piątek, 11 listopada 2016

Miękkie siusiaki.

 Może i Cysorz to ma klawe życie jak to było w piosence ale sprzedawca na pewno nie. Szczególnie gdy p. towarzyszy mi w zakupach. Jakoś nie przepadam za myszkowaniem po sklepach aby coś kupić, wręcz przeciwnie jest to dla mnie udręką. Gdy już bieda mnie przyciśnie i okazuje się, że nie mam co na grzbiet założyć w złym nastroju ruszam na ciuchowe sklepy. O tym aby z jednego krańca miasta jechać na jego drugi koniec bo tam może coś akurat wpadnie mi w oko w ogóle nie ma mowy. Najdalej mogę pojechać kilka mil do zespołu sklepów pod jednym dachem czyli tak zwanego „mall”. Jest to kolos z wszelkimi wygodami a różnorodność sklepów zapewnia, że każdy znajdzie coś dla siebie. Na co dzień poruszam się raczej spokojnie a tempo moich kroków można by nazwać powolnym aby nie użyć określenia „ślimacze”. Gdy już wchłania mnie atmosfera szeleszczących banknotów i dojonych kart kredytowych włącza mi się podwójne turbo. Wzrok się wyostrza a krok wydłuża na tyle, że p. drobi za mną aby dotrzymać towarzystwa żonie. Idę jak taran który ma sforsować zamkniętą bramę do krainy szczęśliwych posiadaczy nowych rzeczy. Mój krok w sklepie ma nawet swoją historyczną nazwę w naszym domu. p. nazywa go jako „chód pijanego bosmana” bo ponoć nienaturalnie długi krok rzuca moim ciałem na boki. A niech tam mu będzie, że tak jest w rzeczywistości bo ja tego nie zauważam. Gdy przychodzi mi kupić nową kieckę czy bluzkę to po prostu idę i patrzę, świdruję wzrokiem wystawione egzemplarze i przeważnie nic nie kupuję, dlatego też zabieram p. ze sobą bo to on mnie spowalnia i dzięki temu czasami wyjście na zakupy mogę nazwać udanym i do domu wnosimy torby z ciuchami.
Zupełnie inaczej natomiast zachowuję się w sklepach z kosmetykami. Tam to nawet żółw bez zbytniego wysiłku może mnie zdystansować na kilku metrach.
Kraina zapachów, kremów i tego co kobietę upodabnia do człowieka spowalnia moje ruchy. Jakaś magia przykleja podeszwy moich butów do wykładziny podłogowej i trzyma tak mocno, że nie mogę się ruszyć.
Nagła pustynność mojej toaletki cudownym trafem zbiegła się z moimi urodzinami więc p. stanął na wysokości zadania i udał się ze mną zapewniając, że nie pożałuję jego obecności w sklepie bo będzie szastał kasą aby mnie zaspokoić. On to ujął trochę inaczej wspominając o próżności kobiet ale lepiej udać przygłuchą aby nie polała się krew.
Dotrzymał słowa i ku mojemu zdziwieniu nawet nie mruknął ani razu gdy rachunek przyprawił mnie o lekki zawrót głowy. Koniec roku to również zakupy dla bliskich więc znając gust teściowej postanowiliśmy od razu kupić coś dla niej. Poszło gładko bo która kobieta pogardzi nową butlą Chanel 5 gdy poprzednia straszy dnem.
Wtedy zaczął się koszmar który jest tematem tego posta. Mam kilka (zaledwie) ulubionych zapachów i w zależności od pory roku zmieniają mi się upodobania. Wiadomo, że damskie zapachy powinny przyciągać mężczyzn więc p. stanowi jakby laboratorium doświadczalne i swoim nochalem podpowiada co na mnie pachnie ładnie. Jakoś nigdy nie mogłam go przekonać do L'Eau D'Issey i nigdy nie posiadałam tego pachnidła. Sprzedawczyni uwodzicielsko zadowolona z klienta zdawała się być ślepa na innych kupujących bo p. wpadł w trans zaspakajania potrzeb. Raptem przypomniał sobie, że i on nie ma nowego wabika na kobiety i wskazał paluchem co chce zakupić dla siebie. Zapłaciłam i jego ulubiony zapach w malutkiej torebeczce schowałam do tej większej z moimi kosmetykami. Po chwili, gdy już byliśmy w drodze do wyjścia zaskoczył, że to koniec roku i prezent pod choinkę należy się jego przyjacielowi. Znowu zapłaciłam i nowy zapach upchnęłam  w torbie obok poprzedniego. Już zaczęłam się denerwować bo ilość dobrej woli przeznaczonej na przebywanie w sklepie wyczerpałam dokumentnie. Ponieważ miałam wiele nowych odcieni cieni, różnych kremów bez liku i inne pierdoły chciałam nacieszyć się nimi najprędzej i gnało mnie do domu. Wolałam wszystko rozłożyć na stole i napawać się zdobyczami niż robić za bankomat i płacić za każdą rzecz oddzielnie. Warknęłam jak lwica gdy p. poprosił panią sprzedającą o kolejną buteleczkę dla naszego wspólnego znajomego. Znowu musiałam sięgnąć po portfel, wyciągnąć kartę bankową i po raz kolejny przeżyć całą transakcję. Miałam szczerze dość bo czułam się wykorzystana. Nie chodziło o to kto płaci ale ja stałam przy kasie a p. przechadzał się po sklepie i wybierał. Pomyślałam, że wyjdę z siebie gdy po schowaniu portfela do torebki p. nie drgnął nawet widząc, że chwyciłam torbę i zamierzam opuścić to miejsce gdzie zapachy najwyraźniej pomieszały zmysły mężowi. Z drugiej strony przyznałam mu rację, że warto od razu zrobić zakupy teraz niż przyjeżdżać tu znów za miesiąc. Moje „idziemy?” nie wywarło na nim spodziewanej reakcji i aż oparłam się o ladę gdy p. machnął na uśmiechniętą panią przywołując ją do siebie. Uchwyciłam jego diabelskie spojrzenie którym omiótł swoją żonę. Znamy się dobrze i mogę czytać w jego myślach jak w otwartej księdze ale tym razem pomyliły mi się strony. Sprzedająca pani stanęła przy p. w wyczekującej pozie z zawodowym uśmiechem na ustach i promieniującej zadowoleniem twarzy. Szlag mnie trafi za chwilę. Stoję objuczona co prawda moimi zakupami a tutaj książę jakiś podrywa sprzedawczynię. Postanowiłam pozbyć się tobołów kładąc je na ladzie bo jak widać nie wiadomo jak długo jeszcze będę sterczała przy kasie. O mały włos nie wypuściłam ciężkiej papierowej torby na szklaną ladę gdy uslyszałam mniej więcej coś takiego. 

- And two miękkie siusiaki please. - Kobieta o dziwo kiwnęła głową ze zrozumieniem a ja zrobiłam zdziwioną żyrafę i czułam, że spalę się ze wstydu. Chicago i okolice to wieża Babel gdzie różne narodowości mieszają się bez przerwy a angielski tylko zwyczajowo jest używany potocznie i czasami trzeba się nagłówkować aby zrozumieć co znaczy dane słowo wypowiedziane jakoś dziwacznie.
 Sprzedająca ominęła ladę i z półki zdjęła dwa opakowania „moich” nigdy nie posiadanych perfum. p. kiwnął głową przyzwalając na dokończenie transakcji a po sekundzie odwrócił się do mnie. Uśmiech odmłodził go o czterdzieści lat a mnie coś posmyrało w żołądku. Nie powiedziałam ani słowa tylko jakiś bełkot sprzeciwu wyrwał mi się z ust gdy pośpiesznie i z zadowoleniem po raz nie wiem już który z rzędy uiszczałam należną opłatę. Dam się pociąć żywcem na plasterki za to, że gad podły wszystko miał przemyślane i specjalnie rozgrywał akcję dramatu wolno wytrącając mnie z równowagi po to aby wzmocnić efekt zaskoczenia.
p. wziął teraz ciężką torbę w jedną dłoń a mnie pod pachę drugą ręką i wyszliśmy ze sklepu. 

- Jakie miękkie siusiaki? Co ci do łba przyszło? 
- Nie wiem ale sama nadałaś tym perfumom swoją nazwę więc idąc już dawno utorowaną drogą ja nadałem im swoją. Issey Miyake! Jak to poprawnie wypowiedzieć? Ajsej Majejki?  Ajsi Majaki? - Wydawało się, że p. już zapomniał o tym co było przed chwilą i już obmyśla jakiś kolejny podstęp. Nie przewidzę zagrożenia i zaskoczenia bo tak się złożyło, że kobieta, a ja w szczególności, jest jak glina w rękach mężczyzny i nie wiadomo czy garncarz ulepi przepiękną amforę czy tylko pod nią czasami niepotrzebny podstawek.

14 komentarzy:

  1. No, nie! Perfum się nie spodziewałam pod tą nazwą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nazywałam to pachnidło "miałki" więc nie dziwię się miękim siusiakom:))
      Każdy ma prawo do swoich dziwactw ale żeby tak oficjalnie to już lekka przesada więc szok w sklepie był wielki.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Też byłam ciekawa o co chodzi z tymi miękkimi siusiakami!:-) Fajne, zabawne skojarzenie! A w ogóle trzeba sobie jakos zycie umilać, wymyslać powody do usmiechu i zauważać smieszne sytuacje, żeby nie zapomnieć jak to jest sie śmiać, usmiechać...Takie fajne, kurze łapki sie od tego robią, które są najlepszą ozdobą człowieka (dobrego człowieka, rzecz jasna!)
    Pozdrawiam serdecznie!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My do ponuraków raczej się nie zaliczamy, czasami jednak mamy dość specyficzne poczucie humoru które jest odbierane z pewną rezerwą. Pewne sytuacje są zabawne podczas zdarzenia a opowiadane nie niosą już takich emocji. Tak równiez było w tym przypadku:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Lubie takie wymyslanie wlasnych nazw czy przekrecanie tych obcojezycznych, oczywiscie swiadomie, tak zeby bylo smiesznie, a moze byc dodatkowo smiesznie gdy np osoba postronna slyszy i okazuje sie polskiego pochodzenia.
    Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Japońskiego nie znam i już. Ani jednego słówka oprócz sayonara ale i tak w moim wydaniu prawdopodobnie akcent padłby w złym miejscu, dodatkowo nie mam takiego gardłowego brzmienia więc sądzę, że nikt by nie zrozumiał nawet pojedynczego słowa.
      Kiedyś poprosiłam znajomego aby zapisał swoimi japońskimi znakami moje imię a on po chwili przedstawił swoją wersję zastrzegając się, że może być inaczej. Jak brzmi w oryginale Issey Miyake pozostanie dla mnie tajemnicą a miękkie siusiaki to zupełna abstrakcja ale pani zrozumiała chociaż nie była znad Wisły.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Dobre, bardzo dobre! A propos zakupów, zawsze chadzam sama, bo Zbigniew nawet gdy przymuszony, jakoś dziwnie znikał mi z oczu i do niczego się nie nadawał. Z koleżankami nie, bo zawsze namówią mnie do kupienia czegoś za dużego... Ostatnio zaś namówiłam moja psiapsiółkę Kazimierę nr 1, aby nie załowała i kupiła sobie to, co chce. Wyszło cudnie, bedę miec w tym sklepie rabat ;))). Gorace pozdro ze zimnej ojczyzny :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakupy z mężczyzną przy boku to koszmar. Jedna z moich koleżanek zostawia męża w samochodzie i sama wchodzi do sklepu. Po kilku awanturach w wykonaniu jej małżonka kierownik sklepu poprosił ją aby robiła zakupy w innym sklepie. Od tej chwili chłop pilnuje auta gdy ona spokojnie robi zakupy.
      Ja jeszcze tak źle {albo dobrze:)))))} nie mam.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. komentowanie z telefonu nie wychodzi, wcielo gdzies kilka moich komentarzy :( artdeco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie cały ten internet to magia nie z tej ziemi! Mnie też nie wszystko idzie jak z płatka i niektóre komentarze jak duchy krążą po świecie nigdy nie trafiając do adresata.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Po pierwsze ładny zapach - lubię go!
    Po drugie - ubawiłaś mnie nieźle, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że tak można coś nazwać :)))) A swoją drogą nie wiem jak to się wymawia prawidłowo z pewnościa tak jak się pisze z akcentem na koncową sylabę "Miyakee" (po japońsku znam tylko kilka słow podstawowych), oni wszystko wymawiają po swojemu i zmieniają koncówki, jak mówią po angielsku to nawet nativy nie wiedzą często o co chodzi... mira to jest mirror, riwa- rzeka, tała - tower itd... czasem trudno się domyśleć o co chodzi. A najśmieśniejsze jest wymawianie nazwy Love Hotel - bo to ich wymysł te hotele miłości i oni je nazywają (pisze jak słyszę) Rawu hoteru - tu akcent na ostatnie sylaby - naprawdę trudno skojarzyć o co idzie :))) Nie mają i nie wymawiają spółgłoski "L" - i zmieniają na "R" w każdym słowie...stąd wiele nieporozumień :)
    No i zgadzam się z moimi przedmówcami, na zakupy chodzimy same (ewetualnie z koleżankami) z kartą płatniczą naszego mężczyzny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stary dobry zapach, aż dziw, że jeszcze jest w sprzedaży i cieszę się z dwóch buteleczek.
      Ciekawe to japońskie gadanie, dziękuję za info.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. Ja chyba też chcę dwa myjaki! Masz sposoby na tego Twojego gada!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie chyba nie:(
      Moje usilne starania są dostrzegane ale również surowo oceniane i nigdy nie wiem czy gad podły rozumie przekazywane mu sygnały.
      Pozdrawiam:)

      Usuń