piątek, 30 września 2016

Zła prognoza pogody.

 Odrętwienie pasażera to zupełnie normalna rzecz. Starając się uatrakcyjnić podróż czasami opowiadamy sobie jakieś zupełnie nieprawdopodobne historie które z rzeczywistością mają jedynie wspólny początek. Tak było również tego dnia gdy minuty ciągnęły się jak godziny. p. siedział za kierownicą a ja udawałam, że nie śpię utrzymując otwarte oczy. Z naszej lewej strony kłębiły się czarne chmury. Jeszcze tornada nie było ale nasze gadanie mogło je wywołać bo oczywiście taki temat poruszyliśmy. Poczuliśmy się jak poszukiwacze tornad dokładnie tacy sami jak w filmach. Wymyślone przez nas historyjki i nasze przygody w wyobraźni nie zasługują na opis ale wspomnę jedynie, że w wyobraźni tak jak we śnie wszystko jest możliwe.
Właśnie rozwijałam wątek jak wciąga nas tornado i wirujemy w przestworzach gdy raptem usłyszałam głośne, zdecydowane i wolno wypowiedziane słowa;
- O ku..a UFO. - p. tak wysoko podniósł brwi ze zdziwienia, że schowały się pod grzywką. Przerwałam swoją abstrakcyjną opowieść i nie mogłam uwierzyć, że ten który wierzy w Kosmitów oraz w obecność UFO na ziemi raptem zwątpił w swoje przekonania. Odruchowo nachyliłam się w stronę przedniej szyby i spojrzałam w górę poszukując na niebie kosmicznego statku. Tam go nie było i zerknęłam w bok. Wyprzedzał nas czarny pojazd o kształtach nieziemskich. - Aparat! Dawaj aparat! - p. odwrócił się w tył poszukując skrawka obiektywu lub paska od aparatu. Zabujało autem gdy po moim krzyku przerażenia p. wyjechał z pobocza. - Zrób zdjęcie! - Zrób zdjęcie tylko czym gdy wokół nas znaleźć można wszystko ale na pewno nic co ma cokolwiek wspólnego z fotografią.

Tymczasem UFO skończyło manewr wyprzedzania i w niezmienionym tempie pruło do przodu. Najprościej wziąć telefon i zrobić zdjęcie komórką. Tyko w jaki sposób znaleźć ten zupełnie niepotrzebny i nie używany na wakacjach sprzęt? Najprawdopodobniej jest w torebce ale w której nie miałam pojęcia. Nawet gdybym wiedziała to wydobycie telefonu z niezliczonej ilości przedmiotów koniecznie potrzebnych zajęłoby tyle czasu, że tą alternatywę spisałam na straty jako niewykonalną. Jak już zapewne wiecie w aucie poniewierały się trzy aparaty ale gdzie mogły być w tej chwili nawet najlepsza wróżka nie byłaby w stanie odpowiedzieć a ja tym bardziej. 
- Aparat! - p. już piał z wkurzenia i aż podskakiwał na fotelu. Nasze mało sportowe auto jednak zdecydowało się przyspieszyć gdy noga kierowcy wygięła podłogę pod pedałem „gazu”. UFO chyba nie znało przepisów drogowych albo miało je gdzieś bo ciągle oddalało się nieubłaganie. „Znając” zwyczaje UFO byłam przygotowana na natychmiastowe jego zniknięcie jak to zwykle z nim bywa. Pomimo tragicznych odgłosów o które nie podejrzewałam mego męża przyjrzałam się pojazdowi nie z tej ziemi. Guzik a nie UFO! To byli zawodowi „tornado chasers” czyli poszukiwacze tornad. Ich pojazd tak kosmicznie wyglądający był specjalnie przystosowany do takich zadań. Choć nie miałam dużo czasu to i tak udało mi się zobaczyć, że nie ma żadnych szyb oprócz przedniej i malutkich bocznych. Karoseria w kształcie stożka prawie dotykała nawierzchni aby szalony wiatr nie porwał pojazdu. Kilka napisów identyfikacyjnych stacji telewizyjnej uświadomiło mi, że gdzieś w pobliżu musi być tornado a nasze intelektualne wygłupy sprzed minuty mogą się zmaterializować. Zimny dreszcz był tak mocny, że aż podskoczyłam na fotelu. Wstrząs był tak silny, że ta przysłowiowa jedyna szara komórka u blondynki raptem zaczęła funkcjonować. Przypomniałam sobie, że w schowku na rękawiczki leży nasz podwodny aparat. Tak szybko ruszyłam prawą ręką, że pazurami walnęłam w plastik zamknięcia. Syknęłam z bólu i wściekłości.
Ponowiłam próbę otwarcia tak raptownie, że palce zsunęły się z malutkiej klameczki i znów syknęłam z bólu bo poczułam, że oderwałam paznokcie z dwóch palców. Kolejna próba zakończyła się sukcesem. Akurat ten aparat jest praktycznie bezobsługowy i wystarczy po jego włączeniu przycisnąć spust migawki. Swój aparat mogę włączyć na ślepo ale ten którego nie używałam od roku spowolnił moje ruchy. Jednak odruchowo palec powędrował w stronę włącznika i po chwili paniczne krzyki kierowcy ucichły. 
- Mam go. - Z dumą prawie krzyknęłam. Kliknęłam parę razy. Dobrych zdjęć nie będzie ale jak głosi druga prawda fotografa lepiej mieć zdjęcie nawet byle jakie niż żadne. Zaniechaliśmy pościgu za dziwnym pojazdem i z obawą spoglądaliśmy w bok zastanawiając się czy przypadkiem nie wytworzy się lej wciągający wszystko co w jego zasięgu.

sobota, 24 września 2016

Gdzie jest TUSK

 Znani politycy wkradają się do naszych umysłów jak zaraza i po niedługim czasie żyjemy ich życiem. Pomagają nam w tym wszechwiedzące media np. pokazując ich codziennie w telewizorni. Radio również dodaje swoje znaczące trzy grosze a brukowce to już szkoda gadać. Wywlekają epizody z życia sławnych i budują na ich podstawie niekończące się historie aby sprzedać w jak największej ilości bieżący nakład.
Ci na wysokich stołkach pozostają dugo z nami i to na pierwszym planie, czasami gdy nakrywam do stołu łapię się na tym, że pojawia się dodatkowe nakrycie, taki mam mętlik w głowie. To nie ważne czy ich lubimy czy też nie ale zaprzyjaźniamy się z przykładowym panem TUSKIEM. Podróżuje po świecie a my razem z nim, przemawia na ambonie a my słuchamy z różnym zainteresowaniem ale słuchamy, wyjeżdża do Brukseli i ślad po nim ginie. Czegoś nam raptem brakuje, to tak jakby zdradził nas najlepszy przyjaciel.


Nic nie wiemy o życiu celebryty i nie mamy skąd się dowiedzieć, media raptem nabrały wody w usta jak w jakieś zmowie milczenia i jak lunatycy czekamy aż lukę wypełni ktoś inny. 


Żaden ze mnie paparazzo ale wiem co w wolnym czasie porabia jeden z byłych ważnych w naszym kraju. Otóż w wolnym czasie mknie autostradami za oceanem i wiatr rozwiewa mu włosy. Dla niepoznaki włosów jakby więcej ale przecież są na to sposoby, to tylko kwestia pieniędzy. Dla mnie najważniejsze są fakty więc plotek nie będzie chyba, że ktoś chciałby dopisać kilka zdań na ten temat.

czwartek, 15 września 2016

Nagły pomór much

 Gdy znużenie przekracza granicę wytrzymałości to czas na przerwę w podróży. Ostatkiem sił dotarliśmy do parkingu przy autostradzie numer 94 w Montanie. Było tuż przed wschodem słońca i oczy same zamykały się wbrew woli ich właściciela. Nie było mowy o zmianie kierowcy bo oboje byliśmy w takim stanie, że kolejna mila uśpiłaby nas natychmiast. Zmęczenia nie da się oszukać więc trzeba zrobić przerwę, wyjść z auta przejść się kawałek w dowolnie wybranym kierunku i ewentualnie pogimnastykować się.
Zamiast spaceru ruszyłam w stronę toalety a zamiast gimnastyki będę miała wygibasy nad muszlą klozetową. I tak wrócę do auta wycieńczona fizycznie po tak karkołomnych czynach. Doszłam w pobliże drzwi wejściowych małego budynku i całe zmęczenie minęło jak ręką odjął. Zawróciłam do samochodu gdzie p. już stał na nogach lekko kołysząc się na boki. Jedną ręką miał opartą o dach auta aby nie stracić równowagi. 
- Weź aparat i chodź ze mną. - Zawróciłam pewna, że p. zrozumiał co powiedziałam. Po czterech krokach odwróciłam się w stronę męża. p. sunął za mną jak zjawa. Aparatu nie dostrzegłam więc powtórzyłam prośbę ale tym razem w skróconej wersji. - Weź aparat! 
- Teraz? W nocy!
- Taaak! 
- Po co? 
- A po co są aparaty fotograficzne? Będziemy polować na nietoperze.
- Aparat, po co komuś aparat w nocy. Aparat,  aparat,  aparat,  aparat. - p. utyskiwał ale wygrzebał jakimś cudem przedmiot o który prosiłam. U nas jest taki podział obowiązków podczas podróży, że kierowca to święta krowa a pasażer robi wszystko aby kierowcy było jak najmilej i najwygodniej. Pomimo tego, że auto już stało w miarę prosto pomiędzy dwoma białymi liniami wyznaczającymi miejsce do zaparkowania to ciągle należały mi się przywileje kierowcy bo to ja wysiadłam przed chwilą zza kółka. O miejscu zawieruszenia się sprzętu foto nie miałam nawet cienia pojęcia. Skręciłam w stronę damskiej toalety a p. przystanął zdezorientowany. Domyślam się o czym myślał, pewnie, że mi szajba odbiła i chcę zdjęcia porno w kibelku.
 - Coś ci pokażę aż się zdziwisz. - Kolejne kilka kroków i p. aż otworzył usta ze zdziwienia i po sekundzie skrzywił je w grymasie obrzydzenia.
Przed nami leżało milion białych much albo nocnych motyli po których będę zmuszona przejść aby wejść do środka. Dziwne to zjawisko aby tyle owadów przyleciało w jedno miejsce aby popełnić zbiorowe samobójstwo. Byliśmy pierwszymi którzy skierowali się w to miejsce tej nocy bo nie było widać śladów aby ktoś szedł przed nami. Na palcach aby jak najmniej deptać tego osobliwego cmentarza ruszyłam w stronę drzwi.
- U mnie jest to samo, są ich miliardy! - Trochę wrodzonej przesady akurat dzisiaj było na miejscu. Okolica toalet wyglądała zupełnie osobliwie i nierealnie, tak jakby latem spadł śnieg.

sobota, 10 września 2016

Skorupa albo domek na pikapie


 Nie napiszę o wielu rzeczach. 
Nie napiszę o tym, że; 
pomimo tego, że kocham swój dom 
i staram się dbać o niego jak najlepiej potrafię to i tak wolę przemierzać setki i tysiące mil w poszukiwaniu czegoś nieznanego,
drogą na pozór prostą ale jak się okazuje z zakrętasami i zawirowaniami życia,
każdego ranka budzę się wściekła, że kolorowy sen już się zakończył ale szybko otrząsam się z tego marazmu i widok roztaczający się z okna hotelu 
lub zza uchylonej poły wejścia do namiotu obiecuje nowe niespodzianki,
…ale kiedyś być może to mi się uda.

  Zupełnie niechcąco poruszyłam temat którego nie chciałam opisywać. Teoria z praktyką minęły się w odległości dwóch lat świetlnych. Poprzedni post miał być o złej pogodzie mieszającej szyki mało wytrawnym podróżnikom ale dzięki komentarzom charakter posta zmienił się nieprawdopodobnie. Zatem pogoniona do roboty przez moich czytelników kontynuuję:
  Trudny do określenia kawał czasu spędzony przed monitorem komputera nabrał realnych kształtów. Piątki zwykle mamy wolne więc o siódmej rano zamknęliśmy drzwi domostwa i ruszyliśmy w stronę Iowy. Zaledwie lekko ponad dwie godziny dzieliły nas od zrealizowania kolejnego etapu dość szalonego przedsięwzięcia. Podróż minęła miło i szybko. Podekscytowani nie zauważaliśmy mijanych mil i minut.
Zakup Palomino Bronco Backpack Edition przebiegł składnie i jedynie zapoznanie z zakupionym sprzętem przysporzyło nam zawirowania w głowach. 
Ja guzik zapamiętałam a p. może jedynie 10% z tego co pokazywał specjalny pracownik. Po zamontowaniu odpowiednich wsporników do ramy pikapa, umocowaniu skorupy i podłączeniu elektryki byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Gdy emocje opadły poczuliśmy niesamowity głód. Nikt z nas nie pomyślał o sutym śniadaniu przed wyjazdem.
Od dilera do restauracji dzieliło nas 500 metrów i z fasonem podjechaliśmy teraz już w pełnym rynsztunku z nowiutkim domkiem tuż za plecami.
W drodze powrotnej zrozumiałam dlaczego Amerykanie kochają pikapy. Nasz F-250 wreszcie pokazał skrywane zalety. Pod obciążeniem zaczął płynąć po drodze a nie podskakiwać jak go-kart. Z wielką obawą zasiadłam za kierownicą, wbrew mojej woli oczywiście, zmuszona do tego czynu przez rozbawionego męża. Pierwsze sekundy to strach, że skorupa spadnie a auto rozleci się na kawałki. Obawy minęły szybciej niż przypuszczałam i gdy piąty bieg zaczął rządzić poczułam, że mogę jechać nawet na księżyc. 
Mawiają tutaj, że Ford ma swoją „sweet seventy” czyli słodką siedemdziesiątkę (112 km/godz) i tak było w rzeczywistości. Osiem cylindrów jakby ucichło przy tej prędkości a teraz ciężki sprzęt płynął sobie autostradą w stronę domu zadowolonych właścicieli. Pomimo tego, że cały zestaw był już ubezpieczony to woleliśmy nie zostawiać go na naszym parkingu bo ciekawskie łapy mogą przecież przysporzyć kłopotów. Pojechaliśmy do znajomych na wsi i tam pozbyliśmy się całości. 
Do domu gdzie już białe wino chłodziło się w lodówce ruszyliśmy naszym osobowym autem. Po drodze kupiliśmy pieczonego kurczaka bo o przygotowaniu kolacji nie było mowy. Trzeba przecież oblać zakup i zrelaksować się przed jutrzejszym dniem gdy pojedziemy w odwiedziny do naszego domu na kółkach.

Minęły trzy dni szczęścia i p. zburzył wszystko. 
- Sprzedajemy wszystko! - Ja prawie zemdlałam ale lata przebywania w tym szalonym stadzie (piszę o naszej rodzinie) i hart ducha utrzymał mnie w stanie prawie normalnego funkcjonowania. 
- Które wszystko? - Tyle mogłam powiedzieć spokojnie bo w głowie mi zawirowało. 
- Auto i skorupę. 
- Dziękuję ci kochany mężu dzięki tobie nie wypijemy szampana na szczycie wulkanu w dniu moich setnych urodzin. Któregoś dnia zdechnę jak kundel pod płotem śmiertelnie rażona nagłym wylewem albo zawałem. 
- Widziałem cudo. Coś co zadowoli nas do końca życia. Pod warunkiem, że trochę inaczej wytyczymy trasę. - Ruszyłam w stronę barku aby chlapnąć sobie setkę czystej bez popitki. 
- Opowiadaj. - Ciekawość mnie zżerała i już szłam do kuchni aby skonstruować szybką zagrychę. - Cudo? - Zastanowiłam się ile będziemy w plecy przy kolejnym cudownym pojeździe. Ledwo co kupiliśmy skorupę która była dokładnie wyselekcjonowana z setki innych modeli bo dach podnoszony elektrycznie, łazienka całkiem całkiem, tylko to spanie na górze a teraz okazuje się, że to wszystko do dupy? 
p. opowiedział mi co widział i po 30 minutach przed ekranem komputera przyznałam mu rację, sprzedajemy cały sprzęt i kupujemy zupełnie coś innego. W kolejny piątek pojawiliśmy się w miejscu zakupu campera i ze stratą oddaliśmy zupełnie nieużywany domek.