środa, 30 czerwca 2010

Mesa Verde, Colorado. (Brak kasy...cz 3)

 Mądrzy ludzie powiadają, ze przeciwności się przyciągają. Podczas naszego wypadu nie zauważyłam, ze moje wariactwo rożni się od szaleństwa p. Nie musiałam się zastanawiać nad kuszącą propozycja zniszczenia swojego kręgosłupa w zamian za wizytę w Mesa Verde National Park w Kolorado. Już trochę znam ten Stan ale jak byłam tam poprzednio nie mieliśmy czasu aby zatrzymać się na dzień lub dwa i zobaczyć niesamowite miejsca, które kiedyś były zamieszkiwane przez Indian. Z Albuquerque w Nowym Meksyku to tylko sześć godzin jazdy bez przerwy i już tam jesteśmy. Na mapie czerwony punkt "A".
To jakby powtórka z poprzedniej wizyty gdy odwiedziliśmy jedyny punkt w USA wspólny dla czterech Stanów. Znaleźliśmy kemping jakby na pustyni, miejsca wyznaczone na namiot i auto pozbawione były zieleni i przyznam, nie podobało mi się to miejsce. Wieczorem po kolacji mój humor trochę uległ poprawie po goracym prysznicu. Czasami trochę cywilizacji nie przeszkadza, zrelaksowana i znów pachnąca zasiadłam obok p. by rzucić wzrokiem na to co nas czeka jutro. Czułam się trochę połamana, moje mięśnie nie rozluznily się w czasie kąpieli. Spróbowałam sprawdzonej metody prawdziwych kowbojów czyli whisky. Z braku takowej naszym zamiennikiem był Burbon o nazwie Wild Turkey czyli Dziki Indyk. Pomogło a jakże ale nazajutrz obudziliśmy się o wiele później niż zamierzaliśmy. Jak zwykle przed wjazdem do parku jest klasyczna budka z uprzejma obsługą pobierającą opłaty za wstęp. Tym razem dostałam jakiegoś szału i byłam w stanie powiesić wszystkich pracowników na jednej grubej gałęzi. 
Okazało się, ze do najlepiej zachowanego miejsca dojść można tylko w zorganizowanej wycieczce a wszystkie miejsca są sprzedane. Mogliśmy wykupić wycieczkę za dwa tygodnie od dziś. Komercja w tym kraju dosięgnęła zenitu, pogoń za dolarem wypaczyła wizerunek wolnego kraju, którym niegdyś była Ameryka. Nie pomogły słodkie oczy i próba przekonania pani w okienku, ze przyjechaliśmy prosto z Polski i to jest dla nas jedyna szansa abyśmy mogli zobaczyć to miejsce. Guzik z pętelką. Kilka przekleństw w naszym ojczystym języku rozładowało napięcie i poszliśmy wzdłuż ścieżki dla wszystkich. Po trzydziestu metrach w dole zauważyliśmy to niedostępne dla nas miejsce i aż zaśmiałam się na głos. Trasa zorganizowanej wycieczki, na która nie mieliśmy szans biegła jakieś dwadzieścia metrów pod nami i z naszego punktu obserwacyjnego widać było jej część. No trudno musimy zadowolić się widokiem z tego miejsca. 
Przy okazji Kanionu De Chelly wspomniałam o nietypowym zamieszkiwaniu jaskiń przez tamtejszych Indian. Tutaj w Kolorado jest jakby kolebka takiego stylu chronienia swego bytu. Do jaskiń zamieszkiwanych przez niewielka grupę wejście było z góry. Od dołu osada była chroniona przez niedostępny kanion. Największym sprzymierzeńcem w samoobronie była sama przyroda świetnie maskująca miejsce zamieszkania. Bez lornetki i uważnego przeszukiwania terenu szansa na to, ze ktoś zauważy osadę z odległego, przeciwnego brzegu kaniony była naprawdę niewielka. Jeżeli natomiast ktoś patrzył w dol stojąc nad wioska nie miał szans na odnalezienie ukrytych pod nim domów, skrytych pod skalna polka. 
Największa osada zwana Pałacem zamieszkiwana była przez około 150 osób. Charakterystycznym miejscem w każdej takiej osadzie jest kiva czyli łaźnia będąca głównym miejscem spotkań i przebywania mieszkańców. W tym Palacu bylo ich około 25. Konstrukcja tych miejsc była na tyle przemyślna, ze latem dawała chłód a zima niewielka ilość ognia otrzymywała stałą temperaturę 10 C. Biały człowiek zastał te miejsca opuszczone i ciągle zachowane w dobrym stanie. Patrząc na liczbę łaźni w stosunku do mieszkańców to wychodzi na to, ze ci Indianie byli kompletnie zbzikowani na punkcie czystości. Już wiem, ze moimi praprzodkami byli Indianie zamieszkujący te tereny, lecz rytuał wspólnych kąpieli w moim domu nie jest ściśle przestrzegany. Może to ze względu na rozmiar łazienki a szczególnie jacuzzi, w którym z wielkim trudem mieszczą się dwie osoby. 
Powróciliśmy na kemping dość wcześnie i spytaliśmy właściciela co można zobaczyć w okolicy wieczorem. Wybór padł na przedstawienie przed Domem Kultury, muzyka i taniec. Bardzo dobrze posłucham sobie i popatrzę, strawa duchowa z pierwszej reki na świeżym powietrzu, lubię takie imprezy.
Wykapana i wysmarowana od stop do głów właśnie chwyciłam za kosmetyczkę z przyrządami wspomagajacymi urodę gdy wreszcie nadszedł p. Z jego twarzy emanował rajski nastrój, gdy mnie pocałował poczułam piekielny odór. Wszyscy, bez specjalnego tłumaczenia wiedza skąd to się bierze. „Idź się wykap i umyj zęby” poprosiłam grzecznie. „Najlepiej trzy razy” dorzucilam miej grzecznie. „Co? Skore mam sobie zedrzeć” z niedowierzaniem zapytał p. „Zęby, trzy razy zęby pijaku” dorzuciłam na odchodne. Już prawie znikał za samochodem ale jeszcze dodał, ze wypił trochę (tu padła nazwa trunku o tak egzotycznej nazwie jak lacinska nazwa antybiotyku, zdziwilam sie, ze ludzie cos takiego pija) aby zaprzyjaźnić się z tubylcami (miał na myśli właściciela kempingu) i już chciał mi opowiedzieć cala historie ale ponagliłam go bo czas jakoś nie chciał go słuchać tak jak on tubylców i upływał nieubłaganie.
Kolorowe stroje dziewcząt jaskrawo mieniły się w promieniach zachodzącego słońca. Każda z nich przedstawiała zupełnie inny taniec, tak odmienny w stylu. Niebieska była orłem, rzeczywiscie jej sukienka fruwała jak skrzydła orla na wietrze, kolejne przedstawiały jakieś inne rytualne tance, których nazw nie pamiętam bo raptem coś zaczęło mi natarczywie przeszkadzać w odbiorze sztuki. 
Muzyka była jednostajna ale nie monotonna. Wokalista nie wydawał z siebie innych dźwięków jak „aua” i „uła” wtórując sobie na bębnie.
Takie łudząco podobne „aua” zaczęło dochodzić z mojej prawej strony coraz donośniej. Bez wątpienia to p. zaczął się popisywać swoimi zdolnościami wokalnymi. Wiem coś o tym bo jak za długo jedziemy w samochodzie i już zaczynamy „świrować” to wtedy p. daje koncert na cale gardło. Mój ciągle niedoskonały organizm jest wyposażony w cudowny przycisk „mute” i jestem w stanie wyłączać zmysł słuchu w takich sytuacjach. Tutaj jednak było to irytujące bo nie byliśmy sami i zaczęłam się wkurzać. Ta sama pani siedząca przed nami odwróciła się po raz kolejny i spojrzała na mnie karcącym wzrokiem. No tak, oczywiście to moja wina, ze mam takiego męża, oczywiście ze tak. Najlepiej mieć głuchego niemowę pozostawionego w domu. Może jej mąż jest posłuszny jak baranek ale mój nie!  „Wczuwam się w ta muzyka jak indiański szaman, wpadam w trans” p. do ucha szepnął mi wytłumaczenie swego zachowania. Łatwo było w to uwierzyć bo jak prawdziwy szaman zaaplikował sobie odpowiednia dawkę środków odurzających. Po wyczerpaniu zasobu najbrzydszych slow wycelowanych w p. jego aua-mruczando stało się mniej natarczywe ale nie umilkło, o nie.
Na scenę weszła ostatnia uczestniczka pokazu w zielonym stroju. Jej taniec zadziwił mnie ale nie zachwycił. Jedynym ruchem jej ciała było dreptanie o pół stopy w przód. Nie poruszała przy tym ani głową ani ręką. Co kraj to obyczaj, różnice trzeba zaakceptować bezkrytycznie, tak jak ja zaakceptowałam p.
Szykowaliśmy się do powrotu i w kempingowym sklepie zaopatrzyliśmy się w kiełbasę aby upiec ja w płonieniach ognia. Noc zapowiadała się wspaniale. Dokupiliśmy jeszcze dwie duże wiązki drewna na ognisko, które trwało długo w noc, p. siedział naprzeciwko mnie i głowę bym dala, ze słyszałam cichutkie „aua” i „uła” dochodzące z jego kierunku.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Brak kasy na wczasy - cz. 2

  Santa Fe i Albuquerque to istny raj dla mnie, te miasta są inne niż inne. Motto stanu New Mexico to „The Land Of Enchantment” co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Kraj Oczarowania”. To się sprawdza, w tych miastach byłam oczarowana i ciągle jestem pod urokiem tych miejsc. Czułam, ze wszystko jest tutaj na miejscu i nawet sceptyczny p. nie komentował otaczającej nas rzeczywistości.
  Miałam uczucie jakbym tu już była, wszystko dookoła wydawało się znajome i bliskie sercu, rynek i sto małych sklepików wokół. Taki polski rynek małego miasteczka. Wąskie uliczki z kafejkami i sklepami to obraz jakby z Europy. Samo centrum i jego obrzeza wyglądały podobnie.
  Wielkie miasta USA mają centrum na pokaz z wysokościowcami i panoszącym się bezładnie bogactwem. Dookoła centrum przylega ostateczna nędza, ze aż strach tam się pojawić bez względu na porę dnia. Dalej znów zaczyna się strefa bogatych mieszkańców, którzy na przedmieściach stworzyli niedostępne dla zwyczajnych zjadaczy chleba, enklawy. Pilnie strzeżone przez opłacaną ochronę, mieszkają za wysokimi murami odgrodzeni od świata.
  Tutaj czegoś podobnego nie ma, biedny z bogatym (pozornie) mieszkają obok. Mam wrażenie, ze jest to zasługa architektury. Stare i nowe domy i budynki są budowane w stylu adobe. Nie ma równych ścian ani krawędzi, wszystko wygląda jakby zbudowane, wręcz ulepione ręcznie z gliny. Taki tez dominuje kolor, dla mojego oka bardzo przyjemny i kojący dusze. Jeden dzień w takim miejscu wydawał się okrucieństwem a każdy banknot miał napisane raptem „wydaj mnie”. Pokus było co niemiara, oj było. Sto metrów indiańskiej biżuterii rozłożonej na chodniku pod arkadami przemierzyłam kilkakrotnie. Uprzejmi Indianie za każdym razem zapraszali do obejrzenia i dotknięcia arcydzieł rękodzieła. Jak bardzo moje serce krwawiło nikt się nie dowie, ile miałam szalonych pomysłów na połączenie naszyjnika z  kolczykami i bransoletka w niezliczonej ilości kombinacji kolorów i stylów. Właśnie tam zahartowałam swoje nerwy tak, ze do dziś nie są mi groźni ani p. ani Wik. Już nigdy w życiu się nie zdenerwuje.
  Zostałam na sile wciągnięta do restauracji na obiad bo inaczej z głodu bym umarła jak; „osiołkowi w żłoby dano w jednym...”. Wszystko zapowiadało się dobrze ale w restauracji była wystawa biżuterii, która niestety można było kupić, wszystko zaczęło się od początku tylko ilość kombinacji się zwiększyła. Ponoć jedzenie było fantastyczne. Jadłam coś ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Tak zagadałam p. który usiłował mi zrobić zdjęcie jak prezentuje nowe pierścionki, ze biedak poruszył aparatem i zdjęcie wyszło rozmazane.
Kocham Nowy Meksyk!
 Na tym zdjeciu jest koliber.
  Dopiero w nocy ruszyliśmy dalej by kontynuować nasza podroż na zachód. Już jakiś czas jechaliśmy pod gore, tak prawie niewidocznie aż wjechaliśmy na wysoko położony w górach płaskowyż. Powietrze było zimne i brylantowe. Gwiazd na niebie taki ogrom, ze żaden astronom nie widział tyle na raz. To była najbardziej gwiaździsta noc na kuli ziemskiej. Nie miałam do tej pory pojęcia, ze tyle ich jest na niebie. Jedne duże, drugie małe ale wszystkie oślepiały jak długie światła nadjeżdżającego z przeciwka auta. Droga Mleczna ma złą nazwę, powinna nazywać się ”Autostrada w centrum Nowego Jorku”. Patrzyłam i lekko mrużyłam oczy jak przy nocnej zorzy polarnej. Tyle było światła na bezchmurnym niebie jak wtedy gdy jechałam nocą w północnej Norwegii na Nordkapp. Przestałam mrugać bo bałam się, ze ucieknie mi jakiś szczególnie ważny moment. Udało się i nie przegapiłam spadającej gwiazdy. Zaraz za nią spadła kolejna.
  - Popatrz, takiej ilości spadających gwiazd w życiu nie widziałem. - p. mówił do mnie ale patrzył w niebo, wiedziałam, ze on tez cichutko wypowiada skryte marzenia, do każdej ze spadających gwiazd inne, a może ciągle to samo (?). Tej nocy nie spaliśmy. Rano dojechaliśmy do wsi-miasta i gorąca kawa przywróciła nam codzienność. Takiego ścierwa pod nazwa kawy nie piłam nigdy przedtem. Przysięgam obrzydlistwo.
 - Kochanie jak to wypijesz to będziesz pewna, ze dziś nic gorszego cie już nie spotka. - p. wypowiedział kolejna mądrość życiową. Przyznam, ze to prawda. Kawa była tak nieprawdopodobnie odmienna, ze dowolna ilość cukru i śmietany nie zmieniała jej smaku. Wierząc, ze może zawierać kofeinę wypiliśmy po dwie filiżanki i po śniadaniu bez obaw, ze może spotkać nas coś złego pomknęliśmy na spotkanie z radioteleskopami. Na jednym zdjęciu udało się nam na uchwycenie zmienność pogody. Polowa w deszczu a polowa krajobrazu w słońcu.
 Towarzystwo burzy uznaliśmy za niepożądane. A kysz, a kysz przepadnij maro nieczysta wcale nie działało i ciągle jechaliśmy na skraju słońca i deszczu. Jak  wjeżdżaliśmy w strefę deszczu to była to ulewa, jak świeciło słonce to dostawałam japońskich oczu przed operacja plastyczna. Tak dojechaliśmy do upragnionego celu. Widok olbrzymich talerzy i to w takiej ilości przysporzył mnie o lekki zawrót głowy.
Zamieszczam mapke terenu aby pokazac jakie "toto" wielkie, te trzy ramiona po srodku zdjecia to tory po których poruszaja się anteny. Kazde z nich ma okolo 20-25 km dlugosci. Nie do wiary a jednak to prawda. Jeszcze dokladniej to widac na zdjeciu satelitarnym.
  Kolosy na kolkach umieszczone w miejscu gdzie jest najczystsze powietrze w USA podsłuchują kosmos przez cały czas. Jest to największa stacja nasłuchu wszechświata na świecie. Robi duuuze wrażenie.
  Zaczęło się wypogadzać, widać kawa pomogła albo nasze czary. Korzystając z okazji gaz do dechy, kolejny przystanek to Colorado.

czwartek, 17 czerwca 2010

Brak kasy na wczasy - cz. 1

Sniegi topnieją i częściej myślimy o upalnym lecie. Okolice Chicago nie mogą pochwalić się urokliwa wiosna. Po zimie przychodzi okres opadów deszczu trwający dwa lub trzy tygodnie, temperatura z dnia na dzień skacze w gore o kilka kresek. Robi się nieprzyjemnie wilgotno i ciepło. Rośliny w tym czasie budzą się ze snu zimowego, rozwijają się paki i zanim się obejrzysz wszędzie dookoła zielono, jest upalne lato. W maju kończy się rok szkolny i wcześnie trzeba planować wakacje. My nie mamy az takiego tempa przystosowywania się do zmian pogodowych i nasza aklimatyzacja przebiega dłużej. Zwykle zbieramy się do wyjazdu po szkolnych wakacjach, jest wtedy luźniej na kempingach.
- To gdzie jedziemy na wakacje? - To pytanie jak bumerang powraca co roku o tej porze.
- Nigdzie, nie mamy kasy. - Odpowiadam zrezygnowana.
- Wiesz, jak nie masz pieniędzy na Mercedesa to wcale nie oznacza, ze nie możesz go mieć. - Słysze nutkę tajemniczości w glosie p. 
- Skoczymy do Nowego Meksyku, nie będziemy szaleć bo tam nawet nie ma gdzie. Tylko lasy, góry i pustynia. Będziemy jak prawdziwi traperzy zdobywający Zachód, dużo nadziei na pieniądze i zdychająca szkapa. - Lepiej bym nie mogla określić naszej sytuacji. Zawsze coś wyskoczy niepożądanego co komplikuje życie. Nie mam zamiaru opisywać zaskakujących nasze konto w banku dni. Mamy trochę luźnej gotówki ale nie można przecież tak na styk planować wyjazdu. 
 - Zobacz, tu wszystko jest wyliczone i wychodzi na to, ze możemy spokojnie jechać. - p. z rozmachem cisnął na stół stertę papierzysk i map. Trochę przesadził z akcentowaniem swojego chwilowego zwycięstwa nad bieda. Huk był taki, ze prawie podskoczyłam na kanapie, później zabiłam go wzrokiem Meduzy i skontrolowałam czy na pewno stół nie pękł. Drewniany to prawda ale nigdy nic nie wiadomo. Papiery i mapy rozsunęły się na cala powierzchnie blatu. Moj ukochany kryształowy wazonik jednym ruchem reki p. przemieścił do kuchni. Wszystko to działo się jak na filmie rysunkowym w przyspieszonym tempie. Podeszłam i patrze gdzie mamy jechać, koncentruje się jedynie na nazwie Nowy Meksyk. Moja wyobraźnia maluje cudowne krajobrazy.
- Mamy sporo mil do przejechania ale potrzeba nam niewiele dolarow aby dojechać tam i z powrotem. Do tego już doliczyłem kempingi, około 40 za każdy dzień, to z lekkim okładem bo będą i tańsze. Jeszcze opłaty za Parki Stanowe i może jakieś muzeum, oto ile nam potrzeba. - Patrze i oczom nie wierze suma wydaje sie do zaakceptowania ale tyle kilometrów to jakby szalony kierowca jeździł dookoła Europy przez miesiąc. 
- Przez 10 dni mamy to wszystko zobaczyć? - Pytam z niedowierzaniem.
- Ojej, półtorej doby za kołkiem aby dojechać do celu i tyle samo na powrót. Odpadają nam trzy dni a siedem mamy na zwiedzanie. Spoko, uda się. - Zawyrokował p.
Przyglądam się baczniej mapie. Widzę, ze sznurek w kieszeni jest zupełnie prosty w porównaniu z wytyczona trasa na te siedem dni odpoczynku. Bedzie fajnie, mam takie przeczucie, my nie potrafimy spedzac wolnego czasu na lezaku. Dobrze, ze auto na gwarancji wiec nie musimy się martwic o ewentualne naprawy. Wiem, ze nie mogę się buntować na odleglosci bo nie ma innego wyjścia gdy chce się coś zobaczyć w tym olbrzymim kraju. Prowiant wyniesie prawie tyle samo co w domu wiec prosta decyzja, jedziemy!!!

sobota, 12 czerwca 2010

Ciekawostka numer 2

Pożegnawszy szczyt możliwości marketingowych w celu wyciągnięcia kolejnych dolarów za oglądanie efektu wydarzeń sprzed setek milionów lat jechaliśmy ponownie na spotkanie prehistorii.


 Patrze i oczom nie wierze wjazd owszem z autostrady ale wyjazd na drogę typu „byle-jaka” i w dodatku pięćdziesiąt mil od wjazdu. Wszedzie daleko.
   Wiem, ze trzeba zobaczyć to cudo jak przejezdzamy obok ale mój nastrój był bezpłciowy i za nic nie mogłam cieszyć się na zapas. Wracamy do domu i bezwiednie myslami juz tam bylam. Zostałam wyrwana z odrętwienia umysłowego gdy zatrzymaliśmy się przy budce przed wjazdem do Parku Narodowego. Po wydaniu ostatnich już chyba pieniędzy, opalony jak prawdziwy cowboy i przystojny jak sam Clark Gable, Strażnik Parku wręczył nam plik ulotek zawierających niezbędne informacje: co, po co i dlaczego, ostrzegł nas, ze niczego nie wolno wywozić poza teren Parku. Każdy z nas uśmiechał się jak na pierwszej randce, potem było krótkie; baj baj i jedziemy jedyna zresztą drogą wiodącą przez Park. Na sam początek przygotowano turystom indiańskie hieroglify i piktogramy. Przed nami rozposciera sie Painted Desert czyli Malowana Pustynia, jest doprawdy kolorowo, czerwono-brazowo z milionem odcieni w tej tonacji.
    Artystką malarką nie jestem ale takie cuda ja tez potrafię narysować. Nie jest tak źle i może jestem „prymitywną malarką”, tylko nigdy sobie tego nie uświadomiłam. Uwagi p. na temat ciągłego odnawiania tych malunków przez obsługę parku przemilczę bo aż wierzyc mi się nie chce, ze po setkach lat są one w tak dobrej formie. Nie widać strażników i może nie jeden turysta ma swój udział w tworzeniu prehistorycznych rysunków. 
   Mam nadzieje, ze tak nie jest bo w takim razie zostałam nabita w butelkę. Pogoda mi sprzyjała, gdzieś w oddali szalała burza i chmury skutecznie blokowały słońce. Malowniczy teren poszarzal w cieniu nadciagajacych ciezkich chmur. Indianie Navajo i Hopi zamieszkuja te tereny od tysiaca pieciuset lat a dwiescie bladej twarzy wypada zupelnie blado. Kilkoro ludzi obok nas podziwia widoki. Niesforne maluchy wymyślają cuda aby nie stać w miejscu. Panie pozując do zdjęć głaskają się po włosach, wygładzają zmarszczki na bluzkach i podkoszulkach a ich twarze aż krzyczą, ze jest OK. Jest to nie lada wyzwanie przy takiej pogodzie. Wiatr natomiast wydawał się ustanawiać rekordy świata, szumiał, świstał w uszach i zmuszał do trzymania  nakrycia glowy. Chwila nieuwagi, mój wzrok  mnie nie kłamie tam gdzie patrze widzę kolorowa czapkę z daszkiem zmierzającą wesoło w sina dal razem z wiatrem, oddalającą się z prędkością polującego geparda. Mocniej naciągnęłam swoja juz zupełnie na oczy i zdziwiłam się, ze można jeszcze bardziej niż poprzednio.
   Bardzo ciekawe to miejsce. Zerknęliśmy na ruiny łaźni i fundamenty chaty indiańskiej, znów siedzimy w samochodzie aby za chwile znaleźć się w miejscu, które sprawiło, ze osłupiałam ze zdziwienia.
   Widzę pień drzewa z daleka, na początku żadna atrakcja. Podchodzę bliżej i ciągle to samo. Kucam, patrze z odległości pół metra i widzę drewno. Dotykam – skala. Nie mogę uwierzyć. Jeszcze raz – skala. P. zastukał w niemalowane drewno scyzorykiem wyjętym z kieszeni i rozległ się odgłos jakby uderzał w kamień. Ala frajda dla zmysłów – co innego widzisz, co innego słyszysz. Z tego wynika, ze nasze zmysły tez wpadają w rutynę i trudno się przestawić i zaakceptować anomalie.
   Biegałam, skakałam i po kieszeniach chowałam. (Cicho sza.) Odwiedziliśmy kilkanaście takich skalnych (lub drewnianych) rumowisk i wszędzie bawiliśmy się jak przedszkolaki.
   Sprawdzaliśmy prawie każdy pień czy rzeczywiście jest z kamienia. Był. Dla zabawy nawet nagraliśmy paradoksalne ostrzenie noża na drewnie. Efekt skrobania przeszedł nasze oczekiwania. Skąd to się wszystko wzięło? 225 milionów lat temu las został żywcem zasypany ziemia po wybuchu wulkanu. Leżąc bez dostępu powietrza tak długo, drewno zamieniło się w skale.
    Nadszedł czas aby pożegnać się z dziwami natury i powrócić do rzeczywistości, na bezduszny asfalt i godziny spędzone za kołkiem. Przy wyjeździe znowu jest budka strażnika i musimy się zatrzymać. Pani „Ochrona” zapytała czy niczego nie wywozimy i usłyszawszy, ze nie, życzyła nam milej podroży. Kamienie w kieszeni parzyły jak czapka na zło....
  Przed kolejna porcja nudy na trasie do domu zatrzymaliśmy się na posiłek. Nasza uwagę zwróciły stragany ze skamieniałymi kawałkami drewna. Jak się okazało takie cuda zdażają się w okolicy na prywatnych terenach. „Nie wolno niczego wywozić” odnosiło się do większych okazów aby nie podlegały handlowi, na takie maleństwa jakie miałam w kieszeni nikt nie zwraca uwagi. Uff, ulżyło mi, ze nie kradłam (może tylko troszke).
  Właczyłam radio i znów moje mysli powedrowały daleko w nieznanym kierunku. Jakas tutejsza regionalna stacja radiowa nadawała indianska muzyke. Muzyka łagodzi obyczaje, przewaznie tak i usmiechnelam sie na wspomnienie z Nowego Meksyku jak to muzyka doprowadziła mnie do szału.
- Zobacz jakim ładnym zachodem zegna nas Arizona. - patrzylam przed siebie na wschod i tam słonca nie było. p. patrzył rozmarzonym wzrokiem we wsteczne lusterko, obejrzałam sie w tył i zobaczylam jak czerwone słonce wtapiało sie w czern pozostajacej za nami drogi. Tak zupełnie idealnie po srodku, droga do Słonca, pomyslałam ze jest to jednoczesnie jakby podziekowanie i zaproszenie. Wróce tu.

czwartek, 10 czerwca 2010

Ciekawostka numer 1

   Arizona to stan w, którym każdy znajdzie coś dla siebie. Od stoków narciarskich wokół Flagstaff, poprzez skaliste góry po piaszczyste pustynie. Jest co zwiedzać i ciągle mało czasu aby wszystko zobaczyć. Jesteśmy wykończeni po wakacjach i marzymy o odpoczynku. Pozostało nam jedynie tyle sil aby dojechać do domu i leżeć przez cały dzień przy zasuniętych szczelnie zasłonach i włączonym ochładzaniu na maksimum. Żadnego promyka słońca ani temperatury powyżej 17 stopni Celsjusza. Do tego prawie zamarznięta margarita, albo inny egzotyczny drink i nogi na pufie.
- Po drodze mamy jeszcze dwie ciekawostki do obejrzenia, jedna oddalona od drugiej tylko o 50 mil. - Zachęcająco oznajmił p., tym samym opisaną wizję rozwial jak poranną mglę wstajace slonce. Przez ostatnie dwa i pół tygodnia widziałam tyle, ze jestem pewna, ze nic mnie już nie zaskoczy. Widziałam pustynie, skały, kaniony, rozlegle widoki, mroki jaskiń, było upalnie i przenikliwie zimno. Co jeszcze może być tak ważne na autostradzie, bo właśnie tam celował p..
- Co tam jest? - spytałam wyzuta z entuzjazmu. 
- Chcesz jak amerykanie czy pod względem uroków mam sklasyfikować? - Pytanie za pytanie, tak to daleko nie zajdziemy. 
- Po kolei jak leci po drodze. – Odpowiedziałam myśląc, ze lepiej nie wdawać się w dywagacje na temat co lubią amerykanie a co jest ładne. 
- Pierwsza jest dziura w ziemi a druga to drewno porozrzucane po ogromnym terenie, zobaczysz spodoba ci się. - Rzeczywiście nie lada frajda. Wyobraźnia moja przedstawiła mi pół Polski pokrytej ściętymi balami, po kanionach, dziury w ziemi nie byłam sobie w stanie wyobrazić i jakoś nie zapiałam z zachwytu. "Ogromny teren" brzmiał złowieszczo. Byłam obolała od opalenizny i na sama myśl o chodzeniu pośród powalonych drzew poczułam jak moje ciało natychmiast przytyło o sto kilogramów. Ja już mam dość tych wszystkich cudów natury, chce chociaż chwile odpoczynku. Spanie w samochodzie podczas jazdy jako pasażer mam opanowane do perfekcji, mogę wydać podręcznik pt. „Jak przetrwać z moim mężem przez dwa tygodnie non stop”. Sadze, ze jeżeli by ktoś spróbował, nawet po wnikliwej lekturze powyższego podręcznika, to wiele trupów miałabym na sumieniu.  
    Dziura w ziemi powstała po zderzeniu się z nią meteorytu. Dojazd jest szczególnie nudny, płaskim jak stół terenem porośniętym suchymi trawami. Przed muzeum(?) Meteor Crater jest wyeksponowany lądownik Apollo. W środku dużo opisów i zdjęć kosmosu. Pokazano jak duży był kamien uderzający w Ziemie i na zewnątrz można gołym okiem dostrzec efekt przyciągania ciał niebieskich. Z chęcią wyszliśmy i sami przekonaliśmy się, ze rzeczywiście jest to zwykła dziura w ziemi. Jedyna pociecha dla nas była wiadomość, ze jest on tak głęboki, ze zmieści w sobie najwyższy budynek w USA czyli Sears Tower (obecnie ma inna nazwę, ale stara ciagle jest bardziej rozpoznawalna). 
  Oko ludzkie nie jest w stanie ocenić odległości i jedynie wiadomo, ze coś jest duże a coś innego małe. Jak duże nie wiadomo. Przekonaliśmy się o tym w Grand Canyon patrząc na jego druga stronę. Wtedy wiedzieliśmy, ze jest to daleko, tak daleko ze dech zapiera. Nie mogłam uwierzyć, ze na odległość 30 km widzę tyle szczegółów, rozróżniam kolory i ich odcienie. Tutaj było tak samo, czyste powietrze pozwala ci widzieć na setki kilometrów. Zrobiliśmy kilka zdjęć i dalej w drogę bo jeszcze jedna ciekawostka  na nas czeka. Ta druga czeka a czas (odpoczynku w domu) ucieka.

środa, 2 czerwca 2010

Och, jak tu ladnie!

Myslami juz jestem w Las Vegas i nie moge sie doczekac kolejnego czyszczenia kieszeni. Gdybym mjala szczescie do pieniedzy to juz dawno Toto-Lotek by zbankrutowal. Juz nie o sama wygrana chodzi tylko o panujaca tam atmosfere. Powiadaja, ze fortuna kolem sie toczy, ale mnie jak Syzyfowi ciagle pod gorke. Wjezdzamy do kolejnego Parku Narodowego a mnie przed oczami staja drzwi do kasyna a za nimi podniecajacy szum jednorekich bandytow, rozognione oblicza graczy i zawsze ta sama pora dnia lub nocy jak kto woli. 
Juz z daleka widze czerwone skaly i czuje, ze bedzie mi sie tam podobalo. Zblizamy sie do serca parku ale po drodze przystajemy co chwila bym mogla sie nacieszyc czerwonymi skalami i asfaltem w takim samym kolorze. Och ladnie tu, nawet bardzo!
Do glownej atrakcji Parku Narodowego Zion, wysokiej skaly, trzeba podjechac parkowym autobusem, pozniej dlugo isc a na koncu ostro sie wspinac jak na Giewont. Nie jestem zapalona alpinistka i wiem, ze taka trasa nie dalaby mi satysfakcji. To, ze nie zobacze kolejnego widoku ze szczytu skaly wcale mnie nie smucilo bo i tak wszystkich szczytow na swiecie nie mam zamiaru zaliczyc. Trudno niech sie ze mnie smieja ludziska, ze nie podchodze za blisko ogniska. Nie bylismy przygotowani na wspinaczki wysokogorskie i lepiej nie kusic zlego losu. Bez dobrych gorskich butow nie ma co sie pchac na kamieniste trasy. Jak widac na zdjeciach slonce juz bylo nisko i dlugie cienie zapowiadaly szybkie nadejscie zmroku.
- Chyba innym razem. Dzis juz jest za pozno. - Uslyszalam najmilsze slowa w tym tygodniu. Zanim kupimy bilety i zapakuja nas do autobusu to tylko bardzo wytwali biegacze zdaza cos jeszcze zobaczyc. Pogodzeni z nie tak okrotnym losem ruszylismy w dalsza droge wijaca sie jak grzechotnik. Otaczajace nas widoki byly tak natarczywe, ze po kilku minutach juz sie nie dziwilam jak sowy moga obracac glowe w tak nienaturalny sposob.
- Och, patrz tam, och, jak ladnie! - wskazywalam reka raz tu, raz w innym kierunku.
- Gdzie? - zapytal zdezorientowany p. - Tam, tam o popatrz. - Moja dlon z wyciagnietym palcem wskazujacym (po to go mam) wskazywala skale po jego lewej stronie. Nie powinnam tego robic bo biedak i tak nie mogl spuscic drogi z oczu i jedynie obserwowal to co przed nim. Robienie zdjec nie zalatwialo sprawy bo kazde "och" szybko umykalo gdy chcialam je zlapac w aparat fotograficzny. Po chwili pojawialo sie kolejne "och", dlatego zdjec z trasy mamy tylko kilka.
- Tu wszedzie jest ladnie, rob zdjecia. - Skomentowal moj kierowca. 
- Zobacze te cuda pozniej. - Aparat jak juz wspomnialam odpadal bo wszystko za oknem dzialo sie zbyt predko wiec wlaczylam kamere i samo sie krecilo, ja natomiast moglam oddac sie ogladaniu i wzdychaniu w stylu "Och, jak tu ladnie".