środa, 30 czerwca 2010

Mesa Verde, Colorado. (Brak kasy...cz 3)

 Mądrzy ludzie powiadają, ze przeciwności się przyciągają. Podczas naszego wypadu nie zauważyłam, ze moje wariactwo rożni się od szaleństwa p. Nie musiałam się zastanawiać nad kuszącą propozycja zniszczenia swojego kręgosłupa w zamian za wizytę w Mesa Verde National Park w Kolorado. Już trochę znam ten Stan ale jak byłam tam poprzednio nie mieliśmy czasu aby zatrzymać się na dzień lub dwa i zobaczyć niesamowite miejsca, które kiedyś były zamieszkiwane przez Indian. Z Albuquerque w Nowym Meksyku to tylko sześć godzin jazdy bez przerwy i już tam jesteśmy. Na mapie czerwony punkt "A".
To jakby powtórka z poprzedniej wizyty gdy odwiedziliśmy jedyny punkt w USA wspólny dla czterech Stanów. Znaleźliśmy kemping jakby na pustyni, miejsca wyznaczone na namiot i auto pozbawione były zieleni i przyznam, nie podobało mi się to miejsce. Wieczorem po kolacji mój humor trochę uległ poprawie po goracym prysznicu. Czasami trochę cywilizacji nie przeszkadza, zrelaksowana i znów pachnąca zasiadłam obok p. by rzucić wzrokiem na to co nas czeka jutro. Czułam się trochę połamana, moje mięśnie nie rozluznily się w czasie kąpieli. Spróbowałam sprawdzonej metody prawdziwych kowbojów czyli whisky. Z braku takowej naszym zamiennikiem był Burbon o nazwie Wild Turkey czyli Dziki Indyk. Pomogło a jakże ale nazajutrz obudziliśmy się o wiele później niż zamierzaliśmy. Jak zwykle przed wjazdem do parku jest klasyczna budka z uprzejma obsługą pobierającą opłaty za wstęp. Tym razem dostałam jakiegoś szału i byłam w stanie powiesić wszystkich pracowników na jednej grubej gałęzi. 
Okazało się, ze do najlepiej zachowanego miejsca dojść można tylko w zorganizowanej wycieczce a wszystkie miejsca są sprzedane. Mogliśmy wykupić wycieczkę za dwa tygodnie od dziś. Komercja w tym kraju dosięgnęła zenitu, pogoń za dolarem wypaczyła wizerunek wolnego kraju, którym niegdyś była Ameryka. Nie pomogły słodkie oczy i próba przekonania pani w okienku, ze przyjechaliśmy prosto z Polski i to jest dla nas jedyna szansa abyśmy mogli zobaczyć to miejsce. Guzik z pętelką. Kilka przekleństw w naszym ojczystym języku rozładowało napięcie i poszliśmy wzdłuż ścieżki dla wszystkich. Po trzydziestu metrach w dole zauważyliśmy to niedostępne dla nas miejsce i aż zaśmiałam się na głos. Trasa zorganizowanej wycieczki, na która nie mieliśmy szans biegła jakieś dwadzieścia metrów pod nami i z naszego punktu obserwacyjnego widać było jej część. No trudno musimy zadowolić się widokiem z tego miejsca. 
Przy okazji Kanionu De Chelly wspomniałam o nietypowym zamieszkiwaniu jaskiń przez tamtejszych Indian. Tutaj w Kolorado jest jakby kolebka takiego stylu chronienia swego bytu. Do jaskiń zamieszkiwanych przez niewielka grupę wejście było z góry. Od dołu osada była chroniona przez niedostępny kanion. Największym sprzymierzeńcem w samoobronie była sama przyroda świetnie maskująca miejsce zamieszkania. Bez lornetki i uważnego przeszukiwania terenu szansa na to, ze ktoś zauważy osadę z odległego, przeciwnego brzegu kaniony była naprawdę niewielka. Jeżeli natomiast ktoś patrzył w dol stojąc nad wioska nie miał szans na odnalezienie ukrytych pod nim domów, skrytych pod skalna polka. 
Największa osada zwana Pałacem zamieszkiwana była przez około 150 osób. Charakterystycznym miejscem w każdej takiej osadzie jest kiva czyli łaźnia będąca głównym miejscem spotkań i przebywania mieszkańców. W tym Palacu bylo ich około 25. Konstrukcja tych miejsc była na tyle przemyślna, ze latem dawała chłód a zima niewielka ilość ognia otrzymywała stałą temperaturę 10 C. Biały człowiek zastał te miejsca opuszczone i ciągle zachowane w dobrym stanie. Patrząc na liczbę łaźni w stosunku do mieszkańców to wychodzi na to, ze ci Indianie byli kompletnie zbzikowani na punkcie czystości. Już wiem, ze moimi praprzodkami byli Indianie zamieszkujący te tereny, lecz rytuał wspólnych kąpieli w moim domu nie jest ściśle przestrzegany. Może to ze względu na rozmiar łazienki a szczególnie jacuzzi, w którym z wielkim trudem mieszczą się dwie osoby. 
Powróciliśmy na kemping dość wcześnie i spytaliśmy właściciela co można zobaczyć w okolicy wieczorem. Wybór padł na przedstawienie przed Domem Kultury, muzyka i taniec. Bardzo dobrze posłucham sobie i popatrzę, strawa duchowa z pierwszej reki na świeżym powietrzu, lubię takie imprezy.
Wykapana i wysmarowana od stop do głów właśnie chwyciłam za kosmetyczkę z przyrządami wspomagajacymi urodę gdy wreszcie nadszedł p. Z jego twarzy emanował rajski nastrój, gdy mnie pocałował poczułam piekielny odór. Wszyscy, bez specjalnego tłumaczenia wiedza skąd to się bierze. „Idź się wykap i umyj zęby” poprosiłam grzecznie. „Najlepiej trzy razy” dorzucilam miej grzecznie. „Co? Skore mam sobie zedrzeć” z niedowierzaniem zapytał p. „Zęby, trzy razy zęby pijaku” dorzuciłam na odchodne. Już prawie znikał za samochodem ale jeszcze dodał, ze wypił trochę (tu padła nazwa trunku o tak egzotycznej nazwie jak lacinska nazwa antybiotyku, zdziwilam sie, ze ludzie cos takiego pija) aby zaprzyjaźnić się z tubylcami (miał na myśli właściciela kempingu) i już chciał mi opowiedzieć cala historie ale ponagliłam go bo czas jakoś nie chciał go słuchać tak jak on tubylców i upływał nieubłaganie.
Kolorowe stroje dziewcząt jaskrawo mieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Każda z nich przedstawiała zupełnie inny taniec, tak odmienny w stylu. Niebieska była orłem, rzeczywiscie jej sukienka fruwała jak skrzydła orla na wietrze, kolejne przedstawiały jakieś inne rytualne tance, których nazw nie pamiętam bo raptem coś zaczęło mi natarczywie przeszkadzać w odbiorze sztuki. 
Muzyka była jednostajna ale nie monotonna. Wokalista nie wydawał z siebie innych dźwięków jak „aua” i „uła” wtórując sobie na bębnie.
Takie łudząco podobne „aua” zaczęło dochodzić z mojej prawej strony coraz donośniej. Bez wątpienia to p. zaczął się popisywać swoimi zdolnościami wokalnymi. Wiem coś o tym bo jak za długo jedziemy w samochodzie i już zaczynamy „świrować” to wtedy p. daje koncert na cale gardło. Mój ciągle niedoskonały organizm jest wyposażony w cudowny przycisk „mute” i jestem w stanie wyłączać zmysł słuchu w takich sytuacjach. Tutaj jednak było to irytujące bo nie byliśmy sami i zaczęłam się wkurzać. Ta sama pani siedząca przed nami odwróciła się po raz kolejny i spojrzała na mnie karcącym wzrokiem. No tak, oczywiście to moja wina, ze mam takiego męża, oczywiście ze tak. Najlepiej mieć głuchego niemowę pozostawionego w domu. Może jej mąż jest posłuszny jak baranek ale mój nie!  „Wczuwam się w ta muzyka jak indiański szaman, wpadam w trans” p. do ucha szepnął mi wytłumaczenie swego zachowania. Łatwo było w to uwierzyć bo jak prawdziwy szaman zaaplikował sobie odpowiednia dawkę środków odurzających. Po wyczerpaniu zasobu najbrzydszych slow wycelowanych w p. jego aua-mruczando stało się mniej natarczywe ale nie umilkło, o nie.
Na scenę weszła ostatnia uczestniczka pokazu w zielonym stroju. Jej taniec zadziwił mnie ale nie zachwycił. Jedynym ruchem jej ciała było dreptanie o pół stopy w przód. Nie poruszała przy tym ani głową ani ręką. Co kraj to obyczaj, różnice trzeba zaakceptować bezkrytycznie, tak jak ja zaakceptowałam p.
Szykowaliśmy się do powrotu i w kempingowym sklepie zaopatrzyliśmy się w kiełbasę aby upiec ja w płonieniach ognia. Noc zapowiadała się wspaniale. Dokupiliśmy jeszcze dwie duże wiązki drewna na ognisko, które trwało długo w noc, p. siedział naprzeciwko mnie i głowę bym dala, ze słyszałam cichutkie „aua” i „uła” dochodzące z jego kierunku.

14 komentarzy:

  1. No to P. dał koncert :)
    Te jaskinie takie tajemnicze!
    Ataner, super, że to opisujesz.
    Serdeczności!
    O.
    Ps. i wiem,że się nie cieszysz,że wróciłaś z wakacji. Ale wspomnienia zostaną :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietna wyprawa! Niesamowite miejsca, czytam Twoj post, a jakbym czytala niezwykle egzotyczna ksiazke!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Obiezyswiatko - koncert to malo powiedziane :)
    Ciesze sie ze, podobaja Ci sie moje opisy. Dlatego wlasnie powstal ten blog, pozostana wspomnienia zapisane i zawsze bede mogla do nich wrocic.
    Pozdrawiam Cie b.bardzo serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. wildrose - nawet nie wiem co napisac. Jest mi bardzo milo ze, do mnie zagladasz. Mam nadzieje ze, nastepne posty wydadza Ci sie rownie interesujace.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Coraz bardziej Ci zazdroszę tego co już zobaczyłaś, miejsc, które odwiedziłaś. Ja niestety muszę jeszcze trochę poczekać aż Smyk nieco bardziej odrośnie od ziemi...

    OdpowiedzUsuń
  6. Motylku - my jak tylko mamy taka mozliwosc, to wiejemy z Chicago.
    Ty tez pojedziesz, wszystko przed Toba.Jak Smyk podrosnie wtedy ahoj:)

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak co kraj to obyczaj...trzeba bylo na zlosc tej pani razem z mezem ullla ponucic...........moze tez wpadlaby w trans?????Masz to miedzyladowanie we Frankfurcie czy nie?????
    zielona

    OdpowiedzUsuń
  8. Zielona - brakuje mi Twoich komentarzy, Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zielona - odpowiedzialam Ci na Twoje pytanie, ale gdzie sie zapodzialo. Wiec odpowiem jeszcze raz, jak juz lece do Polski to bezposrednio LOT-em do Warszawy, to i tak 10 godz horrrror. W najblizszym czasie jednak sie nie wybieram, mamy juz zaplanowane nastepne wojaze po USA. Prawda jest taka ze,wyjazd do Polski jest bardzo kosztowny niestety :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przeżycia bardzo ciekawe i ciekawe miejsca. A jednak bez kasy można zwiedzić i zobaczyć urokliwe zakątki. Przedstawienie Indian musiało być bardzo ciekawe, szkoda, że zdjęcia nie oddają tego uroku. Ale zawsze jakaś pamiątka pozostaje, jakiś moment jest uchwycony w kadrze i to cieszy, bo i ja mogłam to zobaczyć. Za to Ci bardzo dziękuję. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Rineczko - to prawda, nie zawsze trzeba miec duzo kasy zeby zobaczc ciekawe miejsca.
    Czasami wystarczy odrobina checi i troszke. Pozdrawiam rowniez:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Rineczko - i troszke kasy oczywiscie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Joter razem z Wami nuci cicho ulaa la, bo tak mnie ubawiła ta scena z wtórującym p.
    Indianskie miasto w jaskini niezwykle i tajemnicze. Gdyby nie te wycieczki na dwa tygodnie do przodu, to byłoby dobre miejsce na ucieczkę przed cywilizacją, telewizją, wyborami, goścmi i wszystkim innym.

    OdpowiedzUsuń
  14. Joterku - gdybys chciala uciec od znajomych TV, to zabieram sie z Toba nawet na bezludna wyspe.Buziaki.

    OdpowiedzUsuń