piątek, 14 marca 2014

Schabowy po kubańsku.

Przed sylwestrową nocą postanowiliśmy zapoznać się z terenem naszego jutrzejszego szaleństwa aby nie było rozczarowań i późniejszych narzekań w stylu „a nie mówiłam/em”. Pogoda zupełnie nie nastrajała do optymistycznego patrzenia na świat ale jak widać wielu miało zupełnie odmienne spojrzenie. 
Krótki rekonesans był dość uciążliwy bo ruch na nad oceanicznym bulwarze był duży. Taksówki i autobusy wycieczkowe podjeżdżały pod hotele przywożąc ostatnich chętnych na zarezerwowane miejsca.
 Ilość restauracji wydawała się dostateczna bo hotele usytuowane wzdłuż nadbrzeżnego bulwaru były prawie przyklejone bocznymi ścianami.
Aby zrobić zdjęcie z odrobiną przestrzeni przed maską auta jechałam wolniej niż inni powodując całkiem niezły korek za naszym samochodem.
Nie lubię takich sytuacji ale czego nie robi się dla siedzącego obok mnie fotografa. Jak już wiecie mieliśmy dwa miejsca do wyboru i każde z nich oferowało odmienne atrakcje na sylwestrową noc.
Miami to miasto tętniące życiem w ciągłej rozbudowie i jazda po nim w godzinach szczytu może być uciążliwa.
Zbliżała się pora lanczu więc rada w radę postanowiliśmy uciec do Małej Hawany (Little Havana) na degustację kubańskiej kuchni.
Little Havana to zespół ulic zamieszkiwany przez kubańskich uchodźców w południowej części Miami. Poszukiwania najsławniejszej restauracji serwującej kubańskie potrawy najłatwiej rozpocząć i zakończyć w internecie. Tak też zrobił p. podczas jazdy z centrum miasta. Wybór był oczywisty, najbardziej rozpoznawalną knajpą był Wersal. Oczywiście żadna inna nazwa nie ma tyle wspólnego z Kubą i zabawa się rozpoczęła. Trafiona jak kulą w płot nazwa restauracji jawiła się niezgłebioną tajemnicą
- Wersal po kubańsku na amerykańską modłę. Ciekawe co oni tam serwują? - p. rozpoczął wyścig domysłów na temat wyglądu kelnerów w ubiorach w stylu Ludwika któregośtam oraz srebrnej zastawy. 
- Kryształów powinno być pod dostatkiem aby i woda sodowa ładnie się skrzyła. - Dodałam bo o szampanie mogłam pomarzyć gdyż znów byłam kierowcą
Biało-kremowy budynek z zielonymi markizami wyglądał schludnie i burczenie w brzuchu wzmogło się gdy okazało się, ze nie ma miejsca na parkingu ani przed samą restauracją ani przed firmową piekarnią. Dzięki przezorności właścicieli był dodatkowy parking na tyłach restauracji. Kilka kroków dobrze nam zrobi na trawienie i już jesteśmy przed wejściem do restauracji. Tłok tutaj jednak taki, że nawet nie da się wcisnąć do środka. Chmury na obliczu męża nie zapowiadały sielanki w zaciszu restauracyjnego pomieszczenia. Ocierająca się o siebie gawiedź szturmowała wąskie wejście i jak to w takich przypadkach bywa ani wyjść ani wejść. 
- Pozwólcie im najpierw wyjść. - Rozległ się ogłuszający głos jakiegoś sfrustrowanego typa tuż za mną.  Aż skuliłam się odruchowo bo huk zagłuszył nawet moje myśli. Donośne rozporządzenie dało efekt tak jakby tłum potrzebował przywódcy. Znam ten głos ale wolałam nie przyznawać się do znajomosci z jego włascicielem. Zrobiło się luzniej w przejsciu i zostałam wepchnięta do Wersalu. Wersalu?????????
- Stolik dla dwojga. - p. zadeklarował w ten sposób chęć spożycia lanczu właśnie w tym miejscu. - Przy oknie. - Burknął do siebie pod nosem po polsku. Kobieta która miała rysy hindusko-latynoskie zapisała nasze nazwisko na już dokładnie zagryzmolonej karteluszce. 

- OK – Odpowiedziała bez najmniejszego nawet uśmiechu bo niby z czego się cieszyć gdy jest się potrącaną przez setkę bioder na pięć minut. Z mojej wysokości niewiele widziałam bo roślejsze typy przesłaniały mi horyzont i nie wiedziałam w którą stronę się udać. p. również stał oczekując na dalsze instrukcje lub poprowadzenie do stolika. Tłum dzięki temu zagęścił się jeszcze bardziej jeżeli w ogóle było to możliwe. - Idźcie do kolejki. - Po chwili zaskoczyła hostessa. Lekki ruch jej głowy wskazał kierunek. Podążyłam wzrokiem właśnie tam ale niewiele mogłam dostrzec oprócz wygłodniałej ciżby. p. ruszył we wskazanym kierunku z rozdziawioną ze zdziwienia paszczą. Moja torebka opierała się na plecach p. lub bardziej na jego czterech literach aby nie zgubić tropu a ja parłam na przód nie pozwalając na wtargniecie pomiędzy nas jakieś obcej istocie. Wszystko to odbywało się w wąskim korytarzu oddzielającym restaurację od cukierni. Gdy dotarliśmy na koniec kolejki bez końca, miny nam zrzedły. 
- Będziemy tu stać przynajmniej godzinę! - Po dziesięciu minutach ktoś zemdlał w kolejce albo dostał zawału serca bo poruszyliśmy się o krok do przodu. Teraz mieliśmy podgląd na salę restauracyjną gdyż litą ścianę zastąpiły małe szybki od podłogi do sufitu. Tuż obok nas przyklejone było menu aby oczekujący mogli uprzyjemnić sobie czas przestępowania z nogi na nogę i wybrać potrawy. Widok z przeciwnej strony przeszklonej ściany musiał być wyjątkowo przykry. Wyobrażałam sobie jak siedzę przy pierwszym lepszym stoliku, bo o tym przy oknie nie było mowy i patrzę na głodnych ludzi oblizujących ślinę na widok jedzenia które wkładam do ust. Wersal. Zaczęliśmy czytać ofertę restauracji. Hamburger z frytkami pojawiał się wielokrotnie z różnymi dodatkami. Kawałek mięsa pod nazwą stek też walczył o palmę pierwszeństwa na liście. 
- Same kubańskie potrawy, nieprawdaż? - Oj, joj tyle jadu w tak krótkim zdaniu nic dobrego nie wróżyło. Dodatkowo to „nieprawdaż” które nie gościło na ustach męża od przynajmniej dziesięciolecia. - Zobacz jak to wygląda. - Tak oddzielnie i z dużą przerwą pomiędzy nimi, wypowiadane słowa przypominały bardziej szczekanie psa niż ludzką mowę. Wyostrzyłam wzrok na kilka metrów w dal i Wersal zniknął jak sen przy dzwonku budzika. Zwykłe stoły pomalowane farbą łuszczącą się i tu i tam bez obrusów a krzesła o jakości gorszej niż w sklepach z artykułami z drugiej ręki. Od razu ślina do której jestem przyzwyczajona od lat zmieniła swój smak na cierpki i tkwiła pomiędzy językiem a podniebieniem nie wiedząc w którym kierunku ma się udać. Tu popełniłam błąd z konsekwencjami. Spojrzałam na p. z kwaśną miną i w tym momencie zostałam uprowadzona z restauracji. Unosiłam się lekko ponad ziemią bo p. trzymał mnie pod pachy i wyprowadzał jak pijaka na ulicę
- Oszalałeś! - Krzyknęłam nie zwracając uwagi na to, że popycham ludzi jak taran i ani myślę aby za to przepraszać. Przecież to nie moja wina, że mój mąż zmienił zdanie i natychmiast chce opuścić to pomieszczenie. Nikt się za mną nie ujął i nie złajał małżonka, zostałam wypchnięta poza tłum i znaleźliśmy się na zewnątrz. 
- W dupie mam taki Wersal, nie będę czekał na stolik w dworcowej. - Wnętrze auta było jeszcze chłodne co wskazywało, że nie spędziliśmy dużo czasu poza nim. 
- Pojedziemy do innej bo knajp w Ameryce nie brakuje. - Chciałam protestować i wygarnąć, że to najlepsza knajpa w mieście ale sumienie mówiło „nie przesadzaj” i  zupełnie przygnębiona czekałam na ciąg dalszy. W sumie to p. miał rację bo hamburgera i frytki można zjeść na każdym rogu i nie trzeba jechać aż do Miami aby przekonać się, że smak nie wiele różni się od tego serwowanego w McDonaldzie w każdym zakątku świata. 
- Mam, jedziemy do La Rosa! 
- Dobrze ale którędy. 
- Wyjedz z parkingu i zaraz w lewo. Potem w prawo i na dużym skrzyżowaniu w prawo i będzie po lewej. 
- To gdzie mam jechać? - Za chwilę zacznę się denerwować bo opis jest taki jak „wedle kapliczki pod koniec dnia skręć lekko w stronę zachodzącego słońca”. Jednak dotarliśmy na miejsce po pięciu minutach i zaparkowaliśmy auto zaraz obok stolika pod parasolem. Cień parasola kładł się na ścianie budynku i nie dawał schronienia przed słońcem trzem mężczyznom w garniturach. Jeśli to Kubańczycy to i tak marzną w takiej temperaturze. My zdecydowaliśmy się na wejście do środka. Tutaj z kolei oprócz nas były jeszcze dwie osoby nie licząc tych siedzących na zewnątrz. W internecie na pięć gwiazdek jako najwyższa ocena konsumentów, restauracja miała ich 4 i pół. 
Do stolika ze śnieżno białym obrusem z małą ale widoczną plamą zaprowadził nas starszy jegomość. Kręcone włosy przyprószone siwizną i ogorzała twarz o latynoskich rysach mogłyby wskazywać na pochodzenie z zakazanej wyspy. Od razu pojawił się młody kelner z kartą win. 
- Oczywiście jakżeby inaczej. Nachlaj się przed obiadem to nie będziesz wiedział co jesz. - p. jest dzisiaj jakiś mało delikatny przeszło mi po głowie. 
Zrozumienie w czasie wędrówek to konieczność. Jak pijemy to oboje a jak jedno ma szlaban na alkohol bo kieruje to drugie też nie pije. Nie wynika to z szalonej miłosci lub dobrze pojętej solidarności lecz z zależności od środka transportu i jego operatora. Nigdy nie wiadomo co w czasie jazdy może się przytrafić kierowcy i pilot zawsze musi być gotowy na zastępstwo. Odmówiliśmy z bólem serca i zamiast alkoholu mnie przypadła coca-cola na lodzie a p. prawdziwe słodkie espresso. Karta dań zwykle jest tak zawile napisana jak rozprawa o wybuchach na 19 słońcu jeszcze nie odkrytej galaktyki. Za wszystkie diabły na tym i innym świecie po nazwie dania nie zgadniesz co ono zawiera lub wielokrotnie trudno się domyślić z czego jest zrobione. Pomoc kelnera jest nieodzowna aby rozszyfrował kilka linijek napisanych znajomym nam przecież alfabetem. 
- Poprosimy o coś prawdziwie kubańskiego. - Młody kelner patrzy na nas podejrzliwie jakbyśmy poprosili go aby rozebrał się do naga. 
- Coś co jest bardzo popularne na Kubie. - Z promiennym uśmiechem p. drąży temat. Aby zachęcić kelnera do współpracy p. podtyka mu menu aby lepiej przyjrzał się sześciu stronom zapisanych drobnym maczkiem. Część tego maczku była nawet tłustym drukiem. Dobrze mieć w zanadrzu nieznany język do porozumiewania się w drastycznych sytuacjach. Tutaj akurat zarówno polski jak angielski uchodziły za języki obce i nieznane. Na chłopski rozum biorąc to Kuba jest wyspą oblaną oceanem ze wszystkich stron. Dostatek plaż powinien zaowocować łowieniem i spożywaniem dóbr których jest pod dostatkiem w wodzie. Spodziewaliśmy się jakieś super ryby której w Miami nie powinno brakować albo coś w rodzaju biednego placka z kukurydzy na wzór kuchni meksykańskiej. Kelner patrzy i patrzy a zrozumienia tematu nie widać na jego obliczu. 
Bryzol cielęcy w sosie własnym z frytkami i coleslaw. To wskazał jako przysmak kuchni kubańskiej. p. rzucił się na oparcie krzesła jak rażony piorunem z palca Merlina i prawie nie złamał oparcia krzesła. Co
ś chrupnęło ale nie był to jego kręgosłup. Patrzę co wskazuje palec kelnera i oprócz dania widzę również cenę $49.99. Palcem robiona nie jestem i na takie chwyty nie dam się nabrać aby zamawiać jedno z najdroższych dań. Można o mnie wiele złego powiedzieć ale nie to, że brzydko się wyrażam. Nie przeklinam bo nie mam tego we krwi i wraz z upływem lat na tym ludzkim padole nie wykształciłam takiej potrzeby. Nie bluźnię i kurwa mać nawet za pięćset złotych bym nie powiedziała ale właśnie teraz chciałam aby to powiedział p. który od łaciny nie stroni. Pąs nadciśnienia zakwitł na obliczu biesiadnika który wdał się w dyskusję z przemiłym idiotą kelnerem. Po chwili dłuższej lub krótszej niż normalna chwila wynikło, że wszystko co jest w karcie jest kuchnią kubańską. W myślach prosiłam i błagałam p. aby nie ciągnął tego tematu bo nie ma potrzeby i ja już mam dość zwiedzania rubieży rozkoszy podniebienia ale na litość boską zamówmy coś do zjedzenia bo zacznę gryźć pazury. Rozłożeni na łopatki i pokonani knock-outem zjedliśmy ośmiornicę i jakieś mięso bez emocji i wzruszeń. Najważniejsze, że to wszystko było prawdziwą i niepowtarzalną kuchnią ludzi zamieszkujących Kubę a serwowane w USA. 
- Zróbmy tak. - p. przytknął palec do warg i wzniósł wzrok w stronę sufitu gdy już uporaliśmy się ze zwykłym żarciem w zupełnie amerykańskiej knajpie. - Raz w miesiącu będziemy jeść jak Kubańczycy. Będziemy świętować bogatą w smaki kuchnię kubańską. Co ty na to? - Ośmiornica właśnie zaległa w dobrym miejscu żołądka i nie miałam zamiaru obecnie zgadywać jaki podstęp planuje p.. O tym, że planuje podstęp nie miałam żadnych ale to żadnych wątpliwości. Cierpliwie czekałam co wymyślił i błogi nastój ociężałości po jedzeniu sprawiał, że jego słowa jakby dobiegały z daleka, z bardzo daleka. - Przyrządzisz schabowego w panierce, ziemniaki polane tłuszczem z patelni i kapustę. Taką zasmażaną na słoninie. - Ciągle błogi nastrój trwał bo fantazja p. równała się z moim dniem powszednim. - Usiądziesz sobie przy stole a ja podam ci kubańskiego schabowego. 
- A ja co? Mam założyć czarną bluzkę z głębokim dekoltem, czerwoną spódnicę i różę we włosy aby stać się twoją señoritą? - No wiadomo, mam zrobić cały obiad i wystroić się na deser. Od razu szare komórki obudziły się z letargu. 
- Nie, nie musi być aż tak dokładnie aby było po kubańsku wystarczy, że założę słomkowy kapelusz i zapalę cygaro.

20 komentarzy:

  1. nasza wizyta przez ciagle ulewy nie zostawila najmilszych wrazen, a o restauracyjnej przygodzie wiesz. Miami jest za bardzo rozkopane. Ja nie przeklinam w obecnosci innych, wiec S mysli, ze nigdy tego nie robie, ostatnio myslac, ze jestem sama w domu wylalam moja frustracje na odkurzacz rzucajac epitety na lewo I prawo co calkowicie zszokowalo starego, ktory wrocil do domu, stanal I sluchal :) artdeco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniec roku to przeciez pora deszczowa na swiecie wiec w Miami pada deszcz a u nas śnieg, nam z pogoda udało się jak nie wiem co bo tylko raz dżdżyło przez piec minut.
      Oto przyklad, ze zony nie wolno zaskakiwac:))))) bo nie wiadomo co uslyszy lub zobaczy maz:))))
      Pozdawiam:)

      Usuń
  2. P. ma racje! Zamiast tloczyc sie w knajpach o wygladzie baru mlecznego z PRLu lub pchac w siebie qasi-kubanskie specjaly za piec dych od twarzy, zrob tego schabowego z kapusta, a nawet zaloz czerwona spodnice.
    Bedzie i taniej, i smaczniej. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie wybralismy tak drogiej potrawy. Chcielismy sprobowac kubanskich specjalow ale okazalo sie, ze guzik z tego. Glod sprawia, ze zjesc mozna nawet byle co a czekac juz dluzej nie moglismy. Do dzis nie wiem co jadaja Kubanczycy oprocz amerykanskich potraw.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Ja bym nawet nie próbowała wejść do tak zatłoczonej restauracji, nawet gdybym była głodna. Takiego wręcz horroru nie przeżyłam jeszcze. Wolałabym w domu zrobić schabowego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny schabowy w naszym domu na pewno bedzie przyrzadzony na kubanski sposob opisany w poscie:))))
      W porze obiadowej z reguly trzeba troszke poczekac co uznaje za rzecz normalna ale nie wyobrazam sobie jedzenia w obskornym miejscu.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. I co poradzisz,że my mamy schabowego we krwi :-)))
    Nie lubię owoców morza a ośmiornic w szczególności... brrr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Schabowy to istny klasyk ktorego trudno pokonac innym potrawom. Ośmiornicę zawsze traktowalam z obawą do momentu gdy w greckiej restauracji odwazylam sie na takie wlasnie danie. Do dzis nie moge znalezc lepiej przygotowanej i smaczniejszej osmiornicy. Dlatego gdy jestem gdzies w nadmorskim miescie to zawsze mnie kusi aby spróbować czy przypadkiem właśnie tam nie mają jeszcze lepszej. Bardzo lubie wszelakie robactwo zamieszkujące słone wody ale nie lubie przerażonego wzroku p. ktory woli kawalek miesa z sałatką.
      Sposobów przyrządzania potraw jest wiele i niektórzy nawet schabowego potrafia zle przyprawić. Kuchnia to miejsce gdzie oprócz przypraw dodaje się jeszcze trochę serca i talentu.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Ha, od schabowego bardziej wolę ośmiornicę w rybnym zaprzyjaźnionym widziałam, nawet się zastanawiałam czy kupić, tyle że się boję bo nie bardzo umiem przyrządzać by nie była gumowata, ale znam siebie kupię i spróbuję na pewno. :) U mnie jest podobnie, mąż nie lubi darów morza czy innego oceana a ja uwielbiam a szczególnie krewetki, u nas wściekle drogie. Ale też i nie podobnie - bo steków schabowych nie je wcale. Jadąc przez Polskę często przystajemy w jakimś przybytku restauracyjno barowym usiłując znaleźć najlepszy z możliwych i tak mamy kilka miejsc kuchni z sercem i tam się zatrzymujemy. Nie dziwię że Wam się nie podobał ten tłum i byle co. Za 500 też nie kupię no chyba żeby było sporo grudkami złota obrzucone. :) Kubańskiej kuchni chętnie bym spróbowała oj chętnie ale takiej z sercem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z osmiornica to trudna sprawa. Mnie rowniez czasami wychodzi "guma" ku uciesze domownikow. Nie wiem gdzie tkwi blad i dlatego wole juz narzekac na restauracje niz moje zdolnosci kulinarne.
      Ja rownez chcialabym sprobowac kubanskiej kuchni ale do tej pory nie udalo mi sie chociaz bylam w prawdziwie kubanskiej knajpie.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Są polskie ruskie pierogi, może być i schabowy po kubańsku. A chińskie jedzenie w Polsce nawet nie leżało koło chińczyka. Ale przygoda była i post cudny powstał więc warto było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powolutku wyleczam sie z eksperymentow z etnicznymi kuchniami. Znalezc dobra chinszczyzne wydaje sie niemozliwe, tajska kuchnia piecze w jezyk tak bardzo, ze sztywnieje i trace smak, meksykanska jest monotonna a kubańskiej chyba nie ma:))))
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. a znany problem i u nas w pl , kiedyś oglądałam program Geslerowej pierwszą edycję ( restauratorzy zapraszają ją by zrobiła rewolucję i wskrzesiła upadające knajpy ) no i ona tam właśnie poruszała temat "menu lokalne " dziwiła się że knajpa nazywa się jakoś tak regionalnie ma dostęp do świeżych produktów np nad morzem a nie serwuje ryb ! to chyba jakaś norma :-) i jak ktoś wyżej napisał u nas chińszczyzna nie ma nic wspólnego z Chinami ;-) albo ryba po grecku o której grecy nie maja zielonego pojęcia ...a szkoda bo ja tez w knajpach wybieram lokalne żarełko żeby poznać , posmakować coś innego ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak też było w naszym przypadku bo w kubańskiej knajpce nie było nic kubańskiego oprócz kelnera. Czasami ponosimy porażki ale nie ma czego żałować, jedzenie było poprawne bo ciągle żyjemy i dobrym zdrowiem się cieszymy.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Chyba nie będzie innej możliwości, jak wybrać się posmakować kubańskich dań po prostu na Kubę.
    Z restauracyjnych "nieporozumień" jakiś czas temu przeżyłam jedno. Poszukiwano osoby do pracy w restauracji i pewien czarnoskóry manager wyraził swoje oburzenie, że śmiałam zgłosić się na to stanowisko nie znając się na kuchni somalijskiej. W Norwegii. W ogłoszeniu nie było o tym mowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)))))
      A tak z przymrużeniem oka to ciekawe jakie lokalne potrawy ma Andorra albo Lichtenstein?
      Uśmiechnięta po same uszy Ataner pozdrawia bardzo serdecznie:)

      Usuń
  9. Na regionalne potrawy to chyba już teraz trzeba specjalną wycieczkę organizować do regionalnej babci która gotuje na piecu, dla swojej rodziny, bo wszędzie indziej mieszanki międzynarodowe. Na niedzielny obiad u córki pojawia się suszi a u synowej kurczak według Jimmiego-Anglika.A ja wciąż w starych tradycjach, choć chętnie spróbuję i suszi i angielskiego kurczaka.
    Nadrobiłam choć trochę czytanie u Ciebie i przyznaję, że post o parasolu na Twojej głowie i że wcześniej siedział tam p.- tekst zrobił na mnie takie wrażenie, że nie mogę się otrząsnąć!!
    Podobno już wiosna, ale u mnie niewiele jej widać. Mimo to wiosennie, ciepło Was pozdrawiam!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas wiosny ciagle nie ma i z moim ciekawym szczęściem pewnie sopel spadnie mi na glowę:)))
      Z narzekaniem na brak wiosny poczekam do jej kalendarzowego nadejścia. Jak wtedy nie pojawi sie ciepełkiem i śpiewem ptaków to bede zła i marudna a teraz poki zima niech sypie i śniegiem nas zasypie.
      Póki co pozdrawiam zimowo i serdecznie.:)
      PS
      Jak mnie znow najdzie ochota na regionalne jedzenie to najbezpieczniej i najlatwiej bedzie pójść do McDonalda na frytki.

      Usuń
  10. Też bym była mocno zniesmaczona na Waszym miejscu! Monotonia posiłków w restauracjach na całym swiecie jest okropna i zniechęcająca do próbowania. A przecież niodłaczna częścia podrózowania i poznawania róznych kultur powinno być próbowanie narodowych specjałów. Obawiam się, ze po to by spróbowac tej prawdziwie kubańskiej musiałabyś poleciec na Kubę. Co swoja drogą jest jak najbardziej mozliwe i zycze Wam byście i na taką wyprawę sie kiedys powazyli! na któryms z podrózniczych blogów widziałam wspaniała relacje z kubańskiej wyprawy. I smaki tam właściwe były i zwyczaje i koloryt prawdziwy a nie jakieś podróbki.
    Tekst napisałaś z taką swadą i emocjami, że czułam sie jakbym była z Wami w tym Miami!***.
    Serdecznosci zasyłam z wiosennego Podkarpacia!:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dluzszy czas wyleczylam sie z etnicznych restauracji. Gdy przyjdzie mi ochota to sama przygotuje egzotyczna potrawe bo przepisow w internecie nie brakuje i smialo powiem (troche na wyrost), ze moje danie nie bedzie wcale gorsze od tego podanego w restauracji. Skladnikow w sklepach nie brakuje a jedynie trzeba poswiecic wiecej czasu aby rozkoszowac sie nieznanym jeszcze smakiem.
      Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń