piątek, 14 grudnia 2012

Rwanie w Orleanie

Widok Zatoki Meksykańskiej w nocy. Nowy Orlean widoczny po środku zdjecia. Tam gdzieś niewidoczna dla nas byla Ataner.
Jak na wielką damę przystało zrobiłam sobie popołudniową drzemkę przed nocą w Nowym Orleanie. Kiedyś było to na porządku dziennym bo upal Południa latem jest nie do zniesienia. Przebywając w klimatyzowanym pomieszczeniu nie czułam potrzeby ochłodzenia organizmu ale godzinka relaksu w pościeli jeszcze nikomu nie zaszkodziła więc dałam nura w pióra na godzinki dwie.
Odwieczny dylemat pięknej części ludzkości dzisiaj zamienił się w przyjemność. Nie mam pod ręką szafy i wygospodarowałam z podróżnej torby niby wieczorowy strój. Nawet jadąc pod namiot zabrałam buty na wysokim obcasie aby zdystansować się od codziennych sandałków i adidasów (po amerykańsku snickers). Noc rządzi się swymi prawami i wymaga specjalnego duchowego nastawienia i odzienia.
Na pierwszy ogień poszedł jazz. To nie ważne czy grają w knajpie sławy czy amatorzy, liczy się dobra muzyka i zadowolona widownia. Zespół gra tam gdzie klienci płacą za drinki i jakieś przekąski. W miejscu które widać nie było tłoczno za co byliśmy wdzięczni losowi. Wielką pomocą była pora niedzielnej nocy po której normalni ludzie powinni stawić się nazajutrz dzielnie w pracy. Moze w Nowym Orleanie, we francuskiej dzielnicy posługują się takim kalendarzem w którym nie ma poniedziałku i ulice tetnily życiem pomimo późnej pory. Specjalnie wyruszyliśmy w nocy (czytaj pospałam dłużej niż miałam zamiar) aby od razu doznać urokow niezapomnianej nocy.
Nie jestem wielbicielem jazzu ale przecież wypada wpaść do takiego miejsca gdzie większa część ludzi tam przebywających uważa się za koneserów trąbki i tarki. Początki jazzu były tak występne obyczajowo jak początki  rock'n'rolla. Być może niefortunny stolik albo przerośnięte ego trębacza sprawiły, ze jego solówki były tak natarczywe i głośne, ze wytrzymaliśmy tylko przez dwie margarity.
Było fajnie ale nieznośnie drażniąco. Pożegnaliśmy więc Maison Bourbon i daliśmy ponieść się rozradowanemu tłumowi do innego przybytku kultury. Już w ciągu dnia zauważyłam, ze dużą popularnością cieszył się Krazy Korner. To klubo-knajpa na rogu ulic Bourbon i Świętego Piotra. Niezłe skojarzenie burbona i świętego. Co by nie mówić o grze slow to chciałam tam wskoczyć na jednego. Miejsce musi być odjazdowe bo pośród zadym na tym rogu zaginęła nawet tablica z nazwą ulicy. Po drodze kuszące światła wystaw rozswietlaly niedzielną noc. Wiele miejsc rozrywki nierzadko intymnej kusiło ogłoszeniami i skąpo odzianymi panienkami stojącymi w drzwiach wejściowych do miejsc chwilowych zachcianek. Trzymałam mojego niewiernego towarzysza skorego do zapomnienia po co tu przyjechał udając, ze bruk nierówny, ze kałuże i itd.
Opierając się urokom girlasek doszliśmy do szalonego rogu (ulicy) jak można dowolnie przetłumaczyć nazwę tego miejsca. Co tu się działo nie zmieściło się w moim aparacie fotograficznym. Powinnam napisać, ze od razu zaakceptowałam atmosferę, zespół i wspaniałą barmankę. Jak przeczytacie, ze papierosy nie są już modne w Ameryce to tutaj palił każdy ale nie było gęstej mgły zalegającej źle przewietrzane pomieszczenia. W szalonym kąciku na rogu królował classic american rock i nie było ani jednego wolnego miejsca przy stolikach. Dzięki bystremu jeszcze umysłowi p. zasiedliśmy przy barze na jedynych dwóch wolnych stołkach. Wysokie stołki barowe nie zapewniają nawet 1% wygody ale bez żadnego sprzeciwu organizmu spędziłam na nim następne trzy godziny podczas których wydarzylo się więcej niż przez rok bywania w nudnych klubach. Chyba kocham Nowy Orlean! Kocham Nowy Orlean nocą! Klub nie był ładny, nie był brzydki, taki zwykły jak setka spotykanych na całym świecie. Jego główną atrakcją był zespół muzyczny. Perkusja, dwie a czasami trzy gitary i wokalistka z wokalistką. Niby nic dziwnego ale jednak oddaje im cześć. Grali non stop albo jak kto woli bez przerwy. Dokładali do pieca coraz więcej wraz z upływem godzin. Wokalista, co było widać bez specjalnego przygladania się, był na dragach ale nie oszczędzał się, dawał z siebie wszystko jakby jutro już nigdy nie miało nastąpić. W dłoniach trzymał mikrofon na stojaku i kiwał się pół kroku do przodu i pół kroku do tylu. To wszystko co jego odurzone ciało mogło wydać z siebie. Głos miał niski i zmysłowy ale trochę za płytki jak na moje szczególnie wyczulone ucho. Tak było na początku ale dzięki zbawiennemu oddziaływaniu margarity na moje zmysły później tego już nie zauważałam. Wokalistka była odziana w przylegające do jej powabnych kształtów chusty i kolorowe ciuchy. Kto nie był w USAnskiej knajpie gdzie grają rocka nie wie jak amerykanie są oddani swej muzyce. Tak samo jak w radio tak w knajpach usłyszysz te same kawałki które wszyscy znają na pamięć. To co podoba mi się najbardziej to reakcja widowni na piosenki grane przez zespól. Ci którzy mogą to śpiewają bo słowa zapadły w dusze słuchaczy już dawno temu. Gdy dźwięki „Hotel California” wypełniły jeszcze przed sekundą pustą przestrzeń pomiędzy słuchaczami a wykonawcą wszyscy zaczęli wtórować zespołowi swymi przepitymi glosami. Zawiązywała się więź o jakiej nie jeden wykonawca na scenie zabiega bezskutecznie. Tutaj wszystko grało i wspolgralo do momentu gdy siedzący obok mnie p. wycedził przez zęby tak niby mimochodem aby nikt nie usłyszał.
- Ku.wa mam rwanie. - Oczami przewracał w taki sposób, ze obawiałam się czy przypadkiem nie ma zaburzenia błędnika. Po chwili zaskoczyłam o co mu chodzi. W bardzo intymnej bliskości p. stal młody, cudownie umięśniony młodzieniec w zaobcislej błękitnej podkoszulce i dżinsach. Ładna twarz okolona krotko i schludnie przystrzyżoną fryzur
ą krzyczała seksem skierowanym w stronę mego jedynego p. No tego jeszcze nie widziałam na własne oczy i chciałam z wielka satysfakcją poprzyglądać się jak dalej potoczą się wydarzenia. Jednak błagające o pomoc oczy p. nie pozwoliły mi na zobaczenie końcówki. Wypielam swój osobisty i nienadmuchany biust, wyjęłam szminkę z torebki po to aby zamaszyście umalować usta. Odrzuciłam lekko już oklapłe włosy do tylu i odcisnęłam perwersyjny, długi i zmysłowy pocałunek na ustach p., chłoptaś zdegustowany moim wyczynem zniknął w towarzystwie innego faceta.
Kolejna margarita zaszumiała mi w głowie na tyle, ze chciałam poszaleć na parkiecie którego główną atrakcją była para odbywająca stosunek niby-plciowy w kompletnym stroju. Zespół przygrywał a on i ona wykonywali bardzo intymne ruchy wzbudzając nikle zainteresowanie widowni. Jednak pewna pani z pewnym panem zaprzątnęli mą uwagę bez końca. Ona tańczyła obok stolika przy którym siedział gość w kapeluszu, takim a la mafiozo i bawił się telefonem. Malo uwagi poświęcał poświęcającej się erotycznemu tańcu podstarzałej kobiecie. Co pół godziny niestrudzona w uwodzeniu tancerka przychodziła do baru aby zamówić dwa kolejne drinki. Facet wypijał alkohol i bawił się telefonem gdy babka wyginała się i muskała jego uda i inne części ciała znudzonego samca.
Dostałam zdecydowaną reprymendę od tego z którym związałam się na resztę życia i w odwecie zamówiłam następną porcje odurzacza umysłowego. Nici z tańca dzisiaj w tym miejscu ale przecież to nie koniec nocy. Nie mogłabym pochwalić się pobytem w Nowym Orleanie odwiedzając tyko dwa miejsca nocnej rozrywki. Goodbye Krazy Korner idziemy dalej bo świat należy do odważnych. Wczepiona w ramie p. omijałam przeszkody piętrzące się na drodze do kolejnego klubu. Ile ich było nie pamiętam. Też miałam rwanie (filmu) w Orleanie.
  Za to „dożynki” pamiętam dokładnie. Biedny p. pil niewiele bo musiał odwieźć wstawiona żonę do motelu ale już nad ranem gdy dotarliśmy do ostatniego przystanku razem przeżyliśmy szok. Ja, jak przez cala noc zamówiłam margarite aby nie mieszać alkoholi a p. piwo którego nigdy nie pija. Kelner przyniósł szklaneczke wspanialej margarity dla mnie i dwie butelki piwa dla p..
- Nie chce dwóch, zamówiłem jedno. - Skwitował nadgorliwość kelnera mój chłop.
- Nie przejmuj się. - Odpowiedział nienaturalnie trzeźwy jegomość. - Masz dwa w cenie jednego. - Podejrzewałam,
że o tej porze pracowała już pierwsza zmiana. Tutaj tez grali z pasją.
Nazajutrz obudziłam się bez kaca i zmęczenia po tak intensywnie przyswajanej kulturze prawdziwie francuskiej osady na kontynencie amerykańskim. 
Teraz przyszedł czas na krótkie podsumowanie naszego pobytu w wyśnionym Nowym Orleanie.
Pomijając pewne niedogodności i okropności to z wielką przyjemnością powrócę tam jeszcze sto razy!!!

21 komentarzy:

  1. Ależ się u Ciebie dzieje, ja też za jazzem nie przepadam ale w Nowym Orleanie byłoby grzechem nie posłuchać.
    Na filmach nieraz widziałam ludzi tańczących na takich balkonach w N.O. czy w rzeczywistości też tak jest ?.
    ŚCISKAM Cię i pozdrawiam Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakze mogloby obejsc sie bez ludzi na balkonach, na czwartym i piatym zdjeciu sa nawet dosc dobrze widoczni. Kluby czy restauracje czasami sa dwupoziomowe i zabawa toczy sie na gorze i na dole. Dzieki cieplemu klimatowi Luizjany balkony ciesza sie duza popularnoscia wsrod konsumentow. Taki wlasnie jest NO i to co widzialas na filmie jest prawdziwe.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Dzięki za wyjaśnienie :) mam nadzieję że wypoczywasz :)

      Usuń
  2. Pewnie nigdy nie zwiedzę Stanów Zjednoczonych , tym bardziej Nowego Orleanu, fajnie było poczytać udokumentowaną relacje z Waszej eskapady. Jazz jest dla koneserów ja za nim nie przepadam , choc czasami słucham w dobrym wykonaniu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez nie zwiedze calej Ameryki bo to jest po prostu niemozliwe. Moje eskapady moga jedynie przyblizyc pewne okolice i jezeli ci to odpowiada to zapraszam na wiecej opisow tego wspanialego kraju.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Dobra relacja, Ataner, dajaca obraz jak to inni ludzie musza sie meczyc po nocach; Jak Ty wole rock od jazzu i lubie margarite. Serdecznie Cie pozdrawiam - Serpentyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze to napisalas ale ja jednak wole byc zmeczona nocna hulanka niz padac na twarz po pracy.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. :)Rozczarowałaś mnie Renatko w miarę czytania widziałem znajomą blondynkę w "małej czarnej" a na dłłłłłuuuuuggggiiiccchhhh nogach wyyyyyyssssoookkkiiee szpilki. Potem sam sobie wytłumaczyłem przy tak intensywnie spędzonej nocy było by to bez sensu. Nucę blusa......... amerykański luz i juz.:):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szpilki przylgnely do mnie na cala noc i nie stracilam fasonu pozbywajac sie ich by dreptac w rajtuzach.
      Dzis dzdzy jesiennie i nie zapomne wychylic jedna margarite aby nie wypasc z formy:)))))
      Usmialam sie do lez twym komentarzem. Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. :)To skutki margerity. Ja dzisiaj tak dla zdrowotności, degustowałem malinówkę.Nie niebyła słodka,po trzecim poczułem, że wczoraj wiał w górach halny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Ataner! Twoja relacja z nocnego Orleanu jest wprost szampańska! Ty w wyczuwalnie świetnym nastroju, emanująca humorem, błyskotliwością i radością zycia. My - czytelnicy - przejmujący to od Ciebie i bawiący sie razem z Tobą na kolorowych, tętniących życiem uliczkach Orleanu, w tych pełnych jazzu knajpkach i w tych zwariowanych, nocnych lokalach przepełnionych dziwacznymi osobnikami na rauszu czy haju.
    Nowy Orlean w Twojej opowieści naprawde wart jest grzechu!
    Nawet i jazzu bym chętnie teraz posłuchała, byleby jeszcze bardziej wczuć sie w ten klimat, w tą magię...
    Pozdrawiam bardzo serdecznie i dziękuje za tę wirtualną podróż do jednego z najbardziej niezwykłych miast Ameryki!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie nocne zycie kryje w sobie wiele urokow. Nowy Orlean, to miasto nastawione na turystow i zarowno za dnia jak i noca jest tam bardzo ciekawie.
      Troszke szokuje swoboda obyczajowa ale widac, ze ludzie to lubia i akceptuja do ktorych i ja sie zaliczam.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  7. Przyznam, ze jazzowy poczatek to jest to, co lubie najbardziej, ale potem...potem po prostu szalalam z Wami! Jak zawsze, gdy tak soczyscie opisujesz, widze i czuje wszystkie tamte klimaty. Oj, chyba chwile byłam nawet z Wami, bo skad bym miala pod ręką butlę rumu? Piję go z herbata, ale wlalam ciutke wiecej i zasmakował mi wyjatkowo! Może nie dojdzie do tego, ze zaspiewam.:::-)))))(tylko troche mi sie dwoi)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadnij skad wiem jaki rum pijesz. Na taka pore roku rum z herbata dziala lepiej niz aspiryna.
      Jest to sprawdzony lek od wiekow:)
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  8. przerwa pomogla, wrocilo wszystko do dawnego porzadku; nasze turystyczne zycie konczy sie okolo 22 wiec nigdy nie przezylam nocnych eskapad, zaczne chyba zalowac :) artdeco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem nocnym Markiem i prawdziwe zycie rozpoczyna sie dla mnie o 21 a kolacje jadalabym najchetniej o 23 co bardzo czesto czynie:)
      Wiec dla mnie szalenstwo nowo-orleanskie nie bylo obciazeniem dla mojego organizmu.

      Usuń
  9. Zatoka Meksykańska lśni niczym konstelacje na niebie. Super relacja :-) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdjecie satelitarne jest niesamowite nawet nie przypuszczalam, ze jest az tyle tych platform wiertniczych widocznych z brzegu.
      Usciski Dominiko:)

      Usuń
  10. Szampańska noc Renatko i nie ma co się dziwić jeśli w Orleanie, z ukochanym i z margaritą. Podoba mi się ten luz, przydałoby się w Polsce chociaż jedno takie miasto ale obawiam się że klimat nie pozwoli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Nowy Orleanie, zycie plynie jakos wolniej, nikt sie nie spieszy. Wszyscy sa usmiechnieci i zadowoleni po prostu kazdy nastawia sie na dobra zabawe.
      Mysle, ze i w Polsce sa takie miejsca szczegolnie w duzych miastach, tylko tego usmiechu troszke mniej a szkoda.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń