czwartek, 22 stycznia 2015

Zorze Polarne Alaski

 Ciemna noc uległa metamorfozie a my zostaliśmy zaklęci w kamień. Niemi i nieruchomi obserwatorzy czegoś tak niewiarygodnie wielkiego rozmiarami, że trudno to objąć umysłem. Delikatna poświata o zielonkawym odcieniu kryła się gdzieś tuż ponad horyzontem. Ręce nasze splotły się w mocnym uścisku. A jednak udało się. Pomimo zapewnień p., że daje gwarancję na rozkosz duszy to jednak zawsze cień niepewności krył się w jej zakamarkach i trzymał nas w ciągłym napięciu. Teraz tylko zorza miała nami zawładnąć na czas nieograniczony, wszystkie troski, zmartwienia wszystko co materialne jakby przykucnęło przed potęgą kosmosu. To co niematerialne uleciało z naszych głów i chciwie wpatrywaliśmy się w niebo. A tam dopiero zaczęło się dziać. Raptem z małej zielonkawej mgły wystrzelił pas jaskrawej zieleni który poszybował ponad naszymi głowami daleko za nas. Rozchylone usta w zachwycie nie wypowiadały żadnych słów. Po minucie pas ów zniknął. Następna eksplozja trwała trochę krócej i była bardziej nieśmiała. Kolejne jej pojawienia były zaskakujące i bardziej na pokaz. Czasami był to zespół kurtyn zawieszonych obok siebie, trwały w bezruchu przez chwilę aby bez ostrzeżenia rozmyć się na czarnym niebie.  
- Rób zdjęcia bo sama nie wierzę w to co widzę. - p. jakby raptem zdał sobie sprawę z tego, że zorza może zniknąć i kolejna już się nie pojawić tej samej nocy. Wydobył aparaty z auta i w pośpiechu zamontował je na statywach. Zorze przez cały czas rozświetlały niebo falującą zielenią, były w ciągłym ruchu i zupełnie nie miałam pojęcia jak będzie można zrobić im zdjęcie. Nie jeden fotograf słynący ze wspaniałych zdjęć tego zjawiska ma swoje tricki a niektórzy posuwają się wręcz do oszukaństwa ale nie miejsce tutaj na osądy. 
To co widzieliśmy było o wiele wspanialsze niż zjawisko utrwalone na nośniku pamięci. Krótko napiszę, że trzeba tak ustawić aparat aby nie naświetlał zbyt długo bo wtedy widać pozorny ruch gwiazd na niebie ale nie za krótko bo zorza nie zostanie nagrana. To była po prostu walka z żywiołem, trzeba było zacząć w odpowiednim miejscu filmować ale gdy rozpoczął się proces 30 sekundowego nagrywania nie można było ruszyć aparatem tam gdzie okazało się, że jest bardziej widowiskowa. Później aparat obrabiał zdjęcie przez kolejne 30 sekund. Minuta to cholernie dużo czasu szczególnie gdy dzieje się tyle ciekawego. Co udało się nam sfotografować pokazuję na blogu wiedząc, że ciekawsze zdjęcia krążą po internecie. Teraz zazdrościłam Susan z którą mieliśmy spotkać się nazajutrz, że mieszka w tym cudownym miejscu. Jej zdjęcia jako profesjonalnego fotografa podnoszą brwi do góry i gnę się w pokłonie, że tyle czasu poświęciła na dokumentowanie kosmicznych zjawisk.
Warto było tu przyjechać. Druga noc którą spędziliśmy na polowaniu na zorze pokazała podobne zjawisko i te zdjęcia są wynikiem dwóch sesji. Wydawać by się mogło, że to nie wiele ale dla nas to przeżycie wielkiej wagi bo po raz kolejny udowodniliśmy sobie, że można dokonać więcej niż się spodziewamy.

sobota, 17 stycznia 2015

Płomienie

Idealnie widoczna Wielka Niedźwiedzica która widnieje na fladze stanowej. Gwiazda Północy nie zmieściła się w kadrze.
  Chwila spokoju powinna zrelaksować mnie przed mającą nastąpić spektakularną grą barw na niebie. Już grubo po północy a tu nic się nie dzieje pomijając fakt, że męża mam w kawałkach a przynajmniej jego żebra. Gwiazdy na niebie zdawały się ukrywać tajemnicę zorzy polarnej bardzo skrzętnie i wydawało się, że już nic nie wydarzy się dzisiaj. Silnik auta pracował prawie bezgłośnie nie zagłuszając majestatycznej ciszy panującej dookoła. W pozycji pół leżącej obserwowałam niebo na którym skrzyło się tyle gwiazd, że żaden atlas nieba nie był w stanie ich pomieścić. Zupełnie niewiarygodne ale brakowało czerni nieba, same gwiazdy i planety. Tysiące tysięcy, miliony milionów. Było ciepło i miło w samochodzie a lekko uchylona szyba pozwalała mroźnemu powietrzu owiewać mą twarz utrzymując mnie w stanie tylko lekkiego uśpienia. Co jakiś czas powieki zamykały się na minutę dając mi możliwość odpłynięcia na jedną z tych miliarda gwiazd gdzie jakaś inna bliźniacza Ataner śpi sobie spokojnie w wygodnym łóżku. 
- Obudź mnie gdybym zasnęła. - Czułam, że muszę zasnąć na przynajmniej dziesięć minut bo coraz trudniej było podnosić powieki. 
- Oczywiście. Z największą przyjemnością. - p. jak zwykle uśmiechnął się diabelsko co oznaczało, że nie pośpię sobie długo. O to, że on uśnie nie musiałam się obawiać bo ból pękniętego żebra nie pozwalał mu usiedzieć w jednej pozycji więc co chwila z cichutkim jękiem wyrzutu nad swą niezdarnością zmieniał pozycję ciała. Rozejrzałam się dookoła aby sprawdzić czy jakaś podstępna zorza nie wylazła na niebo niezauważona przez nas. Nic takiego nie stwierdziwszy z czystym sumieniem miałam zapaść w króciutką drzemkę. Już zamykałam oczy gdy raptem stało się coś tak nieoczekiwanego, że serce mi zamarło a okrzyk przerażenia zamarł mi w gardle. Czegoś podobnego nawet gdybym bardzo się starała nie wymyśliłabym do końca życia. Było to zjawisko tak szokujące i zaskakujące do tego stopnia, że pozbawiło mnie zdolności reagowania i logicznego myślenia. Trwało to tylko chwilę ale wryło się w mą pamięć na zawsze. p. siedział za kierownicą i jego sylwetka rysowała się czarnym cieniem na tle rozgwieżdżonego nieba. Z mojej pozycji widziałam jego prawe ucho i kark, nie widziałam twarzy tylko jego policzek i ręce które w tym momencie płonęły żywym ogniem. Trzymał je blisko twarzy a płomienie rozświetliły półmrok wnętrza pojazdu. Pierwszą myślą która zaatakowała me szare komórki (złośliwi twierdzą, że blondynka ma tylko jedną i tu powinnam się z nimi zgodzić) była ta, że postradałam zmysły, że mam zwidy, halucynacje i, że to co widzę nie dzieje się w rzeczywistości. Po prostu gapiłam się na płomyki z lekko niebieskawym odcieniem. Płomienie owe po chwili zgasły i do mych nozdrzy doleciał zapach spalonych włosków na dłoniach p.. To działo  się w rzeczywistości i rzeczywisty był ogień. Tak rzeczywisty, że palił przeszkody na swojej drodze, że karmił się włosami spalając je doszczętnie. Trwałam w bezruchu w zupełnym szoku gdy twarz p. odwróciła się z tak głupim zdziwieniem jakiego nigdy nie widziałam. 
- Feniks! - p. wyszeptał jakby zaklęcie. I wtedy odrętwienie minęło. Nie dochodziłam skąd wziął się ogień ale przeraziłam się, że gdyby zajęły się płonieniem włosy p. to tragedia była blisko o przysłowiowy włos. Przyjechaliśmy tutaj aby oglądać płonące niebo a nie płonące dłonie. Chciałam krzyczeć, wrzeszczeć aby odreagować stres po niebywałym zdarzeniu ale brakło mi sił na eksplozję uczuć. Pytanie o przyczynę niespodziewanego ognia nie wyszło poza strefę myśli bo gdy patrzyłam na twarz „feniksa” to widziałam na niej to samo pytanie skierowane do mnie. Czekałam. 
- Wiem. - Pierwsze słowo wyjaśnienia zawisło w próżni a ciąg dalszy nie następował. 
- Jak to zrobiłeś? - Wreszcie odzyskałam zdolność mówienia.  
- Zapalałem papierosa. 
- Tylko mi nie mów, że jak zapalasz papierosa to od razu płoną ci dłonie, mnie nie płoną. - Nie widziałam związku pomiędzy jedną czynnością a drugą. 
- Już ci wyjaśniam. - Czekałam cierpliwie na jakieś sensowne wytłumaczenie. - To czary. - p. otrząsnął się z szoku i już nie był Feniksem o głupim wyrazie twarzy tylko myślącym logicznie profesorem. - Higiena może zabić jak widziałaś. - Po powolutku zaczynałam składać kawałki w jedną całość ale nie byłam pewna swej drogi myślowej. 
- Mów! Mów natychmiast. 
- Posmarowałem ręce spirytusem w galarecie aby odkazić się po nurkowaniu w rowie, jeszcze nie wysechł i zacząłem podpalać papierosa. Dłońmi osłoniłem płomyk zapalniczki przed podmuchami powietrza przez uchyloną szybę i opary spirytusu zaczęły płonąć a potem resztki na dłoniach. Ale efekt! - p. był najwidoczniej oczarowany nieoczekiwanym zjawiskiem. - Nie masz pojęcia jak się zdziwiłem bo najpierw pomyślałem, że mam jakieś nadludzkie zdolności.
 - Masz, oczywiście, że masz i to nie masz pojęcia jak bardzo są nadludzkie. Po prostu nie wiem czy uda mi się usnąć przed tobą przez następne pół roku.
Emocje dzisiejszej nocy nadszarpnęły moje nerwy na tyle, że gdy chwyciłam zapalniczkę to odruchowo spojrzałam podejrzliwie na jeszcze nie płonące ręce. Ponownie zaplanowałam przymknąć oczy na chwilkę ale o spaniu nie było mowy. Najwidoczniej ucięłam komara bo kolejne „wstawaj wstawaj, zorza się rodzi” nie od razu wyrwała mnie z sennego koszmaru. O idyllicznym śnie mogłam zapomnieć po przejściach zafundowanych przez męża. p. już stał na zewnątrz i chyba zapomniał o jęczeniu bo wpatrywał się w niebo zupełnie bez ruchu i chyba nawet nie oddychał. „No wreszcie coś zacznie się dziać” pomyślałam i naciągając kaptur na głowę przed wiatrem opuściłam ciepłe pomieszczenie auta. Stanęłam obok niego i świat jakby ucichł. Zrobiło się przerażająco cicho, ciszej niż przed sekundą jeżeli to było możliwe. Niebo jakby poszarzało i przeszedł nas lodowaty dreszcz. Gdzieś na wysokości osiemdziesięciu kilometrów ponad powierzchnią Ziemi rozpoczynał się kosmiczny spektakl.

piątek, 9 stycznia 2015

Żebro

 Cztery godziny snu i pobudka o 21:00. p. wstał pomarszczony jak ściera do podłogi i takąż miał cerę. Żal mi się go zrobiło i ja zasiadłam za kierownicą. Pracował wczoraj cały dzień więc godzinkę w nocy ja pojadę. Z banku danych czyli mózgu męża wydobyliśmy informacje gdzie najlepiej skierować się aby polować na zorze polarne. Z reguły pojawiają się pomiędzy 22:00 a drugą nad ranem. Tak naprawdę to nie ma żadnej reguły bo nie wiadomo kiedy to zjawisko rozbłyśnie na niebie i jak długo będzie trwało. To taka loteria na świeżym powietrzu, zdrowo ale zimno. Minęliśmy miasteczko Fox i po trzydziestu minutach znaleźliśmy drogę na tyle szeroką, że mieściło się nasze auto. Była ona jakby wycięta w śniegu i po chwili zorientowaliśmy się, że nie mamy szans na zawrócenie i musimy jechać tam gdzie ona prowadzi. Reflektory oświetlały koleiny wygniecione w śniegu i gdyby ktoś jechał z przeciwka to nawet nie było miejsca aby się minąć. 
- Co robimy? - Zupełnie beznadziejna sytuacja i w dodatku bez możliwości wyboru rozwiązania. Zostaliśmy uwięzieni i nie wiadomo na jak długo. 
- Dawaj gazu bo zorze nam uciekną. - p. był wściekły a ja zrozpaczona. Możemy tak jechać godzinę, dwie albo trzy albo tak długo aż nam zabraknie paliwa. Czułam, że pocę się cała w każdym zakątku ciała. p. już dawno uchylił okno po swojej stronie z czego wnioskowałam, że poty napadły go wcześniej niż mnie. - No szybciej! - Trzasnę drzwiami i pójdę do domu. Jak mam jechać szybciej gdy i tak jadąc w miarę szybko albo wolno dla poniektórych podskakujemy jak piłka na schodach wiodących w lochy starego zamczyska. Będziemy tak jechać aż wjedziemy na polankę z ziemianką Alaskańczyka w złym humorze. Nawet nie mogę się obrazić bo gdzie pójdę? W końcu okazało się, że owa mrożąca krew w żyłach dróżka i rosząca potem czoło wyprowadziła nas na drogę którą wcześniej jechaliśmy ale kilka kilometrów dalej. Nie zdążyłam zapytać gdzie mamy jechać gdy wpatrzony w niebo p. powiedział „ w prawo”. Lubię zdecydowanych mężczyzn, życie z nimi wydaje się takie proste i oczywiste. Po chwili zaparkowaliśmy na bocznej drodze ale uprzednio ją zbadaliśmy na piechotę czy można zawrócić i po oględzinach zaparkowaliśmy bardziej na środku niż w zmarzniętym ale sypkim śniegu pobocza. p. usiadł na miejscu kierowcy bo według jego obliczeń zorza powinna pojawić się z jego strony. Zaczynałam przysypiać około północy. Pomimo tego, że w samochodzie było ciepło to zabrana z hotelu kawa dawno już wystygła i jedynym ratunkiem przed spaniem była czekolada i koniak z piersiówki. Chłodna kawa traci zdolności otwierania oczu ale na pewno nie moczopędnych. 
- Te emocje mnie wykończą. - Kwaśno zakomunikował p.. Mnie już dawno wykończyły i gdzie nie spojrzałam to widziałam łóżko a nie domniemane zorze polarne. - Muszę się wysikać. - p. otworzył drzwi i wysiadając omal nie runął na ziemię. - Co do diabła!!! - Spoglądał na swoje buty z niedowierzaniem. - Zupełnie jakbym był na wrotkach albo na łyżwach. - Zatrzasnął drzwi i zaczął rozpinać kurtkę. 
- Proszę cię idź gdzieś na bok. 
- Tu nikogo nie ma. - p. wydawał się zdziwiony moim zachowaniem. 
- Ale zawsze ktoś może pojawić się bez zapowiedzi wtedy gdy ty... 
- No dobra znikam. - I zniknął. Wolno na sztywnych nogach udał się w stronę bagażnika auta tam gdzie mieliśmy przygotowane miejsce do robienia zdjęć. Rozbudzona postanowiłam sprawdzić stan urody na dzisiejszą noc. Nie należę do kobiet które idą spać z lusterkiem i szminką w dłoni ale od czasu do czasu poprawiam naturę przeważnie z miernym powodzeniem. W klapce przeciwsłonecznej było lusterko ze światełkiem więc wykorzystałam to udogodnienie i postanowiłam swym odbiciem w lusterku wybudzić się do przynajmniej trzeciej nad ranem. Popatrzyłam w zewnętrzne lusterko auta i zobaczyłam wolno idącego męża. Mrugnęłam i p. już nie było. Dziwne. Pomyślałam, że coś nie tak z moim wzrokiem ale chłopa nie było. Był jeszcze przed ułamkiem sekundy a już go nie ma. Hmmm. Przyjrzałam się nocnej urodzie i zrezygnowałam z jakichkolwiek modernizacji swego wyglądu o jedenastej trzydzieści w środku nocy. Zaczęłam wpatrywać się w boczne i wsteczne lusterko ale p. wyparował bez śladu. Popatrzyłam na rozgwieżdzone niebo ale żadnego UFO co porywa ludzi nie było w zasięgu wzroku. Nie było go przy statywach na aparaty ani nigdzie wokół auta. Pomyślałam, że ukrywa się w krzakach aby mnie przestraszyć jak wysiądę aby go poszukać. Znam szelmę jak własne grzechy i wiedziałam, że coś kombinuje aby mnie wybudzić. Postanowiłam nie wychodzić i spokojnie zaczekać. Zapaliłam papierosa. Wdychałam krystalicznie czyste powietrze wdzierające się przez do połowy otwarte okno z dymem palącego się tytoniu. Kurcze takie czyste powietrze może wywołać zawroty w głowie, zaciągnęłam się zupełnie niezdrowym dymem i raptem opanował mnie lęk. Siódmym zmysłem który posiadają tylko kobiety czułam zagrożenie. Nie pomyślałam o niedźwiedziu rozszarpującym ciało męża na drobne strzępy ale o czymś niesprecyzowanym ale groźnym. To, że niedźwiedzie idą spać na całą zimę wcale nie zaświtało w głowie blondynki. Otworzyłam drzwi i postanowiłam odnaleźć zgubę bez względu na to czy stanę się obiektem do straszenia czy nie. Drzwi otworzyłam z impetem i zdecydowanie chciałam opuścić auto. Gdy drugą nogę postawiłam na ziemi pierwsza odjechała w bok. Lewą ręką złapałam się otwartych drzwi ratując się przed olimpijskim szpagatem. Paznokcie wbiłam w lakier wypożyczonego auta i tak trwałam przez kilka chwil. Ciepłe buty rozpuściły lód i utraciły jakąkolwiek przyczepność. Długo tak nie wytrzymam bo guzik ze mnie a nie atletka. Nigdy w życiu nie zrobiłam szpagatu i ten pierwszy raz właśnie mi groził w każdej chwili. Drobny ruch powodował, że nogi boleśnie oddalały się od siebie. W dwóch palcach prawej dłoni ciągle miałam papierosa. Chciało mi się płakać ale sytuacyjnie bylam bliżej śmiechu. Skazanym na śmierć należy się ostatni papieros więc czemu nie mnie w sytuacji zupełnie paradoksalnej i jakże dramatycznej. Szkoda, że mnie w tej pozie nie widzi p., miałby ubaw. Ale nie mógł bo zniknął tajemniczo. Buty tymczasem oziębły i gdy wyrzuciłam niedopałek o dziwo mogłam wolno odzyskać normalną postawę stawiając but przy bucie. Pierwsze spotkanie ze śniegiem po lecie mam zaliczone i to od razu dramatycznie. Malutkimi, ostrożnymi kroczkami poczłapałam w stronę gdzie ostatnio widziany był mój mąż. Ślad po nim zaginął. Gdy stanęłam przy rozstawionych statywach rozejrzałam się już zupełnie wystraszona.  Gdzie on może być. Wtedy usłyszałam jakieś dźwięki albo jęki dochodzące zza moich pleców.
Tak jasno świecących gwiazd na niebie wcześniej nie widziałam i nie przypuszczałam, że kosmos jest tak zatłoczony. Specjalnie wybraliśmy nasz wyjazd na bezksiężycowe noce aby „łysy” nie rozświetlał nieba i zorze były lepiej widoczne. Bezchmurne niebo ukazywało miliardy gwiazd świecących jak maleńkie latarki. Była już północ ale nie potrzebowałam dodatkowego oświetlenia aby zobaczyć p. w rowie głębokim na dwa metry tuż za mną. Na dwóch kolanach i jednej łapie starał się wdrapać tam skąd spadł. 

- Nie możesz wyjść? - Było to jedyne zdanie które nie wprowadzało zamętu w tej sytuacji a miałam ich w zanadrzu wiele. Kilka z nich mogę pominąć bo są obraźliwe a reszta nie nadaje się do publicznego użytku. 
- Właśnie usiłuję od dłuższego czasu. - Nie pytałam więcej bo coś było nie w porządku. Wolno, p. pokonywał kolejne centymetry. Wreszcie wygramolił się na powierzchnię i stanął zgięty w pół. 
- Co się stało? - Zapytałam bo już zupełnie zwariowałam od nadmiaru przeżyć w ciągu zaledwie kilku sekund czy minut.
 - Poślizgnąłem się i padłem paszczą w dół. Nadziałem się na jakiś kołek i mam złamane żebro. - Ręce mi opadły. Nie wiedziałam co się robi ze złamanym czy pękniętym żebrem ale p. uspokoił mnie opowiadając mi, że już miał podobną kontuzję ale przytrafiła mu się w zupełnie odmiennych okolicznościach. Dwa tygodnie na bezdechu i zero śmiechu. Potem wszystko wraca do normy. Gdy zaczęłam sobie wyobrażać sytuację w jakiej znalazł się mój p. to usta zaczęły się uśmiechać i nie mogłam powstrzymać się od zadania pytania. 
- I co? Zlałeś się w portki? - Wtedy ja zaniosłam się od śmiechu a p. jęczał trzymając się za prawą stronę klatki piersiowej. 
- Jeszcze nie ale zrobię to za chwilę jak nie przestaniesz mnie rozśmieszać. Nie było zorzy? 
- Jeszcze nie. 
- To chodźmy do auta i poczekajmy. - Podpierałam kalekę w drodze do auta i utwierdziłam się w przekonaniu, że chłopa nie wolno zostawić samego nawet na mrugnięcie okiem.

czwartek, 1 stycznia 2015

Denali z oddali.

  Rozparłam się wygodnie na siedzeniu pasażera bo przed nami dobre siedem godzin jazdy. Sprzęt fotograficzny rozłożyłam na kurtce pomiędzy fotelami bo może się przydać więc niech będzie pod ręką. Anchorage żegnało nas wspaniałą pogodą i pomimo krótkiego wypoczynku czuliśmy się gotowi na wszystko co przyniesie dzień. Po drodze do Fairbanks czeka nas jedno większe miasto Wasilla i... i to już wszystko!
- Zaraz, zaraz mamy do przejechania 580 kilometrów i tylko jedno miasto obok Anchorage? A co dalej?  - Wypadało zrobić jakieś zakupy aby nie umrzeć z głodu i pragnienia bo na trasie nie ma co liczyć na posiłek zdrowy i świeży.
- Dalej już tylko Alaska. - p. nie wydawał się zachwycony perspektywą siedmiu godzin za kierownicą ale nie widać było na jego licu paniki. 
- Jeden zbiornik paliwa nam nie wystarczy więc będziemy zmuszeni tankować po drodze ale odwiedzić sklep spożywczy powinniśmy teraz. - Mapa pokazywała wioski na naszej trasie ale nauczeni doświadczeniem wiedzieliśmy, że mapa sobie a życie sobie pisze dwa zupełnie różne scenariusze. 
- Musi być jakaś stacja po drodze bo inaczej nikt by nie dojechał do Fairbanks. - Optymista, „musi coś być”. Jak musi to musi i już. Alaska ropą słynie i mają jej tutaj pod dostatkiem więc nie powinno brakować piwa w browarze tak jak paliwa tam gdzie się je wydobywa. 
To jedyne duże, powiedzmy, że duże miasto miało kilka sklepów i stacji benzynowych ale było tak blisko naszego wyjazdu, że wskazówka od paliwa nawet nie drgnęła o milimetr i ciągle wskazywała max więc wskoczyliśmy do pierwszego supersamu. Jak to pod sklepami bywa na parkingu zawsze jest kilka samochodów ale wolnych miejsc było pod dostatkiem. Mieliśmy zaledwie kilkanaście metrów do przejścia ale nawet tak krótki dystans przypomniał nam o tym, że żyją tutaj twardzi ludzie.
 To nie może być prawda co widziałam. Ja w kurtce zimowej z kapturem a pod nią podkoszulka i bluza z polaru, wokół szyji szal od Biety a tubylcy najwidoczniej takiej temperatury jak -10C nie uważają za odpowiednią na taki strój jak mój. Popatrzcie sami jak oni są ubrani a jak ja.
Ciarki przebiegły mi po plecach i prawie biegiem ruszyłam do sklepu. W środku jak można się spodziewać było wszystkiego pod dostatkiem i upłynęło kilka chwil zanim zdecydowaliśmy się na wybór podróżnego jadła. Na szczęście znaleźliśmy nasze ukochane bułki z jalapeño i serem. Kilka opakowań wędlin i serków o różnych smakach stanowiło nasze skromne menu na kolejne kilka godzin jazdy. Postanowiliśmy, że wieczorem pójdziemy na ciepłą kolację zwaną tutaj obiadem.
Ładne widoki za oknem rozproszyły moje obawy o paliwo i z przyjemnością podziwiałam lekko ośnieżone góry. Trochę w górę później lekko w dół a po bokach wysokie choinki, tak wyglądała w skrócie nasza droga. Widoków zapierających dech w piersiach brak. Jedynie gdy droga osiągała szczyt to można było spojrzeć w dal a tam góry, góry i góry. Na drodze ani jednej żywej duszy nikt nas nie wyprzedza i nikt nie mija z przeciwnego kierunku. Jesteśmy sami. Zupełnie sami, od półtorej godziny nie widzieliśmy nic oprócz drzew po obydwu stronach drogi i ładnych panoram gdy drzew było chwilowo mniej. 
Przyszedł czas na piknik i rozprostowanie kości. 
Po jedzeniu i mnie zrobiło się ciepło więc pozbyłam się wierzchniego okrycia. Temperatura powietrza podniosła się na tyle, że +6C w południe wydawało się upałem. Ruszyliśmy zaraz po przełknięciu ostatniego kęsa bo drogi przed nami kawał.
Wreszcie zaczęło się coś dziać. Daleko, daleko na horyzoncie majaczyła biała, śniegiem przykryta skała. Podejrzewaliśmy, że to jest McKinley ale nie byliśmy pewni bo dzieliła nas od niego odległość około 200 kilometrów. 
 W miarę upływu czasu nabieraliśmy pewności, że tam daleko, ten kolos w oddali to najwyższa góra na kontynencie północnoamerykańskim. Jego 6200 metrów wzrostu klasyfikuje tą górę poza pierwszą setką ale jest w ścisłej czołówce ze swą pięciokilometrową deniwelacją albo jak kto woli przewyższeniem. Prosto mówiąc 5 kilometrów sciany w górę.
Nigdy nie podejrzewałam siebie o taki sokoli wzrok aby widzieć wyraźnie na 200 km. Wokół wprawdzie teren pofałdowany i gdzie nie gdzie górki ale masyw McKinley panoszył się jako niepodzielny król całego kontynentu. 

Jeszcze 200 kilometrów do Parku Denali a już widać szczyt najwyższej góry Północnej Ameryki.
Raz lepiej, raz gorzej widoczna, sprawiała wrażenie tak samo odległej pomimo tego, że zbliżaliśmy się do niej bez przerwy.

Nie mogliśmy doczekać się kiedy staniemy oko w oko z McKinley. Denali to indiańska nazwa tej góry i jest ona powszechnie używana w odróżnieniu od oficjalnej nazwy.
To jest prawdziwa Alaska. Widok zaparł nam dech w piersiach. Widoczne szczyty oddalone są od nas o siedemdziesiąt kilometrów. Nie mogłam uwierzyć, że widoczność jest tak dobra. Wielka plansza jednak nie kłamie i pomaga zlokalizować ważniejsze szczyty tego masywu i w dolnej jej części podana jest odległość od miejsca w którym staliśmy.
- No brachu abym nie musiał się wstydzić. Zobaczymy co potrafisz. - Czułe słowa p. do swego sprzętu trochę mnie zadziwiły bo on najzupełniej normalnie przemawiał do aparatu fotograficznego. Wkręcił teleobiektyw i pokonał odleglość 70 kilometrów pokazując nam szczyt z bliska. Sądzę, że eksperyment się udał i widać dokładnie jak ostre są krawędzie i jak niebezpieczna jest to góra dla poszukiwaczy przygod i śmiałków chcących postawić tam swą stopę.
Ostatnie spojrzenie na Denali od strony wschodniej i z ciężkim sercem pożegnaliśmy tą jakże wspaniałą górę, pełną grozy i majestatu.