piątek, 14 maja 2010

Małe i cieszą – cz 1

Mamy juz dosc Kolorado, za chwile zaczyną się prawdziwe wakacje. Chcemy dojechać do Utah poprzez góry i przełęcze. Opuściliśmy znane miejsca jak McDonald, Pizza Hut czy Starbucks ale co przed nami nikt nie wie. Nawet p. ma nijaka minę gdy zapytałam go czy tam przejedziemy. "Droga jakaś jest", odpowiedział z chwilowym namysłem, ledwo uchwytna nutka zwątpienia. Nie dziwie się, ze zastanawia się co dalej choć po sobie tego nie pokazuje. Patrze na kartkę w atlasie samochodowym z napisem "Colorado" i ledwo dostrzegam miejsce do którego chcemy dojechać. Jak jest chociaż najcieńsza nitka drogi w atlasie samochodowym całych Stanów to jesteśmy w stanie ta droga przejechać. Gdy p. posługuje się szczegółowym atlasem danego stanu to już nie wiadomo co może się wydarzyć. Uspokoiłam się bo ten ostatni leży sobie spokojnie przy innych mapach w schowku za oparciem siedzenia pasażera. Wcześniej jest park stanowy i tam na pewno ludzie jeżdżą, dalej to już nie jestem tego pewna, ze zobaczymy żywą dusze. Naszym hasłem przewodnim jest "Ahoj przygodo" wiec jedziemy w nieznane. Gdy wyruszamy z parkingu przed domem to tak rozpoczynamy nasza wędrówkę zanim kola zaczną się toczyć. Gdy jesteśmy w sytuacji określanej jako "niejasna" to wtedy dodajemy sobie otuchy tym "ahoj" i pełni optymizmu jedziemy na spotkanie przygody. 
 W strugach deszczu przemierzamy ostatnie przyczółki cywilizacji. Z autostrady 70 zjeżdżamy na drogę 65, około 50 mil przed granica ze stanem Utah. Powoli wypogadza się choć chmury na niebie nie zapowiadają szybkiego rozpogodzenia. Nie mamy wpływu na pogodę, (prawdziwi Indianie ciagle potrafią). Zupełnie obce tereny przed nami i nie wiadomo czy znajdziemy przez następne dwa dni inne żywe stworze niż muchy. W tych miejscach trudno spotkać jakieś zwierze, nie mam pojęcia dlaczego ale nie obawiam się stąpać boso po lesie. Wpadliśmy na pomysł aby trochę zwolnic tempo pomimo tego, ze jesteśmy na początku podróży, może byśmy zboczyli z obranej trasy i spędzili resztę dnia  na polu namiotowym w Vega State Park. Byłam zmęczona jazda w deszczu, choć droga wspaniała to jednak kilka godzin za kierownica w tych warunkach dały znać o sobie znużeniem i marzyłam o spokojnym popołudniu i o długim śnie. Po odpowiednim odpoczynku będę w stanie lepiej odbierać uroki otaczającej nas przyrody. W koncu p. zmienil mnie za kierownica, troche za pozno jak na moj gust. 
 Sam dojazd do głównego wjazdu do parku prowadził przez rzadko zamieszkałą okolice. Domy były skromne na tyle, ze nie stanowiły obiektu pożądania. Pola uprawne tez niewielkich rozmiarów wydawały się być przemocą wyrwane przyrodzie. Dookoła lasy i góry nie ułatwiające życia rolnikom. To raczej raj dla myśliwych. Jeszcze dwa ostre zakręty i już widzę z daleka budkę strażnika przy wjeździe do parku. O jak dobrze, ze już prawie na miejscu, nie trzeba się już nigdzie śpieszyć. Przeciągnęłam się w fotelu gdy p. jako kierowca załatwiał opłatę za pole namiotowe. Niebieski kolor i białe obłoki to chyba najpopularniejszy opis nieba w ciągu dnia. Może kiczowaty ale już od dziecka taki zestaw kolorów  kojarzy się nam z niebem. Maluchy już w szkole podstawowej używają tych farb do malowania nieba. Wyciągnęłam ręce za siebie, ponad głowę i starałam się rozprostować moj zmaltretowany kręgosłup. Poczułam jak moje kręgi przemieszczają się z powrotem na swoje naturale miejsce i raptem coś czarnego przeleciało przed sama szyba samochodu. O kurcze przegięłam z ta odnowa biologiczna, przecież nie jestem kręglarzem, chyba za mocno i aż mi w oczach pociemniało. Zamrugałam nerwowo gdy czarna błyskawica przeleciała jeszcze raz. Mrugam i rozglądam się dookoła. Czarna błyskawica przeleciała jeszcze raz tylko w zupełnie przeciwnym kierunku. Zacisnelam oczy i obawialam sie otworzyc je ponownie. Otworzyłam drzwi i chciałam wysiąść by się dotlenić bo może mi powietrza brakuje i mam halucynacje. Wysiadłam i jeszcze nie stanęłam obydwoma nogami na ziemi aż tu raptem przed moja twarzą jakieś pól metra zmaterializowało się raz widziane przeze mnie zwierze. Zawisł w powietrzu i daje słowo, uśmiechnął się do mnie koliber. Po chwili przelecial jak pocisk karabinowy drugi i trzeci. Klapnęłam z powrotem na fotel. - Widziałeś! - krzyknęłam - Kolibry, jest ich tysiąc - nie czekając na odpowiedz chwyciłam kamerę i rozglądam się w poszukiwaniu kolibrów. Gdy wyszłam z auta na całego spostrzegłam jak kolibry latając jak w ukropie chowają się za stróżówkę. Już nauczyłam się jednocześnie chodzić i nagrywać film. Dostaje wtedy rozbieżnego zeza i rozdwojenia jaźni z nerwowym dreptaniem jak Japonka w japonkach na koturnie. Lewym okiem patrze przed siebie, prawym na ekran kamery i wtedy brakuje mi trzeciego oka na samym czubku nosa abym mogla patrzeć pod nogi, dlatego stawiam małe kroki aby nie nadziać się na coś niebezpiecznego. Nie przepadam za filmowaniem ale ktoś to musi robić, p. pstryka a ja kręcę. Idę w stronę gdzie znikają kolibry nie bacząc na otoczenie, p. chce odjechać akurat w tym samym momencie gdy ja przechodzę jak lunatyk przed maska samochodu, chyba mnie nie rozjedzie przy świadkach, przemknęło mi po głowie i oczom moim ukazał się kawalątek raju.

12 komentarzy:

  1. :) moj maz tylko dlatego mnie jeszcze nie rozjechal, bo wciaz twierdzi, ze "na cos moge sie przydac". Mamy szczescie;)
    Kolibrow, oprocz zoo, nie widzialam. Za to na Tahiti byly kolibropodobne malusienkie ptaszki nazywajace sie vini. Jedyna roznica jest krotki dziobek tych tahitanskich. Pewnie dlatego, ze kwiaty tam laskawsze i goscinniejsze.
    Switem siadaly na cieniutkiej trawie kolo domu i urzadzaly nam wielki koncert.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie moge pisac ze smiechu! Opis Ciebie drepczacej z kamera... powinnam sobie powiekszyc i powiesic w widocznym miejscu. Specjalnie do czytania w takie dzdzyste dni jak dzisiejszy. Postanawiam zaczynac dzien od Twojego bloga. Nawet kilka razy czytane scenki tak dowcipnie opisane, bawia do lez!
    Jak dobrze, ze piszesz!Joter

    OdpowiedzUsuń
  3. Pisze jeszcze raz, bo zapomnialam sie zachwycic przepieknym zdjeciem chmur i gor! Co za niezwykly nastroj grozy, wiatru i potegi przyrody!
    Kolibry tez cudne w tym swoim motylim locie.
    Jak zwykle u Ciebie zawsze jakies ciekawe niespodzianki fotograficzne. Troche rozkojarzona z rozbawienia Joter

    OdpowiedzUsuń
  4. :) :)
    Piękne kolibry!
    Z pozdrowieniami,
    O.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz jak czytałam to miałam wrażenie, że dostałaś jakiegoś porażenia kręgosłupa czy coś, a to kolibry. Jestem pod wrażeniem, nigdy nie widziałam kolibrów, a do tego w locie. Coś pięknego. Ciekawa jestem co w tym pojemniku było, czyżby sama woda, a może z czymś słodkim. To pewnie je zwabiło. Twój widok dreptania z kamerą bezcenny, widzę to oczami wyobraźni. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. uyu, moj maz rowniez twierdzi podobnie, mamy szczescie nie ma co.Zwazywszy fakt ze jeszcze do czegos im sie przydamy brzmi fasynujaco a wrecz podniecajaco. Nigdy nie widzialam vini, ale jesli dobrze pamietam naleza do papugowatych i ich piorka sa bardziej barwne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Joasiu Kochana, komplementujesz mnie non stop, p. ostatnio zapytal sie mnie, dlaczego unsze sie w powietrzu i uderzam gowa o sufit. Jak to dlaczego?!- odpowiedzialam. Przeczytaj komentarze Joter i bedziesz znal odpowiedz. Kolibry mnie oczarowaly, fascynujace ptaszki. Widzielismy je jeszcze w innych miejscach , ale nigdy w takich ilosciach i tak blisko.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Obiezyswiatko, witam serdecznie w moich skromnych progach jest mi bardzo milo.
    Musze Ci sie szczerze przyznac ze,zagladam do Ciebie od czasu do czasu bardzo ciekawie opisujesz swoje podroze,serdecznie Cie pozdrawiam i zapraszam do siebie ponownie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Rineczko, porazenia to dostalam na widok kolibrow. Bylo ich mnostwo na wyciagniecie reki, juz nigdy wiec nie widzialam tych fasynujacych ptakow w takiej ilosci, czasami tylko pojedynczo. Pojemnik z woda zawiera slodkosci, sa nawet specjalne preparaty ktore mozna kupic. Rozpuszcza sie je w odpowiednich proporcjach z woda i gotowe. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ataner,
    poszperalam u cioci Wiki i wyszlo na to, ze te Tahitanskie vini niewiele maja wspolnego z prawdziwymi vini. To sa zwykle ptaszki wroblowate. Ale malutkie.
    Zreszta, nie znam sie. Pamietasz jak wstawilam fotkr wrobla do blogu i wmawialam wszystkim, ze to slowik, bo pieknie spiewa :)

    OdpowiedzUsuń
  11. uyu, pamietam :) najwazniejsza jest sila perswazji, a Ty takowa posiadasz. Przeciez w koncu nie jestesmy ornitologami, tylko zwyklymi obserwatorami.

    OdpowiedzUsuń
  12. Po pierwszym kolibrze poczulem sie jak po pierwszej "polowce", pomyslalem, ze trace kontrole nad swoimi zmyslami. Na mysl, ze to bak, osa, pszczola albo inne zadlace swinstwo zamarzyl mi sie waz grzechotnik za koszula jako mniejsze zlo.

    OdpowiedzUsuń