrazy zapierajace dech w piersiach! Robisz piękne zdjecia, nie trzeba fotografa profesjonalisty!:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Miejsce jest rzeczywiscie bardzo ladne, miejsc wartych uwiecznienia na fotografii jest bez liku i staralam sie uczwycic ta atmosfere i jak widze chyba mi sie udalo:))
    Pozdrawiam serdecznie blogowiczke z Rzymu:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Najważniejsze jest wasze wspólne towarzystwo i gdziekolwiek pojedziecie, na północ, czy na południe, jest Wam razem dobrze. A gdy człowiekowi jest dobrze to robi takie piękne zdjęcia! I do czego doszliśmy? Do miłości, której Wam życzę i troszeczkę zazdroszczę! Trwajcie w tym stanie długo, abyśmy mogli z Wami obejrzeć jeszcze wiele pięknych miejsc.Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joasiu, na co dzien to moze tego tak nie widac, ale w sumie to chyba lubimy sie:)
      Nasze wyjazdy czasami przeksztalcaja sie w zwariowane przygody, plany planami a zycie pisze swoj scenariusz. Dobrze sie bawimy a to jest chyba najwazniejsze:)
      Buziaki:)

      Usuń
  13. to w sumie dlaczego był ten zakaz ognia?
    a miejsce czarowne !
    no i Joanna ( ta wyżej ) ma rację nie ważne gdzie ważne z kim !
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewaznie zakaz palenia ognisk polega na tym aby nie pozwolic pijanemu turyscie rozproszyc ognia w otaczajacych go lasach.
      W naszym przpadku nie wiem dlaczego taki zakaz zostal wydany stad nasze zdziwienie.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  14. Jedziesz z chlopem i niewiadomo gdzie sie obudzisz:)))Ubawilam sie musialam dwa razy czytac bo zdjecia tak mnie zauroczyly ze zapomnialam o wpisie:)

    Przepis na pszenny tutaj

    http://zycie-zagadka.blogspot.com/search/label/CHLEBEK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak. Nie moge powiedziec, ze nie ma w tym odrobiny mojej winy. Cos chlapnie sie ozorem bez wsparcia logistycznego a chlop tak na powaznie zabiera mnie w nieznane i daleko.

      Dziekuje zaraz wszystko przeczytam.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  15. Odpowiedzi
    1. Witaj Tirenko, bardzo mi milo, ze mnie odwiedzilas.
      Serdecznie pozdrawiam i zdrowka zycze:)

      Usuń
  16. Ataner, jak zwykle pamiętasz o mnie, nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy :-) mój klub w ogóle mnie nie wspiera i bardzo rzadko teraz się ścigam, niestety bez pieniążków się nie da :) Ale dziś było REWELACYJNIE, o czym zapewne za chwile poczytasz... Jesteś kochana, ja po prostu tak kocham swój rower, że cierpię jak nigdy, kiedy odbiera mi się możliwość ścigania :) buziaczki handbikerka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, ze o tobie pamietam:) Jestes moja ulubiona rowerowa blogerka, no przeciez wiesz o tym:))
      Ewa, klub cie nie wspiera, bo ci zazdroszcza. Swienie sobie poradzilas ze zbiorka pieniedzy na rower, przeprowadzono z taba wywiad do gazety, wystapilas w TV, to ich wkurza, ze nie blagalas ich o pmoc.
      Trzymaj sie, mam nadzieje, ze wszystko ulozy sie po twojej mysli, buziaki:)

      Usuń
  17. Mam nadzieję że jarzębina została zabrana do domu.......długi wpis ale warty był przeczytania..........ja zawsze jeżeli gdziekolwiek jadę to zawsze sama ...pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj na moim blogu:) Owszem, jarzebina zostala zabrana i posadzona, ogladam ja kazdego dnia z nadzieja, ze przezyje.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  18. A czy ta jarzebina to Wam rosnie w ogrodzie, przyjecla sie chociaz?
    Zdjecia tego postu - fantastyczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozyczko, poki co wyglada na zywa. Mam nadzieje, ze przezyje:)
      Teraz poluje na topole!

      Usuń
    2. Taka ze mnie ogrodniczka jak z koziej ...wiadomo co, nie na topole a na wierzbe:))))

      Usuń