1

sobota, 14 czerwca 2014

Śmigło i zęby.

  Pogoda jak na zimę była zupełnie łaskawa. Lekki deszczyk nawet nie zmusił mnie do założenia kurtki przeciwdeszczowej która okazała się zupełnie zbytecznym zabezpieczeniem. 
 Było ciepło i kilka kropel nie mogło nam zaszkodzić czego nie można powiedzieć o pasażerach tylnej ławki. Chwilkę musieliśmy poczekać na jeszcze jedną parę łowców przygód więc przysunęłam się blisko p. i zanim jeszcze wypłynęliśmy zaplątałam swą rękę w jego prawe ramię aby nie wypaść podczas jazdy. 
Każdy uczestnik samobójczego przedsięwzięcia został wyposażony w nauszniki tłumiące hałas śmigła ale żądza prawdziwych doznań nie pozwoliła nam na ich użycie. Chcieliśmy odczuć wszystko w naturze więc niech będzie głośno i mokro bo dla nas to i tak atrakcja. Ławka była na tyle szeroka, że cztery osoby mieściły się wygodnie i mieliśmy swobodę ruchu. Ruszyliśmy  wolno nabierając prędkości. Według życzeń p. łódka okazała się wyśmienita i zwinna. Hałas silnika i śmigła sprawiał, że wydawało się iż płyniemy szybciej niż w rzeczywistości ale oceńcie sami klikając na film poniżej. 
Kilka kropel deszczu uderzyło mnie w twarz i wtedy dopiero uwierzyłam, że mkniemy z dużą prędkością. 
Nasz sprzęt fotograficzny nie należy do tych najdroższych ale jak dotąd sprawował się wyśmienicie. Dzisiaj jednak zostało rzucone wyzwanie gdyż tylko ja dzierżyłam wodoszczelny i wodoodporny aparat. p. przez chwilę zmarszczył czoło na myśl, że pęd powietrza wciśnie w jego sprzęt wodę i zamoczy wnętrze obiektywów. Wahał się tylko przez chwilę i podjął decyzję, że będzie robił zdjęcia bez względu na to czy aparaty będą się jeszcze kiedykolwiek nadawały do użytku. Jak się okazało jeden z nich chwycił lekką mgiełkę która zniknęła po krótkim czasie nie pozostawiając po sobie widocznych uszkodzeń. 
 Sternik, kierowca lub operator łodzi, nie wiem jak można poprawnie nazwać naszego kapitana i załoganta w jednej osobie, wyczyniał cuda aby nas przestraszyć wchodząc w  ostre zakręty i robiąc niespodziewane zwroty. Takie manewry zapierały dech w piersiach. Nie powiem, że siedziałam zrelaksowana z nogą na nodze podziwiając świat dookoła. Lewą ręką ściskałam ramię p. a prawa miażdżyła kolano pasażera po mojej prawej stronie. Nierozważna partnerka tegoż pasażera posadziła go obok mnie za co byłam jej wdzięczna bo bliskość dwóch mężczyzn dodawała mi otuchy i poczucia bezpieczeństwa. Gdy trasa była w miarę „normalna” robiłam zdjęcia i kręciłam filmy ale gdy łódź sunęła bokiem poprzez zarośla moje pazury bezlitośnie wbijały się w różne części gołego uda uczestnika tego zwariowanego popisu możliwości łodzi ze śmigłem. O tym, że tak spontanicznie i drastycznie dążyłam do zachowania swego marnego żywota, zorientowałam się dużo później gdy zasiadłam za kierownicą auta. Poczułam wtedy ból palców w prawej dłoni i od razu nie mogłam zrozumieć dlaczego palce mam tak obolałe a dłoń wydaje się jakby w ciągłym skurczu mięśni. Do dziś nie wiem czy mam dziękować pasażerowi za jego zimną krew, opanowanie i wyrozumiałość dla blondynki w panice chwytającej go za nogę, czy za brak reakcji na moje macanie bo był tak przestraszony jak ja i nie zwracał uwagi na moje poczynania. Jedno jest pewne, że siniaków będzie miał tysiące a jego żona czy narzeczona będzie domagała się wyjaśnień wieczorem. 
Po chwili straciłam rozeznanie gdzie północ bo słońce za chmurami skryło się całkowicie i zastanawiałam się jak prowadzący ten dziwny pojazd odnajduje drogę. Czy przez przypadek czy nie ale szczęśliwie dotarliśmy na wyspę gdzie mieliśmy chwilę oddechu i nieoczekiwane spotkanie z aligatorem. 
\
Moje igraszki z aligatorem zostały zauważone nie tylko przez turystów rządnych krwi i sensacji. Aby dać zadośćuczynienie oczekiwaniom podszedł do mnie inny kapitan łodzi, która dobiła do brzegu. Kucnął obok mnie i wydał z siebie gulgot połączony z gwizdem i aligator rozdziawił paszczę jakby oczekiwał smakowitego kąska. Zamiast tego otrzymał serię łaskotek w podgardle i wydawało się, że aligator rozkoszuje się kontaktem z człowiekiem. Czy miałby taką samą rozkosz z kontaktem ze mną nie odważyłam się sprawdzić.
 Powrót do bazy był tak samo ekscytujący i nawet upolowaliśmy dużego żółwia który szybkim kłusem skrył się pod powierzchnią wody. 
Gdy moje stopy znalazły się na lądzie odetchnęłam z ulgą. Teraz już nic mi nie grozi i od razu zapragnęłam popłynąć jeszcze raz. Gdy wyjawiłam swą chęć p. skrzywił się z grymasem rozcierając swą prawą rękę. Zapewnił mnie, że czekają nas jeszcze inne atrakcje i nie powinnam się ograniczać tylko do tych które przeżyłam. Kapitan szalonej łodzi zaprosił nas na pokaz fauny zamieszkującej bagna i z balii wydobył ogromnego żółwia znanego nam z posta „Gadam z gadem”. 
Trzymał go za ogon tłumacząc, że z łatwością odgryzie palec gdy znajdzie się wystarczająco blisko jego szczęk. 
Po chwili pokazał innego mieszkańca bagien, małego żółwia z miękkim pancerzem. Pan kapitan zapytał czy ktoś chciałby wziąć w rękę ten egzemplarz ale nikt nie rwał się ochoczo ani nie przepychał się łokciami aby być pierwszym. Za to mój mąż oświadczył głośno, że będę pierwszą bo zawsze marzyłam o dotykaniu żółwia. Kłamca i oszust wystawił mnie na pierwszy ogień. Zaklęłam nie wydając dźwięku i ujęłam paskudztwo bez wdzięku. Mały żółwik był rzeczywiście miękki i bardzo wygimnastykowany o czym miałam okazję przekonać się obserwując jego atak na mój palec. 
 Gad mały i podły tak samo jak p. wystrzelił głową w kierunku mojej dłoni i użarł mnie bez ostrzeżenia w serdeczny palec.
  Nikt poza mną nie wziął gada do ręki, oprócz p.. Prezentacja dwuletniego aligatora skupiła wszystkich ale ja trzymałam się lekko oddalona. Małe i gryzie, chodziło mi po głowie i nie mogłam odnależć w sobie odrobiny ochoty na kolejne ofiarowanie swego ciała żarłocznemu i dzikiemu stworzeniu. Myślałam, że rzucę torebką w kierunku p. gdy usłyszałam; ona pierwsza. p. stał rozpromieniony i wyciągniętą ręką wskazywał mnie. Zabiję cię jak przeżyję mówiły moje oczy. Teraz wszyscy odsunęli się na trzy kroki robiąc mi miejsce. Tak jak pokazywał kapitan wzięłam aligatorka w ręce i jakież było moje zdziwienie gdy poczułam delikatne i ciepłe ciało gada. 
Nauczona, że nie należy ufać niewinnemu zachowaniu trzymałam dwulatka z daleka od swego nosa i uszu zachowując je nienaruszone do dziś.

czwartek, 5 czerwca 2014

Zwariowany początek.

WYBÓR
  Nie można zwiedzać bagien Florydy tylko piechotą więc ulegając reklamom i opisom tych którzy przeżyli atrakcje podróży łodzią ze śmigłem postanowiliśmy przeżyć kilka chwil o których mówi się „niezapomniane”. 


Duży wybór nie zawsze stanowi ułatwienie w podjęciu decyzji i jak można było się po nas spodziewać nie braliśmy tych najbardziej rozreklamowanych firm pod uwagę. Przeglądając pobieżnie foldery reklamowe wychodziło na to, że każda firma oferuje te same rozrywki i atrakcje. 

Dla nas największą i jedyną atrakcją miało być spotkanie z aligatorami. Tym razem ja podjęłam decyzję gdzie mamy się udać. Jeszcze przed wyjazdem wyczytałam, że „Byczy Tygrys” jest właścicielem kilku łodzi i na dodatek jest Amerykaninem/Indianinem. To przeważyło szalę na jego korzyść i z ulgą mijaliśmy zatłoczone, najbardziej popularne miejsca. 

ŁAPÓWKA
  Po prawej stronie na parkingu przy Buffalo Tiger stało kilka aut. 

Tam właśnie pozostawiliśmy nasz pojazd i weszliśmy do biura gdzie można nabyć bilety na odpowiednią godzinę i wybraną łódź. 
- Ja nie chcę jechać autobusem, wolę taką małą i zwinną łódź. - p. jak zwykle ma swoje preferencje od których trudno go odwieść. Na początku nie widziałam różnicy pomiędzy jedną łodzią a drugą ale po dokładnym przyjrzeniu się musiałam (niestety) przyznać rację malkontentowi. - Musimy mieć miejsce w pierwszym rzędzie i łódka nie może mieć przedniej szyby aby poczuć pęd przygody. - Mnie zadowoliłaby każda łódź i im wyżej i dalej od krokodyli tym lepiej. Kupiliśmy bilety na wyjazd w bagna i okres oczekiwania wynosił 15 minut. Zupełnie zadowalająco bo w tym czasie mogłam oswoić się ze świadomością co nastąpi za chwilę. p. kręcił się i wiercił. Nie mógł usiąść na miejscu i ruszył w kierunku zaparkowanych łodzi aby bliżej przyjrzeć się parkowi maszynowemu. 
- Taka. Żadna inna. - Oświadczył zdecydowanym głosem i odszedł w stronę bramkarza który ustawiał ludzi w kolejce do następnego wyjazdu. - Zaraz wracam. - Rzucił nawet nie odwracając się w moją stronę. Stałam zatem wpatrując się w źródło napędu wehikułu którym miałam podążyć na spotkanie aligatorów. Po trzech minutach wrócił p. z zadowoloną miną i oświadczył, że dał łapówkę bramkarzowi aby wpuścił nas pierwszych na małą łódź bez przedniej szyby. Uśmiech mu nie zniknął nawet wtedy gdy oświadczył mi iż musimy poczekać dodatkowe 45 minut gdy właśnie taka powróci z bagien. Łapówka to rzecz znana i praktykowana na całym świecie ale nie bardzo mi to się podobało.
Czas oczekiwania uprzyjemnialiśmy sobie spacerem wzdłuż pobocza drogi wypatrując szansy na zobaczenie jakiegoś gada. 



Dzisiaj szczęście nam sprzyjało bo w nasza stronę przypłynął krokodyl-aligator. O kurcze blade! One są wszędzie! Ochota na wypłyniecie zupełnie mi odeszła. Wróciliśmy w pobliże cywilizacji i ostatnie 15 minut grzecznie siedziałam na ławce oczekując na dodatkowo opłaconą łódź. 

BRAK WPRAWY
  Gdy nadeszła pora aby wejść na pokład „naszej” łodzi bramkarz wprawnie nas zablokował wpuszczając na pierwszą ławkę czteroosobową rodzinę. Dla nas pozostała opcja zajęcia miejsc w tyle. Podałam bilety wstępu dla dwóch osób ale tej drugiej osoby przy mnie było. Zdezorientowana zaczęłam się rozglądać za mężem którego zobaczyłam stojącego jakieś dwadzieścia metrów dalej. Wyraz mej twarzy mówił „no chodź” ale oblicze męża było martwe i złowieszcze. 

- Nigdzie nie płynę. - Usłyszałam syk pomieszany z gulgotem wściekłego indora. Pokornie wycofałam się od wejścia a p. w kilku susach znalazł się przy mnie. Stałam jak oniemiałe cielę gdy on wyrwał mi bilety z ręki i w kolejnej sekundzie zniknął w budynku biura. Nerwowo zaczęłam szukać papierosów w kieszeniach przeciwdeszczowej kurtki. Powrócił p. i wręczył mi pieniądze ze zwrotu biletów. To jak teraz będzie? Koniec wycieczki na bagna? 
- I co? - Spytałam z głupia frant bo raptem po ponad godzinnym oczekiwaniu znaleźliśmy się z palcem w du... lub w punkcie początkowym. - Przebił cię, wyszedłeś z wprawy kochanie. - Chciałam jakoś załagodzić sytuację ale niestety dolałam oliwy do ognia.  
- Nie martw się, po prostu ten gość zapłacił dużo więcej niż ty. - Kontynuowałam spokojnie i wyrozumiale ale nie wiem czy p. dosłyszał koniec zdania bo znów się zdematerializował. Dostrzegłam go idącego w stronę wejścia i podążającego prosto do bramkarza. p. ujął go pod pachę i odciągnął na bok. Indianin nie stawiał oporu i chociaż nie słyszałam rozmowy to widziałam dokładnie, że łapo-biorca oddał kasę łapo-dawcy. 

ATANER DAJE POPIS
- Przyjedziemy tu jutro? - Moja wyrozumiałość jest podziwu godna i w duchu zgodziłam się na ponowny przyjazd w to samo miejsce. 

- Coś ty! - Odparował i obrzucił mnie spojrzeniem którego wolałabym już nigdy w życiu nie widzieć. - Pojedziemy dalej... - Tu przerwał i podszedł do bramkarza. Byłam blisko i słyszałam jak z ust p. ulatnia się trujący gaz pomieszany ze słowami: czy mógłbyś polecić nam jakąś inną firmę? No nie, to już szczyt bezczelności, dać łapówkę, po chwili zażądać jej zwrotu i jeszcze poprosić o poradę lub przysługę. Patrzyłam jak przede mną rozgrywa się farsa dnia powszedniego. 
- Pięć mil dalej. - Odrzekł nagabywany a p. wylewnie mu podziękował i na dodatek życzył miłego dnia swemu rozmówcy. Już nie musiałam pytać gdzie jedziemy i co robimy. Zasiadłam za kierownicą i uruchomiłam silnik. Mój pasażer dyszał ciężko jak w zawale i nic nie mówił. 
Przed szopą udającą dom parkowały dwa auta i zapowiadało się krótkie oczekiwanie na przygodę w tym nowym miejscu. Ledwo zamknęliśmy drzwi samochodu a już podążał do nas młodzian o ryżych włosach z uśmiechem od ucha do ucha i papierowo bladej cerze. Żywy Irlandczyk w indiańskim rezerwacie na Florydzie, do prawdy świat zwariował. Od razu na parkingu wypytaliśmy naganiacza o typ łodzi, cenę i termin oczekiwania. Okazało się, że trafiliśmy w wymarzone miejsce gdyż posiadają tylko zwinne łodzie, czekać nie musimy bo już jest prawie komplet a cena jeszcze niższa niż tam gdzie byliśmy poprzednio i co najważniejsze, miejsca z przodu są gwarantowane!!!!! Ucieszona faktem, że taniej ruszyłam w stronę mało atrakcyjnego wejścia. Pchnęłam drzwi wejściowe i środek mnie urzekł odmiennością. Czysto, elegancko i przyjaźnie. 
Wymieniliśmy między sobą uwagi o niebywałym szczęściu, że wszystko idzie po naszej myśli i zaczęliśmy przyglądać się wyrobom w stylu kultur indiańskich oraz ciuchom a'la Indianka gdy irlandzki naganiacz poprosił nas abyśmy zapłacili za usługę bo czas udać się na pokład szalonego pojazdu. Przymierzanie spódnic musiałam odłożyć na później bo nie było teraz na to czasu ale byłam pewna, że coś kupię bo zwrócona łapówka plus różnica w cenie przejażdżki na bagna równa się spódnica. Dolary zawirowały mi w głowie i zamąciły zdrowy rozsądek. Uśmiechałam się do wszystkich obecnych pod strzechą i nawet dokładnie nie dosłyszałam ceny którą powinnam uiścić w kasie. p. stał niezbyt daleko ale jakby udawał, że mnie nie zna. Jemu tylko krokodyle w głowie a nie spódnice dla ukochanej żony. No cóż przecież to odmienna płeć. Kameralny nastrój jakby mnie uskrzydlił i nie dbając o bilety odeszłam od kasy pozostawiając na ladzie 40 dolarów. Minęłam p. którego oczy pałały dzikim przerażeniem i grymasem niesmaku na twarzy i przeszłam przez drzwi przytrzymywane przez Irlandczyka tam gdzie czekała łódź. 
- Ale masz tupet, orżnęłaś ich w żywe oczy. - Trajkotał p. idąc tuż za mną. 
- O co ci chodzi? - Stanęłam a p. dziobnął mnie w plecy obiektywem aparatu który wisiał mu na szyji a brodą uderzył w moją głowę. Popłynęła łacina. Z obu stron. Śmigło wolno obracało się na łodzi gotowej do odpłynięcia a my staliśmy i dyskutowaliśmy o mym zuchwale cinkciarskim oszustwie. - Przecież zapłaciłam. Kurka wodna płaciłam. Zostawiłam dolary na ladzie. 
- Tak tylko o 16 dolarów mniej. 
- Ja? - Nie mogłam zrozumieć o czym p. mówi. 
- A kto!? Rzuciłaś cztery dychy, odwróciłaś się na pięcie i poszłaś do wyjścia. Wszyscy jeszcze trwają nieruchomi w szoku. Nic nie zauważyłaś? 
- Nie. Nic. - Odjęło mi mowę gdy znaczenie słów dotarło do mego zaprzątniętego spódnicami umysłu. - I co teraz? - Poczułam jak życie ze mnie uchodzi i nogi zamieniają się w waciane podpory niezdolne utrzymać mnie w pionie. 
- Teraz wskakuj na ławkę bo już wszyscy czekają. 
- Idź pierwszy bo ja z brzegu nie siadam. - Nie wiem jak czuje się złodziej przyłapany na gorącym uczynku ale jestem pewna, że przynajmniej bardzo podobnie jak ja wtedy.
CIĄG DALSZY ZA TYDZIEŃ LUB 10 DNI :)))

niedziela, 25 maja 2014

Kapciuszek

  Po zimie kiecka aż trzeszczała w szwach gdy kilka kilogramów więcej starałam się upchnąć w dopasowaną do figury sprzed sześciu miesięcy swoje obecne rozleniwione ciało. Zaproszenie na firmowy obiad zobowiązuje do bycia miłą i swobodnie się zachowującą a tu masz babo placek od razu stres. Na bezdechu długo nie pociągnę i zanim dobrnę do deseru to zemdleję z niedotlenienia. W popłochu weszłam do szafy i odświeżyłam sobie pamięć na widok wiszących tam strojów. Wybrałam te nadające się na późne popołudnie w restauracji i rzuciłam je na łóżko w sypialni. Za chwilę wpadłam w panikę bo albo dekolt za głęboki na taką okazję albo kreacja zbyt kolorowa. Przymierzałam, odrzucałam aż w końcu powróciłam do pierwszej. Na półce pod kieckami znalazłam szpilki w odpowiednim kolorze i aż stęknęłam gdy włożyłam je na stopy. Kurcze stopy też mi urosły? Nie to tylko złudne odczucie bo dawno nie chodziłam w tym katorżniczym obuwiu. Wygoda biorąca górę nad elegancją spowodowała, że szpilek nie nosiłam chyba kilka miesięcy.
Z p. poszło zupełnie bez problemu gdyż stwierdził, że potrzebuje nowy garnitur. Tydzień wcześniej udaliśmy się do sklepu i pierwszy raz w życiu sprzedawca okazał się wręcz nieodzowny. Gdy błądziliśmy pomiędzy marynarkami a spodniami aby dobrać odpowiedni rozmiar podeszła do nas pani w wieku dojrzałym i zaoferowała swą pomoc w doborze. Poszło szybko i bez problemu. Pracownica sklepu wiedziała gdzie jest odpowiedni rozmiar i nie minęło piętnaście minut gdy mój dziad wyglądał jak z żurnala mody w nowym garniaku, nowej koszuli a pod szyją pysznił się nowy krawat. Kto powiedział, że kobieta jest szybciej gotowa do wyjścia bo ubiera się tylko od kolan w górę i tylko lekko ponad biust. Bałagan wytworzony na łóżku przypominał bardziej pokój nastolatki przed pierwszą randką niż wyjście na kolejny objad do restauracji.
- Zapnij mnie, proszę. - p. usłużnie zasunął suwak na plecach nie dając mi szans na wyłamanie sobie stawów rąk gdybym usiłowała zrobić to sama. Gdy w gotowości stanęłam przed lustrem okazało się, że nie jest aż tak źle jak myślałam. W butach na obcasie, aby się nie przewrócić, prostujemy swą sylwetkę i to co powinno być z przodu jest wypięte w tym kierunku a to ma zawsze być z tyłu raptem nie pcha się tam gdzie nie powinno. Byłam gotowa. Jeszcze tylko dwa małe pierścionki, zegarek jak bransoletka, naszyjnik i malutkie kolczyki aby dopełnić wizerunku. Ostateczny błysk ustom nadam przed samym wejściem na salę. 

Anglicy mawiają, że bardzo zdrowo jest chodzić po trawie co czynimy codziennie w drodze do domu ale dzisiaj nie mogłam pozwolić sobie na taki luksus bo szpilki wbiłyby się w trawę brudząc obcas. Po dziesięciu minutach na obcasach odzyskałam dawną pewność siebie i przypomniałam sobie czasy gdy tak właśnie ubrana, no może mniej wyjściowo, chodziłam codziennie.
- Czy możesz podjechać od frontu. - O dziwo bez słowa zdziwienia i niepotrzebnego marudzenia chłop oczywiście wyszedł przez patio aby po trawie dojść do auta.
Z reguły nie spóźniamy się na umówione spotkania. Wychodzimy na tyle wcześnie z domu aby ewentualne niedogodności dojazdu nie miały dużego wpływu na godzinę naszego pojawienia się na imprezie. Ekstra czas który pojawia się gdy nie ma korka ulicznego lub wypadku zawsze można umilić sobie wizytą w barze na jednego drinka. Również tym razem byliśmy na czas ale przy złożonych stołach gotowych na nadejście gości było jeszcze dużo wolnego miejsca. Ze względu na wygodę zajęliśmy miejsca niezbyt oddalone od wejścia na salę aby ewentualne wyjście do toalety nie przekształciło się w paradowanie na wybiegu podczas gali mody. W kilka minut po nas pojawił się szef firmy i o zgrozo usiadł wraz z towarzyszącą mu osobą płci przeciwnej na wprost nas. Przywitał nas mile i rozsiadl się w restauracyjnym krześle. Jak on się mieści w samochodzie? Mężczyzna o wzroście ponad dwa metry z nogami długimi jak bocian nie zmieści się z normalnym aucie a jeżeli już to mało wygodnie. Obok mnie usiadła pulchna kobieta o wyzywającym makijażu i dekolcie tak luźnym, że zainteresowany jej wdziękami bez trudu mógł dostrzec kiepsko ukryte walory. 

- Ataner poznaj moją zwariowaną koleżankę z pracy. Na imię ma chyba Jane. - Pominęłam to "chyba" i wymieniłam uśmiech powitania z nowoprzybyłą która znacząco przewróciła oczami na taką formę prezentacji. Rozpoczęło się trajkotanie o bzdurach jak to bywa na takich pół oficjalnych imprezach. Obecność szefa najwidoczniej krępowała pracowników przed frywolną konwersacją ale tylko do momentu gdy wino, drinki i piwo zaczęły brać górę nad obawą przed zwolnieniem z pracy. Stoły były obficie zastawione przystawkami i zakąskami które pomagały głodującym przeczekać do dania głównego. Kolejną regułą w naszym życiu jest zjedzenie dobrego posiłku przed wyjściem na proszone przyjęcie. Nie raz przekonaliśmy się, że nasze gusta są odmienne od wydających przyjęcie i jedzenie pozostaje prawie nieruszone a w brzuchu burczy jak majowa burza. Wypatrzyłam półmisek z ostrygami ale był poza zasięgiem mych rąk więc poprosiłam Jane aby przesunęła go w naszą stronę. Mój angielski nie jest doskonały o czym przekonałam się zaraz jak wypowiedziałam swą prośbę. Jane zapytała o co mi chodzi i od razu się wkurzyłam bo akurat ostrygę trudno pomylić z kawiorem czy szynką parmeńską z granatami. 
- Ostrygi. - Powtórzyłam bez zbytniego akcentowania ale udalo mi sie przeliterować niezbyt trudny wyraz O-Y-S-T-E-R-S (O-S-T-R-Y-G-I). 
- To są tu ostrygi? - Poczułam się jak w remizie strażackiej na sobotniej zabawie.
- Tak, są tam. - Palcem wskazałam kierunek gdzie półmisek z sinymi ostrygami na muszlach przyozdobiony był kawałkami cytryny.
- O mój Boże! Nie zwróciłam uwagi. - "Gówno prawda", pomyślałam sobie, nawet nie wiesz co jest na stole bo ślepiami chcesz zabić partnerkę szefa. Używanie słowa "Bóg" w Ameryce jest tak powszechne, że o jakimkolwiek grzechu nie ma mowy. Jest używane nagminnie w różnych sytuacjach gdy np. czegoś się przestraszymy albo chcemy zaakcentować zdziwienie. W innych mniej wykwintnych sytuacjach równeż. Tak tu jest i już, trzeba się przyzwyczaić i zaakceptować. Ochoczo rzuciła się na stół nawet nie unosząc tyłka. Dosięgnęła osławionego przysmaku ale jej biust utonął w jej talerzu z resztkami jedzenia. Na ten widok aż wyprostowałam się nienaturalnie bo na samą myśl, że ja mogłabym tak zrobić wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia. Uczynna Jane postawiła półmisek przed sobą i nie czekając ani chwili zsunęła na swój talerz 80% jego zawartości. Zdumiona pomocą osłupiałam gdy siedząca po mojej lewej stronie kobieta palcami zaczęła odrywać ostrygi od muszli i wkładała je do ust. Odwróciłam głowę w prawo i syknęłam do p.. 

- Nalej sobie whisky. - Mój mąż spojrzał na mnie jak na diabła bo on nie lubi whisky. - Nalej! - Syczałam po polsku aby nikt nie mógł mnie zrozumieć. Jak to bywa w towarzystwie aby nie wszczynać niepotrzebnej dyskusji zgadzamy się na chwilowe wariactwa naszych współmałżonków i p. wlał pół szklanki i dorzucił trzy kostki lodu. Szklankę postawił między nami co wskazywało, że jego mózg pracuje poprawnie. Gdy inne damy zalewały swe kiszki winem i piwem ja przyswoiłam duży łyk prawdziwego alkoholu w celu złagodzenia przed chwilą doznanego szoku. Na samą myśl o sąsiadce zaczęło mnie wszystko swędzić a najbardziej podeszwa prawej stopy. Myślałam, że oszaleję jeżeli natychmiast nie podrapię się w tym niewygodnym miejscu. Zsunęłam but z prawej nogi i już chciałam czubkiem drugiego dotknąć nękane miejsce gdy Jane zagaiła.
- I jak spędziliście Sylwestra w Kentucky? 
- W Kentucky? - Co ta baba wygaduje jakie Kentucky. Chyba pomyliła osoby. - Byliśmy na Flo.... - W tym momencie dostałam kopniaka w kostkę od mojego męża. Odjęło mi mowę z bólu a noga mimowolnie poleciała w lewo tam gdzie stała szpilka wyzwolona od mojej stopy. Stopa uderzyła w but i but również poleciał w lewo zgodnie z prawami fizyki. Łzy stanęły mi w oczach z wściekłości na takie chamstwo i z bólu. 
- Byliście na Flo...RYDZIE!? - Dokończyła Jane. Szukając wytłumaczenia sytuacji zerknęłam w prawo gdzie zobaczyłam bladą maskę zamiast uśmiechniętej twarzy mego męża. - To nie byliście u cioci? - Jane wietrzyła sensację a ja mrugałam pośpiesznie aby powstrzymać napływające łzy. Podniosłam wzrok i napotkałam spojrzenie szefa p. który podniósł brwi na mój widok. Gorzej już nie mogło być, co on sobie o mnie pomyśli. Tak mi się tylko wydawało bo "gorzej" miało nastąpić już za chwilę ale potem było już tylko gorzej niż gorzej. 
- Słuchaj Jane... - p. wydawał się spokojny ale ja wiedziałam, że jad tryska mu z pyska. - ...byliśmy u ciotki i razem pojechaliśmy do wujka koło Jacksonville. - Pierwsze słyszę, że mam ciotkę i wujka w Ameryce! - I bardzo cię proszę nie zaglądaj mi w dupę przez lupę. - Mój chłop oparł się o oparcie krzesła i czułam, że za chwilę zemdleje. On zemdleje, nie ja, bo ja byłam ciekawa ciągu dalszego tego niespodziewanego zajścia. Widząc, że p. zakończył spojrzałam na Jane jakbym była widzem a nie uczestnikiem. Napotkałam jej wzrok i usłyszałam jedno słowo wypowiedziane w moją stronę które w tlumaczeniu na polski mogło brzmieć "dupek" lub "cham". Jane powiedziała mi to prosto w twarz i poczułam się winna temu, że mam męża chama. Trudno niech tak będzie, wiem, że p. nie ma łatwego charakteru ale jedno jest pewne, że nie zawiedzie oczekiwań rodziny. Dopiero w domu dowiedziałam się, że w pracy nie opowiada o prawdziwych historiach rodzinnych a nasze wakacyjne wypady ukryte są pod woalką wyjazdu do starej ciotki w Kentucky. Nikt nie zazdrości i nie nie wypytuje o mało interesujący wyjazd. 
Zatem mam męża dupka, zdobyłam ciotkę i wujka ale straciłam buta. Mało komfortowa sytuacja zaczęła mnie denerwować bo ani wyjść do łazienki ani na papierosa i podjęłam próbę odzyskania zaginionego obuwia. Delikatnie wysunęłam bosą stopę do przodu i lekko w prawo aby najpierw zbadać najbliższą okolicę. Nie bacząc na to, że mogę podrzeć rajtuzy obmacałam okolice nogi stołowej ale tam buta nie było. Gdzieś musi być moja szpilka i wolałam sama ją odnależć niż znależć się w sytacji gdy ktoś podniesie ją nad stołem i zapyta; czy ktoś nie zgubił buta? Umarłabym ze wstydu. Teraz nadszedł czas na okolice podłogi w rejonie "do przodu i lekko w lewo". 
- Co tak się wiercisz? - Zapytał mój mało delikatny mąż. To ja wyczyniam cuda aby na siebie nie zwrócić uwagi a już na samym początku wszyscy widzą moje dziwne zachowanie. Może nie wszyscy? Właśnie Jane zaczęła opowiadać o trudnym kliencie firmy więc podjęłam desperacką próbę odzyskania własności póki nikt na mnie nie patrzy. Centymetr po centymetrze moja stopa badała nieznane rewiry ukryte pod stołem. Po krótkiej chwili namacałam czubek buta. O wreszcie jestem uratowana. Teraz muszę go nacisnąć i przysunąć w moją stronę aby drugi raz go nie zgubić. Zanim dotarło do mnie, że to nie mój but zdecydowanie przystąpiłam do czynu. Oczy siedzącego naprzeciw szefa wpatrywały się we mnie usilnie tak jakby wszystkie moje grzechy i grzeszki wypisane były na moim czole. Kurczę ale obciach, moja stopa natrafiła na jego długaśne nogi. Właściciel firmy na pewno nie raz był podrywany przez piękną płeć i wychodzi na to, że ja czynię to również. Wyprostowałam natychmiast nogę w kolanie aby jak najszybciej unieść stopę z krępującego miejsca. Kolejną fazą odwrotu było cofnięcie stopy. Wszystko poszłoby jak po maśle ale właśnie teraz moja stopa z wyprężonymi palcami znajdowała się pomiędzy mankietem nogawki a skarpetką. Tak raptownie cofnęłam wszedobylską stopę, że uniosłam nogę siedzącego na wprost mnie mężczyzny a on sam aż drgnął i osunął się na swoim krześle. Cholera o mały włos a chłop ważący 150 kg o wzroście ponad dwa metry runąłby na podłogę. Przestałam wierzyć w słabą płeć. Brwi szefa znalazły sę na czubku jego głowy ze zdziwienia ale pary z pyska nie puścił. Ja płonęłam rumieńcem wstydu. Uśmiechnęłam się przepraszająco i odwróciłam głowę w kierunku mojej sąsiadki która kontynuowała swój niekończący się monolog. Łyk whisky pomógł mi przywrócić równowagę ducha. Skoro mojej szpilki nie ma z przodu więc powinna być gdzieś z lewej. Poszłam na całość. Zdjęłam lewego buta aby lewą stopą wymacać moją zaginioną własność. Postanowiłam bardziej ostrożnie poznawać teren w bezpośrednim sąsiedztwie Jane. Nic, zupełnie nic. Na dobrą sprawę moj but mógł wylądować ze dwa metry ode mnie albo jeszcze dalej. Jestem chyba bez szans na odnalezienie buta. Coś wymyślę aby go odnalezć ale póki co to omiotę okolicę aby mieć pewność, że zguba przepadła na zawsze. Tak zaczełam omiatać, że lewa stopa wylądowała na stopie siedzącej obok Jane. Zdecydowałam się na wyjaśnienie sytuacji i już otwierałam usta gdy dłoń Jane wylądowała na mym przedramieniu. No to mam przekichane. Najpierw wzięłam się za podrywanie szefa a gdy me próby zawiodły to skoncentrowałam się na wdziękach sąsiadki. Oczywista sprawa, jestem podrywaczką i lesbijką. Trwałam tak z uchylonymi ustami bo zimny dreszcz przeszył me ciało. Co za niesamowita sytuacja w ktorą sama się wpakowałam.
- Idę do łazienki. - Oświadczyła Jane. Ja jęknęłam cichutko bo nie spodziewałam się abym mogła wszystko wytłumaczyć. Jane odsunęła krzesło i zdecydowanie zanurkowała pod stół. - Zawsze zdejmuję buty na imperach. - Jej słowa dochodziły gdzieś spod obrusa. - Potem nie mogę ich odnalezć ale ty jesteś jeszcze lepsza niż ja. - Czy to miało ze mną coś wspólnego. Pewnie tak bo moje podkurczone stopy pod siedzeniem nie stały się raptem niewidoczne. - Hej Steve! - Ryknęła Jane na cały głos. - Podaj mi buta masz go obok siebie. - Dokończyła. Kilka osób odwróciło się w naszą stronę a jedna z nich spojrzała pod stół. Steve, siedzący w odległości sześciu krzeseł wydobył moją szpilkę i uniósł ją ponad stół. 
- Łap! - Krzyknął i rzucił nią w Jane która spokojnie chwyciła ją jedną reką. Ja wyciągnęłam obie dlonie przed siebie aby uchronić się przed ewentualnym uderzeniem. Od razu widać kto ćwiczył "bejsebola". Teraz wszyscy patrzyli jak Jane wręcza mi złapany nad stołem but.

czwartek, 1 maja 2014

Wyspa skarbów.

  Było już grubo po południu a przed nami jeszcze tyle atrakcji w ciągu dzisiejszego dnia. Mieliśmy wiele opcji do wyboru ale dzień nie chciał się wydłużać wraz z upływem czasu i musieliśmy podjąć decyzję co dalej. Krótka narada zaowocowała ustaleniem, że dnia dzisiejszego nasycimy się widokiem aligatorów w takim stopniu aby wystarczyło nam na wieki. Wjazd na parking był otwarty ale stojące auta na głównej drodze jeszcze daleko od niego uświadomiły nam raptem, ze nie jesteśmy jedynymi amatorami spotkań z nieznana fauna. Dodatkowy prysznic zimnej wody zafundował nam ustawiony przenośny napis „na parkingu brak wolnych miejsc”. W żadnym razie nie zdobędziemy się na pozostawienie auta daleko na szosie aby odbyć ponad kilometrową wycieczkę do wejścia. 
- W takim razie spróbujmy popłynąć na bagna łodzią ze śmigłem. - Kolejna decyzja nie powiodła się sukcesem bo wszędzie mnóstwo ludzi i czas oczekiwania wydawał się zupełnie za długi. Już kilka razy wspominałam, że Amerykanie wstają wcześnie rano nawet w wakacje aby do lanczu uporać się ze zwiedzaniem i teraz pozostało nam jedynie pojechać dalej w stronę Zatoki Meksykańskiej pozostawiając przygody na kolejne dni. Może to i dobrze bo wszystkiego naraz nie da się zobaczyć a dozowanie napięć nerwowych może wyjść nam tylko na zdrowie.
Zwiedzanie bagien odłożyliśmy na później aby zbadać jak żyją ludzie w tych okolicach. Samo Miami to tętniące życiem miasto z bogatym centrum i biednymi przedmieściami tak zupełnie normalnie jak to bywa z dużymi miastami na całym świecie.
Wzdłuż drogi pomiędzy wybrzeżem Atlantyku a Zatoką przez długi czas towarzyszył nam kanał po północnej stronie. Czasami był zupełnie pozbawiony roślinności innej niż przystrzyżona trawa ale odcinki porośnięte wysoką trzciną i krzewami kryły mieszkańców dla których przyjechaliśmy z daleka. 

Wylegujące się bezpośrednio nad samą wodą aligatory było bardzo łatwo dostrzec dzięki ich prawie czarnemu kolorowi. Nasze częste postoje na wąskim poboczu pomiędzy metalową barierą a pasem ruchu nie przypadały do gustu innym użytkownikom drogi ale wiadomo, że turysta zatrzymuje się tam gdzie uważa za stosowne pomijając zdrowy rozsądek więc nikt na nas nie trąbił a co najwyżej złorzeczył w zaciszu swych czterech kółek. Mniejsze egzemplarze pozostawiliśmy bez szans na portret ale okazy budzące szacunek ze względu na swoje rozmiary zasługiwały na chwilę postoju. Zdjęcia nie są rzucające na nogi bo te paskudne zwierzaki kryły swe cielska chociażby częściowo w szuwarach. Pomimo wszystko byliśmy teraz już prawie zadowoleni z podjętej decyzji aby pojechać do Neapolu (nazywanego tutaj Naples).
Po drodze zahaczyliśmy o małą wyspę Chokoloskee aby zerknąć jak żyje się w tej okolicy.

Krótki rekonesans czyli objechanie całej wyspy nie zajęło nam dużo czasu bo obszar był wręcz maleńki. 
Najbardziej atrakcyjne okazało się spotkanie z pelikanami czyhającymi na resztki oprawianej ryby. Po krótkiej walce ptaków nastąpił sielski spokój panujący dookoła i w takim nastroju ruszyliśmy dalej aby przekonać się czy wszędzie jest tak błogo i rozkosznie.

  Po niespełna godzinnym relaksie za kółkiem wjechaliśmy na wyspę których tutaj nie brakuje i aż dech nam zaparło. Raptem znaleźliśmy się w innym świecie.
Tak wysprzątanego i wypielęgnowanego miejsca w Ameryce jeszcze nie widziałam. Może to był szczególny dzień, że tak odebraliśmy to miejsce albo naprawdę tak było. Asfalt bez pęknięć, trawniki nie tylko idealnie przystrzyżone ale nawet chyba uczesane i pomalowane na zielono tam gdzie trawa mogła zmienić kolor. 
Cicho, spokojnie i bogato. 
Budynki jakby wczoraj pomalowane na nasz przyjazd, palmy bez jednej suchej gałęzi lekko kołysały się na wietrze. Czułam się jakbym niechciana przez mieszkańców wjechała na ich prywatny teren. Gdzie nie spojrzeć to milion dolarów. Nawet nieduże domy miały taras zabudowany siatką chroniącą przed owadami, krokodylami i innym paskudztwem niemile widzianym przy porannej kawie lub wieczornym drinku. 
Zacumowane jachty przy domach dodały jeszcze pikanterii do niebywałego wizerunku Marco Island. Gdyby przyszło mi zamieszkać nad morzem to ta wyspa byłaby moim numerem jeden. Problem finansowy który ciągnie się za nami jak smród po gaciach można rozwiązać tylko w jeden sposób; kolejną wyciekę trzeba tak zaplanować aby dotrzeć do wyspy skarbów, zabrać część ukrytego tam skarbu i kupić sobie za złoto piratów luksusowy dom z jeszcze bardziej wystawnym jachtem. Pomarzyć dobra rzecz ale kończący się dzień uzmysłowił nam nasze położenie i urok bogactwa oraz jego nieznany smak oddalały się od nas jak senne marzenia przed odgłosem budzika.
Z wyczekiwanego Neapolu niewiele dostało się nam na deser. 

Przy świetle reflektorów samochodowych i ulicznych lamp dosłownie uszczknęliśmy tylko kawałek miasta w drodze do autostrady prowadzącej wprost do hotelu gdzie kilka godzin snu musi nam wystarczyć aby jutrzejszą przygodę dokładnie zapamiętać.