czwartek, 28 marca 2013

Śniadanie o 14:00

Po krótkiej drzemce opuściliśmy motel w St Augistine około dziewiątej rano czyli nieprzyzwoicie późno. Nie byliśmy w stanie podnieść naszych ciał z łóżek wcześniej bo akurat dzisiejszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na leniwe zwiedzanie tego najstarszego miasta na terenie USA. Aby wprowadzić się w nastrój tego miasta postanowiliśmy skonsumować śniadanie w samym centrum a najlepiej w wypatrzonej knajpce na molo skąd rozciągał się wspaniały widok. Po lekko ruchomych deskach podeszliśmy do restauracji która jak głosił napis czynna będzie od 15:00.
Pomyślałam, ze coś z nami nie w porządku skoro nikt nas nie chce przenocować (poprzedni post) i nakarmić. Podjechaliśmy pod fort obronny który jest najchętniej odwiedzanym miejscem w mieście ale po krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy najpierw zobaczyć plaże tak jak to widzieli pierwsi osadnicy przybywający w te okolice. 
Fort zostawiliśmy sobie na następny dzień który okazał się największą niespodzianką tego wyjazdu.
 Tak ładnych plaż nie widziałam w swoim życiu. Szerokie i prawie bezludne. Białe grzywy fal jakby zachęcały i kusiły ciepłą kąpielą. Przybysze z XVIII wieku mogli być urzeczeni takim widokiem i wcale się nie dziwie, ze pozostali aż do dnia dzisiejszego. Rewelacje duchowe zostały zagłuszone odgłosami burczenia w żołądku. Opuściliśmy St Augustine udając się nadmorskim bulwarem 1A na południe w stronę Daytona Beach aby tam wreszcie zjeść śniadanie. Stukilometrowa wycieczka w jedna stronę zajęła nam dużo więcej czasu niż planowaliśmy. Uroki plaż widocznych z auta zatrzymywały nas częściej i na dłuższy czas niż planowaliśmy. Wielokrotnie zupełnie dzikie plaże, ciche o tej porze roku obdarowały nas jedynie szumem fal i skąpą fauną
 Zauważyłam codzienne tragedie rozgrywajace sie również w swiecie zwierząt gdzie zwycieża silniejszy i sprytniejszy lub młodszy i zdrowszy.

Pierwszy posiłek zjedliśmy późnym popołudniem. Większe miasta jak Ormond Beach czy Daytona Beach to skupisko wspaniałych hoteli stojących bezpośrednio na plaży. 
Wszystko wydaje się zadbane i gotowe na przyjecie kolejnych turystów. Dla nich wszystko aby tylko zostawili kolejne 5 dolarów jak np. wjazd na plażę samochodem. 
Wreszcie udało nam się skończyć zupełnie pospolity posiłek w poniżej przeciętnej jadłodajni i na deser zerwałam ładny kwiat z kwitnącego na trawniku krzewu aby osłodzić sobie przykre doznania estetyczno-kulinarne. 
W jeszcze wolniejszym tempie wracaliśmy do motelu i gdy jedzenie już dobrze ułożyło się w brzuchu postanowiliśmy wykąpać się w ciepłej i czystej wodzie Atlantyku. Tak niewinnie wyglądające fale nie zapowiadały drzemiącej w nich siły. Oprócz kostiumu kąpielowego miałam buty do kąpieli które miały ochronić stopy przed tak dobrze skrywanym niebezpieczeństwem. 
Nie chcąc ryzykować spotkania z rekinem, delfinem czy lądowaniem pelikana na czubku głowy weszliśmy nie głębiej niż do pasa aby poczuć rozbijające się fale na plecach. Radości było co niemiara do momentu gdy przyszła inna ale nie większa niż inne fala. Tak nami zakotłowała, że straciliśmy grunt pod nogami i wciągnęła nas na głęboką wodę. Już żegnałam się z życiem gdy poczułam dłoń p. zaciskającą się na moim nadgarstku. Szarpniecie było tak mocne, ze usłyszałam chrupniecie w stawach. Po chwili długiej jak istnienie mogłam wreszcie zaczerpnąć upragnionego powietrza. Zaczęłam uciekać w stronę stałego lądu ale kolejna fala powaliła mnie na kolana. Niech to licho ale mocny i zdradliwy ten Ocean nawet przy tak spokojnej pogodzie. Usiadłam na dokładnie wcześniej obejrzanym kawałku plaży. Nie było śladu krabów więc odetchnęłam z ulgą. Odzwyczaiłam się od morskiej wody obcując ze słodkowodnym zbiornikiem jakim jest Lake Michigan. Oczy szczypały od soli i zamglony przez łzy obraz wydawał mi się jeszcze bardziej romantyczny. Tak muszą czuć się rozbitkowie po walce z żywiołem gdy wreszcie dotkną stopą wymarzonego lądu. Gdy dołączył do mnie p. i opowiedziałam mu o lądowaniu na amerykańskim wybrzeżu skwitował to moje gadanie krótkim „nie było tak źle, nawet nie napiłaś się wody”. Rzeczywiście w ustach nie było charakterystycznego jej smaku. Czy aby nie przesadziłam? Zastanawiając się nad wydarzeniem sprzed zaledwie kilku minut spostrzegłam, ze rozmasowywałam prawy nadgarstek w którym czułam lekki ból.

sobota, 23 marca 2013

Troche zabawy

Przed wiosennym wyjazdem Pantera zdążyła obdarować mnie wyróżnieniem zadając jednocześnie zadanie odpowiedzenia na 10 pytań.
Robie to z wielka przyjemnością bo traktuje to jako dobra zabawę i myślę, ze wyróżnione przeze mnie osoby nie zrejterują i zabawy nie przerwa.
Oto część pierwsza czyli moje odpowiedzi na zadane pytania;


   1. Przyjmując brak ograniczeń terenowo-finansowych, jakie zwierze chciałabyś mieć w domu i dlaczego?

-Słonia, bo chciałabym kolysac się na jego trąbie
   2. Najpiękniejszym imieniem jest dla Ciebie...
-Moje imię, bo już się tak z nim osłuchałam od samego początku swojego istnieni
   3. Miejsce, w którym chciałabyś zamieszkać na stale.
-Kraj obojętny byleby było to mieszkanie wielkości małego domku jednorodzinnego na 35 pietrze z widokiem na ocean z olbrzymim tarasem i basenem.
   4. Gdybyś wygrała w totolotka milion złotych...
-Zamieniłabym na dolary
   5. Gdybyś miała nieograniczona władzę...

-Zlikwidowałabym wszystkie granice miedzy państwami
   6. Najprzystojniejszym aktorem jest według Ciebie...

-Mój mąż, aktorstwo ma we krwi
   7. Chciałabyś wyglądać jak...

-Jak ja sama z przed 20 lat
   8. Chciałabyś, aby Twoim przyjacielem został... i dlaczego?

-Mój własny kot, bo jest nieufny i prycha na mnie od dziesięciu lat
   9. Dlaczego zaczęłaś pisać bloga?

-Wiedziałam, ze któregoś dnia dopadnie mnie skleroza i postanowiłam opisać swoje przygody
10. Twoje życiowe credo to...
-Ahoj przygodo, każdy dzień jest piękny

Teraz druga część;
Oto 10 wybranych osób!


Artdeco
Anabell
Maga
Joter
Dominika
Aneta
Giga
Dzika Róża
Krystynka w podróży
Zmorka


Osoby te proszone są o odpowiedzi na następujące pytania i pociągniecie zabawy dalej na swoich blogach.

  1. Czy znajdujesz radość ze sprzątania domu?
  2. Czy nadążasz za moda za wszelka cenę?
  3. Co ci sprawia największą przyjemność?
  4. Czy zasypiasz z książką w łóżku?
  5. Czy muzyka poważna cie nudzi?
  6. Jeżeli masz auto to czy pamiętasz jego numer rejestracyjny?
  7. Co zawsze masz w torebce?
  8. Gdyby była taka możliwość to czy poleciałabyś na Księżyc?
  9. Ile razy przeczytałaś „Przeminęło z wiatrem”?

10. Czy nie wkurza cie równouprawnienie?

środa, 20 marca 2013

SMS-em między oczy.

 Nici z wyjazdu proszę państwa. Dostałam w pracy SMS-a od męża, ze nasz wyjazd na przełomie kwietnia i maja nie wchodzi w rachubę. Od razu przejdę do sedna aby rozwiać podejrzenia o wycofaniu się rakiem z planowanej eskapady. Techniczne problemy związane z wyjazdem zostały w należyty sposób usunięte i nawet cofanie zaczęło „wychodzić” niestrudzonemu p. ale troska o dobro przyrody okazała się problemem nie do rozwiązania. Jednak nie zamierzamy poddać się i pojedziemy tam w innym terminie gdy dostaniemy pozwolenie na wejście na teren Coyote Buttes North.
Jest takie miejsce na ziemi amerykańskiej na które wstęp jest limitowany w ilości 20 osób dziennie. Tak, tak. Tylko 7300 dusz rocznie może tam wejść robiąc rezerwację na internecie (a jakże) z czerto miesięcznym wyprzedzeniem. Internetowych szczęśliwców może być tylko połowa czyli dziesięć dziennie a dodatkowa dziesiątka musi uczestniczyć w loterii która odbywa się codziennie w określonym miejscu aby dostać pozwolenie na następny dzień. Znając nasze szczęście do wygrywania w totka i inne loterie to ryzyko pozostania na lodzie po przejechaniu 1700 mil czyli 2735 km wydaje się zbyt wielkie i niedorzeczne.
 
 Całe zło zaczęło się 14 marca wieczorem czyli półtora miesiąca przed planowanym wyjazdem. Pośród rozłożonych map p. wygładzał naszą trasę i posłużył się internetem aby dokładnie zlokalizować docelowe miejsce. Po godzinie poszukiwań na różnych stronach wirtualnego świata wzburzony p. opowiedział mi, że z naszym szczęściem do losowania powinniśmy zostać w domu ale na wszelki wypadek następnego dnia zadzwoni do BLM* aby upewnić się czy to co wyczytał jest prawdą i czy przypadkiem nie zmieniły się przepisy. Jak się okazało w czasie rozmowy telefonicznej wszystkie internetowe miejsca są wykupione do końca czerwca co widać na pierwszym zdjęciu a jeżeli chcemy zarezerwować miejsce na kwiecień to powinniśmy ubiegać się o nie w grudniu roku poprzedniego co obrazuje zdjęcie drugie.
Coyote Buttes jest tak wyjątkowe, że nie można zostawiać tam żadnych odpadków, śmieci czy pozostałości po swym pobycie. Dosadnie mówiąc trzeba robić kupę do worka i zabierać ze sobą. O szczegółach związanych z tym miejscem napiszę jak uda mi się jakimś cudem tam być.
Przypuszczam, że pod koniec roku:( 

*BLM:
po angielsku (du
żo)
po polsku (za ma
ło)

środa, 13 marca 2013

Bezsenna noc.

  Teraz dalej niesie nas w stronę Florydy. Chociaż już nie sezon na kolorowe motyle to jednak postanowiliśmy jechać tam gdzie jest ich najwięcej latem. Tutaj (punkt B na zdjęciu poniżej) jest ich amerykańska kolonia gdy przylatują wiosna z Ameryki Południowej.
Pi
ęć godzin jazdy plus jedna dodatkowa na pooglądanie mijanych okolic i późnym wieczorem znaleźliśmy się jeszcze kilkanaście mil od Bald Point State Park. Miejsce to miało nas oczarować swymi cudownymi plażami, niezapomnianymi okazami gołogłowych orłów, rożnego rodzaju gadów i pozostałych jeszcze motyli Monarch.
Słonce już kryło się poza wierzchołki drzew i mrok ogarniał nas zewsząd. Dzień ustępował nocy bardzo szybko bo to już październik ale zupełnie spokojnie jechaliśmy w stronę kempingu uważnie rozglądając się dookoła aby nic nie przegapić. Nasza dewiza “nigdy nie wracamy tą samą drogą” zmusza do koncentrowania uwagi. I to co zobaczyłam przed chwilą wydawało mi się nierealne. Jeżeli moja fantazja nie zwiodła zmysłu wzroku to raczej nie powinniśmy spać w namiocie. Gdy oznajmiłam kierowcy, ze widziałam znak ostrzegający przed niedźwiedziami p. popukał się w głowę i coś burknął określając stan mego umysłu. Może i zwariowałam niech mu będzie wszystko może się zdarzyć na wakacjach. Po zaledwie kilku minutach auto zatrzymało się na poboczu bo p. Wpatrywał się z niedowierzaniem w taki oto znak drogowy który od razu uwieczniłam w postaci tego zdjęcia. Kto tu zwariował już nie chciałam dochodzić bo i nie było potrzeby. Wynik był oczywisty. Jednak aż tak źle ze mną nie jest. Usłyszałam tylko “to niemożliwe” i pojechaliśmy dalej.
- Ciekawe czy będzie miejsce na kempingu. - Pomimo późnej pory roku tak atrakcyjne miejsce mogło być zapchane po brzegi. Zrobiło się ciemno i w świetle reflektorów dotarliśmy do celu. Już nie raz podczas naszych włóczęg przyjeżdżaliśmy w środku nocy lub nawet nad ranem na kemping i gdy recepcja była zamknięta rozbijaliśmy się tam gdzie było wolne miejsce i dopiero rano dopełnialiśmy formalności z oplata itd. Nawet na myśl mi nie przyszło, ze kemping może być zamknięty na cztery spusty pomimo tego, ze był czynny. Drogę wjazdowa na kemping zagradzał szlaban tak szczelnie, ze nie dało się go ominąć. Na tablicy informacyjnej był napis mówiący o tym, ze aby otworzyć szlaban trzeba wprowadzić sześciocyfrowy kod.
- Chyba go sforsuj
ę. Rozwalę na kawałki. - Dalszy tekst trochę nas podniósł na duchu gdyż wyczytaliśmy, ze jeśli mamy problemy to proszę zadzwonić na poniżej podany numer co bezzwłocznie uczyniliśmy. Twarz p. robiła się bardziej czerwona z sekundy na sekundę i już było pewne ze za chwile padnie trupem na zawal serca. W skrócie opiszę rozmowę:
p: dzień doby, czy mógłby pan podać mi szyfr do wjazdu na kemping 

Pan: czy masz rezerwacje?
p: nie, a czy kemping jest nieczynny? Potrzebuje jedno miejsce na namiot i auto. Daj mi kod a zapłacę rano.
W słuchawce zabrzmiał śmiech w stylu „nie ze mną te numery” a p. już teraz czerwony jak korale indora oderwał słuchawkę od ucha  i przytknął do prawego pośladka. Zawył z wściekłości jak wilk do wschodzącego księżyca i znów przyłożył telefon do ucha. Ten właśnie wybuch złości i wściekłości najprawdopodobniej uchronił go od nagłego zejścia śmiertelnego. 

Pan: czynny ale musisz zrobić rezerwacje na internecie i przyślą ci e-mailem kod dostępu.
p: jaki to adres 

Pan: taki a taki
p: dziękuje
Bardzo szybko dostaliśmy się na wskazana stronę internetowa i okazało się ze można zrobić rezerwacj
ę na następny dzień. W żadnym wypadku nie na dziś. 
- Ja tego nie pojmuję. Chcę uczciwie zapłacić, stoję przy samym wjeździe a tu bez internetu ani chu chu. Czy ja jestem jakiś zacofany, ze nie odnajduję się w tym świecie. Nikt nie chce moich dolarów? - Wystrzelonego typowo męskim pstrykiem niedopałka śledziłam wzrokiem aby go odgasić gdy opadnie na ziemie. Jeszcze tego brakowało aby wzniecić pożar w parku stanowym. Ledwo zadeptałam zarzewie niewątpliwie wielkiego paleniska a p. już zaciągał się kolejnym Camelem. - Gdybym pierwszy raz jechał pod namiot to mógłbym … - Tu p. machnął ręką i poszedł w krzaki, widocznie nie tylko ciśnienie krwi mu dokuczało. Rzeczywiście idiotyczna sytuacja i najgorsze, ze nic nie można zrobić aby spokojnie położyć się spać.
- Szukajmy zatem hotelu bo noc minie na niczym. - Święta prawda przy niemożności skorzystania pierwszy raz w życiu z udogodnień dla turystów w postaci pola namiotowego lub kempingu pozostał nam jedynie hotel w pobliskiej wsi. Kr
ętą drogą pośród wysokich drzew po 45 minutach dotarliśmy do stacji benzynowej aby zasięgnąć języka. Jak to w naszym zwyczaju kupiliśmy również dwie kawy, duże i słodkie aby lepiej się spało. Pracownica stacji benzynowej opowiedziała nam krotką i nieciekawą historie (niech jej będzie) miasteczka ale dowiedzieliśmy się, ze w pobliżu są dwa motele. Dobre chociaż to w całym tym zamieszaniu. Udaliśmy się we wskazanym kierunku i mieliśmy patrzeć na drogowskaz z reklama motelu. Motel z wyglądu nie różnił się od tych które już wcześniej odwiedzaliśmy a w tym szczególnym układzie wygląd nie miał żadnego znaczenia. Zaparkowaliśmy przed recepcją i szczęki nam opadły.”Motelowa recepcja nieczynna po 20:30”.
- Czy ja jednak nie postradałam zmysłów? - Pomimo jawnego i zrozumiałego przesłania tekstu odruchowo chwyciłam za klamkę. Drzwi ani drgnęły.
- To jakiś kurwidołek gdy nie chcą obcych turystów. - p. lekko zaczął ironizować. Przystawił twarz do szyby aby dojrzeć coś w środku. Niczego specjalnego nie było widać ale na szybie poniżej jego brody czyli na moim poziomie była dodatkowa odr
ęcznie napisana kartka przylepiona przezroczystą taśmą od środka. „Nie staraj się mnie budzić bo poszczuję psami”
- Czy my ciągle jesteśmy na Ziemi czy na obcej planecie? - … i mówił długo i soczyście. Wróciliśmy na znan
ą nam stację benzynową.
- To gdzie jest ten drugi motel? - Rzeczowe pytanie obudziło drzemiącą pracownic
ę.
- Pojedziesz prosto i jak będzie zakręt to zaraz za nim po lewej wjedź w małą uliczkę tam jest ten drugi ale jest drogi. - Głupi albo głupkowaty wyraz twarzy p. wyrażał niedowierzanie zmysłowi słuchu. Jak trafić w miejsce tak opisane?
- Bardzo dziękuję i życzę wspania
łej i krótkiej nocy. - Zdawkowo ale jak miło pożegnalismy panią ze stacji paliw i znalezliśmy się w punkcie wyjścia sprzed trzech godzin. Szukamy noclegu. Teraz w środku nocy. Po przyjrzeniu się naszej wytyczonej trasie postanowiliśmy jechać tam gdzie zamierzaliśmy jechać jutro. Co będzie to będzie a może po drodze znajdziemy jakieś miejsce do spania. Nie chcieliśmy zawalić nocki bo i następny dzień będzie zawalony. O dziwo kierując się wskazówkami komputera znaleźliśmy się w pobliżu ładnego hotelu ale dość późno bo już około 23:30. Zostało nam pół nocy do przespania więc cena jaką usłyszeliśmy nie wchodziła w rachubę. p. starał się negocjować z parą właścicieli za ladą ale nie chcieli spuścić z ceny. Facet wydawał się do urobienia ale baba ostrym spojrzeniem sprowadzała męża na ziemię. Wreszcie p. podjął decyzje i zaproponował ze zapłacimy połowę ceny gotówką i nie chcemy rachunku. Uśmiech zadowolenia na twarzy mężczyzny zniknął wraz z odmową żony. Pożegnaliśmy zatem hotel nie na naszą kieszeń i znów znaleźliśmy się w ciemności nocy. Ekran komputera rozjaśnił się i przedstawiał nasza trasę.
- Skoro nici z naszego pobytu nad zatok
ą to może pojedziemy od razu nad wybrzeże Atlantyku. Nocka już i tak wygląda na bezsenną więc za cztery godziny będziemy w St. Augustine. Co ty na to?
- Jedziemy, tylko obudź mnie jak będziesz zasypiał to cie zmienię.

piątek, 8 marca 2013

(247365) Cygan, teflon i porcelana.

 Po zupełnie niezamierzonym i przypadkowym spaleniu patelni udałem się do sklepu lepszego sortu aby nabyć taka która nie przypala i jest w stanie stawić czoła moim wysokim wymaganiom. Kiedyś kupowało się patelnie od Cyganów bo ponoć były najlepsze. Nie przywierało do nich smażone mięso czy naleśniki jak do tych z GS-u. 
Jestem pokoleniem patelni teflonowych więc nie mam zdania co do tych cudownych cygańskich ale takie opinie słyszałem od babć i ciotek. Gdy pojawił się teflon na patelniach z razu różne uwagi zaczęły krążyć pośród kucharzy ale wygoda w użyciu takiego kuchennego dobrodziejstwa wzięła gore nad plotkami o rakotwórczych zdolnościach wymysłu firmy Du Pond i bardzo szybko zwykle stalowe patelnie znalazły się na śmietniku.
  W sklepie doznałem szoku gdy zobaczyłem rondle i poszukiwane patelnie z białym środkiem. Co to takiego do czorta pomyślałem bo nic wcześniej nie wiedziałem o czymś takim co istnieje od lat na rynku bo kucharz ze mnie żaden i w dodatku bez stażu lub wykształcenia w tym kierunku. Moja znajomość z kuchnią ogranicza się do sporadycznego przygotowania jajecznicy lub schabowego. Stoję i przyglądam się nieznanemu wyrobowi pomimo tego, ze do złudzenia przypomina patelnie i chwil kilka za długo zapewne stałem wpatrując się w dziesięć rodzajów do wyboru bo mila obsługa zainteresowała się mną i pośpieszyła z pomocą. 
Krotki wykład wprowadził mnie w euforie i poprosiłem o najdroższa z grubym dnem. Zapewnienia sprzedawcy  o tym, ze będę zadowolony mało mi jednak pomogły bo ponad sześćdziesiąt dolarów to niecodzienny wydatek i miałem wątpliwości czy taka suma to rozpusta czy próżność. Teraz gdy już doswiadczylem co takie dziecko technologii dwudziestego pierwszego wieku potrafi już wiem, ze była to konieczność a nie zbyteczny wydatek. Żałowałem, ze nie spaliłem patelni dużo wcześniej bo porcelanowe cudo ciągle wygląda jak nowe i nie przypala nawet gdy taki niedoświadczony amator znajduje się w pobliżu rozgrzanego palnika a na nim pyszni się porcelanowa patelnia ze skwierczącym jajkiem sadzonym bez tłuszczu.
 
247365