niedziela, 30 listopada 2014

Będzie Alaska!

 Widok części komputreowych w domu nie jest mi obcy od czasów gdy dziecko zaczęło się interesować internetem i grami komputerowymi. Szalony tatuś wziął sobie za punkt honoru aby dziecko miało najlepszy komputer na miarę naszych zasobów finansowych. Sprytny zamiast kupować gotowe w sklepie zaczął budować komputery. Nie miał wcześniej pojęcia o tej technologii ale jako absolwent politechniki nie obawiał się wyzwania twierdząc, że skoro inni potrafią to dlaczego on nie może. Pierwszy komputer przysporzył najwięcej atrakcji ale kolejne to była już sama przyjemność. Co roku było wielkie wydarzenie bo pojawiał się nowy sprzęt. p. wpadł w trans i pojawiały się coraz bardziej nowoczesne i co najciekawsze to obudowy były tak kolorowe, że trudno sobie wyobrazić. Gdy szaleństwo gier internetowych zmalało i my dorośli przeszliśmy na inny system operacyjny narodziny komputerów przestały być zjawiskiem normalnym. p. nigdy nie bawił się laptopami gdyż dla niego nie były to prawdziwe komputery do momentu wydarzenia opisanego w poprzednim poście. Mojego zalanego laptopa rozebrał na elementy pierwsze a wszystkie malusieńkie śrubki powkładał do opisanych woreczków foliowych. W naprawie pomagał i przeszkadzał mu kot. 
Pełna wiary w zdolności umysłowe męża nie mogłam jednak uwierzyć, że wszystko to po zakupie nowej klawiatury znajdzie się z powrotem w obudowie tym bardziej, że jego dłonie do delikatnych nie należą.  
Przyznać muszę, że byłam zdziwiona widząc dwa funkcjonujące laptopy obok siebie. Jednak uparciuch dopiął swego wydając jedynie około sześćdziesięciu dolarów zamiast siedmiuset pięćdziesięciu. 
Pierwszą czynnością było zgranie zdjęć z Alaski na stacjonarne dyski twarde a potem usunięcie moich danych i głupot które trzymamy w różnych folderach aby naprawiony laptop trafił w ręce dorosłego już dziecka. O sprzedaży nawet nie pomyśleliśmy bo otrzymane pieniądze ze sprzedaży nie odzwierciedlałyby wartości dwuletniego sprzętu. 
 Zatem będzie Alaska ale dopiero w Nowym Roku bo za dwa tygodnie wyjeżdzamy na trzy tygodnie w okolice Las Vegas. 
Sylwestrową noc zamierzamy spędzić w tym rojaśnionym lampami mieście i jeżeli pojawi się jakiś post w tym czasie to będzie to relacja na żywo z okolic skał i przepaści.

czwartek, 27 listopada 2014

Zgubne skutki picia wódki.

Nie mam innego wyjścia jak przyznać się do głupoty męża. Po przylocie do Anchorage i rozpakowaniu się w hotelu ruszyliśmy na krótki zwiad aby zapoznać się z miastem. Dużo nie zwiedziliśmy bo była tam już 22:00 a dla nas według chicagowskiego czasu pierwsza w nocy. Wizytę na stacji benzynowej gdzie nabyliśmy alkohol w szczytnym celu oblania udanej podróży opiszę później bo warto nad tym tematem poklikać trochę bardziej szczegółowo.

Zmęczenie wzięło górę nad naszymi chęciami imprezowania i po jednym drinku udaliśmy się na zasłużony i wyczekiwany spoczynek.

Dnia następnego ruszyliśmy w drogę do Fairbanks gdzie już czekał na nas zamówiony pokój w hotelu. Tym razem p. okazał się przywódcą i zasiadł za kierownicą a ja obłożyłam się aparatami i zaczęłam sesję zdjęciową która trwała przez całą drogę. Pogoda była wspaniała a powietrze tak przeźroczyste, że można było patrzeć tak daleko jak nigdy dotąd mi się nie zdarzyło. Widoki zapierały dech w piersiach i jak zwykle byłam w rozterce czy patrzeć, patrzeć i podziwiać czy robić zdjęcia. Klikałam bez ustanku a wierzcie, że było co fotografować.

Fairbanks to małe miasto i zwiedzanie odłożyliśmy na następny dzień tym bardziej, że już tej nocy mieliśmy zamiar polować na zorze polarne i krótka drzemka po południu powinna nam zrekompensować zarwaną noc. Gdy ja odświeżałam się pod prysznicem p. wgrał zdjęcia z aparatów do komputera. Sformatował karty pamięci aby działały bez zarzutu w nocy. Potem poprzestawiał ustawienia aparatów na nocne ujęcia a ja w tym czasie przygotowałam się do pokazu moich wyczynów fotoreporterskich. Hotelowy stół nie był największych rozmiarów ale duży na tyle aby pomieścić laptopa dwie szklanki z drinkami i dwie filiżanki z kawą. Popielniczka trochę zagraciła skromny stół ale poradziliśmy sobie wspaniale z natłokiem rzeczy na lilipucim meblu.

Wpatrywaliśmy się w ekran komputera urzeczeni oglądanymi zdjęciami. Szczególnie dobrze wyszły te z punktu widokowego na Park Denali. Najwyższa góra Ameryki Północnej, Mt. Kinley, prezentowała się wspaniale i nie mogliśmy uwierzyć, że byliśmy od niej oddaleni o jakieś 100 kilometrów. Wskazywaliśmy szczegóły na zdjęciach celując w nie palcami. Kawa ostygła a drinki zrobiły się ciepłe bo zajęci widokami na monitorze zapomnieliśmy o tym aby hucznie uczcić nasz pobyt na Alasce. Świat wokół nas przestał istnieć bo musieliśmy obejrzeć wszystkie ujęcia z dnia dzisiejszego. Kolejne zdjęcie które pojawiło się wywołało zachwyt nieokiełznany i p. zamierzając upić wreszcie pierwszego łyka drinka potrącił szklankę, niezdara, i cała zawartość chlupnęła na klawiaturę laptopa. Ja zamarłam a p. podskoczył jakby zrywał się z krzesła elektrycznego i o mały włos nie wywrócił całego stołu. Szybko obróciliśmy laptop klawiaturą w dół aby zdradziecki płyn nie wlał się zbyt głęboko w trzewia magicznej maszyny.

Niestety komputer zdechł po godzinie i do dziś nie został naprawiony.

Zdjęcia jeszcze nie przepadły i siedzą sobie w pamięci ale problem z ich odzyskaniem okazał się większy niż nam to się wydawało na samym początku. Po powrocie z wyprawy skierowaliśmy się do sklepu Apple'a aby naprawili szkody. Uprzejma obsługa tej firmy zawsze nas zaskakiwała. Od wielu lat w naszym domu panoszy się Apple który zastąpił okienka z wielką ulgą dla nas. Skończyły się problemy z wirusami i niekończącymi się odnawianiami programów. Nie będę ukrywała, że kiedyś byłam zaskoczona cenami dwukrotnie wyższymi niż Windows ale za wygodę i prostotę trzeba zapłacić. Obsługujący nas technik zajrzał do środka i oznajmił, że naprawa wyniesie 750 dolarów. Nie zdążyłam nawet zająknąć się czy dostać nagłego zawału mojego i tak już słabego serca gdy p. zapytał ile kosztuje nowy MacBook Air. Różnica wynosiła 150-200 dolców więc wspaniałomyślny mąż chcąc naprawić szkody jak najmniejszym kosztem położył kartę bankową na ladzie i poprosił o nowy sprzęt. Musiałam mieć jakąś dziwną minę bo usłyszałam zapewnienie o tym, że p. sam odzyska dane z pamięci a komputer naprawi swoimi niezdarnymi łapskami.
Obecnie czekamy na nową klawiaturę zakupioną w internecie i jak wszystko pójdzie dobrze to Alaska pojawi się na moim blogu. Jeżeli nie to p. ma jeszcze inne wyjście ale to już jego sprawa jak odzyskać utracony materiał.

Dlatego opóźnienie które wprowadza w zdziwienie moich wiernych blogowiczów a mnie w zakłopotanie jest częściowo wyjaśnione i ode mnie niezależne. 
Ja już dopilnuję aby zdjęcia wylazły z martwej płytki pamięci i pojawiły się na blogu w najbliższej przyszłości.

czwartek, 20 listopada 2014

Kodachrome

Przychodzi Pietia do towarzysza Czapajewa i mówi, że napisał wiersz.
- Nu, skażitie.
    
    Stoit statuja
    Imiejet chuja.
    Ruka podniata,
    W rukie granata.
- Nu, ładna. No biez etawa chuja nie wazmożna?
- Wazmożna, tawariszcz Czapajew!

Przychodzi Pietia za dwa dni i czyta:
    Stoit statuja
    Sawsiem bez chuja.
    Ruka podniata,
    W rukie granata
- Niet! Pietia! Wstawcie coś innego w miejsce tego chuja!
- Zawtra budiet.

Następnego dnia Pietia czyta poprawiony wiersz:
    Stoit statuja
    Ruka padniata
    Na miestie chuja
    Wisit granata !


*********
Po przeczytaniu powyższej historyjki powinno się zapytać gdzie podział się ch... 
Otóż spieszę z wyjaśnieniem, że znaleźć go można w Parku Stanowym którego nazwę łatwo odczytać na poniższym zdjęciu.
Od samego początku spodobało nam się tutaj przeokrutnie bo miejsce zadbane w każdym calu a obsługa wręcz wzorowa. Dwa razy zostaliśmy dyskretnie sprawdzani przez pracownika kempingu. Pierwszy raz w kilka chwil po rozbiciu namiotu gdy zostaliśmy mile powitani a drugi kilka sekund po dwudziestej pierwszej gdy zachowywaliśmy się zbyt głośno i zbyt jasno oświetlaliśmy teren naszą lampą gazową. Chyba zdziczeliśmy podczas wakacji bo nasze obyczaje najwidoczniej nie przypadły do gustu strażnikowi.
Wiatry które mogłyby przynieść ulgę hulają sobie wysoko nad otaczającymi kemping skałami ale za to słońce rozgrzewa skały do czerwoności i w lipcu musi tu być piekielnie gorąco.
Kodachrome jest ponoć ulubionym miejscem zawodowych fotografów którzy wędrując po okolicy wyszukują super ujęcia do zamieszczenia w prestiżowych magazynach. My będziemy poruszać się po utartych ścieżkach i tylko ogólnie liźniemy atmosferę tego zakątka.
Wybór miejsca na namiot nie odbiegał od normy czyli jak zwykle zwiedziliśmy cały teren a później wybraliśmy miejsce najbardziej oddalone od innych użytkowników. Nie lubimy być podglądani i podsłuchiwani przez sąsiadów.
Z każdego miejsca na tym niewielkim terenie widoczna jest centralna skała o kształcie tak wymownym, że wstęp tutaj powinien być tylko dla dorosłych.
Z miejsca gdzie rozbity był namiot niezbyt dużo mogliśmy zobaczyć więc wybraliśmy się na krótką wycieczkę aby sprawdzić czy rzeczywiście okolica jest tak urzekająca jak o niej piszą ci którzy znają ją jak własną kieszeń.
Długo nie musieliśmy szukać kolejnej atrakcji w postaci samotnej skały stanowiącej idealny punkt orientacyjny na bezkresnych przestrzeniach Dzikiego Zachodu. 
 Ładnie i kolorowo tutaj. Natura w tej okolicy wyrzeźbiła ciekawe krztałty w skałach. Nie dość, że kemping zieje centralną sprośnością, jest samotna iglica skalna oddalona od innych skał i wydaje się, że ktoś ją tu postawił to na dodatek jest również dziurawa skała.
 W pierwszej chwili trudno dostrzec Łuk Szekspira i jego atrakcyjność pomimo dużego znaku który oznajmia, że jesteśmy w miejscu do którego szliśmy przez pół godziny. Jeszcze kilkanaście kroków i mogliśmy przekonać się, że rzeczywiście istnieje dość ciekawa formacja którą tak łatwo przegapić z daleka.
Kilka minut sprzeczaliśmy się czy na zdjęciu poniżej jest kaczuszka do kąpieli. Taka żółta zabawka dla dzieci. Ja ją widzę i jest zwrócona dziobem w prawo ale czy to prawda czy nie sami popatrzcie i oceńcie.
Kusząca propozycja p. abyśmy porzucili cywilizację na zawsze i dalej jechali już tylko takimi drogami do domu nie znalazła aprobaty bo wakacje dobiegały końca i kalendarz nieubłaganie krzyczał, że to ostatnie chwile wolności ale to jeszcze nie koniec atrakcji.

sobota, 8 listopada 2014

Odświeżanie pamięci.

   Ponoć gdzie diabeł nie może tam babę pośle. Wychodzi na to, że mogłabym posługiwać diabłu w trudnych zadaniach. Aby zerknąć w dziurę w ziemi musiałam przedostać się przez ogrodzenie ale tym razem było ono przeznaczone dla koni lub krów a nie dla ludzi. Cóż nie było to przestępstwo tylko zaspokojenie ciekawości.
Przygotowanej trawy w worku nie tknęłam tym razem, (gdyby ktoś koniecznie chciał to wiedzieć) i stwierdziwszy, że widok nie powalił mnie na kolana potulnie wróciłam do auta aby dowieźć nas na spotkanie zupełnie zwariowanych widoków.
Nawet w biały dzień na trasie do Parku Bryce Canyon można spowodować wypadek. Oczy trzeba mieć szeroko otwarte i kręcić głową jak sowa bo nigdy nie wiadomo kiedy i z której strony mieszkańcy lasu przebiegną drogę. Tym razem udało się przeżyć czworonogom i czmychnęły dwa okazy fauny dzikiego zachodu w stronę upatrzonego miejsca.
Mniejsze zwierzaki też radzą sobie nieźle wykorzystując niedomknięty kosz na śmieci lub niechlujność turystów jako okazję do pożywienia się niecodziennym przysmakiem.
Dwa stare kruki mierzyły się wzrokiem przez tak długą chwilę, że udało mi się uwiecznić to na fotografii. Ptaszysko kręciło głową z niedowierzaniem przypatrując się p. i odleciało gdy zniewalająca siła charakteru odeszła i zwolniła kruka z przymusu pozowania do zdjęcia. Wtedy ja starałam się zbliżyć do niego ale odfrunął daleko i skrył się pośród drzew.
Przechodzenie za ogrodzenie tego dnia było moim ukochanym zajęciem. Kusiło mnie spoglądanie w przepaść stojąc na samej krawędzi co przyprawiało p. o zawał serca poprzedzony uwagami na temat mojej nagannej postawy niegodnej turysty. Pewnie się bał, że spadnę i przepadnę na wieki tylko wyrażał się pokrętnie i ogólnikowo. Czasami trzeba domyślać się sedna w słowach mężczyzny.
Zawsze lepiej widać z takiego miejsca które uważamy za najlepsze a, że za ogrodzeniem to już na to nie mam wpływu. Oglądać było co więc z przyjemnością pokazuję ukradzione widoki.
Siedzi na kamieniu ohyda i o lustro nie pyta. 
Tak brzydkiego maleństwa jeszcze nie widziałam bo z reguły szczeniaki są pełne uroku i wręcz zapraszają do głaskania. To "coś" pomimo tego, że małe to brzydkie i odrażające.
Czy ktoś wie co może wyrosnąć z "tego" co na zdjęciach?
 Czas pożegnania nieubłaganie nastąpił bo przecież my ciągle w ruchu a atrakcji przed nami zapewne więcej niż można się spodziewać. Zatem z żalem pożegnałam się z bajecznym miejscem które już wcześniej zauroczyło nas na tyle, że z wielką przyjemnością powróciliśmy aby nacieszyć się zupełnie nieziemskimi widokami. Nasze pierwsze spotkanie z Kanionem Bryce możecie obejrzeć klikając tutaj.