poniedziałek, 28 czerwca 2010

Brak kasy na wczasy - cz. 2

  Santa Fe i Albuquerque to istny raj dla mnie, te miasta są inne niż inne. Motto stanu New Mexico to „The Land Of Enchantment” co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Kraj Oczarowania”. To się sprawdza, w tych miastach byłam oczarowana i ciągle jestem pod urokiem tych miejsc. Czułam, ze wszystko jest tutaj na miejscu i nawet sceptyczny p. nie komentował otaczającej nas rzeczywistości.
  Miałam uczucie jakbym tu już była, wszystko dookoła wydawało się znajome i bliskie sercu, rynek i sto małych sklepików wokół. Taki polski rynek małego miasteczka. Wąskie uliczki z kafejkami i sklepami to obraz jakby z Europy. Samo centrum i jego obrzeza wyglądały podobnie.
  Wielkie miasta USA mają centrum na pokaz z wysokościowcami i panoszącym się bezładnie bogactwem. Dookoła centrum przylega ostateczna nędza, ze aż strach tam się pojawić bez względu na porę dnia. Dalej znów zaczyna się strefa bogatych mieszkańców, którzy na przedmieściach stworzyli niedostępne dla zwyczajnych zjadaczy chleba, enklawy. Pilnie strzeżone przez opłacaną ochronę, mieszkają za wysokimi murami odgrodzeni od świata.
  Tutaj czegoś podobnego nie ma, biedny z bogatym (pozornie) mieszkają obok. Mam wrażenie, ze jest to zasługa architektury. Stare i nowe domy i budynki są budowane w stylu adobe. Nie ma równych ścian ani krawędzi, wszystko wygląda jakby zbudowane, wręcz ulepione ręcznie z gliny. Taki tez dominuje kolor, dla mojego oka bardzo przyjemny i kojący dusze. Jeden dzień w takim miejscu wydawał się okrucieństwem a każdy banknot miał napisane raptem „wydaj mnie”. Pokus było co niemiara, oj było. Sto metrów indiańskiej biżuterii rozłożonej na chodniku pod arkadami przemierzyłam kilkakrotnie. Uprzejmi Indianie za każdym razem zapraszali do obejrzenia i dotknięcia arcydzieł rękodzieła. Jak bardzo moje serce krwawiło nikt się nie dowie, ile miałam szalonych pomysłów na połączenie naszyjnika z  kolczykami i bransoletka w niezliczonej ilości kombinacji kolorów i stylów. Właśnie tam zahartowałam swoje nerwy tak, ze do dziś nie są mi groźni ani p. ani Wik. Już nigdy w życiu się nie zdenerwuje.
  Zostałam na sile wciągnięta do restauracji na obiad bo inaczej z głodu bym umarła jak; „osiołkowi w żłoby dano w jednym...”. Wszystko zapowiadało się dobrze ale w restauracji była wystawa biżuterii, która niestety można było kupić, wszystko zaczęło się od początku tylko ilość kombinacji się zwiększyła. Ponoć jedzenie było fantastyczne. Jadłam coś ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Tak zagadałam p. który usiłował mi zrobić zdjęcie jak prezentuje nowe pierścionki, ze biedak poruszył aparatem i zdjęcie wyszło rozmazane.
Kocham Nowy Meksyk!
 Na tym zdjeciu jest koliber.
  Dopiero w nocy ruszyliśmy dalej by kontynuować nasza podroż na zachód. Już jakiś czas jechaliśmy pod gore, tak prawie niewidocznie aż wjechaliśmy na wysoko położony w górach płaskowyż. Powietrze było zimne i brylantowe. Gwiazd na niebie taki ogrom, ze żaden astronom nie widział tyle na raz. To była najbardziej gwiaździsta noc na kuli ziemskiej. Nie miałam do tej pory pojęcia, ze tyle ich jest na niebie. Jedne duże, drugie małe ale wszystkie oślepiały jak długie światła nadjeżdżającego z przeciwka auta. Droga Mleczna ma złą nazwę, powinna nazywać się ”Autostrada w centrum Nowego Jorku”. Patrzyłam i lekko mrużyłam oczy jak przy nocnej zorzy polarnej. Tyle było światła na bezchmurnym niebie jak wtedy gdy jechałam nocą w północnej Norwegii na Nordkapp. Przestałam mrugać bo bałam się, ze ucieknie mi jakiś szczególnie ważny moment. Udało się i nie przegapiłam spadającej gwiazdy. Zaraz za nią spadła kolejna.
  - Popatrz, takiej ilości spadających gwiazd w życiu nie widziałem. - p. mówił do mnie ale patrzył w niebo, wiedziałam, ze on tez cichutko wypowiada skryte marzenia, do każdej ze spadających gwiazd inne, a może ciągle to samo (?). Tej nocy nie spaliśmy. Rano dojechaliśmy do wsi-miasta i gorąca kawa przywróciła nam codzienność. Takiego ścierwa pod nazwa kawy nie piłam nigdy przedtem. Przysięgam obrzydlistwo.
 - Kochanie jak to wypijesz to będziesz pewna, ze dziś nic gorszego cie już nie spotka. - p. wypowiedział kolejna mądrość życiową. Przyznam, ze to prawda. Kawa była tak nieprawdopodobnie odmienna, ze dowolna ilość cukru i śmietany nie zmieniała jej smaku. Wierząc, ze może zawierać kofeinę wypiliśmy po dwie filiżanki i po śniadaniu bez obaw, ze może spotkać nas coś złego pomknęliśmy na spotkanie z radioteleskopami. Na jednym zdjęciu udało się nam na uchwycenie zmienność pogody. Polowa w deszczu a polowa krajobrazu w słońcu.
 Towarzystwo burzy uznaliśmy za niepożądane. A kysz, a kysz przepadnij maro nieczysta wcale nie działało i ciągle jechaliśmy na skraju słońca i deszczu. Jak  wjeżdżaliśmy w strefę deszczu to była to ulewa, jak świeciło słonce to dostawałam japońskich oczu przed operacja plastyczna. Tak dojechaliśmy do upragnionego celu. Widok olbrzymich talerzy i to w takiej ilości przysporzył mnie o lekki zawrót głowy.
Zamieszczam mapke terenu aby pokazac jakie "toto" wielkie, te trzy ramiona po srodku zdjecia to tory po których poruszaja się anteny. Kazde z nich ma okolo 20-25 km dlugosci. Nie do wiary a jednak to prawda. Jeszcze dokladniej to widac na zdjeciu satelitarnym.
  Kolosy na kolkach umieszczone w miejscu gdzie jest najczystsze powietrze w USA podsłuchują kosmos przez cały czas. Jest to największa stacja nasłuchu wszechświata na świecie. Robi duuuze wrażenie.
  Zaczęło się wypogadzać, widać kawa pomogła albo nasze czary. Korzystając z okazji gaz do dechy, kolejny przystanek to Colorado.

9 komentarzy:

  1. Witam serdecznie, Fantastyczne Twoj blog, z wielka przyjemnoscia czytam o podrozach po Stanach i ogladam zdjecia. Umiesz pisac i fajnie opowiadasz o roznych ciekawych miejscach az zadrosc bierze, ech...
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. wildrose - witam serdecznie na moim blogu. Ciesze sie, ze moge
    pokazac Wam chociaz czesc tego wielkiego kraju moimi oczami. Zagladaj do mnie od czasu do czasu, bo zawsze cos sie tu dzieje. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Ataner,

    napisałaś tak plastycznie, że czułam się, jakbym tam była. Kraj Oczarowania, pięknie!
    Uściski,
    O.
    Ps. i fajnie, że już jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale w końcu nie napisałaś czy kupiłaś choć jedną parę kolczyków... No to co - kupiłaś? Albo choć jeden maleńki wisiorek?

    Pozdrawiam,
    Motylek

    OdpowiedzUsuń
  5. Obiezyswiatko - to nie moje slowa, to swiat taki kolorowy. Ja tylko piszac staram sie go nie wypaczyc. Ja sie wcale nie ciesze, ze juz jestem. Wolalabym byc w dalszym ciagu na wakacjach :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Motylku - prawdy nie moge napisac, bo p. czasami wchodzi na moj blog. Kupilam, kupilam i to jeszcze ile. Juz mysle o nastepnej wyprawie, tym razem w Twoim kierunku, Oregon i California.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hm... No to jak już na mur beton zaplanujesz Oregon to daj znać, dobrze? Może zjemy razem lunch na jakiejś plaży albo zapiknikujemy przy jakimś wodospadzie.
    Jak mi się uda to w ten weekend chciałabym zobaczyć jaskinie na południu Oregonu. Zobaczymy co z tych planów wyjdzie - "planuję" zobaczenie ich już od prawie 6 lat...

    OdpowiedzUsuń
  8. O tylu rzeczach nie mam pojęcia! Do szkoły wstyd wracać, bo nie przyjmą, a tu, u Ciebie taka nauka samowchodząca do głowy. I jeszcze z jaką przyjemnością! Nie mogłam się doczekać wolnej chwili, aby dowiedzieć się co napisałaś!Joter ściska Was mocno!

    OdpowiedzUsuń
  9. Joteku - ciesze sie, ze nasze podroze ksztalca nie tylko nas.
    My rowniez sciskamy Cie bardzo mocno:)

    OdpowiedzUsuń